Powstańcy

„W obliczu Boga Wszechmogącego i Najświętszej Marii Panny Królowej Korony Polskiej kładę swe ręce na ten święty Krzyż, znak Męki i Zbawienia i przysięgam, że będę wiernie i nieugięcie stał na straży honoru Polski, o wyzwolenie jej z niewoli walczyć będę ze wszystkich sił moich, aż do ofiary mego życia, wszelkim rozkazom władz Związku będę bezwzględnie posłuszny, a tajemnicy dochowam niezłomnie, cokolwiek by mnie spotkać miało….” 

Tak brzmiała Przysięga ZWZ  AK.

Kapelan AK przyjmuje przysięgę żołnierzy Powstania Warszawskiego 15 sierpnia 1944

Kapelan AK przyjmuje przysięgę żołnierzy Powstania Warszawskiego 15 sierpnia 1944

Powstanie Warszawskie, zgodnie z najnowszą modą – a mody polityczne płyną do nas niezmiennie ze Wschodu, często jednak dla zmylenia tropu via Zachód – przedstawia się jako sumę nieodpowiedzialności dowódców Armii Krajowej i politykierstwa ludzi Rządu Londyńskiego, które to paskudne cechy dorosłych Polaków znalazły niefortunnie oparcie w zapale rwącej się do czynu, niedojrzałej i naiwnej młodzieży. Powstańcy warszawscy to wszak głównie ludzie młodzi i bardzo młodzi, dzieci prawie.

Moda na karykaturalny obraz ostatniego narodowego powstania jest wierną repliką nurtu „odbrązawiającego” czyn zbrojny Polaków, jaki był podstawą propagandy PRL. Tzw. nurt rozrachunkowy – w filmach, książkach i publicystyce ery Bieruta, Gomułki i Gierka – miał zawsze jeden cel: podzielić i skłócić Polaków, wepchnąć ich do klatki potępieńczych swarów. Wyszydzić ich zaufanie do przywódców politycznych i wojskowych z czasów, gdy byli wolni. Zohydzić ich najszczytniejsze osiągnięcia o historycznej randze, moralnie upodlić. Wytworzyć w nich poczucie, że zawsze błądzili, bo mają jakąś notoryczną skłonność do popełniania politycznych głupstw.

Zwłaszcza, gdy porówna się ich ze statecznymi, rozsądnymi, obliczalnymi narodami Europy. Mylili się najbardziej wtedy, gdy chwytali za broń. Sprzeciw wobec tych, którzy chcieli po prostu Polskę zaorać, z wolnego narodu uczynić społeczeństwo niewolników, zadowolonych ze swojego losu, to w tej propagandzie głupota typowo polska. Należało cichutko siedzieć i czekać. Wszyscy ważni rozegraliby to gładko bez naszego nieproszonego udziału, a nam przypadłyby bardziej łakome kąski niż ponura zależność od Rosji na dziesiątki lat, jaką nagrodzono nasze pięcioletnie zmagania z niemieckim okupantem. Bo dobry wujek z Ameryki – ten, który układał się w Jałcie, a wcześniej w Teheranie, z silniejszym, czyli z Rosją Sowiecką, zawsze chętniej nagradza dzieci spolegliwe, pokorne i grzecznie dygające, niż te, które wierzgają, krzyczą i latają po krzakach z procą.

Tak to mniej więcej zostało przedstawione w książce o Powstaniu Warszawskim, która stała się przebojem list bestsellerów. Siedzielibyście cicho – mielibyście inteligencję, Warszawą wciąż uroczą, nie zamienioną w kupę gruzów i jakieś szanse na uporanie się z komunistycznym nadzorcą. A tak – bilans musi być tragicznie ujemny.

Tylko dlatego, że komuś zachciało się wywijać szabelką i wciągnął w to niedowarzoną młodzież. Jesteście głupcami i zamiast bić się w piersi puszycie się i macie pretensje do całego świata, że nie docenił waszej krwi.

