Wielka wojna ojca Gereona

Niemiecki franciszkanin, o. Gereon (Karol Goldmann) OFM (1916 – 2003), rodem z Ziegenhain w Górnej Hesji, jako kleryk seminarium został żołnierzem Hitlera. Podczas wojny nie oddał ani jednego strzału. Został sanitariuszem, ratował rannych i potajemnie pomagał katolikom po obu stronach frontu. W całym jego bogatym życiu uczestnika II wojny nic nie przysporzyło mu takich męczarni jak zmaganie się ze swoimi rodakami, nazistami.

Miał za sobą przedwojenny kurs filozofii u jezuitów, władał biegle siedmioma językami (francuski i włoski doszlifował podczas wojny), uzbrojony był ponadto w szczególny rodzaj przekory, sprytu i odwagi. Przez wszystkie lata wojennej epopei prowadził swoją wielką wojnę z wyznawcami Hitlera w niemieckiej armii. Kompromitowanie tych, których uważał za wrogów chrześcijaństwa, stało się cichą namiętnością zakonnika w mundurze. Z wyprowadzania ich w pole czerpał nieco złośliwą, nie całkiem franciszkańską, satysfakcję.

Gdy wybuchła wojna był w nowicjacie franciszkanów, miał za sobą trzy lata studiów seminaryjnych. Najpierw znalazł się w Wehrmachcie, potem na kursie dla oficerów w SS, i wreszcie, w 1942 r., za odmowę wystąpienia z Kościoła został zdegradowany i wysłany karnie na powrót do Wehrmachtu. Doszedł do stopnia sierżanta. Wyższe szarże zarezerwowane były dla Niemców, którzy nie zamierzali zostać katolickimi duchownymi lub byli członkami NSDAP. Odznaczony kilkoma medalami bojowymi za bohaterstwo w ratowaniu rannych pod ogniem artyleryjskim, pod koniec wojny prosto z frontu w południowych Włoszech trafił do niewoli; blisko trzy lata spędził w obozie jenieckim. Swoje przeżycia opisał we wspomnieniach, od niedawna dostępnych także w języku polskim.

 

O. Gereon Goldmann, 1939 r.

Brak ojca, nieczułość matki?

Psychologowie łączą często podatność na ideologię nazistowską – która dziś odżywa zarówno na Zachodzie jak i Wschodzie – z brakiem ojca. Nieobecnością tego, który powinien być przewodnikiem na ścieżkach wiary. Także z nieczułością matki. Czy sam autor wspomnień, syn wiejskiego weterynarza, osierocony w dzieciństwie przez matkę, nie był w jakiejś mierze podatny na wpływ zakorzenionego w protestantyzmie, a w obecnego wśród większości Niemców przekonania o naturalnej „wyższości” Niemców? O przewadze niemieckiej kultury, niemieckiego państwa, które było wykwitem pruskiego ducha? A jednak walczył z ideologią, gdy tylko mógł. Podobnie jak walczyłby Polak – w każdych warunkach gotów do konspiracji

Franciszkanin i esesman w jednej osobie poniekąd postępował wbrew niemieckiej naturze. Doszedł do perfekcji w słownych potyczkach z nazistami. Z miną niewiniątka przewrotnie wykorzystywał fakt zawarcia przez Hitlera konkordatu z Kościołem i udawał, że bierze na serio propagandowe formułki produkowane na użytek niedouczonych oficerów i prostych żołnierzy. Przed wojną był uczestnikiem wykładów prowadzonych przez jezuitów w ramach organizacji „Neudeutschland”, która stawiała sobie za cel formację intelektualną katolickiej młodzieży. Nie brakowało mu też zdrowego pomyślunku pyskatego wiejskiego chłopca. Przecież jeszcze tak niedawno uganiał się z kijem w ręku, z równie zadziornymi kolegami, po łąkach i lasach, skłonny do bijatyk i najdziwaczniejszych wybryków. Był zahartowany w słownych utarczkach jak i w trudach wiejskiego życia.

Jego ojciec całe dnie spędzał poza domem. Był to człowiek zamknięty w sobie, pochłonięty bez reszty pracą. Karol – Gereon był jednym z siedmiorga jego dzieci. Ojciec ożenił się ponownie krótko po śmierci pierwszej żony. Musiało zajść coś zupełnie wyjątkowego, by ojciec skłonny był okazać Karolowi jakieś względy. Karol doświadczył tego dwukrotnie: ojciec osobiście odprowadził go na stację kolejową, kiedy wstępował do seminarium i gdy w czasie wojny miał stawić się przed sądem wojennym w Kassel, gdzie oskarżano go o antyhitlerowską propagandę w szeregach armii.

