Madame Bovary to ja

Posted on 19 kwietnia 2015 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Porządkowanie pojęć

Zagadka wyzucia się z własnej tożsamości pokaźnej grupy osób w Polsce towarzyszy obecnej kampanii wyborczej. Jest to rys charakterystyczny nie tylko dzisiejszego czasu, także kilkunastu ubiegłych lat. 

Przypadek heroiny francuskiego powieściopisarza dostarcza istotnej części odpowiedzi na pytanie, jak do owego wyzucia się tożsamości doszło.

Psychika bohaterki powieści Gustawa Flauberta, Emmy Bovary, jej uczuciowa egzaltacja, splot fantastycznych wyobrażeń o życiu i namiętnych marzeń, którymi się karmi, może być przewodniczką po sferze pewnych dzisiejszych zachowań Polaków. Osiąga się te stany dość prostymi sposobami; oferują je w dużej ilości nowoczesne środki przekazu. Niemała grupa ludzi w Polsce uznaje – tak jak w końcu lat 40., jak w latach 50. ub. wieku – że zakałą życia społecznego jest parlamentarna opozycja, Prawo i Sprawiedliwość (tak jak niegdyś zakałą byli Żołnierze Wyklęci), wrogiem zaś międzynarodowym numer jeden stają się ponownie, dla tej części naszych rodaków, Amerykanie (według stalinowskiej propagandy„agenci imperializmu”). Amerykanie, którymi straszy się jako tymi, którzy importują bez ustanku groźne choroby moralne. Za Gomułki straszono stonką ziemniaczaną, którą Jankesi pod osłoną nocy zrzucać mieli z samolotów i polskie dzieci chodziły głodne. Straszono amerykańską kulturą, tak zabójczą, że nasi światli przywódcy musieli głośno odcinać się od jazzu, coca coli i męskich kolorowych skarpetek. Wszystko, co nie pachniało kołchozem musiało być „imperialistyczne” i wyklęte. No i w Ameryce Murzynów bili. W Ameryce rodzili się i bezkarnie chodzili po ulicach „podżegacze wojenni”. Ameryka bezczelnie się bogaciła.

Dziś Zachód, a zwłaszcza Stany Zjednoczone (dla niektórych także Anglia i Kanada) znów jawi się jako kontynent grozy. Przedostaje się stamtąd – oprócz aborcji i rozwodów – wiadoma trucizna: gender. Trucizna na którą nie ma rzekomo rady! To Amerykanom – no i Żydom – zależy najbardziej, byśmy się uwikłali w wojnę z Rosją, „strażnikiem światowego ładu”. Gołąbkiem pokoju.

Pani Bovary, czyli umysłowa niemoc

Podczas kampanii wyborczej rzuca się bardziej niż kiedykolwiek w oczy światopogląd idealistyczny, efekt rezygnacji z użycia władz umysłowych. W efekcie – rezygnacja z woli poznania rzeczywistej sytuacji kraju. Idealizm przejawia się także w także silnym skoncentrowaniu na sobie i psychicznym obezwładnieniu narracją, która jest nam narzucana. Rezultatem jest popadanie w nierzeczywistość. Własne życie – jak życie bohaterki powieści Flauberta – staje się nieprzerwanym pasmem ranków i wieczorów wypełnionych niczym nie uzasadnionym oczekiwaniem. Czymś podobnym do snu o wielkim spełnieniu, o jakiejś cudownej nagrodzie za jałowość przepływających dni.

Ale za co, dlaczego ta nagroda? Z jakiej racji? W jej infantylnym umyśle zrodziła się myśl, że to przyjść musi samo. Bo życie musi mieć sens. Sensem życia Emmy Bovary była wymyślona romantyczna miłość. Nagroda nic ma nie kosztować. Żadnego aktu woli, żadnego wysiłku, żadnego zmagania się ze sobą. Żadej walki.

