Gdy zniżamy loty… (część III)

<— Czytaj część II.

Zadania Polski po abdykacji papieża Benedykta XVI

Żeby prawidłowo odpowiedzieć na pytanie, jakie są nasze dziesiejsze zadania jako katolików, wynikające z wiary i z polskiego poglądu na świat – warto wrócić do sporu między Polską a Zakonem Krzyżackim.

Istota konfliktu sprzed sześciu stuleci jest nadal godna uwagi, choć tamte potęgi dawno nie istnieją. A nawet dziś właśnie – co może wydawać się paradoksalne – wymaga szczególnego namysłu.

Moralnie obowiązującym stanem rzeczy w ówczesnym świecie chrześcijańskim była teoria imperialistyczna Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Swoistą emanacją tej teorii, w wymiarze politycznym, militarnym i ekonomicznym, było państwo Zakonu Krzyżackiego. Krzyżacy byli obecni na kilku strategicznych obszarach Europy. Cesarstwo cieszyło się w stosunkach z papiestwem klauzurą najwyższego uprzywilejowania. Papiestwo uznawało ingerencję cesarstwa w życie i integralność innych państw katolickich za brachium saeculare, służące Kościołowi.

Najwyższa w świecie chrześcijańskim władza była zatem władzą podwójną, cesarsko-papieską.

Co do Krzyżaków, nie było w zasadzie w Watykanie – który był prawdzwą stolicą, sercem kontynentu – wątpliwości, że w pełni oddani są Kościołowi. Bo kto mógł być bardziej oddany niż ci, którzy nawracają pogan?

Józef Mehoffer, Chrystus Frasobliwy, projekt witraża do katedry na Wawelu, 1909.

Józef Mehoffer, Chrystus Frasobliwy, projekt witraża do katedry na Wawelu, 1909.

Czy sytuacja nie jest dziś poniekąd podobna?

Choć żyjemy w odmiennym ustroju politycznym, a system prawny w państwach europejskich uległ całkowitej przebudowie za sprawą zmiany znaczenia kluczowych pojęć i słów. Wiele pojęć, którymi od zarania dziejów posługiwały się narody chrześcijańskiej Europy i jej prawodawstwo, by określić fundamenty rozumowania i wartościowania, a co za tym idzie, budowania społecznych struktur, utraciło swój pierwotny sens. W naszym języku istnieją nadal słowa, których prawdziwego znaczenia już nie rozumiemy, jako pozostałość owych czasów.

W miejsce zasad moralnych, o których obowiązywaniu Kościół przypominał przez wszystkie wieki swojego trwania, powszechnie przyjmuje się tzw. moralność sytuacyjną. Relatywizm triumfuje, bo dzięki niemu można zachowywać się podle i nie odczuwać niepokoju sumienia. Skoro nie ma zrozumiałych dla wszystkich norm moralnych, nie może też istnieć oparte o nie prawo. Wszystko w polityce jest dziś kwestią umowy, kompromisu i dogadania się.

Co łączy nas z tamtą Europą?

Unia Europejska i inne organizmy ponadpaństwowe respektowane są — co do genezy i co do natury — przez Kościół katolicki. Prawa człowieka uzyskały status uniwersalnej płaszczyzny odniesienia. O prawach Bożych wspomina się rzadko; zwykle przywołuje się je jako cytat z odległej przeszłości (przedsoborowej, a więc z czasów zamierzchłych).

Prawa człowieka mogły zyskać tak szeroki aplauz tylko z uwagi na sukces idealistycznej filozofii i modernistycznej teologii, z której wypreparowano nauczanie o treści dogmatów. W sytuacji, gdy samą Ewangelię usiłuje się uczynić niezrozumiałą i dwuznaczną, prawa człowieka stanowią podstawę nowej humanistycznej religii i globalnej etyki. Wypiera ona z wielkim powodzeniem z umysłów współczesnych Europejczyków i Amerykanów chrześcijański światopogląd.

Paul Claudel w swoim Dzienniku (pod datą 10 czerwca 1911 roku) przypomina pewien zapomniany epizod z okresu Rewolucji Francuskiej:

W roku 1793 zaledwie zbudowany okręt „Prawa Człowieka”, wychodząc z portu Audierne, natychmiast został zatopiony przez Anglików. Załoga — 600 ludzi — utonęła; ciała ich wyrzucone na brzeg pogrzebano w piasku. Niedawno burza rozmyła wydmę, piszczele i czaszki w nieładzie sześciuset ludzi znów zaściełają ziemię. Prawa Człowieka!

Państwa katolickie, z wpisanym w swoje konstytucje poddaniem się rządzących pod władzę Boską, nie istnieją. Nie ma już niemal na świecie krajów, których konstytucja bazowałaby na tym, co określa moralność chrześcijańska.

Ostatnie konkordaty, w których państwo uznaje religię katolicką za obowiązującą, zmienione zostały jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku.

Jakie są te współczesne konstytucje? W jaki sposób mówi się w nich o Bogu? Preambuły Konstytucji UE i Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej to przykłady, że Bóg, zdaniem ich twórców, jest nie wiadomo kim. Ta niejasność nie jest jednak czymś przypadkowym. Czy ten fakt może nam pomóc w odpowiedzi na pytanie, jakie jest faktyczne pochodzenie obecnej władzy polityczno-gospodarczej na świecie?

Według katolickich analityków – związanych ze środowiskami Tradycji Kościoła –  jest ona wspierana zarówno przez siły rewolucyjne Nowej Lewicy, jak i ideologów nurtu tzw. Nowej Prawicy. W wizji tych ostatnich — nawiązujących do tradycji ezoterycznych, m.in. hinduskiej, islamskiej czy starogermańskiej — pojawia się osoba, która ma stanowić instancję gwarantującą u schyłku dziejów wszelki ład i regulująca całość życia społecznego na naszej planecie. Ten „Król świata” stoi ponad papieżem i cesarzem, ale nie jest to bynajmniej Chrystus.