Choć autor wspomnień nie miał szczęścia, by mieć czułego, opiekuńczego ojca, który interesowałby się jego losem i wzmacniał jego siły, będąc jeszcze bardzo młodym chłopcem odczuwał wstręt i obrzydzenie wobec rasistowskich teorii, którymi karmiono młodzież w niemieckich szkołach i organizacjach młodzieżowych. Od ósmego roku życia doświadczał mocno bliskości Boga podczas Mszy św., Komunia św. była dla niego czymś najbardziej upragnionym.

Studia filozoficzne kontynuował w czasie wojny, podczas urlopów z wojska, na uniwersytecie we Freiburgu. Dokształcał się też sam. W każdej wolnej chwili czytał książki filozoficzne i teologiczne, często w oryginale greckim i łacińskim (zdobywał je m.in. na pchlich targach na paryskich bulwarach; w Paryżu przebywał dłuższy czas jako przedstawiciel okupantów). To pozwoliło mu ugruntować poglądy na nazizm; w jego propagandzie widział zestaw sprytnie spreparowanych, niesłychanie prymitywnych, podbijających niemiecką pychę kłamstw, zabarwionych sentymentalizmem ojczyźnianym, żerujących na atawizmach, manipulowaniu pojęciami, fobiach antychrześcijańskich i pierwotnych instynktach. Odwołujących się zawsze do kultu siły i instynktu zemsty.

Jego wspomnienia z krótkiego pobytu w Polsce, na przełomie 1939 i 1940 roku, w ośrodku szkolenia wojskowego, to opis dobroci i wielkiej wiary prostych ludzi, wspaniałomyślności i szlachetności polskich kapłanów i zakonników. Modlił się we franciszkańskim kościele w Paradyżu (mylnie przekonany, że kościół i klasztor założyli Krzyżacy, gdy w istocie jest on fundacją cysterską). O cierpieniach Polaków wiedział jednak bardzo niewiele. Tak jak wszyscy Niemcy w armii trzymany był krótko. W połowie wojny, w czasie kolejnego urlopu udało mu się przedostać potajemnie na jeden dzień do obozu koncentracyjnego w Dachau, gdzie zamierzał odnaleźć współbrata. To co tam zobaczył upewniło go, że zamiarem, jaki przyświeca Hitlerowi w prowadzeniu wojny jest zniszczenie chrześcijaństwa, Kościoła, cywilizacji łacińskiej i ustanowienia państwa plemiennej wspólnoty kierującej się najdzikszymi instynktami na całym podbitym obszarze.

 

 

W czasie jednego z wojennych urlopów poznał w Imshausen pod Bebrą niemieckiego arystokratę Adama von Trott zu Solz, związanego z Kręgiem z Krzyżowej, a potem także ze spiskowcami skupionymi wokół Clausa von Stauffenbergera (niestety, ten polityczny przeciwnik Hitlera był także wrogiem Polaków i rasistą, ale o. Gereon nie znał wtedy bliżej jego środowiska). Niemiecki franciszkanin przyjął propozycję Adama von Trott i został łącznikiem grupy organizującej zamach na Hitlera, na co otrzymał błogosławieństwo swojego biskupa.

Rycerscy Anglicy

O. Gereon podkreślał znamienną różnicę w stosunku do nieprzyjaciela żołnierzy alianckich oraz swoich rodaków, z których większość dała się zatruć nazistowską ideologią. Nie tylko Niemcy, także Rosjanie uważali ludzi, z którymi walczyli za swoich osobistych wrogów. Mieli do nich stosunek czysto emocjonalny, pełen nienawiści. Nienawiść nie tylko odbierała im człowieczeństwo, często uniemożliwiała podejmowanie racjonalnych decyzji; karali w ten sposób samych siebie. Alianci, w sytuacjach, gdy nie musieli strzelać do Niemców, prezentowali niejednokrotnie jakiś rodzaj szacunku do tych, z którymi musieli toczyć walkę na śmierć i życie. Czasem zwyczajne ludzkie ciepło i współczucie. Zachowywali się jak ludzie wolni.