Józef Szermentowski - W parku

Józef Szermentowski – W parku

Emma Bovary siedziała i nasączała swoją wyobraźnię romansami, w których się zaczytywała. Przechadzała się po parku. I czekała, kiedy wreszcie sen się spełni… Tragiczny finał był nieuchronnością. Emma była typową przedstawicielką drobnomieszczańskiej formacji filistrów.

Z tej samej gliny są ci wszyscy, którzy mówią o swych utraconych miłościach, o grobie matki, ojca, o swych błogosławionych wspomnieniach, całują medaliony, płaczą przy księżycu, szaleją z czułości na widok dzieci, omdlewają w teatrze, przybierają zadumaną minę w obliczu oceanu. Filuci! filuci! Arcykuglarze, co skaczą z trampoliny na własne serce, aby coś osiągnąć! Ja również miałem swój okres nerwowości, swój okres sentymentalizmu i noszę jeszcze, jak galernik, piętno tego na karku. Swą sparzoną ręką mam teraz prawo pisać o naturze ognia. (Gustaw Flaubert)

Utrzymywanie ludzi w stanie błogiego snu, w stanie wyobrażeń na miarę dziecka, potęgujących obraz nierzeczywistości w umyśle, to zadanie z tych, może niezbyt ambitnych, ale pociągających wielu inżynierów dusz ludzkich, jak mawiano niegdyś – ze względu na oczywiste korzyści polityczne. Ludzie, którzy marzą, osoby nie stąpające twardo po ziemi, osoby, które nie trzymają na wodzy swych emocji, szukają bowiem w życiu głównie uczuciowych podniet, są łatwym łupem do politycznych hochsztaplerów.

Owe pamiętne, usłyszane kiedyś przed katedrą na Starym Mieście w Warszawie słowa starego Akowca do kolegi: „Spójrz, myślmy szli się modlić przed bitwą, a oni idą się modlić zamiast bitwy…”

Nie bez przyczyny Flaubert portretując Emmę Bovary sportretował klasę filistrów, najgorszą odmianę mieszczaństwa. Dzisiaj ideały mieszczańskie – dobrze zjeść, dobrze zarobić, zabezpieczyć swoje interesy, nie mieć zbędnych trosk, odcinać się od wspólnoty, pogardzać walką i ryzykiem, siedzieć cicho i czekać, bo nadejdą jeszcze lepsze czasy – mają w naszym społeczeństwie znowu wzięcie. Postawy roszczeniowo – marzycielskie rozpowszechniają się, ponieważ zamiast czynów lansowane jest dziś – nawet w instytucjach skądinąd katolickich z nazwy – niepohamowane gadulstwo. Skoro żyjemy w świecie opinii, nieustannie i na wszystkie tematy formułowanych, często niefrasobliwie i nieodpowiedzialnie, byle coś mówić, nie podporządkowanych rygorowi logicznego myślenia… Opinii – nie pewników, nie racji przyjmowanych przez rozum, nie dogmatów… A zarazem panują sztuczne podsycane emocje na temat tego, co ktoś powiedział, co powie jutro, czym zabłyśnie, czym na chwilę wyrwie z odrętwienia… Efekt nie trudny jest do przewidzenia. Jak ujął zwięźle Samuel Taylor Coleridge, angielski poeta i konserwatywny myśliciel, znawca rewolucji :

Choroba myślowa polega na tym, że uczucia, zamiast wcielać się w czyny, wznoszą się i stają się tworzywem ogólnego rozumowania i pychy intelektualnej.

To ogólne rozumowanie i pycha intelektualna to nic innego jak hołdowanie schematom myślowym, które łatwo narzucić, by niczym obłok okrywały kontury rzeczywistego świata.

Michał Wiewiórski - Ognisko

Michał Wiewiórski – Ognisko

 

Człowiek, który jest albo zbyt zapracowany, albo zbyt skupiony na swoich przyjemnościach, zbyt uzależniony od konsumpcji, by mógł wznieść się intelektualnie ponad dominujące opinie środowiskowe, czy opinie z mediów, do których ma zaufanie i które są dla niego autorytetem, nie ma żadnej potrzeby konfrontacji z nimi swojego zdrowego rozsądku. Nie chce niczego zgłebiać. Jest mu dobrze tak jak jest. Nawet, gdy wszystko wokół go denerwuje.

