My, ludzie ze wsi

O anima humana naturaliter Christiana, dokąd maszerowałaś tak dzielnie, że nie potrafiłaś znaleźć zwykłej drogi?”, pytał Chesterton w swej „Autobiografii”, zatrwożony zmianami w mentalności zwykłego, kochającego wieś i proste życie Anglika, pod wpływem dziwacznych ideologii i mód początku XX wieku.

W Polsce także wszyscy jesteśmy, tak naprawdę ze wsi. W każdym tkwi głęboko jakiś obraz, głosy, zapachy, które oznaczały pierwotny ład, cichość, wspólnotę, rodzinność. Bezpieczeństwo i poczucie sensu. Może to dźwięk skrzypiącego żurawia, odgłos kopyt końskich i kół wozu turkoczących po kamienistej drodze, wspomnienie jazdy na furze pełnej snopków o zachodzie słońca, widok rannych mgieł nad rzeką, gdy szło się z dziadkiem na ryby, albo rozgrzany słońcem sad w letnie popołudnie. W środku sadu – pasieka. Pod lipą dębowy stół, przy którym ktoś bliski częstował miodem lanym prosto z butelki; dawano do niego pajdy chleba z twardą skórką i wodę ze studni w szklance z grubego szkła. Ilu Polaków ma podobne wspomnienia?

Czy dlatego lubimy do nich wracać, że „epoka zmian dobiegła kresu, teraz nadeszła epoka konserwatyzmu i spoczynki”? Chesterton, który niejeden zacięty bój stoczył dla wskrzeszenia angielskiej wsi, dodaje jednak cierpko, że nasza epoka jest epoką konserwatyzmu tyko dlatego, gdyż jest epoką całkowitej niewiary. Jeśli się bowiem chce „by instytucje nie podlegały zmianom, wcześniej należy się zatroszczyć o to, by wierzenia rozwiewały się często i szybko. Im bardziej wykolei się życie umysłowe, tym pewniej mechanizm świata materialnego będzie pozostawiony sam sobie”.

W tym właśnie osobliwym położeniu znajduje się przeciętny człowiek naszych czasów. Z jednym wyjątkiem. Z wyjątkiem grupy ludzi, którzy pracują na roli i żyją z tej pracy (lub z usług związanych z nią). Ci ludzie nie dadzą się tak łatwo oderwać od rzeczywistości. I w rezultacie zobojętnieć religijnie i zwrócić przeciwko innym ludziom. Przyjąć postawę konserwatywną tylko z powodu rozczarowań i goryczy, z powodu zmęczenia galopującą zmiennością wszystkiego wokół.

 

Leon Wyczółkowski – Rybacy naprawiający sieci

 

Jeżeli dziś znikają z zasięgu naszego wzroku ludzie, których krzątaninę na polach obserwowaliśmy z dziecięcą ciekawością w odległych latach, odczuwamy podświadomy niepokój. Jaki jest jego skutek? Nieraz zaskakujący. Oto opustoszałe wiejskie domostwa, zwane teraz siedliskami, zaludniają  przybysze z miasta. Gna ich ku porośniętych pokrzywami i łopianami  podwórkom i leżących odłogiem polom. Przyjeżdżają, by całymi dniami kosić trawę, palić ogniska i wylegiwać się w zdziczałych sadach. Niektórzy tę tęsknotę nazywają atawizmem. Prawdziwych rolników musi trochę śmieszyć ten sentymentalizm i chłopomania.

Ale są i inne nowości. Podczas, gdy wiele wiejskich kobiet, którym nie opłaca się już  trzymać inwentarza zaopatruje się w sklepach: w  jajka z ferm, w bułki na polepszaczach i przetworzony w wielkich fabrykach żywności nabiał, panie z miasta – szczególnie te dobrze urodzone albo z większymi ambicjami – raczą rodzinę razowym chlebem z ziarnami, wypiekanym w domowym piecu, a w skrzynkach na parapecie hodują zioła. Nie ze snobizmu, z rozsądku. Gdy wieś jest szczęśliwa, że w każdym sklepie  można dostać wędlinę, kolorowe napoje i czekoladki; miasto ugania się za przywiędłymi warzywami z gospodarstw ekologicznych, zaprzyjaźnia się z rolnikami-ostańcami, którzy gospodarują na kilku hektarach. Wieś nie wybrzydza na żywność z plastikowych kubeczków, zamożne miasto coraz częściej szuka na targu grzybów, orzechów, jagód i borówek prosto z lasu. Ta sytuacja ukazuje nie tylko różnicę w możliwościach finansowych, ale także w wyobraźni i mentalności.