„Rycerscy Anglicy dali nam naprzód coś do picia, gorącą herbatę, do tego chleb i kiełbaski. Czegoś takiego już dawno nie widzieliśmy”, tak wspominał swoje pierwsze bezpośrednie zetknięcie się z żołnierzami oddziałów alianckich (w górach, w pobliżu Scali, w południowych Włoszech). Przy ognisku rozpalonym przez Anglików niemiecki sierżant oddziału sanitarnego, jakim był wówczas o. Gereon, i jego kierowca mogli wysuszyć mokrą odzież. „Dostałem nawet nowe skarpety, bo moje były już w strzępach. Sanitariusz zabandażował mi krwawiące stopy. Żołnierze wraz z dwoma naszymi rannymi, których mieliśmy zabrać, siedzieli przy ogniu popijając herbatę i żując, wszyscy w najlepszym humorze”.

Klękali głównie Polacy

Pod koniec wojny, jeszcze na parę tygodni przed dostaniem się do niewoli, i zarazem na krótko przed święceniami kapłańskimi, o. Gereon otrzymał od włoskiego biskupa specjalne pozwolenie, by mógł udzielać Komunii św. umierającym i rannym w swoim oddziale. Jako sanitariusz wyposażony we flagę Czerwonego Krzyża przebywał trasę wiodącą z najbliższego kościoła, gdzie otrzymywał Komunikanty (umieszczał je natychmiast w swoim hełmie) i przekraczając linie Amerykanów i Anglików, którzy na tę chwilę przerywali ogień, mógł bezpiecznie wrócić do oddziału. Zdarzyło się, że w trakcie przeprawy udzielał Komunii św. żołnierzom wrogiej armii, bo akurat nie było tam kapelana.

„Jechałem powoli przez nieprzyjacielskie linie i wołałem głośno po niemiecku, angielsku, francusku i włosku: Przynoszę Chrystusa Pana. Wszyscy patrzyli na zatrzymujący się czołg. Wysiadałem ostrożnie z Drogocennym Skarbem. Następnie rozdzielałem Komunię Świętą tym, którzy chcieli ją przyjąć. Teraz zobaczyłem, że nasi przeciwnicy pochodzą z różnych krajów. Wielu katolików klękało, przede wszystkim Polacy, inni zdejmowali hełmy i stali w ciszy, gdy podchodziłem od jednego do drugiego żołnierza – kulejący albo ranni leżeli na ziemi. Potem przyszli i zdrowi prosząc o Komunię Świętą. Front był spokojniejszy, z obu stron przyglądano się niesamowitemu wydarzeniu wojennemu. Nieprzyjacielscy sanitariusze przynosili herbatę i czekoladę. Mój zapas Komunikantów się wyczerpał. Teraz możecie brać mnie do niewoli – powiedziałem. Jednak odpowiedź brzmiała: You go back, You brought tle Lord – Idź z powrotem, Ty przyniosłeś Pana.

Kilku lekko rannych mogło przesiąść się na nasz czołg. Na oczach obydwu walczących szeregów odjeżdżaliśmy kiwając jeszcze do siebie dłońmi. Pół godziny pokoju w środku bitwy dzięki Eucharystii!”.

 

Komunia św. na polu bitwy (Francja 1943 r.)

„Musiałem wyciągnąć pistolet”

Nie zawsze umiał zapanować nad sobą. We Włoszech potrafił być brutalny wobec księży, którzy nie chcieli dać mu, człowiekowi w mundurze niemieckim, Najświętszego Sakramentu. Te sceny, gdy musiał krzyczeć na wynędzniałych kapłanów i straszyć ich, a oni zachowywali dumne i pełne wzgardy milczenie, nie chcąc wydać Najświętszego Sakramentu w ręce wroga, mogłyby znaleźć się na kartach arcydzieła literatury wojennej.