Tego rodzaju przypadek – nie Polaka wprawdzie a cudzoziemca, od ponad dwudziestu lat mieszkającego w Polsce, zajmującego się turystycznym biznesem – opisuje w ostatniej „Gazecie Polskiej Codziennie” Wanda Zwinogrodzka, podsumowując popadanie w charakterystyczną dla tej grupy ludzi sprzeczność między własną, mocno krytyczną oceną chorej sytuacji społecznej, której źródło tkwi w korupcji i lokalnych układach, a pełną akceptacją dla propagandowej narracji sączącej się z mediów, uznawanych za głównego mentora.

„Jak to możliwe”, pyta autorka, „że ludzie, którzy na co dzień zmagają się z nieudolnością, nierzeczywistością i niesprawiedliwością polskiego państwa, równocześnie popierają stronnictwa odpowiedzialne za ten stan rzeczy? Bez zrozumienia tego umysłowego paradoksu opozycja nigdy nie uzyska trwałej przewagi”.

Zrozumieć ten paradoks to także zyskać umiejętność rozbicia tego zestawu schematów zespawanych ze sobą niczym w pancernej tarczy przeciw urojonemu prześladowcy.

Na przykład: „PO i PiS to dwa bliźniacze elementy tego samego układu”. „Kaczyński to przedstawiciel interesów Izraela i Ameryki”. „Syndrom smoleński to efekt wymysłu i histerii”. „Prawdziwa groźba dla Polski to Amerykanie i ich kultura oraz Żydzi”. „PiS prowadzi nas do wojny z Rosją; PiS chce nas zabić”. „Wszystkim co ma związek z Ukrainą kręcą Żydzi…”. I wreszcie kwintesencja mentalności Wschodu: „Ludzie nie są tacy źli jak myślimy, są jeszcze gorsi… „, oraz”Lepiej iść z Rosją – Rosja to chrześcijanie, o aborcji i gender tam nie słychać…”

Michał Wiewiórski - Wieś w zimie

Michał Wiewiórski – Wieś w zimie

Można widzieć wiele, być nawet człowiekiem światowym, odwiedzić wszystkie godne uwagi miejsca na świecie, gdzie warto spędzić niezapomniane wakacje, ale nie dostrzec nigdy istoty rzeczy, nie widzieć żadnego związku między zjawiskami.

Pisywane przed rewolucją francuską tzw. zeszyty skarg (cahiers de doléances) zapełniali od deski do deski przede wszystkim narzekający na podatki chłopi, a także drobnomieszczanie, miejski motłoch. Przygotowującym rewolucję mędrkom nie brakowało wiedzy psychologicznej, zależało im na tym, by zachętą do naiwnego biadolenia, wulgarnym rozpuszczeniem języków ludu wywołać masową frustrację, która tak łatwo przechodzi w agresję. Spowodować, że obrazy zła i niesprawiedliwości będą rosnąć w wyobraźni, pomnażać zło, nie dadzą wytchnąć. Gadanie, obmawianie innych – dziś także mania publicznego wielogodzinnego dyskutowania na antenie, czy w studio, rozszczepiania włosa na czworo, czy podpisywanie wysmażonych przez kogoś „listów protestacyjnych” w każdej dosłownie sprawie – zastępuje często konkretnym czyn. Czyn, który musi coś kosztować. Czynienia dobrze bliźnim – sąsiadom, potrzebującym, walczącym etc. Wzięcie na siebie odpowiedzialności za konkretną sytuację ludzką, choćby o najbardziej lokalnym wymiarze, zaryzykowanie utratą ciepełka…  Istnieje morze bolących spraw, które mogą być załatwione nie przez instytucje, urzędy, ustrój, a przez prywatnych ludzi – po chrześcijańsku, po sąsiedzku. To dzisiejsze dobrze zorganizowane gadulstwo i pozorowane – niejednokrotnie – protesty skutkują faktyczną, zupełnie niechrześcijańską biernościa, zamaskowaną aktywizmem. Znajduje się w nim alibi, że nie reaguje się wtedy, gdy można zareagować. Coś konkretnego naprawić, skleić, uratować.  Człowiek ma ogromny potencjał czynienia dobra.