Błąd rozumowania

Wróćmy do Krzyżaków i XV-wiecznej Europy. Krzyżacy w swojej polityce ekspansjonizmu terytorialnego i eksterminacji ludności jeszcze nie ochrzczonej, a stawiającej im opór, kierowali się zasadą, że ziemia pogan nie należy do jej mieszkańców, tylko do cesarza. Uznawali się za prawowitych władców pogańskich krain, a formalne podporządkowanie Zakonu władzy cesarza niemieckiego dawało im nieograniczone możliwości wobec „niewiernych” — oraz tych, którzy się ich władzy przeciwstawią.

Sprzeciw, niezgoda i opór wobec zasady, na którą się powoływali, to był właśnie przypadek Polski.

Sytuacja była jednak niezmiernie trudna i delikatna, bowiem, jak podkreśla prof. Koneczny, „wywody o cesarskich nadaniach były pod względem prawniczym nienaganne i zupełnie logiczne” w granicach przyjętej zasady podstawowej. (Dzisiejsze prawo unijne, prawo międzynarodowe, choć nie odwołuje się do chrześcijańskich norm, również uznawane jest de facto przez Kościół; zawarte w nim sprzeczności nie stały się niestety sygnałem alarmowym, który ostrzega, że cały ten system jest drogą donikąd).

W XV wieku Polacy jednak wiedzieli, że Kościół, „jako kierownik sumienia zbiorowego, jako interpretator dobra i zła” (Feliks Koneczny), nie może kierować się ślepym formalizmem, samą tylko literą prawa. Polscy uczeni i teologowie dostrzegli jaskrawą różnicę pomiędzy duchem Ewangelii a bizantynizmem ustroju niemieckiego, który kształtował politykę Kościoła.

I tę różnicę elity duchowe Polski epoki jagiellońskiej postanowiły ukazać na najważniejszym europejskim forum i wyzyskać na swoją korzyść. Trzeba było ją unaocznić w sposób jasny, nie pozostawiający miejsca na wątpliwości, oraz przedstawić jako uzasadnienie naszego stanowiska. A był nim sprzeciw wobec praktyk państwa krzyżackiego — państwa w średniowiecznej Europie bardzo popularnego. Trzeba było stąpać bez trwogi po rozżarzonych węglach…

Profesor Feliks Koneczny przypomina:

Gdy dwie armie zmierzały pod Grunwald, sympatie Europy nie były po naszej stronie. (…) W armii krzyżackiej dopatrywano się obrońców krzyża i chrześcijańskiego ładu w Europie, tym bardziej, że pamflety krzyżackie (…) robiły swoje.

Objawienia św. Brygidy Szwedzkiej (1303–1373), w których znajdowała się zapowiedź całkowitej klęski, jaką poniesie Zakon Krzyżacki z uwagi na okrucieństwa, których dopuszczał się wobec pogan, u granic Polski, nie były jeszcze szerzej znane.

Krzyż w zjednoczonej Europie — obrona a rebours

Czy czegoś nam to nie przypomina? Czy dziś nie mamy do czynienia z analogiczną sytuacją? Przecież niemal jednogłośnie uznano za „obrońcę krzyża” w Europie amerykańskiego prawnika Josepha H. H. Weilera, który reprezentował Włochy – wsparte przez dziesięć krajów europejskich – w Trybunale Praw Człowieka, w rozprawie apelacyjnej o prawo do obecności krzyża w szkole. Dlaczego chrześcijanie nie dostrzegli sprytnie zastawionej pułapki i sprzeczności w rozumowaniu, jakie przy tej okazji zostało przeprowadzone?

Wyrok został uznany za triumf chrześcijaństwa nad forsowanym w Europie laicyzmem1.

Józef Mehoffer, Sancta Virgo, projekt witraża do katedry na Wawelu, 1909.

Józef Mehoffer, Sancta Virgo, projekt
witraża do katedry na Wawelu, 1909.

Na jakiej podstawie? I w imię czego autor tej apelacji został okrzyknięty mianem obrońcy symbolu naszej wiary? Krzyż stał się jedynie pretekstem. Cała rzekoma obrona na tym tylko polegała, że sytuując krzyż wśród różnych symboli religijnych, upomniano się o akceptację dla nowego systemu wartości, wykwitu globalnej etyki — pluralizmu. Nie tylko więc nie była to obrona krzyża, ale atak na krzyż, bardziej wyrafinowany, niż bezpośrednie działanie. W ten sposób bowiem święty symbol naszej wiary został faktycznie zdeprecjonowany i znieważony przez Trybunał Praw Człowieka; żonglując argumentami prawnymi uznano, że jest to taki sam symbol religijny jak wszystkie inne. NIe ma żadnej różnicy. Prawo to zatwierdza.

Żeby zrozumieć, czym jest współczesne prawo, trzeba zatrzymać się przy znaczeniu słów. Aż do lat 60. ubiegłego wieku Kościół nauczał (i wierni katolicy na całym świecie przyjmowali), że jest jedna tylko religia prawdziwa i w niej jedynie może zaistnieć wolność człowieka. Wolność pojawia się w relacji człowieka do prawdy. Człowiek znajduje wolność przez kontakt z Tym, który go stworzył. Wtedy człowiek uzyskuje także godność. Ten, kto odrzuca prawdę, traci godność. Tam gdzie nie ma prawdy, gdzie nie może też być prawdziwej wolności, pojawia się anarchia, nieład, swawola. Państwa europejskie przez wiele wieków respektowały religię katolicką jako jedyną prawdziwą — gwaranta nie tylko wolności, ale wszelkiego społecznego ładu. Siła polityczna państw epoki średniowiecza była związana z ich odniesieniem do prawdy.

Nad władcą świeckim był papież. Nad prawem świeckim — prawo Boże.