Ale przecież, gdzieś od środka tych przetasowań, zamiany miejsc, ról i upodobań czai się jakiś niewypowiedziany dramat. Szarpiące pytanie: co dalej ze wsią? Co dalej z ziemią?

Kwiaty na oborze 

Na wsi nie brakuje przecież tych, którzy gotowi są oddać ostatni kawałek ziemi, żeby mieć na mieszkanie w mieście, ogrodzenie, porządny samochód, nowe meble. Miasto tymczasem liczy pieniądze, żeby starczyło choć na kilka arów „w ładnym miejscu”, a potem marzy o jakiejś walącej się chacie, studni z kamienia, zatęchłej obórce, kurach drepczących wśród chwastów, „prawdziwej” krowie. A kiedy już chłop pozbędzie się ziemi, która niejednemu ciążyła jak kamień (za mało maszyn, nieopłacalne uprawy, uzależnienie od chemii, drożejące paliwo, nieobliczalny rynek) i staje się byłym rolnikiem, zaczyna stawiać paradne płoty, ogródki przydomowe pachnące floksami i maciejką zamienia błyskawicznie na ogrody francuskie, domy przypominające klocki na mauretańskie czy włoskie wille, opustoszałe obory pracowicie dekoruje kwiatami. Jego życie przypomina życie królewicza z bajki, który w jednej chwili z żebraka stał się właścicielem fortuny. Jest szczęśliwy. Do czasu. Bo przecież pieniądze kiedyś się kończą.

Czy pojawia się żal, jakaś refleksja?  Czy może liberalizm skutecznie wyparł z umysłu poczucie niezręczności, zażenowania, że weszło się w nie swoją rolę. Wieś naśladuje miasto, miasto naśladuje wieś. A wszystko to nierzadko na pograniczu farsy. Bo to właśnie często liberalizm, przez rozbudzanie namiętności związanych z konsumpcją, nakręcanie wciąż nowych potrzeb wypędza młodych i starych z rodzinnych gospodarstw, przekonuje, że pozostanie na wsi „nie ma sensu”, bo wysiłek jest nieopłacalny, harówka nigdy się tu nie kończy, perspektyw brak. To liberalizm niszczy zakorzenienie na ojcowskiej ziemi i we wspólnocie, karze dystansować się – i w efekcie lekceważyć – życie religijne, nie obchodzić już z takim zaangażowaniem jak jeszcze dwadzieścia, trzydzieści lat temu Maryjnych świąt, parafialnych odpustów lub w ogóle o nich zapominać. To liberalizm powoduje ogromne straty w jakości polskich gleb, maltretowanych bez umiaru  radykalnymi środkami chemicznymi, bo „z tej ziemi trzeba wycisnąć pieniądze”. Domaga się, by wyczekiwać niecierpliwie godziny rozpoczęcia serialu, tak jak kiedyś odwiedzin krewnych czy sąsiadów.

 

Antoni Kozakiewicz – Króliki

 

Liberalizm pustoszy polską wieś, wydrąża ją duchowo, eksploatuje psychicznie i materialnie obiecując pasmo powodzenia i przyjemności bez wysiłku, a potem – z upiornym chichotem – porzuca ją i zostawia samej sobie. Nie są odosobnione przypadki rolników, którzy wyzbywają się ziemi pod presją konsumpcyjnych marzeń i z właścicieli, gospodarzy stają się wyrobnikami na cudzym, najmowanymi za grosze robotnikami bez przynależności do ziemi przodków, bez własności.