„(…)  po kilku metrach zatrzymaliśmy się na rynku przed pięknym kościołem. Wśród mieszkańców zobaczyłem trzech księży. Wszyscy czekali, co będzie dalej. Na szczęście, nauczony doświadczeniem, zabrałem ze sobą dwóch żołnierzy. Zeskoczyli z czołgu, trzymając w rękach pistolety maszynowe. Podszedłem do księży i grzecznie poprosiłem o Hostię dla rannych. Albo nie zrozumieli, co do nich mówię po włosku, albo nie chcieli zrozumieć. Trzeba jednak przyznać, że wyglądałem strasznie w mundurze polowym, z zakrwawionymi rękami. Wyjąłem pismo biskupa z Patti z jego pieczęcią. Zapewniłem duchownych, że jestem franciszkańskim klerykiem i że mam prawo udzielać
Komunii. Cała trójka spojrzała na mnie jak na wariata. Na moje naleganie, by spełnili moją prośbę, starszy z księży odpowiedział: – Nigdy w życiu, po naszym trupie!
Tego było już za wiele, musiałem działać. Na mój rozkaz żołnierze wymierzyli pistolety w zgromadzonych. Zawołałem, że nie radzę wykonywać żadnego ruchu, jeśli nie chcą tego żałować. Wyjąłem swój pistolet i poganiając duchownych słowami: – Avanti, ręce do góry! – poszedłem za nimi do kościoła.
Otworzyli tabernakulum. Uklęknąłem, trzymając pistolet. Na ołtarzu położyłem hełm, do środka chusteczkę, trochę zabrudzoną. Wysypałem na nią całą zawartość cyborium. Księża uderzyli w płacz. Pobiegłem do czołgu, wspiąłem się na wieżyczkę, hełm z hostią trzymałem w ręku.
– Niemieckie diabły kradną Najświętszy Sakrament! – rozległy się krzyki rozwścieczonego tłumu. Pomyślałem z rozbawieniem, że na wojnie musiałem wyciągać pistolet tylko po to, by pogrozić duchownym, którzy nie chcieli dać Najświętszej Hostii”.

Sierżant i seminarzysta w jednej osobie patrzył jednak zawsze na wojnę jako na starcie idei katolickiej, której starał się służyć, z obłędem nazistowskim. Po obu stronach frontu widział ludzi wierzących i doświadczał od nich wielorakiej pomocy. Sam też starał się ją nieść potrzebującym, a jako podoficer SS – zwłaszcza we Francji – miał możliwości więcej niż ktokolwiek. „Zdarzało się, że ksiądz, na którego wydano wyrok śmierci, uprzedzony przeze mnie znikał, nim zdążyłem doprowadzić żołnierzy do jego domu” – wspominał czas, gdy był wojskowym tłumaczem w okupowanej Francji. Gdy miał zarekwirować benzynę służącą miejscowym do napędzania maszyn rolniczych najpierw organizował potajemne spotkanie z francuskim księdzem i merem miejscowości i prosił, by większość zapasów jak najszybciej została ukryta. Następnego dnia przyjeżdżał oficjalnie, by skonfiskować to, co zostało. Jednocześnie kupował masowo różańce i książki religijne, i wysyłał je do klasztorów w Niemczech. Wszędzie, gdzie się znajdował podczas służby szukał kościoła i starał się przyjąć Komunię św.

Jeniec w sutannie

O. Gereon wyposażony był w nadmiar brawury i pozbawiony instynktu strachu przed śmiercią. Według własnej oceny raz tylko znalazł się w poważnym niebezpieczeństwie utraty życia. Nie było to jednak podczas starcia z oficjalnym wrogiem, choć na linii ognia bywał setki razy, ale podczas siedzenia w osławionym francuskim obozie jenieckim Ksar es Souk w Maroku.

Był tu jednym z tysiąca pięciuset niemieckich jeńców, w dużej mierze fanatycznych nazistów, oficerów i podoficerów. Ludzie ci, oczekujący od kilku lat w gorączce na odwet za swoje upokorzenie ze strony „nieśmiertelnej Rzeszy”, omal go nie zabili – a przypadki śmierci dla nieprawomyślnych nie były tam odosobnione – gdy rzeczowo wypowiadał się na temat poglądów Hitlera i jego duchowych patronów, Rozenberga, Nietzschego, Kolbenheyera, Baldura von Schirach i innych. Oraz gdy w dziesiątkach wykładów wygłaszanych dla współwięźniów demaskował szaleństwo ideologii, biorąc za punktu odniesienia filozofię realistyczną św. Tomasza z Akwinu i naukę Kościoła.