To wszystko powraca dziś właśnie, gdy przychodzi 70.rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego, powielone, nagłośnione i przetworzone perfekcyjnie przez ulubionych autorów, aktorów i prezenterów, w sposób dowcipny, lekki, zaprawiony pianką cynizmu, niczym egzotyczną przyprawą.

Historia pewnego założenia

W tej wizji, gładkiej do strawienia dla tej części Polaków, która satysfakcję życiową czerpie z możliwości konsumpcyjnych, zwraca uwagę pewne założenie poczynione w odniesieniu

Jerzy Tyczyński - fot. Eugeniusz Lokajski

Jerzy Tyczyński – fot. Eugeniusz Lokajski

do najmłodszych uczestników Powstania Warszawskiego.

Była wśród nich moja śp. Mama, Maria Osipow – Polak, instruktorka ZHP, kierująca podczas powstania Harcerską Służbą Dziecku w dzielnicy Warszawa – Śródmieście. Prowadziła świetlicę dla dzieci bezdomnych, które utraciły rodziców i bliskich, przy ul. Piusa.

Założenie to mówi, że pokolenie młodzieży wychowane w Polce niepodległej, w latach 1918-1939, było pokoleniem ludzi w istocie zupełnie nie wychowanych. Kierowali się oni bowiem w swych decyzjach i wyborach – przez cały okres wojny, a zwłaszcza w obliczu decyzji przystąpienia do Powstania – nie rozumem, a emocjami, nastrojami, namiętnościami i instynktami.

Dlaczego robi się to założenie, nie oparte na żadnych rzetelnych przesłankach? Bowiem przykład, jaki dawali tamci młodzi, że są mianowicie częścią narodu, który wybiera walkę wtedy, gdy wolną decyzją rozumu i woli uzna, że trzeba bronić tego, co najświętsze, wciąż ma zadziwiającą moc, nieodparty urok. Urzeka świeżością. Pociąga i zachwyca.

Akt woli, akt rozumu

Nie pomożemy nikomu zrozumieć postawy młodych AKowców i harcerzy w czasie wojny i podczas powstania trąbiąc o romantyzmie i emocjach. Tutaj potrzebne jest uczciwe i realistyczne spojrzenie na ich postawę wobec dorosłych.

Wobec dowódców wojskowych tej 400 – tysięcznej prawie Podziemnej Armii. Ludzi, którzy pełnili rolę nie tylko przełożonych w hierarchii, którym należało się bezwzględne posłuszeństwo, ale faktycznych duchowych przywódców, wychowawców i przewodników. Do tej grupy przewodników duchowych należeli także ojcowie i duszpasterze walczącej młodzieży, kapelani wojskowi. Był wśród nich późniejszy Prymas Polski. Byli zamordowani przez Niemców podczas powstania bł. o. Michał Czartoryski OP i bł. ks. Józef Stanek SAC, męczennicy za wiarę. I wielu innych prawdziwie świętych kapłanów.

Żeby zrozumieć tamtą młodzież i jej wybory trzeba zobaczyć, czym było owo posłuszeństwo i głębokie zaufanie zarazem łączące te dwie grupy wiekowe Polaków. I czy da się je porównać z dzisiejszymi relacjami młodych ludzi z ich wychowawcami, przełożonymi, rodzicami?

Msza św.podczas Powstania Warszawskiego w prywatnym mieszkaniu na Żoliborzu

Msza św.podczas Powstania Warszawskiego w prywatnym mieszkaniu na Żoliborzu

Młodzież Powstania Warszawskiego była radykalna, ale zupełnie inaczej niż postrzega się radykalizm dzisiaj; była radykalna na sposób ewangeliczny. Jej radykalizm był radykalizmem Krzyża.

Dawała posłuch starszym, dowódcom, podporządkowywała się rozkazom. Była zdyscyplinowana. Ufała starszym tak jak ufa się ojcu.