A przecież, gdzie szukać szlachetnych odniesień międzyludzkich jak nie na wsi? Gdzie, jeśli nie w Polsce rolniczej, która nie daje zabetonować pól i ogrodów zwyciężyć ma rozum, zdrowy rozsądek, wielkoduszność i wyobraźnia? To nie dzięki przeludnionym miastom, których mieszkańcy są coraz bardziej egoistyczni, roszczeniowi i samotni, ale dzięki małym miasteczkom i wsiom, gdzie uprawa ziemi jest rodzinną tradycją i męską walką, przynoszącą wielką satysfakcję, a współpraca człowieka z Bogiem przy pracy na roli nie jest pobożnym życzeniem, ale codziennie potwierdzaną rzeczywistością, możemy myśleć spokojnie o przyszłości. Tak, bo „ziemia nie kłamie”. Sąsiedzi zaś, sąsiedztwo, wspólnota, parafia, to doceniane tutaj właściwie dobro i wielki, podejmowany z godnością obowiązek.

 

Subtelności towarzyskie

Mieszkańcy wsi, którą od lat znam i obserwuję – spędzam w niej część roku – nie tylko nie lubią, ale wręcz nie tolerują, psychicznie nie znoszą, by uważać ich za kogoś innego (w domyśle: gorszego) od ludzi z miasta. Najgorszym nietaktem, jaki można tutaj popełnić jest dać im to do zrozumienia. Być uważanymi i traktowanym za takich samych jak inni, jak ci z miasta, to kwestia własnej godności, rzecz, dla której nie ma ceny. Budzi czasem pewną nerwowość. W sumie: postawa godna najwyższego szacunku.

Chesterton czuł intuicyjnie, jak ważna i zarazem niełatwa, bo posiadająca szereg trudno uchwytnych subtelności, jest to rzecz. Pisał w „Autobiografii” o problemie, z którym się borykał w latach wczesnej młodości: „co zrobić, by ludzie uzmysłowili sobie, jak cudowne i wspaniałe jest to, że żyją w otoczeniu krytykowanym przez nich codziennie jako nudne i pozbawione życia, które ich wyobraźnia uznała za martwe”. By nie dali sobie wmówić, że są mieszkańcami byle jakich miejsc. „Jak okiem sięgnąć, wszędzie, aż po horyzont rozciągały się byle jakie miasta, z byle jaką architekturą, ubiorami, a nawet manierami”, pisał o Anglii schyłku XIX wieku. Ale tak naprawdę „istotne było jedynie to, że ich mieszkańcy wyobrażali je sobie jako byle jakie”…  Przyjmowali za prawdę płytkie dziennikarskie uogólnienia odbierające tym miejscom ich rzeczywisty charakter. „Nowoczesny, prozaiczny styl życia oddziaływał na nich dniem i nocą swoją monotonią i to on tak naprawdę kształtował ich umysły”.

 

Leon Wyczółkowski – Zbiór buraków

 

Chestertona frapowało historyczne znaczenie pewnych bliskich mu miejsc, zakwalifikowanych jako nudne. Chciał, by mieszkający tu ludzie stawali prawdziwymi patriotami lokalnymi; nie tylko nie wstydzili się ich, ale by byli z nich dumni. Tak jest też z wieloma mieszkańcami polskiej wsi. Potrzebują jak powietrza poczucia dumy ze swoich miejsc życia. Chcą, by ktoś je naprawdę dostrzegł, odkrył i docenił.

Tak, nie godzi się, by nasi rodacy, którzy nie mieszkają akurat przy głównej ulicy, po której już od czwartej rano przejeżdżają z hałasem tramwaje, ani na dwudziestym piętrze wieżowca z widokiem na stadion, dworzec autobusowy, czy galerię handlową, mieli przekonanie, że są z tego powodu kimś gorszym, mniej „ważnym”, mniej „liczącym się” w kraju.

 Prawdziwy savoir – vivre

A gdyby ktoś z miasta zechciał poznać bliżej ten nieznany kontynent, jakim jest współczesne życie polskiej wsi, zdziwiłby się bardzo, jak wielką, niepowtarzalną wiedzę posiada każdy, zupełnie przeciętny jej mieszkaniec. Jest to jego wiedza o bliźnich, współmieszkańcach. To nie ma nic wspólnego ze skłonnością do plotek, czy ciekawskim usposobieniem, to całkiem inna bajka. Wiedzieć o sąsiadach, rówieśnikach ze szkoły, bliskich i dalekich kuzynach „wszystko” – to wiedzieć o ich pochodzeniu, rodzinie, koligacjach, o tym, z czego żyją, czy mają jeszcze inwentarz, kto hoduje krowy czy konia (zupełny ewenement, w mojej wsi – konia ma rolnik, który w wolnej chwili pisze wiersze i poematy) – to nie jest taka sobie błaha, przyczynkarska znajomość lokalnego środowiska, to niezastąpiona, niezwykle praktycznie przydatna wiedza o własnej społeczności. O korzeniach, tradycjach, zachwycających zdarzeniach i tragicznych pomyłkach, o nieubłaganej logice ludzkiego losu, o odwiecznych zasadach nim rządzących. O swoim miejscu wśród innych ludzi.