Oczywiście cała historia Europy pełna jest odstępstw od tej reguły, która jednak — właśnie jako reguła nadrzędna — była powszechnie (aż do czasów reformacji) uznawana. Gdy pojawiała się jakaś szczelina w zgodności tej zasady z praktyką polityczną — jak w przypadku cesarstwa niemieckiego i Krzyżaków — musiała pojawić się także reakcja na nią. Odwoływano się do Kościoła, by rozsądził spór. Ponieważ Kościół stał na straży moralnego ładu całego świata, zajmował stanowisko. Wyjątki od powszechnej praktyki respektowania sądów Kościoła, opartych o jego niezmienną naukę, jako ostoi ładu społecznego, zaczynały stopniowo ten ład rozszczelniać i coraz skuteczniej niszczyć. Wyjątkom nadawała szczególną rangę niewierność świeckich władców. Wstrzasy objęły caly Zachód Europy, Marcin Luter, Henryk VIII… Za sprawą Marcina Lutra rozpoczęła się rewolucja protestancka, spór króla angielskiego z papieżem i jego jawny bunt wywołały rewolucje anglikańską, w ślad za nią przyszła francuska. Z drugiej zaś strony torowała sobie drogę w umysłach elity europejskiej uwodzicielska, atrakcyjna dla władców i całkowicie amoralna doktryna Machiavellego.

Przyczyna dzisiejszego powszechnego odejścia od norm moralnych w praktyce politycznej jest natury metafizycznej, jak przypomniał prof. Romano Amerio, „bowiem z chwilą, gdy ulegnie przyćmieniu pojęcie Boga, bądź zostaje ono odrzucone, załamuje się cały system wartości”. Gdy zapomina się, kim jest Bóg, łatwo jest skusić się do życia łatwego, które ma być pasmem przyjemności. Atakuje się zasady moralne, mnoży wzory zepsucia, zasiewa wątpliwości co do prawdy.

Dogmaty wiary katolickiej podawane przez Kościół formułowane były zawsze z prostotą, tak by umysł ludzki nie musiał traktować ich jako łamigłówki (co nie znaczy, że w ciągu wieków, jakie upływały od ich ustanowienia, dogmaty nie były coraz lepiej rozumiane i coraz gruntowniej zgłębiane). A tak niestety jest z niejasnymi, dwuznacznymi i płynnymi formułami, za pomocą których niektórzy ludzie Kościoła próbują dziś wyrażać — coraz mniej klarowne, pełne odniesień do psychologii i socjologii, coraz bardziej liczące się z regułami poprawności politycznej i  coraz bardziej „osobiste” — nauczanie. Otwiera się w ten sposób szerokie pole do nadużyć i interpretacji. A „każda interpretacja ma wartość względną” — przypomina Romano Amerio…

Nietrudno zauważyć, że dzisiejszy Kościół bywa „teologiczną, doktrynalną i moralną wieżą Babel”, którą można porównać do „mieszaniny prawdy i fałszu, dobra i zła, piękna i brzydoty, absolutu i względności, bytu i niebytu, (…) mieszaniny będącej wynikiem wyrzeczenia się definiowania, a więc również nauczania” — jak ujął to trafnie ks. Dawid Pagliarani FSSPX.

Dziś widać aż nazbyt jaskrawo, że epoka Dignitatis humanae (dekretu o wolności religijnej II Soboru Watykańskiego) oznacza zmianę, która odtąd — niczym rozpędzona lawina śnieżna — zagarnia coraz to nowe obszary myślenia. Powoduje, że tak wielu ludzi dobrej woli nie jest się w stanie przeciwstawić nieładowi intelektualnemu w dziedzinie podstawowych pojęć odnoszących się do wiary, i co za tym idzie nieuchronnie, nieładowi moralnemu.

Nie tylko państwo i prawo, ale Kościół zdaje się wyrzekać się stopniowo jednoznacznego osądzania zła. Pojęcie grzechu rozpływa się. Kategorie moralne poddawane są coraz częściej pod głosowanie. Wypowiedzcie się, jak to jest waszym zdaniem, co jest jeszcze aktualne z nauczania Kościoła?, słyszymy coraz częściej zdumieni.

Jedno z niezliczonych pytań, jakie cisną się wobec tego niebywałego zamętu, na usta Polaków, brzmi:

Wobec kogo powinni wystąpić Polacy, którzy walczą o prawdę np. w kwestii katastrofy smoleńskiej? Gdzie jest ten trybunał ponadpaństwowej sprawiedliwości opartej o jednoznaczne i pewne rozróżnienie dobra i zła? O całkowicie jasne i niesprzeczne prawo moralne. O dziesięcioro przykazań. Kto jest dziś w stanie znaleźć właściwą miarę, właściwy ton i proporcję, najodpowiedniejsze słowo zawierająco osąd Bożego prawa, w tym co najbardziej człowiekowi i narodom zagraża.. Co grozi im fizycznie i moralnie. Czy będziemy wciąż dryfować po oceanie nieokreślonych pojęć, błędnych definicji, dwuznacznych kategorii, by nigdy nie nazwać zła jego prawdziwym imieniem?

Maryja, czyli Niezmienność Prawdy

Czy naszych rodaków określilbyśmy w szczerości serca mianem „biednych grzeszników”? Tych zwłaszcza, którzy nam są solą w oku, reprezentujących obecny układ władzy, grupy uprzywilejowane przez system polityczny oparty o wpisaną w niego strukturalnie nieodpowiedzialność rządzących przed nikim, korupcję i pogardę wobec społeczeństwa. I tych, których nazywamy pieszczotliwie lemingami, bo są zupełnie bezwolni wobec manipulacji.

Jeśli nie, to dlaczego? A samych siebie? Jak właściwie odpowiadamy na wyrażaną w Lourdes i w Fatimie prośbę Maryi o modlitwę i ofiarę w intencji „nawrócenia biednych grzeszników”? Czy nie jedynie gniewem, pretensją, złorzeczeniem i rozpaczą?