W Powstaniu brały udział zresztą nieraz wielopokoleniowe rodziny. Np. w rodzinie Branickich matka, Beata Branicka prowadziła w Wilanowie szpital powstańczy, córka wraz z mężem walczyła jako żołnierz, ojciec, Adam Branicki w kamienicy przy Smolnej prowadził rodzaj schroniska dla żołnierzy, którzy potrzebowali doraźnej pomocy, żywności, przespania choćby godziny w łóżku. W rodzinie Schuchów czynny udział w powstaniu miała matka Janina, wdowa po Komendancie Policji warszawskiej Janie Schuchu, i jej dwoje dzieci – Tadeusz, porucznik AK, ps. „Żaba”, dowódca oddziału walczącego na Starym Mieście i Zofia, sanitariuszka.

Zofia Schuch-Nikiel, która w czasie powstania dowodziła patrolem sanitarnym w Śródmieściu – a po powstaniu została w gruzach Warszawy, by opiekować się harcerkami, jakie trwały przy rannych w zdemilitaryzowanych szpitalach, przed ich ewakuacją – otrzymała pewnego wrześniowego dnia meldunek, że jej sanitariuszki znalazły w leju po bombie żywe i zdrowe niemowlę. Co mamy zrobić z tym dzieckiem?, zapytały swoją komendantkę. Rozkaz Zofii Schuch brzmiał: Trzeba nakarmić niemowlę. Rozkaz został wykonany. Przez kilka dni, zanim nie znaleziono właściwej cywilnej opieki nad dzieckiem, dostawało ono codziennie świeże mleko – nie z proszku, ale prosto od krowy – i było pod gradem pocisków niańczone przez zmieniające się przy nim sanitariuszki. Opiece nic nie można było zarzucić. Harcerki nie oddały go pierwszej napotkanej kobiecie, zatroszczyły się o znalezienie rodziny, które przyjęła je jak swoje. Dziecko przeżyło powstanie.

Powstanie to nie było wyraz spontaniczności, a ciężki obowiązek, od którego nie uchylili się młodzi warszawiacy – i Polacy przyjeżdżająy z różnych stron kraju, by do niego dołączyć. Do podjęcia tego moralnego obowiązku jego uczestnicy przygotowywali się nie tylko przez cały okres wojny, ale i przez lata wcześniejsze – dzięki mądrości pedagogicznej i przykładowi swoich duchowych przywódców: rodziców, nauczycieli, wychowawców, drużynowych i duszpasterzy.

Wiele jest różnic między tamtym pokoleniem młodzieży a dzisiejszymi młodymi Polakami. Wiele jest też podobieństw.

Podstawowa różnica to ta, że tamci młodzi Polacy, bohaterowie walczącej Warszawy byli po prostu wychowani. Wychowani przez patriotyczną szkołę niepodległej Polski, której zasady pedagogiczne wyrastały z zasad Ewangelii i filozofii realistycznej, przez patriotyczne rodziny, przez wierzących księży. Byli wychowani, bo byli wychowywani, w przeciwieństwie do wielu młodych Polaków dziś.

Ci, którzy tak bardzo pragną, byśmy przed każdą rocznicą Powstania dyskutowali z płonącymi uszami na podrzucany nam temat – zawsze ten sam – czy decyzja o jego wybuchu nie była aby wielkim błędem politycznym, ignorują ten zasadniczy fakt.

Ludzie dobrze wychowani, dobrze uformowani, chrześcijanie świadomi wartości swojego życia oraz tego, jaki jest jego cel i dlatego również świadomi wielkości ofiary, nie mieli nigdy wątpliwości, czy walczyć, czy też nie – z wrogiem, który zagrażał nie tylko im i ich bliskim, ale całemu światu.

Powstańczy ślub - fot. Eugeniusz Lokajski

Powstańczy ślub – fot. Eugeniusz Lokajski

Młodość i odpowiedzialność

Skąd bierze się dzisiejsze zanegowanie tego ideału wychowawczego, który na różne sposoby kwestionują krytycy Powstania Warszawskiego?