„Trzeba być nietaktownym, niedyskretnym i wtrącalskim”

Kazimiera Iłlakowiczówna, lata 30. XX w.

Kazimiera Iłlakowiczówna, lata 30. XX w.

Kazimiera Iłłakowiczówna we wspomnieniach z czasu, gdy była osobistą sekretarką Józefa Piłsudskiego -i starała się bardzo, by nie stać się „żywym segregatorem podań” –  pokazuje przedwojennych Polaków, którym służba przy boku Marszałka, wysokie stanowiska urzędnicze nie przeszkadzały w byciu zwyczajnie ludzkimi w obliczu jakiejkolwiek biedy. Nie instytucjonalnie, nie formalnie… „Porucznik Zaćwilichowski (…) był wesół, jak większość ludzi dobrych, żelaznej energii i nieopisanie miłosierny. Ileż to razy dał mi środki na dopomożenie wyjątkowej nędzy, na którą nie było skąd wziąć. – Mają dostać hycle, niech pani lepiej weźmie dla biednych – mawiał. Nie wiem jacy to mieli być hycle, grunt że miałam tę forsę.

Byłabym chętnie była zresztą kradła, żebym tylko umiała i miała czas, tak straszną była ta otchłań, nad którą sądzono mi było stać wpatrzonej i bezradnej w ciągu lat dziewięciu. Im dłużej w nią patrzyłam, tym mocniej utrwalało się we mnie przekonanie, że nie jest tu winien   ż a d e n   rząd  i   ż a d e n   ustrój, ale winien każdy poszczególny człowiek w swoim kamiennym nie dbaniu o drugiego człowieka, w zrzucaniu wszystkiego na jakieś odległe >czynniki< i nie robieniu samemu porządku w koło siebie. (…) nigdy nie zapomnę tych, którzy mi w tych drobnych sprawach – pomogli. Józef Beck, Stanisław Zaćwilichowski, Seweryn Sokołowski, Stanisław Próchnicki, Marjan Szumlakowski, Zygmunt Wenda mieli to prędkie, braterskie, chrześcijańskie podejście do nędzy, to nie odwracanie się od niej plecami, które – wierzę w to – jest najważniejszym punktem w programie walki ze złem. (…) Coś się nagle stanie z oczami, jak z oczami ślepego Tobiasza, posmarowanymi żółcią z cudownej ryby, wskazanej przez anioła – i oczy widzą wyraźnie to wszystko, co czeka na zrobienie. Nie godzi się przechodzić w milczeniu wobec zła i biedy. Trzeba być nietaktownym, niedyskretnym i wtrącalskim. Nie zostawcie pijanego śpiącego na mrozie, nie bójcie się policji, ani choroby, ani śmieszności, wszy ani utraty dobrego imienia. Bójcie się ludzkiej krzywdy.

Że to niebezpieczne?…

Cóż, w ogóle – bardzo niebezpiecznie jest żyć”. (K. Iłłakowiczówna, Ścieżka obok drogi,  Rój, 1939)

Polscy żołnierze, bohaterowie, powstańcy, ale także odkrywcy, wynalazcy, uczeni, nauczyciele, artyści… Politycy (np. panowie krakowscy, którzy doprowadzili do ślubu Jadwigi z Jagiełłą)… Ludzie czynu. Mało gadali, dużo robili. Gdy czynili pierwszy krok, bez lęku, wahań, zastrzeżeń, Bóg robił z nimi krok następny. To nie był „pierwszy krok w chmurach”, to był krok uczyniony na twardej ziemi. Bez pierwszego kroku księdza Ignacego Skorupki z uniesionym wysoko krzyżem, na przeciw karabinom i bagnetom, nie byłoby zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej… Ci ludzie także okropnie się bali. Ale lęk ich nie pokonał. Uskrzydlała ich inna tęsknota, niż marzenia o bezpiecznym, jedwabnym i dostatnim „i żyli długo i szczęśliwie”. Inna wizja, inna nadzieja, inne pragnienie.