W Ksar es Souk, w skrajnie trudnych, a wręcz upodlających warunkach – afrykański klimat, męczące nocne upały, lub przeciwnie, wichury ze śniegiem od gór Atlasu, robactwo wszelkiego rodzaju, permanentny głód – działało sprawnie zorganizowane przez niemieckich jeńców państwo w państwie. Zaimponować mogła zwłaszcza sprawna siatka szpiegowska. Nieformalni obozowi przywódcy, zdegenerowani moralnie bezwzględni wykonawcy najpodlejszych rozkazów, wiedzieli wszystko o wszystkich. Ideologia, z całym groteskowym teatrem pozorów, trzymała wynędzniałych fizycznie i psychicznie ludzi przy życiu, zapewniała motywacje do codziennego wysiłku, donosicielstwa i wymierzania kar – łącznie z biciem i dokonywaniem samosądów. Nikt, kto przeciwstawił się oficjalnemu światopoglądowi tej szczęśliwej wyspy niemieckiej ziemi, nie mógł się tu czuć bezpieczny. Francuzi przymykali oczy na obozowy terror; nie mieli pomysłu i środków jak z tym walczyć.

Obłędny nacjonalizm był wiarą, treścią życia większości jeńców, całym ich duchowym światem – nawet w obliczu klęski Führera i kompromitacji nazizmu w oczach cywilizowanego świata. Katolickie przekonania, chrześcijańska postawa wobec bliźnich budziła tu furię wściekłości. Zmuszano do uległości przez stosowanie wszelkich środków przemocy. „Gdy rano niemiecki kierownik obozu, starszy sierżant marynarki wojennej »Dönitz« wzywał cały obóz do apelu i ryczał: »Sieg heil!« – Niech żyje zwycięstwo! Pozdrawiamy Ojczyznę i Führera!, nikt by się nie odważył zaprotestować”, pisze o. Gereon. „W nocy rozlegały się w obozie krzyki bitych, co było najpewniejszą metodą, aby wszystkich zmusić do milczenia… Przypadki śmiertelne były zgłaszane Francuzom jako samobójstwa”.

„Katolickie bzdury!”

O. Gereon zanotował swoją rozmowę z nazistowskim przywódcą jeńców niemieckich w Ksar es Souk: „Przybyłem tu jako ksiądz katolicki. Dobrowolnie zgłosiłem się do tego obozu, mimo, że przestrzegano mnie, co mnie tu czeka”, powiedział twardo. „Teraz jestem do dyspozycji żołnierzy, którzy będą życzyli sobie mojej posługi!” „Katolickie i innowiercze bzdury!”, usłyszał w odpowiedzi. „Tu nie ma ani katolików, ani protestantów, tylko sami Niemcy. Tu nie ma żadnego zapotrzebowania na obcą narodowi religię, która w dodatku pochodzi od Żyda”. Na wiadomość, że o. Gereon będzie spowiadał, nazista się zaśmiał. „Dla nas Niemców jest tylko jeden grzech – zhańbienie rasy. Karze się go śmiercią. Za to nie ma przebaczenia; do tego nie potrzeba ani Kościoła, ani księdza. Mówię to panu ponownie: kto głosi jakąś obcą religię jest gorszy od profanatora rasy”.

W takich warunkach o. Gereon  postanowił odprawiać dla więźniów Msze św., i prowadzić oficjalne duszpasterstwo. Głosił kazania, udzielał sakramentów, spowiadał. Wygłaszał wykłady apologetyczne i odsłaniał najbardziej przez nazistów zdeformowane karty historii Kościoła. Uczył rozumienia Mszy św., Pisma Świętego, podstaw teologii moralnej – w oparciu o doskonałe francuskie podręczniki, które z łatwością zdobył w Maroku – dawał lekcje łaciny i greki. Pokonywał przeciwności i udaremniał próby zniesławienia go i zastraszenia. Nie bez satysfakcji demaskował zarówno szemrane propagandowe mądrości jak i taktykę nazistów.

 

o. Gereon Golmann, 1944 r.

 

Doprowadził do nawrócenia dziesiątek swoich rodaków. Zyskał przyjaciół na całe życie. Listy od nich przychodziły długo jeszcze po wojnie, do Japonii, gdzie przebywał jako misjonarz. Jego podopieczni, z drzewa znalezionego w magazynach Legii Cudzoziemskiej wybudowali w obozie kaplicę; własnoręcznie ją wyposażyli i ozdobili rękodziełami sztuki sakralnej. Stopniowo stawała się ona centrum życia obozu. Rzecz jasna, za ten sukces przyszło o. Goldmannowi zapłacić ogromną cenę. Jego wrogowie zwierali szeregi. Naziści tak jak komuniści zawsze się mszczą.

