Gdy minął piąty rok pontyfikatu

Czas ten dla wielu katolików w Polsce – i poza Polską – jest wyjątkowy. Trudny ponad miarę. Trudno jest też o nim mówić. Nie tylko z tego powodu, że nigdy nie jest łatwo znajdować słowa, gdy ma się powiedzieć coś niepochlebnego o kimś, kogo się kocha. Lepiej jest wtedy milczeć.

Trudno przychodzi nam przyznanie się wobec samych siebie, że nastąpiły zmiany w obrazie Kościoła. Wydawał się on jeszcze tak nie dawno jednolity, stały, niezmienny, pomimo wszystkich dziwactw, zgorszeń i nowości, które przyszły wraz z ostatnim Soborem, stopniowo wsączały się także w życie polskiego Kościoła, ale które zaczęły się już przecież w łonie Kościoła wiele lat wcześniej. Encyklika św. Piusa X z 1907 roku, o zasadach modernistów – czyli wewnętrznych niszczcieli Kościoła, propagujących w seminariach i w książkach modernizm religijny, ściek wszystkich herezji , według słów jej autora  jest najlepszym dowodem.

Te zmiany, dziwactwa, zgorszenia i niespójności – przede wszystkim odejścia od doktryny na rzecz „nowoczesnej teologii”, ugoda ze światem oraz niesłychana promocja prymitywnego aktywizmu w duszpasterstwie – wydawały się wielu katolikom czymś przypadkowym, chwilowym, przemijającym. Wynikającym z jakiegoś nieporozumienia czy czasowego zaniedbania, z jakiejś niefortunnej doraźnej polityki, może niedokształcenia części hierarchów, może przemijającej mody, jakichś zewnętrznych nacisków. W sumie przyczyn dość banalnych. Dziś jawią się jako pewna prawidłowość budząca coraz więcej pytań, niepokoju, a nawet prawdziwą trwogę. Wywołują zamęt w myśleniu, osłabienie wiary, zanik uczuć religijnych.

 

Wnętrze kościoła Il Gesu w Rzymie

Wnętrze kościoła Il Gesu w Rzymie

Warto w takim momencie przypomnieć, że kryzysy w obrębie Kościoła – tak samo jak niefortunne osoby na Stolicy Piotrowej – nie są czymś co powinno podcinać nadzieję człowieka wierzącego. Są one nieuchronnością, jak nieuchronne są nasze ludzkie wady, popełniane błędy i ciężkie upadki. Zdarzały się one już w historii Kościoła wielokrotnie i bywały o wiele poważniejsze i głębsze, niż to się powszechnie uważa. Obietnica Chrystusa, że Kościół będzie trwał na wieki pozostaje w mocy, nic nie może zachwiać naszą wiarą w Boga i w Kościół, Oblubienicę Chrystusa, który jest i pozostanie święty jak wyznajemy w Credo – ale z pewnością nie dlatego, że wszyscy jego hierarchowie i duchowieństwo są święci! To co przeżywamy obecnie, choć jest zapewne najgłębszym i najrozleglejszym z historycznych kryzysów Kościoła, miało swój odpowiednik w dziejach. Na dowód – i dla umocnienia naszej wiary oraz pokrzepienia umysłu – przytaczam kilka uwag wybitnego angielskiego historyka, znawcy dziejów Kościoła i pisarza katolickiego Hilaire Belloca na temat kryzysu, jaki ogarnął papiestwo w XVI, a który bezpośrednio poprzedził wybuch reformacji i był jedną z zasadniczych przyczyn tego ogromnego wstrząsu religijnego w Europie. Reformacja była prądem skierowanym właśnie przede wszystkim przeciwko papiestwu. Rozumieć historię papiestwa w tych czasach to poszukać nie tylko odpowiednich faktów, ale umieć je ułożyć, znaleźć właściwe proporcje w ich przedstawieniu i kryteria ich oceny oraz nadać tej ocenie właściwy ton. 