Ideału, który Polska niepodległa umiała z taką swobodą wprowadzać w życie, a który kazał młodzieży warszawskiej umierać za braci. W imię dóbr wiecznych, niematerialnych, bogactw nadprzyrodzonych: wolności i prawdy.

Inspiracje do tej uporczywej negacji są nie tylko antycywilizacyjne, są antychrześcijańskie. Warto o tym pamiętać czytając kolejną książkę modnego autora, rzecz jasna bezkompromisowego antykomunisty, czy głośnego libertarianina i konserwatysty, potępiającą Powstanie Warszawskie, czy Kampanię wrześniową w 1939 roku.

Zakorzenienie tej krytyki znajduje się w mentalności drobnomieszczańskiej, której cechą jest zmaterializowanie i chciwość. To zawsze prowadzi do duchowego niewolnictwa.

Bł. ks.Józef Stanek, ps. "Rudy", kapelan baralioinu AK "Kryska". Powieszony przez Niemców na własnej stule 23 września  1944 r.na Czerniakowie. Miał 28 lat. Zdjęcie zrobiono w 1941 roku podczas Mszy prymicyjnej w rodzinnej parafii ks. J. Stanka

Bł. ks.Józef Stanek, ps. „Rudy”, kapelan baralioinu AK „Kryska”. Powieszony przez Niemców na własnej stule 23 września 1944 r.na Czerniakowie. Miał 28 lat. Zdjęcie zrobiono w 1941 roku podczas Mszy prymicyjnej w rodzinnej parafii ks. J. Stanka

Gruntem podatnym dla jej krzewienia jest protestantyzm z jednej strony, a sowiecki komunizm, wyrastający z materializmu i idealizmu Hegla, z drugiej. Oba te nurty stanowią wspólne źródło wszelkich populistycznych haseł, tak chętnie dziś w Polsce propagowanych od lewa do prawa, nieraz ukrytych w otoczce ironii i zblazowania (co jako metodę znieczulania wyszlifował do artystycznej perfekcji Daniel Passent w komunistycznej „Polityce”). O konieczności respektowania zdrowego rozsądku, o pragmatyzmie, nie narażania siebie i innych, zachowania substancji, unikania niepotrzebnego przelewu krwi, czy wystrzegania się pokusy, by widzieć świat jako czarno-biały (bo to takie nudne), bawienia się zamiast umierania.

Na dnie tego wszystkiego, co tak miło pobrzmiewa w uchu współczesnego drobnomieszczanina przyodzianego w szaty rasowego liberała, który gardzi wojenką, zasępionego intelektualisty, dla którego polskość pachnie wsią, naukowego pragmatyka, czy paleokonserwatysty, który nie rozumie, po co nam państwo, ale brzydzi się buntem, leży odrzucenie ofiary.

Rasowy liberał, czy elokwentny paleokonserwatysta – i populista w jednej osobie – nierzadko też tzw. narodowiec, wielbiciel Romana Dmowskiego i Jędrzeja Giertycha, hołdowanie temu, co trywialne i bezwartościowe będzie wywyższał jako postawę realistyczną i dalekowzroczną. Swój zaś ideał życia upatrywał będzie w pilnowaniu swoich garnków, konsumpcji bez ograniczeń i w życiu bez stresów. Nigdy nie wybierze walki,  woli zajmować się ogródkiem, niekończącymi się dyskusjami oraz robieniem dobrego wrażenia przez spektakularne widowiska (np. dawanie komuś w twarz na głównym eurodeptaku Brukseli, tak by wszyscy podziwiali jak bardzo jest radykalny).

Jak ujął to jeden z katolickich duchownych, wiara dla takiego typu ludzi, o ile ją mają, nie jest inspiracją do szlachetniejszego i doskonalszego życia, a tylko polisą ubezpieczeniową przed potencjalnym niebezpieczeństwem. „Wiara nie jest dla nich życiem, ale polisą na życie”.

Prawdziwe wychowanie chrześcijańskie formuje silne i dojrzałe charaktery. Pozwala łączyć wiarę i odpowiedzialność chrześcijanina – człowieka, który wie, że ma zdać przed Bogiem rachunek ze swojego życia – z odpowiedzialnością patrioty i obywatela. Wychowanie to zrodziło pokolenie Powstańców warszawskich.