 

Leon Wyczółkowski – Rybak

 

A  rytuał wiejskich wizyt, rewizyt, prezentów dawanych sobie przy tej okazji, żelazne zasady savoir-vivre, etykieta, jaka obowiązuje w relacjach wzajemnych ludzi ze wsi? Na przykład fakt, że trzeba mieć zawsze czas na rozmowę z sąsiadem czy znajomym, niezależnie od miejsca i okoliczności, gdy ktoś ją zagai, i jest niesłychaną obrazą odwrócić się plecami, by udać, że kogoś się nie widzi, albo nie ma się dla niego czasu. Jest obrazą nie odpowiedzieć na pozdrowienie (ukłony i pozdrawianie się ludzi nawzajem na drodze, czy w polu, to żelazna reguła). Albo nie przyjąć oferowanego poczęstunku, pod pretekstem, że „brzuch mnie boli”, albo „nie jestem głodny”. Takie rzeczy są nie do przyjęcia, nie mogą mieć miejsca. Ludzie na wsi są bez porównania bardziej ceremonialni i o wiele bardziej wrażliwi niż się przypuszcza.

„Babcia pyta, czy zechciałaby pani przyjąć lilię do kapliczki”, usłyszałam niedawno od chłopca dziesięcioletniego, gdy na naszej posesji stanęła drewniana kapliczka.

Scena przed miejscową apteką. W kolejce stoi mężczyzna i kobieta w średnim wieku. Kobieta zagadała się przez komórkę, mężczyzna z wolna, oglądając się za siebie, zmierza w kierunku okienka. „O nie! Nie dam! Nie wpuszczę!”, wola ze śmiechem kobieta i galopuje na przełaj przez ukwiecone rabatki przed apteką. „Będę walczył do końca!”, odpowiada przyspieszając kroku i zanosząc się od śmiechu mężczyzna.

„Nie boi się pani tak jeździć rowerem?”, pyta mnie jeden z rolników popijający piwo przed sklepem. „A dlaczego miałabym się bać?” „Bo jakby pani się przewróciła, a mnie nie byłoby w pobliżu, to nie mógłbym pani podnieść”.

Bezpośredniość, tak, jak najbardziej, ale i nieznany tam, gdzie żyją obok siebie ludzie stłoczeni w wielkiej masie, humor, polot i elegancja wyróżnia tę społeczność wolnych ludzi.

 

 

Ta wieś przypomina rzekę, która płynie tutaj środkiem rozległych łąk, i po pięćdziesięciu latach od czasu melioracji i pracowitego prostowania jej koryta przez lokalnych aparatczyków peerelowskich od agrokultury wraca do swojego naturalnego biegu. Koryto znów jest kręte, szuwary szumią, nenufary kwitną, łąki miejscami mocno podmokle, roślinność przy brzegu coraz bujniejsza. Przybywa ryb w rzece i ptaków wokół. Jest wesoło, hucznie, odświętnie.

Wiejskie sklepy stają się w nieunikniony sposób klubem towarzyskim (są tu cztery). Hania – sklepowa, karmi ptaszki przed budynkiem okruchami chleba zbieranymi starannie z lady. W sklepie panuje półmrok, natłok wszystkiego na zbyt małej powierzchni, ale i sterylna wręcz czystość. Ludzie przychodzą po zakupy, ale żadnych zakupów nie zrobią bez kilkunastominutowej pogawędki. W kolejce – olimpijska cierpliwość, żarty i towarzyskie rozmowy. Nikt tu nie jest intruzem. Nikt się nie spieszy.