Przedstawienie stanu papiestwa od roku 1447 (wybór Mikołaja V) do roku 1517, kiedy Luter opublikował swój słynny protest, wyłącznie jako jednego pasma zgorszenia, zepsucia i potworności, „mija się z prawdą i daje całkowicie fałszywy pogląd na historię”, podkreśla Hilaire Belloc. A przecież był to, aż do stanu obecnego, bez wątpienia najbardziej zatrważający okres w Kościele, biorąc pod uwagę ilość niemoralnych postępków osób zasiadających na Stolicy Piotrowej. „Katolicy, którzy zachowują tradycje Europy i którzy wciąż upierają się, że papiestwo jest nadrzędną instytucją naszej cywilizacji, są wstrząśnięci (choć ówcześni ludzie wstrząśnięci nie byli) dworem papieskim w tym czasie. (…) Kiedy czytamy o papieżach, którzy działali na sposób władców cywilnych swoich czasów (zarówno pod względem przestępstw, a z pewnością pod względem ich doczesnych dobrych przymiotów), jak żyjący w luksusach książęta i międzynarodowi politycy, kłóci się to zarówno z naszym pragnieniem tego, czym papiestwo powinno być, jak i z tym, o czym z dumą opowiadamy, że papiestwo było przez tak długi czas. (…) 

 

Rzym

To, co zaszkodziło papiestwu i jego władzy w okresie poprzedzającym reformację, to nade wszystko fakt, że stało się ono włoskim księstwem. Papieże byli monarchami Rzymu i Państwa Kościelnego, czerpiąc wielkie dochody, wspaniale ubogacając swoją stolicę i miasta prowincjonalne pomnikami i darowiznami, mając kontrolę nad armiami (ale armiami lokalnymi), jak nigdy dotąd. Jednak, jeśli kiedykolwiek istniała chwila, gdy dla ocalenia Europy papiestwo powinno być bardziej powszechne niż partykularne, to była to właśnie ta chwila. 

(…) Stało się tak w wyniku wielkiej schizmy i następującego po niej wyczerpania. Być może, gdyby pojawił się jakiś człowiek wielkiej energii i wielkiego geniuszu wśród kolejnych papieży pomiędzy Mikołajem V (1447 r.) a Leonem X (1513 r.), doszłoby do odrodzenia się starej uniwersalności, ale nikt taki się nie pojawił. 

Przyjrzyjmy się bliżej sprawie. Mamy w tej serii dziesięciu papieży; jeden z nich był jedynie zjawą, która pojawiła się na zaledwie dwadzieścia sześć dni – Pius III. Znaczenie miało dziesięciu pozostałych. 

Otóż musimy mieć o tych dziewięciu jasne pojęcie, wolne od legendy. Mikołaj V, pierwszy z niekwestionowanych [po okresie panowania papieży i antypapieży – przyp. EPP], nieprześladowanych i absolutnie monarszych papieży, był równocześnie wykształcony i kulturalny, jak i pobożny. Następny, Kalikst III – Hiszpan, był człowiekiem pełnym umartwienia, pełnym – jako osoba – katolickiego ducha. Obaj wstąpili na tron w wieku dojrzałym… Pius II, choć jego postać psuje lekka i nieodpowiedzialna młodość, w ciągu której urodziły się jego dzieci, doszedł do rozsądnego wieku męskiego i był jednym z wielkich uczonych w historii (jako Eneasz Sylwiusz). On także wstąpił na tron papieski, kiedy jego charakter był dojrzały i zrównoważony (miał pięćdziesiąt trzy lata) i słusznie go szanowano… Trudził się bardzo, by zjednoczyć Europę przeciwko tureckim najeźdźcom. Jego następca, Paweł II, to człowiek światowy, ale będąc papieżem nie dawał żadnej poważnej przyczyny zgorszenia. O jego następcy z kolei, Sykstusie IV, człowieku pochodzącym z biednej rodziny, nie można powiedzieć, że działał w polityce inaczej niż jakikolwiek książę świecki tamtych czasów – ale jego działania były całkowicie światowe, a jego panowanie stało się okazją pierwszego poważnego skandalu – spisku jego siostrzeńca, kardynała Riario, przeciwko Florencji.