W oceanie pychy, w którym tonie świat, który wykreślił Boże prawa ze wszystkich aktów prawnych i nie chce przyznać się do swego Stwórcy — tylko pokora może nas ocalić. A ona nie jest często spotykaną cnotą — także tam, gdzie próbuje się w wymiarze publicznym walczyć o prawdę.

Widać jasno, jak konieczny jest powrót ludzkich umysłów do twierdzenia, że istnieje prawda absolutna, którą wyrażają nigdy oficjalnie nie odwołane, stale obowiązujące wierzących dogmaty wiary katolickiej.

One nie wymagają żadnej interpretacji i są niezmienne.

Ten powrót jest możliwy tylko dzięki prostemu aktowi pokory, na wzór tego, jaki uczyniła Maryja w czasie Zwiastowania.

Tylko najpokorniejsza postawa wobec Boga ma znaczenie w Jego oczach. Taka jak postawa Maryi. Postawa pokory wynika z przyjęcia prawdy i prowadzi zarazem do jej głębi. Maryja nie rości sobie żadnych „praw”. Niczego nie oczekuje. Wie, że Bogu nie można stawiać warunków. Chce tylko służyć Bogu. Wie, że służyć Bogu można tylko z absolutnym zaufaniem i z całkowitym oddaniem. Cokolwiek On postanowi, to musi być przyjęte. Pytania dlaczego? nie są potrzebne. Nie są na miejscu. Jeżeli Ona pyta, to tylko: Jak mi się to stanie?

Z Bogiem się nie dyskutuje, skoro jest się tylko dlatego, że On tak chciał. Pyta się jedynie o Jego wolę. Pełnienie Jego woli uszczęśliwia, nawet jeżeli po drodze ma się serce przebite sztyletem boleści.

Święty Jan Maria Vianney mówił:

Nasze modlitwy nabierają zupełnie innego wymiaru, kiedy je przedstawiamy Bogu przez pośrednictwo Maryi, ponieważ Ona jest jedynym stworzeniem, które nigdy nie obraziło Boga. Spośród wszystkich ludzi tylko Najświętsza Maryja Panna wypełniła do końca przykazanie «Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną» oraz przykazanie doskonałej miłości Boga. Dlatego wszystko, o co Syn prosi Ojca, zostaje Mu udzielone. Podobnie wszystko, o co Ona prosi swego Syna, zostaje Jej udzielone.

Józef Mehoffer, Archanioł Michał, karton do polichromii Skarbca katedry na Wawelu, 1901.

Józef Mehoffer, Archanioł Michał, karton do polichromii Skarbca katedry na Wawelu, 1901.

Oto wzorzec dla nas dziś. Nie ma i nie będzie innego.

Maryja sama wkłada nam do ręki broń, ratunek dla nas w chwili ostatecznego zmagania z siłami kłamstwa i podstępu, Różaniec. Różaniec to łódź ratunkowa, dzięki niemu w naszych umysłach możemy

ocalić obraz prawdziwego Boga.

Dzięki tej prostej modlitwie uchronimy w naszych duszach wszystko to, co powinniśmy wiedzieć o Bogu, by móc Mu ufać.

Oraz nie dać się zwieść Jego karykaturze, Jego fałszerzowi.

Maryja, która jest Mistrzynią w Szkole Mądrości, uczy nas też, że Ona sama nas ochroni. Ma wystarczającą władzę. Jest Królową Nieba i Ziemi. Jest Królową Polski. Nie potrzebujemy niczego i nikogo innego.

„Wejrzał Pan na uniżenie Służebnicy swojej…”. Przywołajmy wspomnienia lata 1920 roku — procesje pokutne i modlitwy w całej Warszawie. Nieustający Różaniec, jedna za drugą nowenny… A przy tym jak najstaranniejsze przygotowania bojowe do decydującej bitwy z Armią Czerwoną. Powszechna mobilizacja. Oddawanie kosztowności, obrączek małżeńskich, koni, ubrań, nawet pościeli na bandaże i butów dla walczących. Zaangażowanie wszystkich stanów. Pokorna modlitwa władz państwowych i wojskowych. Matka Boska Łaskawa była wtedy naprawdę czczona w stolicy Polski jako jej Patronka. Pani Jasnogórska jako nasza Królowa. Wiedzieliśmy — bo byliśmy pewni swojej wiary — dokąd mamy się udać przed konfrontacją z potęgą zła. Do Niej, by pomogła odparować ten cios.

Upaść na kolana, całkowicie uniżyć się przed Bogiem — to jedyna postawa, jaka przystoi wierzącym. Także – a raczej przede wszystkim – polskim politykom, którzy mają prowadzić naród. Reprezentować go wobec innych państw.

Współczesny przewrót w umysłach, który rozpoczął się od rewolucji protestanckiej, przez francuską i bolszewicką, może dziś zebrać upiorne żniwo w postaci całkowitego odseparowania od źródła Prawdy.

Jeśli odrzuci się bytowość Boga przez wykreowanie pojęć, które już nie opisują Boga, ale wymyśloną przebóstwioną, kosmiczną ludzkość utożsamianą z absolutem… Zbiorowość nadludzi, którym wszystko wolno, którzy są wolni w stopniu absolutnym… Wtedy łatwo można dojść do wniosku, że ten, kto nad takim szczęśliwym światem zapanuje jako jego formalny, polityczny władca, to jest właśnie bóg… Książę tego świata - innego nie potrzebujemy… Wtedy, gdy zostanie zaproponowany ów idealny ład na ziemi prawa człowieka odniosą całkowity i bezapelacyjny triumf.

A ci, którzy tym ładem będą zarządzać, osiągną szczyt swoich dążeń — „boskość”, absolut, nirwanę, całkowitą władzę. I dozgonną miłość wszystkich poddanych.

Można i należy zastanawiać się, czym faktycznie są zapisy prawne we współczesnych konstytucjach państw, w których nie ma żadnego odniesienia do prawdziwego Boga. Czym one są wobec faktu, że istnieje Królestwo Maryi, którym zgodnie z Jej wolą jesteśmy właśnie my – Polska?