A gdy przyjeżdża na przykład na czyjąś posesję miejscowy szambiarz, to jest to człowiek pachnący modną wodą kolońską, ubrany od stóp do głów w sportowe ciuchy w dobrym guście, a jego szambiarka to wypucowany lśniący mercedes, wyposażony w nowoczesne utensylia.

W drewnianym, nowowybudowanym dworku pary tutejszych pszczelarzy, do którego prowadzi kręta aleja wysypana białym żwirkiem – fortepian i pejzaże olejne dobrego pędzla na ścianach. Niesłychany ład całego obejścia, wyposażona solidnie pracownia pszczelarzy – ludzi innej profesji, ale stąd pochodzących – i miód najwyższej klasy w kilkunastu gatunkach.

A jak spędza 1 sierpnia, rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego miejscowa krawcowa? Najpierw Bronka piecze ciasto z malinami, parzy w dzbanku herbatę z mięty. Potem przez cały Boży dzień – jeden bodaj taki dzień w roku – ta nadzwyczaj pracowita osoba, którą łatwiej spotkać w polu i ogrodzie niż we własnym domu, nie odrywa oczu od ekranu telewizora, zalewając się łzami.  „Była” wszędzie, na Powązkach, przed pomnikiem Powstańców, na Placu Zwycięstwa, przy tablicach pamiątkowych na murach Warszawy. Paliła znicze, śpiewała, modliła się.

Ludzie, którzy potrafią się dziwić

Chesterton wyznał w „Ortodoksji”, że zawsze blisko było mu do demokracji, a tym samym do tradycji. Zawsze był skłonny „bardziej wierzyć tłumom ciężko pracujących ludzi niż tej szczególnej i wyjątkowo kłopotliwej klasie literatów”. Ciężko pracujący ludzie nie dają skolonizować swoich umysłów. Mając w sobie spokój i zamiłowanie do tradycji potrafią w dziecinny – choć nie naiwny – sposób dziwić się światem. Dostrzegają cudowność w codziennych zjawiskach przyrody („Kraina czarów to nic innego jak słoneczny kraj zdrowego rozsądku”). Nie zaprzęgają swojej wyobraźni, by służyła rozpowszechnianiu się irracjonalnych utopii.

 

Jacek Malczewski – Powrót z pola

Pod hasłami wolnego rynku tę krainę zdrowego rozsądku i wyjątkowej pracowitości niszczy pośrednictwo – bardzo często nieuczciwe – i wymuszanie uprzemysłowienia upraw i hodowli. W rezultacie chłop sprzedaje swoją żywność zbyt tanio i często zmuszony jest dokładać do upraw. Żeby zmieścić się jakoś na nieuczciwym rynku (przez wiele lat sprowadzano tanią żywność z Chin i innych krajów, opróżniano magazyny krajów UE sprzed dwudziestu lat etc.), zmuszony jest do produkowania coraz gorszej jakości żywności i produktów rolnych. To nie brak wiary czy rozsądku, tylko proza życia zmusza go tego.

Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych zapowiadano na „salonach” postkomunistycznych elit, że Polskę trzeba ograbić z rolnictwa, wytrzebić w niej indywidualne gospodarstwa, zepchnąć na margines tę dziedzinę życia, która ma najwięcej wspólnego z wolnością, „wykończyć” gospodarkę, która przez ostatnie dziesięciolecia żywiła cały naród. Przeflancować ludność wiejską – młodszą jej część – do miast na jakieś pseudoposady, tak jak w latach  pięćdziesiątych zaganiano ją do kopalń, na wielkie budowy i do kombinatów, lub zmusić do emigracji. Trzeba to zrobić, bo… indywidualne gospodarstwa chłopskie są ostoją katolicyzmu. Bije tu wciąż źródło zdrowej religijności. Tutaj rodzą się powołania. Plan był prosty. Zastosować mechanizmy ekonomiczne. Nie mechanizmy zdrowej ekonomii, tylko globalnego, paneuropejskiego  planu, poskręcanego w  wymyślne supły, wysmażonego w pijanym widzie w jakimś dusznym gabinecie. W myśl tej strategii wprowadzanej w życie w całej Europie – ale w Polsce, z powodu radykalizmu środków, odczuwanej na przełomie lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych jako katastrofa narodowa – rolnictwo trzeba było zdusić w uścisku rzekomych „praw rynku” jak pluskwę. Rodzime potrzeby żywnościowe i prawdziwie wolny rynek zastąpić „kwotami” branymi z sufitu. I oto na naszych oczach ono naprawdę zaczęło dogorywać. A w sklepach pojawiły się podróbki żywności, wylakierowane, napęczniałe chemią.