Opisana wyżej mentalność stara się je ze wszelkich sił skompromitować i z życia państwa zdecydowanie wykorzenić, nie przebierając w środkach.

Powstańcy warszawscy nie oddzielali wiary od życia. W tym właśnie sensie byli ludźmi wybitnie praktycznymi i realistycznymi, szli za wskazaniami zasad, które w Polsce były od wieków znane i przestrzegane. Nie sytuują one celu życia na nizinach, na sprawach przyziemnych, politycznych tylko, ekonomicznych, materialnych, ale wszystko odnoszą do Boga.

Dlatego świat ich tak znienawidził.

Tak samo jak bohaterskich obrońców Żydów, którzy ratowali ich nie zważając na grożącą im za to ze strony Niemców karę śmierci.

Powstańcom i ich dowódcom zarzuca się od lat kilkudziesięciu ciężkie przewiny, najczęściej jednak nie wprost, a w sposób zawoalowany, aluzyjnie, mrugając, dając do zrozumienia – jak robił to Andrzej Wajda w „Kanale” i w „Popiele i diamencie”. (Książka J.Andrzejewskiego o tym samym tytule, jak również prześmiewcza twórczość Witolda Gombrowicza inspiruje do dziś dzieła takie jak „Obłęd 44”).

Czy Powstańcy warszawscy lekceważyli swoje życie i dlatego poszli na rzeź dokonaną przez oddziały pancernej armii, której dowódcy i żołnierze nie tylko byli świetnie wyszkoleni, uzbrojeni i silnie motywowani politycznie, ale nade wszystko gardzili Polakami jako podgatunkiem człowieka? Czy byli beztroscy, bezmyślni i żyli marzeniami? Czy może byli ludźmi wiary i nadziei; wiedzieli, że to co piękne i święte, a więc wolna Polska szanująca wiarę i obyczaje przodków, wymaga ofiary i zasługuje na nią?

A jako ludzie wiary posługiwali się nade wszystko rozumem. Ich myśl była powiązana z bytem. Rozum miał dla nich prawdziwe znaczenie, traktowali go jako zdolność do zgłębiania istoty rzeczy (bytów) oraz przylgnięcia do nich swoją wolą.*)

Dzisiejsze wydziwianie nad decyzją o wybuchu Powstania jest możliwe w naszym kraju także dlatego, że mamy do czynienia z kryzysem wiary. Powoduje on osłabnięcie związku między naturalną kondycją człowieka, a jego życiem nadprzyrodzonym – które nie jest przecież jakimś naddatkiem, lecz które człowiek wierzący nosi w sobie, jak pisał Romano Amerio.**)

15 sierpnia 1944 r. Mszę św. w bramie tzw. Ubezpieczalni  przy ul. Smulikowskiego odprawia bł. o. Michał Czartoryski.  6 września zamordowany przez Niemców wraz z rannymi szpitala powstańczego na Powiślu, jego ciało spalono.

15 sierpnia 1944 r. Mszę św. w bramie tzw. Ubezpieczalni przy ul. Smulikowskiego odprawia bł. o. Michał Czartoryski. 6 września zamordowany przez Niemców wraz z rannymi szpitala powstańczego na Powiślu, jego ciało spalono.

Najważniejsze zadanie Polski: świadectwo, że Bóg istnieje

U źródeł dziwacznych dyskusji o Powstaniu Warszawskim jako głupocie i szaleństwie Polaków leży tak naprawdę przypuszczony z zimną krwią atak „na zdolności poznania, jakimi dysponuje człowiek”, jak precyzyjnie ujął to R. Amerio (w odniesieniu do źródeł kryzysu wiary). Zdolności poznania, w jakie Stwórca nas wyposażył, dzięki którym – wsparci łaską wiary – uzyskujemy dostęp do Boga. 