Michał Wiewiórski - Błotnista droga

Michał Wiewiórski – Błotnista droga

 

Jak je nazwać?

Gdy ufa się tylko własnym myślom

Zastanawiając się nad zjawiskiem dzisiejszego nadmiernego wyniesienia tego, co nazywamy opinią publiczną, prof. Romano Amerio zauważa w swojej pracy Iota unum, że niegdyś „prawdy naturalne i religijne stanowiły główny układ odniesienia. Wokół tego centrum podlegająca pewnej >zmienności cyklów< opinia poruszała się jakby na orbicie”. Dziś jest inaczej. Prawdy naturalne i religijne nie stanowią już żadnego punktu odniesienia dla środowisk i jednostek najbardziej opiniotwórczych. A jednocześnie doszło do przyzwolenia, by, jak pisze Amerio „wszystko nabrało cech dialogu; wszystkiemu nadano strukturę dialogi – łącznie z Kościołem, religią, rodziną, pokojem, prawdą itd.” Skoro nie można stanąć na twardym gruncie pewników, są tylko wieczne dywagacje, roztrząsania, dyskusje prowadzące donikąd, następuje relatywizacja tego, co zawsze przyjmowaliśmy za prawdziwe, pewne i niezmienne. Ludzki umysł zaczyna dryfować, także w dziedzinie politycznej. Wrogami stają się nie ci, którzy są wrogami naprawdę, co potwierdza cała nasza historia, lecz ci, których się na wrogów kreuje, umiejętnie podbarwiając ich prawdziwe cechy. Propagandę polityczną, która gra na emocjach i rozbudza irracjonalne lęki bierze się na serio, traktuje jako obiektywną informację. Nie pytając o jej źródło i kto ją właściwie finansuje. A wróg czai się wszędzie, łatkę można przyczepić każdemu. Mentalność postkomunistyczna karmi się przede wszystkim podejrzliwością wobec bliźnich, zwłaszcza innych nacji.

„…[to że] siła intelektualna człowieka jest większa na etapie formułowania obiekcji niż na etapie odpowiedzi, stanowi typową przyczynę błędów: >Czymś, co daje łatwy przystęp błędowi, jest fakt, że ludzie są zdolni stawiać pytania, za to mniej są zdolni je rozumieć< (św. Augustyn)”, przypominał prof. Amerio. „…prowadzenie dialogu bez posiadania niezbędnej wiedzy jest oznaką zuchwałości i prowadzi w prostej linii do fanatyzmu polegającego na tym, że swe subiektywne odczucia bierze człowiek za obiektywne kryteria prawdy”.

Amerio podkreśla że dzisiejszy „atak przypuszczony na zdolności poznania, jakimi dysponuje człowiek… prowadzi do podważenia metafizycznej konstytucji bytu – w konsekwencji również Pierwszego Bytu, czyli Trójcy Świętej. (…) nie jest on wymierzony w ten czy inny pewnik rozumu bądź wiary, lecz w samą zasadę jakiejkolwiek pewności: w możliwość ustalenia czegoś, co da się traktować jako pewne”.

„…[zjawisko to] rozlało się szeroko, odciskając swe piętno na mentalności naszych czasów, nawet współczesny katolicyzm nie jest wolny od tego typu myślenia”. „…nie będący w stanie pojmować świata ludzki umysł czerpie z siebie eksterioryzując rzeczy zmyślone”. Właśnie tak jak u nieszczęśliwej i coraz bardziej roztrzęsionej Emmy Bovary. Jak u wielu ideologów dnia dzisiejszego, zajętych ponad wszelką miarę własnymi myślami, uczuciami, własnymi koncepcjami, ideami, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistymi problemami Polski. „Te rzeczy zmyślone są spowodowane przez coś, co niewątpliwie dotyka naszych zdolności, lecz nie jest obecne w naszym pojmowaniu danej rzeczy. Na tym opiera się starożytna i współczesna sofistyka, która ufa tylko własnym myślom, choć jednocześnie wątpi w możliwość dojścia do prawdy”.