 

Freski Andrea Mantegna w pałacu książąt Mantui

Freski Andrea Mantegna w pałacu książąt Mantui

 

Jego następca, Innocenty VIII, znajdował się w gorszej sytuacji z powodu obecności nieślubnej rodziny, która pojawiła się u niego przed przyjęciem święceń, ale którą wspierał i traktował poniekąd jako rzecz oczywistą. W końcu w roku 1492 (…) tiarę papieską włożono na głowę Aleksandra VI. Jedenaści lat pontyfikatu (1492-1503) wyrządziło wszelkie możliwe szkody. Jego historia, nawet gdyby był jedynie świeckim włoskim arystokratą tamtych dni, zaszokowałaby narratora. W przypadku papieża było to tragiczne. Ale nawet tutaj jest sporo do upamiętnienia po drugiej stronie. 

Współczesna nauka nieco stonowała potworniejsze z legend, które niegdyś otaczały jego imię, ale współczesne próby usprawiedliwienia go zakończyły się fiaskiem. Chociaż wybrano go dzięki jego bogactwu i prawdopodobnie z pomocą łapówek (tylko dzięki zwykłej wymaganej większości dwóch trzecich głosów; przewagą jednego głosu – jego własnego), to jednak pod względem politycznym był on doskonałym kandydatem. Był kanclerzem administrującym przez trzydzieści pięć lat Państwem Kościelnym; był pierwszorzędnym gubernatorem politycznym miasta Rzymu. Służył handlowi, chroniąc Żydów, których był swego rodzaju mecenasem. Stanowczo wymierzał sprawiedliwość. Pracowicie nadzorował szczegóły administracyjne, a wszelkie najgorsze rzeczy jego panowania były działaniami jego paskudnego syna z nieprawego łoża, Cezara, który nie posiadał żadnej cnoty, z wyjątkiem odwagi. 

Papież Aleksander VI na fresku Pintoricchiego

Papież Aleksander VI na fresku Pintoricchiego

Inni z renesansowych papieży mieli dzieci. Jednak Cezar Borgia urodził się, kiedy Aleksander był księdzem, a nawet kardynałem. Aleksander nie miał żadnego szacunku dla swojego urzędu. A kiedy można to powiedzieć o głównym kapłanie chrześcijaństwa w chwili, gdy było ono w zagrożeniu, to powiedziało się to, co najgorsze. Aleksander VI był źródłem olbrzymiego zgorszenia dla Kościoła, a jego życie i charakter wstrząsnęły i naruszyły gmach papieskiego prestiżu. Panował tylko jedenaście lat. Jednak skutek tych jedenastu lat był opłakany i permanentny. Wciąż się go odczuwa. 

Zmarł, nim rozpętała się burza. Jego następca, Juliusz II, ponownie nie był przyczyną zgorszenia, choć stan wojny zdecydował o programie politycznym, który miał być realizowany pod bronią i obejmować uwolnienie Włoch spod wpływów francuskich. (…)

Leon X, także światowy, wspaniały syn władcy Florencji, aktywny inspirator wielkiej sztuki i człowiek równie hojny, co kulturalny, z pewnością należał do tych, którzy w normalnych czasach wzmocniliby Stolicę Apostolską. Nie był on sceptykiem, jak przedstawia go niemądra późniejsza legenda. Był cnotliwy. Miał wysokie wyobrażenie o swojej powinności i wystarczające w sprawach duchowych – jednak nie miał pojęcia o wiszącym nad nim niebezpieczeństwie. 

Stąd, choć tylko jeden z tych dziewięciu ludzi był osobiście nie do przyjęcia, choć tylko trzech z dziewięciu żyło w sposób skandaliczny w przeszłości i tylko czterech ucierpiało z powodu zgorszenia, jakie wywołali ci, którzy byli z nimi blisko powiązani, choć większość była pobożna, choć niemal wszyscy z nich byli wykształceni, a każdy z nich był aktywnym propagatorem wszystkiego, co podnosiło wokół nich cywilizację – a w szczególności sztukę – istotne było, że byli oni – szczególnie w swoich własnych oczach – nie tyle powszechnymi duszpasterzami, co książętami Rzymu (…) większość z nich spędziła lata, przedzierając się przez sprzeczne roszczenia wielkiej schizmy (w przypadku tych wcześniejszych) i odgrywając rolę polityków w sprawach samego Rzymu (w przypadku tych późniejszych). 