„Nie jest on [ów atak] wymierzony w ten czy inny pewnik rozumu, czy wiary, lecz w samą zasadę jakiejkolwiek pewności: w możliwość ustalenia czegoś, co da się traktować jako pewne”.

Ten posiew nierzeczywistości stopniowo ogarnia wszystkie dziedziny życia, powoduje, że umysł człowieka zaczyna dryfować, nie znajdując oparcia w niczym. Człowiek, który przestaje rozumieć, Kim jest Bóg, traci poczucie rzeczywistości. Nie może zrozumieć sensu własnej historii ani doświadczeń, które są jego udziałem. Gubi się w niej, staje się podatny na uproszczone i fałszywe interpretacje historii, poddaje się emocjom. Staje się łupem propagandy. Żyje wytworami swojego umysłu. Jego punktem odniesienie stają się produkty myślenia – jego samego i specjalistów od uproszczeń i fałszów: ideologów i propagandzistów.

Dostrzegała to niebezpieczeństwo Maria Okońska, uczestniczka Powstania Warszawskiego, która na krótko przed śmiercią w ubiegłym roku pisała w przejmującym apelu do rodaków: „W miarę jak zmieniają się czasy i poglądy, coraz mocniej narasta we mnie przekonanie, że posłannictwem Polski jest zachowanie w świecie wiary w istnienie Boga i potrzeby życia w zjednoczeniu z Nim. (…). Posłannictwo Polski nie jest polityczne, ekonomiczne czy jakiekolwiek inne. Ono jest religijne, nadprzyrodzone”.

Ludzkość zapomina, dodawała, „że człowiek jest stworzony przez Boga i dla Boga, że naszym celem jest Bóg i życie wieczne, a nie doczesne. Idziemy przez ziemię, ale nie pozostaniemy na niej… Naszym zadaniem jest dawać świadectwo tej prawdzie, że jest Bóg… ”

Wskutek pseudodywagacji i pseudorozważań na temat słuszności decyzji o wybuchu Powstania, których jesteśmy znów świadkami, a których niezmiennym leitmotivem jest to, że  jako Polacy i katolicy jesteśmy ciężkimi durniami – katolik nie może przecież być, z definicji, kimś mądrym – oddala się i znika z pola widzenia zasadniczy skutek i zwycięstwo Powstania Warszawskiego:

fakt, że czerwona flaga nie została zatknięta na gmachach rządowych Paryża i Rzymu, że Monachium nie znalazło się w granicach sowieckiego imperium, Europa Zachodnia nie stała się więzieniem narodów.

Ktoś musiał ponieść ofiarę.

Caravaggio - Pocałunek Judasza

Caravaggio – Pocałunek Judasza

Dlaczego dziś jeszcze łatwiej niż kiedyś kpić z powstania?

W efekcie dyskusji prowadzonych umiejętnie przez specjalistów od nowoczesnej propagandy, jak to podkreślił Chris Cieszewski, znika ważny temat odpowiedzialności oprawców i ich wspólników za zbrodnie wojenne związane z Powstaniem Warszawskim.

Brak pomocy dla Powstania Warszawskiego naszych sojuszników autor tych słów, profesor w University of Georgia w Athens, określa jako współuczestnictwo w monumentalnym przestępstwie.***) Przyjęli oni – podkreśla prof. Ch. Cieszewski – świadomie postawę pasywnej akceptacji dla zbrodni pomimo wszystkich powodów, dla których taka postawa nie miała prawa bytu – a więc paktów, współpracy, wspólnego wroga etc.

I tu otwiera się wielkie pytanie, które powinno być początkiem rzetelnej – ważnej dla nas, ale i dla naukowego świata zachodniego – dyskusji, w której przede wszystkim będą przemawiać historyczne fakty: Jak to było możliwe? Co się złożyło na tę postawę państw Zachodu?

Co takiego musiało wytworzyć się w głowach polityków ze świata cywilizowanego, że stała się rzecz niemożliwa wcześniej do wyobrażenia w tym świecie (który zresztą notorycznie łudził się – i robi to do dziś, co do „wschodniego partnera”).

