Arcybiskup Lefebvre, czyli: Jak zrobić na szaro modernistów

Posted on 26 kwietnia 2021 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Ona zmiażdży głowę węża

„Trzeba było żyć od lat sześćdziesiątych do czasów obecnych, aby dowiedzieć się, że papieże mogą prowadzić Kościół do ruiny. Nam wydawało się to niemożliwe, biorąc pod uwagę  opiekę przyrzeczoną przez Ducha Świętego. Jednak contra factum non fit argumentum. Przeciwko faktom argumenty nie mają żadnego znaczenia. Fakty widzimy. Zatem musimy wysunąć wniosek, że Nasz Pan Jezus Chrystus, zapowiadając opiekę nad Kościołem, do końca czasów, nie wykluczał okresów ciemności i czasu cierpienia dla swej mistycznej Oblubienicy”, pisał abp Marcel Lefebvre w jednym z listów w styczniu 1984 roku. [1]

Większość opinii dotyczących osoby abp Marcelego Lefebvre`a w naszym kraju przedstawia go jako buntownika i schizmatyka, odpowiedzialnego za podział w Kościele, człowieka pełnego pychy. Nawet ludzie zajmujący się zawodowo sprawami wiary i Kościoła nie wahają się, by z wyższością i rodzajem pogardy mówić o jego „nieposłuszeństwie” papieżowi.

Wyjść poza ten schemat jest trudno, źródła na temat działalności Arcybiskupa, zwłaszcza w Polsce, nie są popularyzowane. Obracamy się z reguły w kręgu powtarzanych w kółko fałszywych tez lub płaskich, trywialnych opinii.

Kim był naprawdę francuski Arcybiskup? Jakim był człowiekiem? Kim był jako misjonarz, potem przełożony największego Zgromadzenia misyjnego w świecie? Kim jako biskup? O co walczył? Dlaczego go tak nienawidzono, szkalowano, zwalczano? A zarazem bano się go… Budził popłoch w kręgach kościelnych „odnowicieli”, ale większość ludzi, zwykłych katolików, którzy znali jego wystąpienia, słuchali jego kazań, śledzili jego walkę, odczuwała wobec niego respekt, podziw.  Wielu go kochało. Dlaczego biskupi w jego ojczyźnie uważali go za czarną owcę? Jakie są jego prawdziwe zasługi dla Kościoła?

Czas, by na te pytania znajdować uczciwe, nie zdawkowe odpowiedzi, korzystając z dokumentów, które dziś, trzydzieści lat po jego śmierci są coraz lepiej dostępne.

Niewątpliwie odziedziczył siłę woli po swoim ojcu, René Lefebvre, upartym Flamandczyku, przedsiębiorcy z niewielkiego miasta przy granicy belgijskiej, Tourcoing. Odznaczał się delikatnością obejścia, budził  sympatię kulturą bycia i poczuciem humoru. Potrafił słuchać. To dzięki ojcu, tradycyjnemu katolikowi, aktywnemu na polu społecznym, w czasie wojny członku francuskiego i belgijskiego ruchu oporu (zamordowanym w niemieckim obozie koncentracyjnym), odebrał najlepsze z możliwych w tamtym czasie (w pierwszym ćwierćwieczu XX w.) wykształcenie i formację duchową jako kleryk w Seminarium Francuskim w Rzymie, a potem, gdy wstąpił do misyjnego Zgromadzenia Ducha Świętego, w  zakonnym seminarium w Mortain. Jego czworo rodzeństwa, trzy siostry i brat także wstąpili do stanu duchownego. Aż do późnych lat 40. był misjonarzem w Afryce Zachodniej, w Gabonie, potem, jako Arcybiskup Dakaru i Wikariusz, a wkrótce Delegat Apostolski (odpowiednik nuncjusza) na całą Afrykę francuskojęzyczną, znalazł się w Senegalu. Stamtąd odwołano go w 1961 roku. A w zasadzie została na nim subtelnie wymuszona rezygnacja, gdy nie włączył się w entuzjazm dla mariażu katolicyzmu z socjalizmem, który stał się swoistą modą, a wkrótce przyczyną upadku zamożnych państw afrykańskich, gdy tylko uzyskały one niepodległość i przestały być koloniami.