((Nie tylko Polska jest nazywana królestwem Maryi; na przykład w 1916 roku na prośbę króla Ludwika III papież Benedykt XV uroczyście zawierzył Matce Bożej Królestwo Bawarii.)).

Owoc bytu – kultura czynu

Wszystko niemal zmieniło się w Europie od czasów średniowiecza. Ale istota naszego dzisiejszego zadania dla Europy jest taka sama jak wówczas, gdy Europa była cywilizacyjnie sparaliżowana cezaropapizmem. Profesor Feliks Koneczny:

Tylko wynalezienie nowej formy dla kultury zachodniej, tylko jakaś polska pozytywna teoria mogła nas wykształcić na naród w całym znaczeniu tego wyrazu, pogodzić z samym sobą i uczynić zdatnymi do czynów dziejowych. Owoc bytu — to kultura czynu. A ta wymaga zgodności myśli ze słowem, słowa z czynami, czynów z wewnętrznym przeświadczeniem.

Zmagaliśmy się z przemocą i z ograniczaniem rozwoju ekonomicznego naszego kraju, bo Zakon Krzyżacki uniemożliwiał nam dostęp do morza, mimo że, jak przypomina Feliks Koneczny,

szlachta i miasta pruskie, były po naszej stronie (już w roku 1410), bo z Polską wiązały je interesy ekonomiczne.

Tymczasem Zakon Krzyżacki stał się doskonale prosperującą „instytucją zapomogową” szlachty niemieckiej. Dawał utrzymanie i otwierał karierę wojskową młodszym synom możnych rodów, pozbawionym dziedzictwa w systemie senioratu. Dziś podobną do niego rolę pełnią (także wobec Watykanu) państwowe banki oraz korzystne — z punktu widzenia jednej tylko strony — porozumienia gospodarcze (np. rurociągi naftowe). Feliks Koneczny przypomina:

Istota państwa krzyżackiego polegała na tym, że zajęcie niemieckiego rycerza-rabusia zorganizowało się w nim na wielką skalę, korporacyjnie2.

Papiestwo na przełomie XIV i XV wieku nie reagowało na nasze postulaty jednorazowo, radykalnym zwrotem w polityce wobec Krzyżaków. Polacy musieli być cierpliwi i spokojni, nie działać pospiesznie, nie dać się wyprowadzić z równowagi. Przeciwnik był silny, doskonale zorganizowany, przewidujący.

Odsunięcie się Kościoła od teorii imperializmu chrześcijańskiego nie nastąpiło nagle i wymagało również pracy pokoleń. Zaczęło się to (o ile w takich kwestiach można podawać ścisłe daty) w roku 1320 (pierwszy proces kanoniczny przeciw Zakonowi), a dokonało dopiero 1424 roku (ostateczne potępienie o. Falkenberga przez Marcina V).

Obie walczące strony zostały wezwane przez papieża przed forum soboru, zgromadzenie osób najbardziej kompetentnych do rozpatrywania sytuacji Kościoła i zagrożeń świata chrześcijańskiego.

Cesarz Zygmunt Luksemburczyk był wówczas największym wrogiem Polski, a większość europejskich biskupów, uczonych, prawników sympatyzowała z Zakonem; kwiat rycerstwa Europy widział w nim ucieleśnienie swoich ideałów.

Polacy pozostali w Konstancji przez trzy lata. Tyle czasu było potrzeba, by Ojcowie soborowi mogli w całej pełni przyswoić sobie i przedyskutować jak najstaranniej traktat scholastyczny De potestate papae et imperatoris respectu infidelium, którego autorem był Paweł Włodkowic z Brudzenia, rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego, kanonik i kustosz katedry. Feliks Koneczny uważa go za genialnego odkrywcę dwóch zasadniczych prawd, które miały rozbić dotychczasową formę ustroju europejskiego.

Pierwsza z nich głosi, że te same prawa, które mają zastosowanie wobec chrześcijan muszą być respektowane wobec pogan. Druga — że wiary nie wolno nikomu narzucać siłą.

Czyż Maryja nie potwierdziła osobiście słuszności tej zasady? Ukazując się na innym kontynencie, w Meksyku… W kraju odkrytym przez Hiszpanów, sto lat po zakończeniu soboru w Konstancji. I wkrótce krwawo przez nich podbitym — a następnie niemal bezskutecznie ewangelizowanym, bowiem przemoc, jaką Europejczycy przynieśli temu krajowi (bynajmniej nie nastawionemu pokojowo do innych nacji czy plemion!), budziła skrajną nieufność wobec chrześcijaństwa. Maryja ukazała się w cudownym Wizerunku na płaszczu Juan Diego, który przemówił do Indian z ogromną siłą i nadzwyczajną precyzją, przedstawiając im syntetycznie całą Ewangelię — i przekonując, że to Ona jest Matką prawdziwego Boga.

Było to w 1531 roku, na obrzeżach dawnej stolicy Azteków, dzisiejszego Meksyku. W miejscu zwanym Tepeyac, dziś Guadalupe. Indianie, ujrzawszy Jej obraz, w jednej chwili stali się chrześcijanami. Od tej chwili prześcigali się z Hiszpanami w gorliwości religijnej.

Przeciw pewnej mentalności

Rewolucyjność tez przedstawionych przez Pawła Włodkowica w ówczesnym świecie można zrozumieć, gdy weźmie się pod uwagę, jak mocno były ugruntowane w pewnej części średniowiecznej Europy imperialistyczne obyczaje. Niemieckie hasło ausrotten oznaczające eksterminację ludów czy narodów, które sprzeciwiały się ich zasadom, było zadomowione w mentalności Zachodu. Nie gorszyło. Wynajęty przez Krzyżaków pamflecista, o. Falkenberg, mógł bez zmrużenia oka głosić nawet podczas soboru, jak relacjonuje prof. Koneczny:

(…) nie może być większej zasługi wobec chrześcijaństwa jak walczyć z Polakami; dla obrony porządku chrześcijańskiego wolno zabić bez grzechu każdego Polaka, dostojnikom zaś polskim i królowi należą się szubienice.