Na ziemi zostają arystokraci 

Zostają ci, którzy głęboko czują religijny wymiar powołania do pracy na roli. Nie trzeba dodawać, że właśnie tacy rolnicy okazują się często najbardziej przedsiębiorczy i zaradni.  Nie przyjmują cywilizacyjnych zmian jako apokaliptycznej klęski, potrafią z nich inteligentnie, w sposób wybiórczy skorzystać. Bo są to ludzie, dla których więź społeczna, wspólnota i więź z ziemią nie są abstrakcją, lecz realną podstawą i motywacji do życia. Ludzie, którzy pamiętają z własnego dzieciństwa pierwsze przykazanie pracy na roli: „Jeśli Pan Bóg nie pobłogosławi, nic z tego nie będzie”. Więc o to błogosławieństwo proszą. Zostają nie fabrykanci żywności, a prawdziwi gospodarze zaczynający dzień od modlitwy. I od głębokiego namysłu – bo uprawa ziemi nie ma nic wspólnego z mechanicznymi czynnościami. To kunszt wymagający czujności, wiedzy i inteligencji.  Jest ich coraz mniej. Tamci chłopi – ci, którzy już spoczywają na cmentarzach pod wysokimi drzewami (o ile nie wytrzebili ich spryciarze błyskawicznie zamieniający na złotówki każde naturalne bogactwo wiejskiego krajobrazu) – wiedzieli o tym najlepiej.  Brakuje ich statecznej mądrości, niespiesznych decyzji podejmowanych po uważnych obserwacjach („A marzec tego roku był suchy”). Ich wyciągania gospodarskich wniosków w perspektywie lat, nie miesięcy – bo pracując na ziemi łatwo można się pomylić, a pomyłka kosztować może głodną zimę – ich czujnego podpatrywania, co tam u sąsiada, jak on sobie radzi. Ich gotowości, by spieszyć z pomocą gorzej się mającym. Ich dobrych rad, wieczornego głośnego pacierza na gołych deskach przy świętym obrazie z wieczną lampką, albo przy krzyżu, który zawsze stał na stole w kuchni. Brakuje domów wypełnionych prostymi sprzętami i symbolami wiary.  „Jeśli nie ma Boga, nie jesteśmy braćmi”.

 

Ludwik de Laveaux – Do miasta

 

Plan Stwórcy dla człowieka, to projekt, który po prostu tkwi w ziemi. Obecny jest w przyrodzie, pod każdą szerokością geograficzną, i trzeba go tylko odnaleźć, niczym zgubioną drachmę, odczytać, z uwagą obserwując dobra, które otrzymaliśmy w darze. Ten plan zawsze rozczaruje tych, którzy szukają nowości, odmiany, rewelacji. Wbrew powszechnemu niemal przeświadczeniu nie trzeba zawrotnych technologii rujnujących każdą kieszeń,  nieustannego poprawiania i ulepszania tego, co zostało stworzone jako doskonałe. Nie trzeba drogi na skróty. Celem życia człowieka nie jest zdobycie gwiazdki z nieba, lecz życie wieczne. Wsi potrzeba umiaru, rozsądku, uwagi, staranności, dyscypliny, odwagi. Współpracy nauki i szlachetnego rolniczego rzemiosła. Bo ziemi nie da się uprawiać metodami przemysłowymi. Byłaby to tylko bezduszna eksploatacja zakończona wcześniej czy później widowiskową klęską. Tu potrzebna jest cierpliwa praca ludzkich rąk, spotkanie ich ciepła z ciepłem ziemi.