W momencie rozpoczęcia powstania nikt nie brał poważnie pod uwagę możliwości, że Rosjanie i alianci przez kilkadziesiąt dni będą biernie przyglądali się rzezi ćwierć miliona niewinnych Polaków: żołnierzy patriotów i olbrzymiej rzeszy cywilnych mieszkańców Warszawy. A także niszczeniu stolicy Polski kamienica po kamienicy – w kraju, który najwaleczniej z całego świata walczył przeciwko Niemcom i poniósł największe ofiary w walkach na wszystkich frontach świata za wolność swoją i innych. (…) …w każdym cywilizowanym systemie prawnym na tej planecie ludzie, którzy biernie obserwują przestępstwa, świadomie nie próbując im przeciwdziałać, są również współwinni popełnionej zbrodni.

W tym kontekście wniosek antykomunistycznych i prawicowych publicystów: „Trzeba było nie walczyć”, brzmi nie tylko cynicznie, ale i przewrotnie.

Równie dobrze mogliby oni powiedzieć: „Trzeba było nie być chrześcijanami”.

Albo: „Trzeba było nie być ludźmi…”

„Ale byliście uparci. Macie za swoje”.

Pojęcie ofiary

Zwykła godność ludzka nie pozwala na krytykowanie kogoś, kto oddal życie za wspólny ideał… (Ch. Cieszewski).

Czy jednak rzeczywiście był to – w połowie lat 40. ubiegłego wieku, ale i w chwili dzisiejszej – jeszcze twspólny ideał?

Antonio Ciseri - Ecce Homo

Jak trafnie przewidywał G. K. Chesterton i H. Belloc, społeczeństwa, które degenerują się w wyniku darwinizmu społecznego praktykowanego przez kapitalizm w wydaniu protestanckim, a następnie poprzez przejście przez socjalizm, gdzie liczy się tylko ludzka masa, socjalizm przyuczający jednostki do zachowań i poglądów stadnych, muszą w efekcie złożyć się na stworzenie warunków, by powstało rasowe społeczeństwo niewolników…

Jako uciążliwa przeszkoda stają wciąż na przeciw temu Polacy. Mieszkańcy kraju, w którym mimo tak wielu wysiłków nie wytępiono wiary. Nie wytępiono tęsknoty za wolnością. A zatem nie poddają się oni manipulacjom, które mają uczynić ze spadkobierców powstańczych tradycji posłuszne stado.

Wniosek historyczny ludzi tak myślowo wolnych jak prof. Witold Kieżun, czy prof. Chris Cieszewski, ale i coraz liczniejsza rzesza Polaków, którzy nie pozwolili skolonizować sobie umysłów sloganami o wiecznie powtarzanych błędach historycznych własnego narodu, nieodpowiedzialnego i infantylnego – w przeciwieństwie do narodów „dojrzałych” – błędach odciskających się boleśnie na obecnej, uwierającej wszystkich rzeczywistości, może być tylko jeden:

Powstanie Warszawskie uratowało Europę Zachodnią od komunizmu. Historia jako nauka wcześniej, czy później to ogłosi – o ile nie stanie się ofiarą polityki historycznej, nie upadnie pod ciosami narracji.

Naród taki jak trzeba

Bohaterska uczestniczka powstania, Zofia Schuch-Nikiel i jej przyjaciółki harcerki, także moja Mama, z którymi rozmawiałam na temat powstania mówiły mi, że te dwa miesiące ich młodości na przełomie lata i jesieni 1944 roku, to najwspanialszy okres ich życia.