Józef Mehoffer, Anioł, projekt polichromii do katedry w Płocku, 1903.

Józef Mehoffer, Anioł, projekt polichromii
do katedry w Płocku, 1903.

Takiej mentalności stawili czoła Polacy. Nie zamierzali nikogo przepraszać, że żyją. Nie twierdzili, że  proszą tylko o mały azyl, skromną enklawę, w której pozwolono by im pozostać, a oni nie będą się nikomu naprzykrzać.

Przedstawiciele Polski jagiellońskiej udowodnili, że chrześcijaństwo nie daje pozwolenia na taki błąd myślowy. A tolerowanie go przez Kościół doprowadzi niezawodnie do herezji.

Opinia Zachodu musiała ugiąć się przed argumentacją Polaków. (Przypomnijmy, że w Konstancji sprawy polskiej broniło również ośmiu włoskich prawników). Zakon już nigdy nie odzyskał dawnej popularności, co nie znaczy jednak, że Krzyżacy natychmiast zaczęli opuszczać nasze terytorium. Przeciwnie, by doprowadzić do całkowitego militarnego zwycięstwa potrzebny był jeszcze sojusz z sąsiadami. W Czechach rozpoczynał się akurat narodowy ruch przeciwko Niemcom. Czesi także wojowali z systemem imperialistycznym, nazywając jednak swoją wojnę – jakże mylnie! – „wojną z całą nacją niemiecką”. Nie byli jednak wyposażeni w teorie polityczne, nie zajmowali się refleksją, obalali to, co było dla nich szkodliwe; zdolność do generalizacji, do wyrażania sądów, które trafnie i głęboko ujmowały sytuację ogólną, była polską specjalnością3.

Dlaczego Maryja chciała być Królową naszego narodu? Gdyby oskarżenia pod adresem Polski o sprzymierzanie się z innowiercami (husytami), by pokonać cesarstwo niemieckie, miały jakiś sens, to czym są ślady po husyckich cięciach na twarzy Pani Jasnogórskiej, pochodzące właśnie z XV wieku, z czasu wojen husyckich? Czyż nie są one największym zaprzeczeniem tego pomówienia? Czy Jej pocięty szablą cudowny Wizerunek, do którego pielgrzymują wciąż miliony Polaków, nie jest najlepszą obroną przed kłamcami — i przed wszelkim kłamstwem?

A jednak Polacy nie przyłączyli się do krucjat przeciwko husytom. Umysły Polaków nie były w stanie nagiąć się do zasady przeciwnej wobec tej, która wynika wprost z Ewangelii, że nawracanie siłą to żadne nawracanie.

Święty sobór i papież uznali pogląd polski za chrześcijański punkt widzenia. Poza krótkim epizodem Kawalerów Dobrzyńskich, byliśmy mu wierni w praktyce życia. Śmierć św. Wojciecha była jej symbolem, chrzest Litwy wielkim triumfem i poświadczeniem4.

Nagroda za wierność czy jałmużna losu?

Tym, co dziś najbardziej nam w Polsce przeszkadza, jest niemożność wypowiedzenia w działaniu — ale także w słowie, w intelektualnie bezbłędnej diagnozie — naszych, zweryfikowanych przez życie przeświadczeń, naszej oryginalnej oceny sytuacji, w jakiej znaleźliśmy się jako Polacy na kontynencie europejskim. Brakuje nam także instytucyjnej, formalnej płaszczyzny działania byśmy mogli tę naszą prawdę wyrazić Europie, w języku, który zrozumie i przyjmie..

Bo cóż mogłoby być dzisiejszym odpowiednikiem zgromadzenia soborowego w niemieckim mieście Konstancji? (Przypomnijmy — oprócz kilkuset hierarchów Kościoła przybyło tam pięć tysięcy przedstawicieli świata nauki z trzydziestu sześciu uniwersytetów). Parlament Europejski? Rada Europy? Czy dla Polaków pamiętających wybór Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową w 1978 roku fakt ów nie był właśnie niezaprzeczalnym dniem owego wielkiego triumfu nad naszym wrogiem — komunizmem, a zarazem ukoronowaniem marzeń o ziszczonej, na naszych oczach, nadziei o wypełnieniu się sprawiedliwości dziejowej wobec Polski? Tak, to miał być ten oczekiwany długo prezent Opatrzności, nagroda za wszelkie cierpienia i ofiary poniesione przez Polaków. Gdy jednak patrzymy dziś na sytuację naszego kraju –  i sytuację Kościoła – czy nie powinniśmy raczej przyznać racji przestrodze starego historyka (wciąż znanego lepiej na Zachodzie niż w Polsce) przed upraszczającymi ocenami?

Feliks Koneczny pisał w 1910 roku:

Powszechnie mniema się, jakoby pokonanie Zakonu było dziełem kilku miesięcy, podczas, gdy owa «wielka wojna» trwała całych 30 lat, bo zaczęła się już w roku 1406, skończyła dopiero 31 grudnia 1435 (pokój brzeski). Całe pokolenie…

Niedługo minie 100 lat od polskiego zwycięstwa nad bolszewikami, a zarazem blisko 250 lat zmagania się duchowego na naszej ziemi z wpływami kultury rosyjskiej, następnie zaś tej przesiąkniętej ideologią komunistyczną, która zaczęła przenikać przez nasze granice jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym, oraz zarażonej agnostycyzmem i ateizmem kultury Zachodu, wyrosłej na luteranizmie i heglizmie.

250 lat walki duchowej i politycznej — czym się zakończą? Jak zaowocują? To praca niejednego polskiego pokolenia.

A dziś gołym okiem widać, że do zakończenia tych zmagań, do zwycięstwa jest daleko. O wiele dalej niż przed rokiem 1978… Dlaczego?