Po ponad roku tej posługi o. Gereon został postawiony przed francuskim sądem wojskowym. Jego przeciwnicy okazali się dobrze zorganizowaną mafią. Kilkudziesięciu jeńców niemieckich zeznało Francuzom pod przysięgą, że widzieli na własne oczy o. Gereona jako esesmana w Dachau. Miał być tu katem i oprawcą. Setki ludzi straciło rzekomo z jego ręki życie. Francuzi byli pod wrażeniem napływających w tym czasie wstrząsających doniesień o zbrodniach i niewiarygodnych okrucieństwach popełnianych w niemieckich obozach koncentracyjnych; dali wiarę oszczercom. Wyrok mógł być tylko jeden.

Tej nocy, gdy ojciec Goldmann czekał na rozstrzelanie, do francuskich władz wojskowych w Maroku dotarła depesza: Pius XII złożył na ręce francuskiego ambasadora Jacquesa Maritaina skargę, dlaczego chce się zabić niemieckiego żołnierza, którego on osobiście promował do święceń kapłańskich. Ale depesza nadeszła do obozu dosłownie w ostatniej chwili przed zaplanowaną egzekucją.  O. Gereon został już wyprowadzony na egzekucję, gdy niespodziewanie głównodowodzący oficer poprosił o spowiedź. W chwili, gdy wygłaszana była formuła rozgrzeszenia, wpadł kurier z pismem uniewinniającym. „Gdyby nie długa spowiedź oficera, byłoby po mnie”.

Czy ktoś mógł przypuszczać, że istnieje związek między adoracją Najświętszego Sakramentu w klasztorze Walzenhausen w Szwajcarii, która odbywa się tam codziennie od pięciuset lat, a jego uniewinnieniem? Kilka zakonnic z tego klasztoru nieustannie modliło się o jego ocalenie.

Podobne problemy, choć w mniejszej skali i nie połączone z bezpośrednim zagrożeniem życia, ale jednak rujnujące międzyludzkie relacje i stawiające pod znakiem zapytania możliwość praktyk religijnych, o. Gereon miał także w Algierii, w Rivet, we francuskim obozie jenieckim dla niemieckich kleryków, gdzie przebywał wcześniej.

Prawdziwy Ojciec, zastępcza matka

Karol Gereon Goldmann OFM, SS, nie załamał się nigdy w obliczu ewidentnej przemocy silniejszych i demonstracyjnej potęgi zła, bo wierzył w ojcowską opiekę Boga. Trzeba wyjaśnić: nie działał sam. Nie szedł o własnych siłach. Gdy miał osiem lat i umarła mu matka był już ministrantem w kościele parafialnym w Fuldzie, centrum życia katolików niemieckich w Hesji. Niepozorna siostra zakonna Solana May, zakrystianka, patrząc na osieroconego chłopca i jego ból po stracie ukochanej matki oraz widząc jego szczerą pobożność poleciła go Bogu. Więcej, zawarła z Bogiem układ. Odtąd wszystkie jej modlitwy i wszystkie cierpienia, każda dobrowolna ofiara, najmniejsze wyrzeczenie miały iść na rzecz tego dziecka, w którym mała zakonnica dostrzegła coś niezwykłego. Prosiła Boga, by został księdzem. Skoro nie ma już na ziemi matki, to ona będzie o niego po matczynemu dbać, ona, z oddalenia będzie wypraszać potrzebne łaski. Wciągnęła w swój układ jeszcze inne osoby, z różnych miejscowości i klasztorów, było ich około dwustu. Powierzały Bogu w całkowitej dyskrecji powołanie małego Karola. Wcielony do armii jako kleryk szybko znalazł się na froncie, kolejno we Francji, Rosji i we Włoszech. We wszystkich niebezpieczeństwach utraty życia, w jakich przyszło mu się tak często znajdować – także z powodu niewyparzonego języka, wrodzonej porywczości i nieco pyszałkowatego przeświadczenia o swoich możliwościach intelektualnych – chroniła go tajemnicza Obecność.