Zastanawiając się, dlaczego wszystkie zapamiętały powstanie w taki sam sposób, dochodziły do wniosku, że przeżyły rodzaj cudu. Takiego zjednoczenia duchowego Polaków nie doświadczyły nigdy przedtem ani potem. Takiego poświęcenia jeden dla drugiego, takiego geniuszu organizacyjnego swoich rówieśników. Bogactwa inicjatywy w beznadziejnych pozornie sytuacjach, chwytania w lot myśli dowódców i kolegów… A zarazem takiej swobody w działaniu, błyskotliwego przewidywania wypadków, rozkwitu wszelkich ludzkich talentów i cnót. I z tego wszystkiego rzeczy najważniejszej – natychmiastowej gotowości, by narażać życie bez lęku – dla innych, by tym innym nieba przychylić . I zarazem uskrzydlającego poczucia radości i jakiejś niepojętej siły w tym wszystkim….

Z oddziału sanitarnego Zofii Schuch-Nikiel, zwanego patrolem, powstanie przeżyło osiem młodych kobiet. 1 sierpnia 1944 było ich szesnaście.

Ks. kpt. Mieczysław Paszkiewicz ps. "Ignacy"  celebrujący Mszę św. na podwórku przy ul. Poznańskiej . „Pamiętam podniosły nastrój Mszy polowej w dniu 15 sierpnia[1944] na dziedzińcu dużego bloku przy ul. Poznańskiej 12. Staliśmy pod ścianami – oddziały bojowe, łącznicy i my, służba sanitarna. Ołtarz na ścianie budynku z wielkim krzyżem z dwóch spalonych belek, zamiast organów akordeon i wyniosła postać księdza przed ołtarzem, a w dali szum broni maszynowej. W pewnej chwili gdzieś w pobliżu nastąpił silny wybuch, potem usłyszeliśmy świst i u stóp księdza, zwróconego do nas ze słowami „Dominus vobiscum”, upadł czarny postrzępiony odłamek pocisku. Ksiądz nie drgnął i nie przerwał Mszy...”. (p. Barbara Lenard)

Ks. kpt. Mieczysław Paszkiewicz ps. „Ignacy” celebrujący Mszę św. na podwórku przy ul. Poznańskiej . „Pamiętam podniosły nastrój Mszy polowej w dniu 15 sierpnia[1944] na dziedzińcu dużego bloku przy ul. Poznańskiej 12. Staliśmy pod ścianami – oddziały bojowe, łącznicy i my, służba sanitarna. Ołtarz na ścianie budynku z wielkim krzyżem z dwóch spalonych belek, zamiast organów akordeon i wyniosła postać księdza przed ołtarzem, a w dali szum broni maszynowej. W pewnej chwili gdzieś w pobliżu nastąpił silny wybuch, potem usłyszeliśmy świst i u stóp księdza, zwróconego do nas ze słowami „Dominus vobiscum”, upadł czarny postrzępiony odłamek pocisku. Ksiądz nie drgnął i nie przerwał Mszy…”. (p. Barbara Lenard)

Zostało im to dane.  Jednorazowo. Za darmo. Wielki akt łaski. Ogromne źródło siły, pomimo bezmiernego morza ofiar.

Bezcenna pewność, że tak może działać, tak właśnie może wyglądać społeczeństwo ludzi wolnych. Polaków zjednoczonych wspólnym celem.

Mogły żyć do późnej starości (Zofia Schuch-Nikiel odeszła w wieku 97 lat, moja Mama, a jej Drużynowa, w chwili swej śmierci była o dziesięć lat młodsza), w mocnym przeświadczeniu – znanym nie tylko z literatury, ale potwierdzonym doświadczeniem własnego życia – że naprawdę istnieje polskość.

Istnieje, jako coś całkowicie odrębnego. Coś, czego nie da się z niczym porównać.

Prawdziwy skarb.

Nieodłączna od prawdy o Bogu, za którą warto umierać.

__________

*) Por. Romano Amerio – „Iota unum”  („Pyrronizm”)

**) Tamże

***) Chris Cieszewski, „O czym >obcy< nie będą mówili”, Gazeta Polska Codziennie 28.VII 2014

Możliwość komentowania jest wyłączona.

  • Kalendarium wpisów

    Grudzień 2017
    N P W Ś C P S
    « lis    
     12
    3456789
    10111213141516
    17181920212223
    24252627282930
    31