Tak powszechne stało się odwoływanie się do pluralizmu zamiast do prawdy (nawet na ambonach, nawet w niektórych pobożnych skądinąd mediach). Gremialnie zapomina się, że nie ma wielu równorzędnych prawd — jest jedna Prawda. Prawda Objawienia i Tradycji katolickiej. Ona jest perłą, która naprawdę dużo kosztuje. Nie da się jej zdobyć na targowisku. Dziś, gdy tzw. niezależne czy prawicowe media licytują się, które z nich będzie lepiej wypadać w obronie pluralizmu — utożsamianego niekiedy mylnie z samym prawem do wypowiadania sięa który przecież jest niczym innym, w sferze moralnej i rozumowej, jak zanegowaniem istnienia Boga, Prawdy Najwyższej, niektóre media katolickie (a może większość  jakby tracą głos. Więźnie im w gardle, zasycha… Łatwo jest bronić pluralizmu — po to by mógł wybrzmieć głos liberalno-konserwatywny, jaki jest teraz w modzie — trudniej bronić istoty rzeczy, sedna, jedyności, niepowtarzalności Prawdy o Bogu w Trójcy Jedynym. Jedynego celu wszystkiego, co istnieje.

Józef Brandt - Wyjazd Jana III Sobieskiego z Marysieńką z Wilanowa

Józef Brandt – Wyjazd Jana III Sobieskiego z Marysieńką z Wilanowa

W wyniku rewolucji Kościół nie został całkowicie zniszczony, lecz ukazano mu miejsce w szeregu — w dialogu ze światem, z innymi „kościołami”, z innymi religiami… Religia katolicka o tyle ma prawo egzystencji wśród innych religii, fałszywych kultów lub systemów filozoficznych — o ile podejmuje np. dialog ze Starym Testamentem lub z całą współczesną kulturą, która jest wykwitem ideologi – lewicowych i prawicowych. Prawda o jedyności religii katolickiej to wstyd, zgorszenie. Taką atmosferę stworzył terror powszechnej miłości, braterstwa, fałszywego ekumenizmu, w którym istotniejsze staje się to, co łączy – pozornie! -różne wierzenia, a nie to, co dzieli. Jak ogromna to obraza Boga, jak niesłychany fałsz! Łączą — pozornie  — rzeczy marginalne, trzeciorzędne, nieistotne — i dziś tylko one stają się tematem na forum publicznym. Różnice okazują się czymś nie do wypowiedzenia. (Stąd autocenzura stała się najpowszechniejszą chorobą). Gdyby się jednak te różnice ukazało, prawda zostałaby odkryta. Zajaśniałaby jak słońce.

Jak zajaśniała Matka Boża z Guadelupe na kontynencie, który spływał krwią chrześcijan i pogan, bo zapomniano, że Bóg jest jednocześnie i Prawdą, i Miłością.

Ale ukazania Prawdy — choćby przez przypominanie treści dogmatów wiary — nikt nie chce.

Uważa się powszechnie, że celem życia jest dobre życie. Trzeba jakoś przeżyć, trzeba się utrzymać i nie zostać rozdziobanym przez opinię publiczną za mówienie rzeczy gorszących. Faryzeusze też chcieli tylko dobrego życia, dla siebie i tego całego plebsu, którym pogardzali.

Deus vicit

Feliks Koneczny przestrzega, że gdy w społeczeństwie nie rodzi się świadomość polityczna oparta o niepodważalne zasady myślenia, nie do obalenia w świetle nauki Kościoła, dążenia narodu nie mogą prowadzić do celu. Nie ma szans zaistnieć to, co nazywa on kulturą czynu. Jakże brakuje nam dziś takich świadomych dążeń. Politycy, nawet ci z opozycji, nie chcą przyjąć do wiadomości, że samą tylko polityką nie zainspirują nikogo do wielkich czynów.

Potrzebna jest Polsce, jak wtedy, w pierwszej połowie XV wieku, głęboka myśl polityczna: odkrywcza, porywająca, inspirująca. Ukazująca szerokie horyzonty, odwołująca się do potęgi wolnego ludzkiego umysłu i ducha. Wolnego dzięki prawdzie. Myśl wnosząca do obrazu świata coś nowego, ożywczego. Nasza dzisiejsza trudność polega na tym, że brakuje ludzi, których wysokie aspiracje, zrozumienie sytuacji i umiejętność gry politycznej, postawa moralna i szlachetność dążeń idą w parze z pokorą wobec prawdy. Takich jak Zygmunt August, który potrafił powiedzieć do poddanych: „Nie jestem królem waszych sumień”, wskazując na prawdziwego ich władcę — Boga; takich jak Jan III Sobieski z jego „Venimus, vidimus, Deus vicit”.

W akcie Unii Horodelskiej z 1413 roku znalazło się miejsce na słowa niezwykle patetyczne, a przecież wyrażające rzeczywistość umowy politycznej:

„Miłość stanowi prawa, rządzi królestwami, kładzie podwaliny pod miasta, a kto nią wzgardzi, straci wszystko…”.

A może istotnie to, czego doświadczamy, to kara wychowawcza, gdy zawiodły wszelkie inne środki i sumienia stają się harde? Bóg jako Ojciec jest genialnym pedagogiem…

Czy możemy w Polsce godzić się na to, by majestat Boga był obrażany przez dopuszczenie herezji i bluźnierczych eksperymentów liturgicznych? I czy nie powinniśmy pokutować także za grzechy innych, o co Maryja prosiła i w Lourdes i w Fatimie?

Procesje pokutne i publiczne modlitwy w 1920 roku zostały wysłuchane. Bóg obdarzył nas zwycięstwem.

Nie możemy szarpać się z przeciwnikiem silniejszym od nas. Nie możemy jako chrześcijanie bezpośrednio konfrontować się ze złem, bo będziemy tylko śmieszni. Ten, kto w konfrontacji z duchowym złem liczy na siebie, zawsze przegra, bo Bóg nie znosi pychy. Musimy działać tak, jak zawsze uczył Kościół. Przez modlitwę i pokorę. Przez pośrednika, który jest silniejszy niż my.