Michał Wiewiórski - Przed burzą

Michał Wiewiórski – Przed burzą

 

Amerio konkluduje, że jeden z podstawowych problemów współczesności, który blokuje poznanie i co za tym idzie możliwość wyrobienia sobie niezależnego sądu – także w kwestiach politycznych – przez ogół ludzi, to fakt, iż „erystyka, czyli sztuka prowadzenia dysput z lekceważeniem prawdy materialnej, przepaja wszystkie dziedziny nauki w tych okresach dziejów, które charakteryzowały się dominacją subiektywizmu”. Nasza epoka jest właśnie taką epoką.

A tymczasem wszelkie „działanie człowieka rodzi się z przeświadczenia prawdy. W pełni potwierdza to historia filozofii. Starożytni efektycy oraz wszyscy, którzy podobnie jak oni uchylali się od działania, uważali, że należy ograniczyć swoje pewniki, by dzięki temu móc także ograniczyć działanie i osiągnąć w końcu stan błogosławionej niewiedzy, bezpiecznej ataraksji”.

Św. Augustyn nie przebierał w słowach, gdy chodziło o obronę fundamentu prawdy: „Powinniśmy nienawidzić powszechnie wszelkiego rodzaju kłamstwa, ponieważ nie ma żadnego, które przeciwnym nie byłoby prawdzie… Podobni jak nie ma zgody między światłem a ciemnością, między religią a bezbożnością, zdrowiem a chorobą, życiem a śmiercią, tak też nie ma żadnej godziwej umowy między kłamstwem a prawdą”.

To zdanie należy zadedykować wszystkim tzw. antysystemowym kandydatom na prezydenta, wszystkim poza Andrzejem Dudą, którzy uważają, iż można, będąc w zgodzie z własnym sumieniem, nabierać Polaków, że głosując na nich zrobią krok w stronę uniezależnienia Polski od obecnego systemu władzy.

Bujać, to my, a nie nas, jak mawiał Marian Hemar.

„Kiedy przyszedłem do używania rozumu…”

Tak kiedyś nazywano w języku potocznym wkroczenie człowieka w ten okres własnej historii, gdy przestawał patrzeć na świat i samego siebie oczyma dziecka. Stawał się kimś na tyle intelektualnie dojrzałym, że był zdolny do dokonywania samodzielnych ocen i decyzji rzutujących na jego całą wieczność. Kimś kierującym się ku prawdzie, którą rozpoznawał własnym umysłem, dzięki aktowi woli.

Istotny podział społeczeństwa przed aktualnymi wyborami w Polsce nie jest podziałem politycznym.

Jest to podział na ludzi żyjących kategoriami duchowymi, czy przynajmniej uznającymi te kategorie w swoim umyśle, ludzi wiedzących, że za wszystko co czynią w swym życiu doczesnym – także za dobro, którego nie uczynili – odpowiedzą w wieczności, oraz na ludzi, w których głowach nie ma odniesienia do kategorii duchowych, absolutnych. Brak uznania, że jest coś takiego jak nieredukowalna prawda, także prawda o wydarzeniach i zjawiskach politycznych, prawda filozoficzna i historyczna. Że da się ją poznać… Że istnieje we Wszechświecie Bóg, a jest Nim Trójca Święta, który nie jest obojętny wobec wszystkich naszych wyborów… Że istnieje dobro i zło, pomiędzy którymi nie ma żadnej ciągłości…

Michał Wiewiórski - Leśna knieja

Michał Wiewiórski – Leśna knieja

Wybory są zatem nieuchronną konfrontacją między tą pierwszą grupą a tymi, którzy otwierają swoje umysły na wielki śmietnik treści pozbawionych jakości, znaczenia, wagi. Treści odwołujących się wyłącznie do emocji – również treści o tematyce „wyborczej”, przyrządzonych na modłę bloku reklamowego z wieloma atrakcjami.