„Bóg jest silniejszy niż wojna”, mawiała siostra Solana. Jego dowódcy nie mogli uwierzyć, jak to możliwe, że gdy podczas zaciętych walk w południowych Włoszech wyciągał pod gradem pocisków rannych z okopów i transportował ich na własnych plecach, nie został nawet draśnięty kulą.

Jako podoficer niemiecki wyświęcony został na kapłana będąc już jeńcem wojennym, w 1944 roku w Rivet koło Algieru. Znalazł się tu wkrótce po wzięciu go do niewoli przez Anglików i tutaj przygotowywał się do święceń, które miał przyjąć za specjalnym pozwoleniem Piusa XII. Zgodę na święcenia zdobył dzięki swemu nadzwyczajnemu uporowi, za namową opiekunki duchowej, zakrystianki z Fuldy. To ona przepowiedziała mu, że Pius XII weźmie jego sprawę w swoje ręce. I że wcześniej jeszcze o. Gereon, wyreklamowany z Sądu Wojennego w Kassel dzięki dyskretnej protekcji Adama von Trott, na mocy specjalnego rozkazu dowódców, znajdzie się w Pau, w pobliżu Lourdes, by modlić się w kilka dni później w sanktuarium Pani z Lourdes o łaskę święceń. Tak też się stało.

 

Adam von Trott zu Solz, niemiecki dyplomata, podczas procesu, w sierpniu 1944 r.  Za udział w przygotowaniu zamachu na Hitlera został skazany na karę śmierci przez powieszenie.

 

W Rivet znajdował się ubogi dom zakonny, a zarazem seminarium dla niemieckich kleryków, które prowadził były arcyopat klasztoru benedyktynów w Neuron, o. Rafał Walzer, Niemiec ratujący Żydów, przeciwnik nazizmu, w czasie wojny uciekinier do Francji, gdzie przyjął funkcję kapelana wojsk francuskich. „Po Mszy św. [prymicyjnej] okazało się, że miłość chrześcijańska przekracza wszelkie granice narodów i likwiduje wszystkie przeszkody wojenne”, pisze o. Gereon. „Francuski generał, kompetentny do spraw wszystkich jeńców wojennych, nie omieszkał przybyć na te niecodzienne święcenia. Kiedy wychodziłem z kościoła, ukląkł jako pierwszy, ucałował namaszczone olejem świętym dłonie i prosił o pierwsze błogosławieństwo neoprezbitera – niemieckiego jeńca wojennego”.

O. Gereon opuścił z żalem współbraci i towarzyszy niedoli z Rivet. Sam świadom był, że nie ocalał z wydarzeń wojny i tych, które czekały go w kolejnym obozie jenieckim, dzięki swojej sile woli, charakteru, zdolnościom i talentom, czy nawet wyjątkowo mocnej wierze. Jako młody zakonnik, potem młody ksiądz, był skłonny do brawury, ryzykownych akcji, decyzji podejmowanych pod wpływem impulsu. Wychodziło mu zawsze na dobre, że zbytnio się nad niczym nie zastanawiał. Sforsowawszy Spiżową Bramę przekonał osobiście papieża Piusa XII, by udzielił zgody na przyjęcie święceń kapłańskich bez wymaganego kompletnego kursu teologii, po to, by mógł odprawiać Msze św. dla żołnierzy i być spowiednikiem umierających na polu bitw, gdy grupa niemieckich kapelanów wojskowych kurczyła się coraz bardziej wskutek represji nazistów.

Został kapłanem dokładnie w dwadzieścia lat po zawarciu „paktu” z Bogiem w sprawie jego kapłaństwa przez niepozorną zakrystiankę z Fuldy. To nie jego osobisty geniusz, a modlitwa tej pokornej, nikomu nie znanej kobiety sprawiła, że nie poległ na froncie, nie wykrwawił się z ran, nie skazano go przez Sąd Wojenny w Kassel za wywrotową antynazistowska robotę, nie odkryto jego kontaktów z Adamem von Trott, nie został powieszony w akcie zemsty przez psychopatycznych morderców w obozie jenieckim – przeciwnie, niektórzy z jego niedoszłych oprawców dzięki jego postawie i kazaniom przypomnieli sobie, że są ochrzczeni..