Talenty dyplomatyczne były zawsze jego mocną stroną, ale musiał  – jako biskup Kościoła – przeciwstawiać się i generałowi de Gaulle i pierwszemu prezydentowi Senegalu, wykształconemu we Francji czarnoskóremu pisarzowi i poecie, Leopoldowi Senghorowi, katolikowi. Czuł się w obowiązku przestrzegać przed dramatycznymi konsekwencjami pójścia drogą socjalizmu, który nieuchronnie wyda niepodległe kraje Afryki na łup komunizmu i zniszczy dzieło misjonarzy, tworzenia rodzimych katolickich elit, powstrzymywania ekspansji islamu wśród Afrykańczyków, wznoszenia kwitnącej cywilizacji chrześcijańskiej.

 

Abp Marcel Lefebvre – Arcybiskup Dakaru, lata 40. XX w.

 

Mimo zaufania, jakim darzył go Pius XII i znakomitych z nim relacji osobistych (był  m.in. współautorem jego encykliki poświęconej misjom Fidei donum) jego ówczesny opór wobec polityki otwarcia na idee lewicowe i poważne przestrogi wobec ludzi Kościoła i polityki nie zostały dobrze odebrane w Rzymie. Po powrocie do Francji otrzymał niewielką, zaniedbaną diecezję Tulle. Szybko liberalizujący się biskupi francuscy uważali biskupa Lefebvre`a za kogoś im obcego, zapiekłego konserwatystę; nie pasował do rysującego się już na horyzoncie sojuszu Kościoła „ze światem”, serii kompromisów, które miały jakoby skierować Kościół na drogi nowoczesności. Był sceptyczny wobec porywów entuzjazmu dla eksperymentów liturgicznych i tych dotyczących katolickich ruchów społecznych, a także wobec demokracji w obrębie wspólnot zakonnych i kościelnych, co miało rzekomo wydobyć Kościół ze stanu skostnienia. Pius XII przed śmiercią w 1958 roku nie zdążył uczynić go kardynałem, choć Marcel Lefebvre miał prawo tego się spodziewać i wielu katolików tego oczekiwało. Kolejny Papież, Jan XXIII miał do niego pretensję, że jeszcze jako arcybiskup Dakaru przypominał swoich profesorów z Seminarium Francuskiego, wybitnych tomistów, których nazwiska w epoce klimatu radosnego zmieniania “wizerunku” Kościoła powinny pójść w niepamięć. Nie pasowały do nowych czasów. Najbardziej zaś nazwisko ojca Henri Le Flocha, o którym jeden z jego wychowanków powiedział: „Nauczyłeś nas, Ojcze, szacunku dla pełnej prawdy i odrazy dla prawd umniejszonych”.

W czasie Soboru stoczył wraz z grupą biskupów i kardynałów morderczą wręcz, zważywszy metody i siły przeciwników, walkę o powstrzymanie najbardziej liberalnych i niebezpiecznych dla Kościoła i wiary reform. Do tego okresu w tym omówieniu jeszcze wrócimy.

Wkrótce też naraził się swoim współbraciom ze Zgromadzenia Ducha Świętego, gdy jako Przełożony Generalny wydał bezwzględną wojnę wpływom liberalnym i modernistycznym w seminarium zakonnym w Chevilly. Nie mogło być mowy o jakichkolwiek kompromisach z „duchem czasu”, bo wiedział, że tego rodzaju demagogiczne zaklęcia prowadzą do ruiny kapłaństwa.