Tu nie chodzi tylko o niedostatek wyobraźni, o kierowanie się doraźnością. Tu chodzi o wypreparowanie ze swojego myślenia sfery pewników, racji nadrzędnych. Takich przede wszystkim jak polska racja stanu. Chodzi o niebezpieczeństwo płynące z usposobienia wewnętrznego, które jest wynikiem zrelatywizowania każdej prawdy metafizycznej i moralnej.

Ta płycizna ogarnęła również sferę oddziaływania niektórych mediów katolickich.

Jeden z niezależnych komentatorów zauważył, że w Polsce rządzący mogą ograniczyć się dziś tylko do dostarczenia uzasadnienia „dla postawy zajętej przez większość społeczeństwa zdeprawowaną strachem, która wybrała życie w kłamstwie z powodu głębokiego kryzysu moralnego i tożsamościowego”. Ten strach jest także strachem przed etykietką radykała – a radykał to znaczy człowiek mało inteligentny, dzikus, oszołom – i przed odrzuceniem „przez zdemoralizowaną tchórzliwą większość, która nienawidzi prawdy, widząc w niej zagrożenie dla swojego gnuśnego bezpieczeństwa… Tymczasem walka o wolność nie jest radykalizmem…” (dr Jerzy Targalski, „Gazeta Polska Codziennie”, 16 kwietnia 2015).

Michał Wiewiórski

Michał Wiewiórski

 

Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla „Gazety Polskiej” sprzed tygodnia także odnosi się do tego rzekomego „radykalizmu” i mówi o rozmyślnym wprowadzaniu w naszym kraju podziału „na tych, którzy mają prawo uczestniczyć w życiu publicznym, i na takich, którzy przez swój >radykalizm< mają być wykluczeni”. W istocie jest to propozycja powołania swego rodzaju „społeczeństwa stanowego”. Nie wszyscy mają mieć te same prawa.

Jarosław Kaczyński zwraca przy tym uwagę na oddziaływanie na nasze życie publiczne pokaźnej grupy ludzi – nawet nieraz wywodzących się z opozycji – która kompletnie nie rozumie albo odrzuca tradycję, wartości narodowe, wartości wyższe. Wehikułem politycznym jest dla nich PO. „Ta grupa wyparła dawną inteligencję”, konstatuje Jarosław Kaczyński, „zamiast niej w III RP zajęła miejsce elity. (…) to ludzie całkowicie nieodporni na wszelkiego rodzaju wpływy zewnętrzne. Pozbawieni zupełnie poczucia przynależności wspólnotowej. Myślenie w kategoriach szerszych niż własnych, grupowych interesów jest poza ich wyobraźnią. (…) Kanon wartości nie istnieje. (…) Mogą [oni] manipulować społeczeństwem za pomocą mediów, bo góra medialna to także ci ludzie”.

Kluczem do zrozumienia tych postaw jest uznanie, jakie znaczenie ma w polityce lęk. Jak wygodnym może być instrumentem. Władza polityczna, wystarczająco cyniczna, zawsze wie, jak to uczucie wywołać i jak je stale podsycać, by móc swobodnie zapanować nad zarzewiem niekorzystnej dla siebie zmiany. Pani Bovary żyła w świecie fantazji i marzeń, bo przerażała ją myśl, że mogłaby poznać jak wygląda prawdziwe życie.

Mimo zewnętrznego powabu, zamykała się jak poczwarka w swoim kokonie, by nigdy nie wyfrunąć na świeże powietrze w postaci swobodnego motyla.

Artur Grottger - Pejzaż

Artur Grottger – Pejzaż


Angielski poeta Alfred Tennyson (1809-1892), niemal rówieśnik Flauberta i najwybitniejszy twórca epoki wiktoriańskiej (skądinąd ulubieniec królowej Wiktorii) nie był przedstawicielem świata filistrów. (W jego żyłach płynęła krew Andegawenów i Plantagenetów). Zdruzgotany wieścią o samotnej walce Polski z Rosją podczas Powstania Listopadowego, dedykował jej dwa swoje sonety.*) Nie są w Polsce znane. Dlatego prezentuję je dziś, być może po raz pierwszy w języku polskim, na trzy tygodnie przed wyborami. Czynię to szczególnie z myślą o Polakach mieszkających w Anglii, życząc, by byli dumni ze swej Ojczyzny.