Silniejszy od świeckich jest kapłan.

Silniejsza od kapłana jest Matka Boska.

Ona, jak każda matka, jest Wielką Realistką. Doskonale wie, czego potrzebują Jej dzieci i jak są słabe. Chce nam pomagać. Nie chce nas zostawiać w potrzebie. Jest naszą Pośredniczką u Boga. Wobec Niej zło duchowe jest bezsilne.

W czasach, wobec których najbardziej adekwatne wydaje się określenie „czasy ostateczne”, warto przypominać te wydarzenia z naszej historii, które pozwalały Polsce być bytem dojrzałym i określonym. „Walka przeciw Zachodowi w zakonie Rycerzy Krzyżowych” była zarazem „walką o Zachód, o prawdziwą treść jego kultury, w ideowym uzasadnieniu postawy wobec Zakonu”, a przy okazji „wytwarzaniem wartości własnych: odrębnych form współżycia międzynarodowego w rzeczpospolitej narodów i współżycia społecznego w demokracji stanowej”, jak ujmuje to Tymon Terlecki. Wszystko to oparte było o gruntowne rozeznanie naszej sytuacji wśród innych państw kontynentu i odniesione do nauki Kościoła.

Józef Brandt - Bogurodzica

Józef Brandt – Bogurodzica

Co byśmy zdziałali, gdybyśmy w czasie sporu z Krzyżakami i oszczerstw, jakich padliśmy ofiarą jako państwo katolickie, wciąż tylko narzekali? Okazaliśmy się jednak zdolni do czynu. Dziś także stoimy przed takim wyzwaniem. Ale w tym wszystkim, co będziemy czynić, powinniśmy być tacy jak Maryja. Mieć taki stosunek do ludzi opozycji i do ludzi władzy, do wrogów i do politycznych przyjaciół, jaki Ona mogłaby mieć — jaki ma.

Polska nie może pozostać bezczynna. Musimy, mając rozeznanie zagrożeń duchowych (być może lepsze niż inne społeczeństwa na kontynencie, z uwagi na naszą historię i wierność Kościołowi), apelować do następcy Benedykta XVI o poświęcenie Rosji Jej Niepokalanemu Sercu. Powinniśmy też usilnie prosić Ojca Świętego o ustanowienie dogmatu o Maryi jako Wszechpośredniczce Łask. Do tego zobowiązuje nas Ona jako Królowa Korony Polskiej.

Mamy obowiązek okazać Jej wdzięczność za to, że pomimo nawałnic i nienawiści, jaka nas otaczała, Polska była i jest krajem ludzi wierzących.

Musimy tę prośbę uzasadnić. Musimy wykonać pracę intelektualną, by to uczynić. W tym celu sięgnąć należy do zdrowej, nieobciążonej modernizmem teologii maryjnej. Mamy w naszym polskim Kościele ogromne bogactwo tradycyjnej mariologii (niestety dziś zarzuconej na rzecz ekumenizmu, w którym nie ma na maryjność miejsca).

To wszystko musimy czynić tak, jak nasi rodacy w XV wieku wobec świata. Potrafili oni uzasadnić, że nasze zaangażowanie w spór z Krzyżakami, których powiększane ogniem i mieczem państwo zagrażało chrześcijańskiej Europie, nie jest kwestią naszego irracjonalnego uporu. Nie jest naszym wymysłem. Paweł Włodkowic wyraził wówczas

jedną z najbardziej istotnych, najgłębszych, ciągle żywych prawd kultury chrześcijańskiej. Jeśli w procesie norymberskim uznano wojnę napastniczą za przestępstwo karane przez prawo międzynarodowe, jest to pierwsze — po iluż wiekach, po ilu wojnach, napaściach i zaborach — urzeczywistnienie, jakże jeszcze niepełne i nieszczere, wielkiej idei Włodkowica5.

W XV wieku Polska została wysłuchana. Zwyciężyła Prawda. Zwyciężyła Maryja. Podobnie było w 1920 roku. Dziś to zwycięstwo także nastąpi — o ile nie cofniemy się z kierunku działań, jaki wyznacza nam historia. Do jakich wzywa wiara.

* * *

Wszystkie cytaty z Feliksa Konecznego pochodzą z książki Z dziejów Polski, Lublin 2002, rozdział „Teoria Grunwaldu”.

  1. „Rzeczpospolita” z 26 i 27 marca 2011 roku []
  2. Trzeba dodać, że członkami Zakonu Krzyżackiego byli nie tylko niemieccy rycerze. []
  3. W przyszłości ta słabość myśli Czech okazała się przyczyną ich mocniejszego jeszcze uzależnienia od Rzeszy niemieckiej i wpadnięcia w objęcia groźnej herezji, husytyzmu. „Jan Hus głosił, że papież nie może być zwierzchnikiem Kościoła oraz że osoba piastująca urząd (duchowny czy świecki) traci władzę popadłszy w grzech śmiertelny, aż do oczyszczenia się z grzechu” (F. Koneczny). Uczony dodawał, że wojny domowe wywołane przez herezje Husa nie prowadziły do ukształtowania się nowego ustroju społecznego, tylko do eskalacji religijnych prześladowań. []
  4. T. Terlecki, Polska a Zachód. Próba syntezy, Londyn 1947. []
  5. Tak pisał Tymon Terlecki w 1947 roku. Niestety od tego czasu prawo międzynarodowe stało się jednym z narzędzi deprawacji sumień; zabijanie nienarodzonych i starców jest dziś przez nie gwarantowane jako „prawo człowieka” []

Możliwość komentowania jest wyłączona.

  • Kalendarium wpisów

    Listopad 2017
    N P W Ś C P S
    « paź    
     1234
    567891011
    12131415161718
    19202122232425
    2627282930