Fenomen rozwoju w Polsce gospodarstw ekologicznych – nie bez problemów, z wielkim trudem, jakim zawsze jest powrót do tradycji po latach eksperymentowania z tym, z czym eksperymentować się nie godzi – udowadnia, że jest jeszcze możliwe to, co dwadzieścia lat temu „państwo” z rządowych lancii, nie potrafiący się dobrze wysławiać po polsku  uznali za przeżytek i anachronizm „szkodzący wizerunkowi Polski”. Wieś polska z przydrożnymi krzyżami i kapliczkami, wieś bez cuchnących na dziesiątki kilometrów ferm przemysłowego chowu trzody, ale za to ze stadami gęsi i kaczek nad stawami, nie musi wcale zarosnąć chwastami po pas, nie musi „stać się lasem”, jak chcieliby tego niektórzy projektanci z Brukseli. Nie musi też koniecznie zostać skansenem, by przetrwać – i pozostać jedynie atrakcją turystyczną dla zagranicznych gości (choć mądrze zorganizowana turystyka może być ważnym  źródłem dochodu wiejskich rodzin), ale może nadal żywić miasta i pozwolić godziwie żyć swoim dzieciom. Pozostać ostoją wiary, polskiej tradycji, katolickiej kultury. Wydawane w Bydgoszczy czasopismo dla rolników „Eko – arka” pokazuje w każdym numerze dziesiątki ludzi, którym tradycyjne – a jednocześnie często nowatorskie – gospodarowanie na ziemi się opłaca, którym wszystko (lub prawie wszystko) się udaje, którzy nie mają  wyśrubowanych oczekiwań, nieokiełznanych ambicji. Którzy żyją statecznie i spokojnie.

 

Potrzebni nowi ziemianie 

Wsi dzisiejszej brakuje dobrych racjonalnych wzorców. Ludzie nawykli do ciężkiej pracy – choćby nawet tak trzeźwo myślący jak polscy chłopi – gubią się wśród zjawisk społecznych i gospodarczych, które nie zawsze potrafią prawidłowo odczytać i zinterpretować. Przykładem jest niejednoznaczna odpowiedź rolników na zagrożenie biologiczne związane z modyfikowaną genetycznie paszą i nasionami, czy bezsilność wobec nachalnie wymuszanego stosowania różnych chemikaliów jako rzekomo „zupełnie bezpiecznych” w miejsce tradycyjnego pielenia itd.  Brakuje instytucji, które byłyby w oczach rolników wiarygodne i podjęłyby się bezstronnego oceniania tego typu presji. Brakuje doradztwa tu, gdzie decyduje się zdrowie samych plantatorów czy hodowców i odbiorców ich produktów oraz jakość ziemi. W tej dziedzinie osiągamy szczyty niefrasobliwości. Brakuje inspiratorów zdrowej wiejskiej spółdzielczości i współpracy różnych sektorów rolnictwa.

Przed wojną rolę wzorców i doradców pełnili ziemianie. Tworzyli nie tylko nowoczesne lobby, wspierające racjonalne zmiany gospodarcze na wsi, korzystne innowacje w uprawach, hodowli i stosowanie nowoczesnych maszyn, ale także czuwali nad ładem społecznym wiejskiego życia.

 

Wnętrze domu rodzinnego S. B. Rozalii Celakówny w Jachówce

 

Jest okrutnym paradoksem, że mnożące się z w całej Polsce sklepy tzw. ekologiczne, przeładowane jeszcze do niedawna były „ekologiczną” żywnością… z Chin i innych krajów azjatyckich; a także z Włoch, Niemiec i Czech. Zdarzają się produkty z Belgii i Danii. Polskich jest wciąż niewiele.

Polskim rolnikom, którzy trwają na ziemi uprawianej własnoręcznie należy się pomoc ludzi prawdziwie mądrych, nie tylko wykształconych formalnie. Ta pomoc powinna zmierzać do tego, by chłop mógł sprzedawać bez pośredników – lub przy pomocy uczciwych pośredników – swoją żywność miastu i utrzymać się z tego. To będzie sprawiedliwe, godziwe. I niezbędne, byśmy przetrwali jako naród także fizycznie, uniezależniając się od podejrzanej jakości żywności z importu. I odseparowali się od hołoty propagującej w mediach zabójcze dla polskiej kultury wzorce. To połączy Polaków znów we wspólnotę.

Czy nie powinno to stać się hasłem – a przede wszystkim programem wyborczym – grup politycznych przygotowujących się do kolejnego wyścigu o władzę?