 

Napisane na wieść o wybuchu polskiego powstania

 

Zadmij trąbo, przybywajcie z daleka zastępy do bitwy,

Nieprzekupnych i niesprzedajnych.

Powstańcie mężni Polacy, najodważniejsi z odważnych,

Odrzućcie daleko wasze żelazne okowy,

O dni Piastów, nim Car urósł w siłę w swojej zimnej pustyni;

Rozeszły się odgłosy polskiej wojny,

uderzyły w kopuły świątyń Moskwy!

Teraz musi rozgorzeć wasz gniew szlachetny

potężniejszy niż za Sobieskiego, kiedy szereg za szeregiem

padały pierzchające miriady niewiernych,

potężniejszy niż za Zamoyskiego, pogromcy tatarskiego chana,

potężniejszy niż dawniej, kiedy Bolesław,

nad brzegami Bałtyku ujarzmił Pomorzan.

 

Przeklad: Arleta Hołubecka – Kacsprzak
Alfred Tennyson w latach młodości - National Portrait Gallery, London

Alfred Tennyson w latach młodości – National Portrait Gallery, London

 

Na wieść o ostatniej inwazji Rosji na Polskę 

 

Dokądże jeszcze o Boże ostatni z ludzi i duchem z nich najmniejszy ścigać i tratować będzie?

Wciąż drga serce Polski, chociaż krew jej święta zalewa pola i znad popiołów miast woła

do Ciebie byś powstrzymał tę brutalną siłę,

Dokądże jeszcze o Boże przerośnięty Barbarzyńca ze Wschodu

przekraczać będzie granice swego potężnego carstwa dla nowej korony,

Krew jej święta woła „Dokądże jeszcze o Panie tak będzie?”

„Dokądże o Panie Moskal o sercu z lodu ciemiężyć będzie tę krainę?”

Nam, uśmiechniętym, gdy ona na troje została rozdarta, przebacz o Sprawiedliwy i Dobry,

Nam, stojącym, miast wspomóc szlachetną sprawę, która winna być krwawymi łzami opłakiwana, przebacz!

 

Przeklad: Arleta Hołubecka – Kacsprzak

 *) W 1830 r. Alfred Tennyson opublikował tomik „Poems Chiefly Lyrical” („Wiersze [głównie] liryczne”). Właśnie tu znalazły się utwory poświęcone Polsce. Wiersze te zaliczane są do jego wczesnych utworów i wydawane również w zbiorze „Early Sonnets” („Wczesne Sonety”).
Jeden z nich, publikowany pod tytułem „Polska” został zainspirowany wiadomością o wybuchu Powstania Listopadowego. Warto tu przytoczyć informację, którą przekazał w swoich Dziennikach wydanych w 1907 r. William Allingham, poeta i uczony, znający dobrze Alfreda Tennysona. Mając 22 lata, Alfred napisał stu-wersowy poemat zatytułowany „ Polska”. Jak wspominał, był to piękny utwór, który został spalony przez bezmyślną służącą. Dziewczyna użyła go do rozpalenia ognia w kominku. Alfred Tennyson przyznał z żalem, że nigdy nie udało mu się odtworzyć poematu. (…) Może spalenie młodzieńczego poematu Tennysona o Polsce należy potraktować symbolicznie. Może wtedy zostało utracone coś więcej niż tylko kartki papieru z romantycznym utworem. Krótko po tym wydarzeniu nastąpiła śmierć ojca, przymusowe porzucenie nauki, śmierć najbliższego przyjaciela, odrzucenie przez krytykę tomiku wierszy…
Późniejszą sławę przyniosły mu utwory liryczne o innej tematyce. (za oprac. Arlety Hołubeckiej-Kacsprzak)

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.