Niemcy przeżyły dramat nazizmu. Po wojnie próbowano nazizm z ludzkich umysłów wykorzenić. W jaki sposób? Za zgodą kanclerza Adenauera zaprowadzono ideologię Nowej Lewicy do wszystkich instytucji państwowych, szkół, uczelni, teatrów, czytelni, rządowej prasy, radia i kina. To miało być lekarstwo na nazizm: szemrane teorie neomarksistów Horkheimera, Adorno, Marcuse`a, zwanych „filozofami”. Ci skrajni lewacy przygotwali nową pułapkę dla zdechrystianizowanych umysłów Niemców… A zatem nie tylko żadne oczyszczenie sfery publicznej nie nastąpiło, ale zarażono społeczeństwo kolejną wyniszczającą ideologią.

Czy można się dziwić, że gdy o. Gereon wyleczył się z chorób, których nabawił się w afrykańskim klimacie, nie zabawił zbyt długo w swojej ojczyźnie? Na antypodach dożył 93 lat. Historiografia ostatniej wojny nie wymienia nigdzie jego nazwiska.

 

O. Gereon wśród swoich parafian z Japonii podczas pielgrzymki szlakiem europejskich katedr (lata 60. XX w.).

__________

Gereon Goldmann OFM, Takimi drogami prowadził mnie Chrystus, przekład o. Wincenty Cykowski OSPPE,  Paulinianum, Wydawnictwo Zakonu Paulinów, Wydawnictwo „Czuwajmy” Kraków

Franciszkanin z SS. Prawdziwa historia Gereona Goldmanna, Polwen

_______

Nieco krótsza wersja tekstu ukazała się w numerze lutowym miesięcznika „Nowe Państwo”.

 

List Czytelnika

Dziękuję za tę obszerną epopeję wojenną. Niewiarygodne, choć z drugiej strony – tak oczywiste zachowania na wojnie. Dopiero na samym dnie człowieczeństwa widzimy jak biednymi jesteśmy stworzeniami. „Dla nas Niemców jest tylko jeden grzech – zhańbienie rasy. Karze się go śmiercią”.
Bardzo dobrze oddała Pani złożoność postaci o. Gereona. Można nawet w esesmańskim piekle zachować czystość duszy. Czy to jest obrona hitlerowskich Niemiec? Nie, to dowód na to że w  tym świecie toczy się wojna, jednak linie podziałów nie pokrywają się z linią okopów. Zresztą główne działania wojenne nie realizują się na froncie militarnym, ale w klasztorach, jak ten w Szwajcarii, w którym zakonnice modliły się o uwolnienie o. Gereona. 
Wbrew dramatycznym losom tego niemieckiego zakonnika to bardzo pozytywna historia. Może szczególnie dzisiaj, gdy już sposobimy się do wojen, w każdym możliwym wydaniu, społecznym, narodowym, czy gospodarczym. Wiem, że to musi przyjść, nie unikniemy Bożej Kary za bezmiar grzechów. Ale ta Pani opowieść o Łasce, dzięki której nic nie jest oczywiste, a najbardziej niepewne są plany szatana, jest pełną nadziei katechezą o wierze.
Proszę zauważyć, jak bliskie jest imię naszego bohatera starotestamentalnemu Gedeonowi, do którego postaci nawiązują „Godzinki”. Tamten mocarz, z tak nielicznymi siłami (wojskami) zyskał pomoc Boga poprzez znak przemiany runa. Tytuł ten, odnoszący się w „Godzinkach” do Maryi, wskazuje na Nią jako pewny znak Bożej Interwencji. Zatem runo Gereona (mundur) zmieniło się w zakonny habit. Czy można oczekiwać lepszego znaku Bożej interwencji ? 
„Nie może trafić do Nieba ktoś kto za Nim nie tęskni”.  (…) Ta tęsknota nie rodzi się tylko z powodu sentymentu do dzieciństwa, tylko z uświadomienia sobie, że wszystkie linie (nawet krzywe) wiodą właśnie do Niego, do Boga. Ostatecznie ta tęsknota sięga tak głęboko, że można nosić mundur esesmana, jako. Gereon, i pozostać Mu wiernym. To z kolei nadzieja dla tych, którzy nie mają szczęścia powracać do przedziwnych tropów dzieciństwa, gdyż ich życie było jednym wielkim przekleństwem, czy grzechem. Bóg wszędzie zostawia ślady, które do Niego prowadzą. 
Wojciech Miotke 
11 lutego 2020, Matki Boskiej z Lourdes 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.