Będąc doktorem filozofii i teologii, przenikliwym znawcą liberalizmu, marksizmu i neomodernizmu, oraz bystrym obserwatorem ludzi, znającym świat z własnych doświadczeń w wielu krajach, a zarazem człowiekiem wiernym katolickim zasadom i nie potrafiącym dostosowywać się do zmiennych prądów intelektualnych, stawał się coraz bardziej znany, nie tylko w Europie i w Afryce. Jako Przełożony  Zgromadzenia Ducha Świetego odbywał wiele podróży, znał dobrze Amerykę. W miarę jak kolejne wydarzenia polityczne na świecie i w Kościele potwierdzały jego intuicje i przestrogi, słuchano go coraz uważniej i przypatrywano się jego posunięciom. Życzliwych, dyskretnie wspierających go przyjaciół i ludzi podziwiających jego niezłomną postawę miał także zawsze w Watykanie.

W miarę jak, tuż po Soborze, seminaria i domy zakonne gwałtownie pustoszały, księża coraz bardziej przypominali ludzi świeckich i byli duchowo i psychicznie rozchwiani, biskupi akceptowali to, co wymuszano na nich poprzez zbiorową formę władzy w Kościele (rzecz do tej pory niesłychana): rozluźnienie dyscypliny i dwuznaczne formuły nowej doktryny religijnej, jego postać wybijała się i stawała się symbolem oporu ludzi zasad chrześcijańskich, tradycyjnych katolików.

W posoborowym chaosie abp Marcel Lefebvre, ten który nie zmienił celów, poglądów, ani linii postępowania, zdecydował się na samotną walkę w obronie tradycyjnej formacji kapłanów, a także prawdy, iż Kościół nie jest ekumeniczny, lecz misyjny. Stał się od tej chwili coraz bardziej rozpoznawalny nie tylko we Francji, ale w Szwajcarii, Włoszech i Niemczech. Nie bał się mówić głośno rzeczy uchodzących za obraźliwe i skandaliczne, podczas, gdy były tylko prawdziwe i rzeczowe. Gdy po Soborze wyszedł nowy, zmodyfikowany na modłę modernistyczną katechizm francuski, wykwit soborowego ducha, powiedział bez ogródek: „Dzieci prosiły o chleb, otrzymały skorpiony”.

 

Abp Marcel Lefebvre w Senegalu

 

O jego popularności we Francji u schyłku lat 70. – był już wówczas założycielem międzynarodowego seminarium w szwajcarskiej wiosce Écône, formującego i kształcącego kapłanów w duchu katolickiej Tradycji, określanego przez francuskich biskupów mianem „dzikiego”, i twórcą Bractwa św. Piusa X  – świadczy list premiera Jacquesa Chiraca, pełen wykwintnej, rzadko dziś spotykanej w publicznych wypowiedziach, uprzejmości. Arcybiskup był już wówczas zasuspendowany – po wyświęceniu w Écône pierwszej grupy księży i po bezkompromisowej krytyce, jakiej poddał Nową Mszę, Novus Ordo Missae (prosząc wcześniej, bezskutecznie, Pawła VI, by zezwolił na swobodne odprawianie Mszy tradycyjnej, tzw. trydenckiej). Premier Francji zaniepokojony był rosnącym aplauzem jego rodaków dla Arcybiskupa, poparciem w środowiskach literackich, artystycznych, akademickich. Obawiając się konfliktu z Watykanem, francuski mąż stanu pisał z atencją, ale i z wyraźną troską: „Chrześcijańska Francja, na mocy pradawnego przywileju ciesząca się mianem najstarszej córki Kościoła, w przeszłości potrafiła dać dowody swego niezmiennego przywiązania do następcy św. Piotra. (…) Ufamy, że geniusz  Ekscelencji umożliwi znalezienie słów pojednania. Jakże piękny będzie to przykład ze strony Księdza Arcybiskupa, w czasach, gdy wierność jest bez ustanku wyszydzana, a prawdziwa miłość w tak tragiczny sposób okaleczana. Walka Waszej Ekscelencji  na rzecz wiary i Kościoła zyska w ten sposób znamię autentyczności, których źródłem jest absolutna prawość w postępowaniu i zgoda na poświęcenie”.[2]

Arcybiskup przyznałby rację premierowi Francji, gdyby stawką było tylko jego dobre imię, ale tu chodziło o rzecz tak nie podlegającą wartościowaniu jak wiara w Boga, niezmienne jej dogmaty i zasady sprawowania władzy w Kościele.