Czy polityk prawicy może się jeszcze tak nazwać, zapominając o ludziach, którzy mieszkają poza obszarem wielkich blokowisk i podmiejskich willi? Wydając ich na pastwę cwaniaczków z PSL? Czy może ignorować fakt, że młode pokolenie Polaków wyrasta na sztucznej żywności, podczas gdy urodzajna polska gleba leży odłogiem, bo ludzie, którzy ją potrafią uprawiać nie mają już sił i motywacji, by ruszyć z orką na jesieni?

Odpowiedzialność za ziemię i los pracujących na niej ludzi była częścią odpowiedzialności za państwo. To ziemianie troszczyli się o przyszłość chłopskich dzieci – zakładali dla nich ochronki i szkoły, fundowali stypendia, powoływali na wsi warsztaty rzemiosła artystycznego, tkalnie, stolarnie; panie z dworów służyły chłopskim rodzinom pomocą medyczną, nieraz na dużą skalę, zakładały wiejskie szpitaliki z pomocą sióstr zakonnych.

 

Lekcja katechizmu

 

Mieczysław Jałowiecki, ziemianin spod Kalisza, opisuje swoją radykalną rozprawę z lewicowym agitatorem obnoszącym się ze swoją butą i demoralizującym wieś, którego syn terroryzował  chłopskich synów, kolegów ze szkoły i bezkarnie lżył nauczyciela. Jałowiecki wezwał go do szkoły i udzielił mu reprymendy. „Sąsiedzie – rzekłem, z trudem panując nad sobą – może byście tak zdjęli czapkę. Przecież tu jest szkoła i sami widzicie, krzyż wisi na ścianie. Nawet nie bardzo wypada, żeby gospodarz zachowywał się jak poganin” *) – zaczął. Gdy perswazja nie pomogła, trzeba było zastosować ostrzejsze środki. Poskutkowało. W szkole został przywrócony ład. Agitator się zmył i więcej go tu nie widziano. Dziś nie ma takiej instytucji jak przedwojenne ziemiaństwo, które swoim autorytetem mogło skutecznie moderować sytuację i zapobiegać plagom społecznym.

Są jednak wiejscy proboszczowie. Oni z uwagi na swoją pozycję społeczną muszą na wsiach być autorytetami w sprawach nie tylko duchowych. Bowiem wieś jak kania dżdżu potrzebuje przewodników, dostarczycieli wzorców, mądrych doradców. Umiejących dostrzec problemy jej mieszkańców w kontekście szerszym, ogólnokrajowym. Także tych mieszczuchów, którzy tak lubią kryte gontem domy z drewna i których serca wyrywają się do wiejskiej ciszy i w niej szukają ukojenia, ale i inspiracji. Szukają prawdy. Nie dajmy się rozdzielić i zobojętnieć na swoje potrzeby. Odpowiedzialność za ziemię, odpowiedzialność za los mieszkańców wsi, to część odpowiedzialności za państwo. Miasto ze wsią; wieś z miastem – to mógłby być narodowy program.

Ze szlachtą polską  polski lud! Ze szlachtą mentalną, bo jedynie ona potrafi – tak jak potrafiła tamta, historyczna – wziąć w swoje ręce odpowiedzialność za los Polski. Chłop polski, czy polski ziemian, który z rolą był za pan brat, słowem zwyczajny rolnik bywa mądrzejszy od niejednego złotoustego polityka, bowiem zna tajemnicę prawdziwego sukcesu człowieka na ziemi. Jest sceptyczny wobec krasomówców. Trudno go nabrać, bowiem wie, że „Żaden mówca ani pisarz nie powinien twierdzić, że mamy zagwarantowane zwycięstwo. Zwycięstwo może dać jedynie Bóg” ***).

 

Artur Grottger – Modlitwa rolnika

 

_______

***) Słowa Hilaire Belloca, miłośnika i znawcy angielskiej wsi, równie jak Chesterton zaangażowanego w obronę jej tradycji, wygłoszone podczas wykładu w Londynie w latach 20. XX w.

 

______

G. K. Chesterton, Autobiografia, tum. Maciej Reda, Fronda – Apostolicum, Warszawa.

Mieczysław Jałowiecki, Requiem dla ziemiaństwa, Warszawa 1989)

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.