(…) Główną [siłą negatywną] była niezdolność z ich strony – bez ich własnej winy – wykonania jako głowa chrześcijaństwa wielkiego zadania właściwego ich czasom: zmobilizowania militarnych potęg Europy przeciw nadciągającym Turkom. (…) Dla ludzi tamtych czasów skandal obsadzania wielu stanowisk kościelnych i skrajnej światowości był prawdopodobnie najgorszą sprawą. Dla ludzi naszych czasów pogardzanie celibatem, a nawet powszechnymi regułami zasad seksualnych wydaje się być najgorszą cechą. Jednak obie te rzeczy miały pełne konsekwencje”. 

Słowa te zostały napisane w 1936 roku. Autor tego podsumowania, które jest fragmentem książki Herezja reformacji (How the Reformation Happened), podkreśla, że pomimo nagromadzenia w życiu Kościoła, tuż przed reformacją, tak wyjątkowego zestawu negatywnych czynników, największe znaczenie przy wywołaniu kryzysu miała nienawiść do wiary. Coś, co istnieje zawsze, we wszystkich epokach, i jest poniekąd czymś naturalnym i nieuniknionym, bowiem „wszelka energia polaryzuje, a Kościół katolicki jest najpotężniejszym źródłem energii na ziemi. Pobudza biegun przeciwny”. I wszędzie jest on „w niezgodzie z człowiekiem takim, jakim on jest, zawsze go ograniczając, i w takim czy innym momencie życia niemal każdego człowieka wchodząc w gwałtowny spór z pychą, ambicją lub żądzą. Na dodatek jeszcze potężniejszą prowokacją jest roszczenie sobie przez Kościół absolutnego autorytetu i powszechnego zwierzchnictwa moralnego”. 

Niech te trzeźwe słowa angielskiego myśliciela, z pochodzenia Francuza, będą dla nas dziś, gdy zastanawiamy się nad pięcioma ostatnimi laty w życiu Kościoła pod władzą Franciszka, powodem spokojnej refleksji i pewności, że pomimo wszystkich zawirowań i zniszczeń, jakie nastąpiły w ciągu ostatnich lat, przeszłość nie jest przesądzona. Gdy umysł ludzki żyje niezmienną katolicką doktryną, jasna myśl jest panem zwykłych ludzkich uczuć. I nic nie jest w stanie oddzielić nas od Boga…

 

Pieta watykańska dluta Michała Anioła

Pieta watykańska dluta Michała Anioła

 

W innej swojej pracy, w książce pt. Wielkie herezje, angielski pisarz – warto przypomnieć, że podobnie jak G. K. Chesterton, był przyjacielem Polski – zauważył z przenikliwością coś, co my sami, w obecnym stanie pomieszania, rzadko chyba jesteśmy w stanie dostrzec i docenić. Niezniszczalną siłę ludzkiego rozumowania. „Otóż, przeciwko wielkim herezjom, kiedy nabiorą siły napędowej, stając się nową i modną osobliwością, w chrześcijańskim i katolickim umyśle pojawia się reakcja, która to reakcja odwraca bieg nurtu, uwalnia się od trucizny i ponownie ustanawia cywilizację chrześcijańską. Takie reakcje zaczynają się – powtarzam – w sposób niejasny. Prosty człowiek zaczyna się czuć niewygodnie i mówi sobie: Być może jest to chwilowa moda, ale nie podoba mi się. Pojawia się grupa chrześcijan, którzy czują w kościach, że coś jest nie tak, choć trudno im to wyjaśnić. Reakcja jest zazwyczaj powolna i nieskładna, przez długi czas nie odnosi sukcesu. Jednak na dłuższą metę w przypadku wewnętrznej herezji zawsze kończy się pomyślnie. Tak jak wrodzone zdrowie ciała ludzkiego pozbywa się jakiejś wewnętrznej infekcji”.

A odporność na zarazki nie jest przecież naszą ludzką zdobyczą, naszym własnym osiągnięciem, tylko czymś nam danym. Jest darem.


 

Cytaty za: Hilaire Belloc: Herezja reformacji i Wielkie herezje (The Great Hersies. An Examination of Religion), tłum. Jan J. Franczak, Wydawnictwo AA, Kraków 2017

 

 

 

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.