Gdy ten „buntownik”, „zasuspendowany”, „inicjator schizmy” odwiedził latem 1977 roku Amerykę Południową (zakładany był tu właśnie pierwszy przeorat Bractwa św. Piusa X), towarzyszył mu niebywały entuzjazm tłumów. I tutaj był znany w najróżniejszych środowiskach, także jako wróg komunizmu. „Podczas wizyty w Caracas w Wenezueli, na wąskiej ulicy, gdzie ruch samochodów wydawał się prawie niemożliwy, w pewnym momencie samochodowi wiozącemu Arcybiskupa zajechała drogę taksówka. W tej chwili chodnikiem przechodził ksiądz w sutannie i rzymskim kapeluszu na głowie. Taksówkarz zwrócił gestem uwagę Arcybiskupa na zadbanego duchownego, po czym powiedział: «Lefebvre!». Arcybiskup odparł: «Tak mnie sobie wyobrażają»”.[3]

Chyba jednak nie spodziewał się, że jego wizyta spotka się z tak masowym zainteresowaniem. W Bogocie, stolicy Kolumbii towarzyszyła mu wszędzie eskorta wojskowych, miejscowe radio podawało szczegółowe komunikaty o trasie jego przejazdu, ludzie klękali na ulicy prosząc o błogosławieństwo, dziennikarze nie opuszczali go ani na chwilę, ktoś nawet wdarł się do jego samochodu, by nagrać rozmowę. Podczas lotu z Bogoty do Pereiry pilot zaprosił go uprzejmie na miejsce obok siebie w kabinie załogi.

17 lipca, w Santiago de Chile, gdy był jeszcze w na pokładzie samolotu dobiegło go skandowanie tłumu zgromadzonego na lotnisku: „Lefebvre, si! Comunismo, no!”. By mógł wydostać się z lotniska, w obliczu tak wielkiego naporu ludzi zmieniono trasę przejazdu.

„W dziennikach pojawiły się tytuły: „Kardynał Silva Henriquez oświadcza: «Lefebvre to Judasz». Ale już następne wydania obwieszczały: „Arcybiskup Lefebvre odpowiedział: «Nie jestem Judaszem. Nie przyjaźnię się z Fidelem Castro»”.” [4]

Do Meksyku Arcybiskup nie został wpuszczony. Rząd na skutek interwencji miejscowego nuncjusza wydał dla niego zakaz wjazdu.

W Buenos Aires abp Lefebre odprawił na wolnym powietrzu mszę dla tysiąca pięciuset uczestników. Policja broniła dostępu do budynku, w którym pierwotnie miał ją odprawić. Znaleziono tam bombę.

Skąd wzięła się jego popularność na kontynencie, gdzie katolickie społeczeństwa próbowały stawiać opór nagłej fali zmian i reform stawiających na głowie życie Kościoła – i w rezultacie, co czas szybko potwierdził – życie ich państw?

 

Pius XII i abp. Marcel Lefebvre (lata 50.)

 

Czyż nie pasowały do postawy tych tradycyjnych katolików i do ich duchowego przywódcy, przybywającego ze Starego Kontynentu, słowa św. Atanazego, pogromcy herezji ariańskiej z IV wieku: „Oni mają kościoły, ale to my zachowaliśmy wiarę”?

 

Dokończenie wkrótce

 

__________

[1] Z listu abp Marcela Lefebvre do żony Jean Marc`a Le Panse – po lekturze komentarzy o. Emanuela d`Aldon, który w końcu XIX w. w swoich pismach przewidywał wydarzenia, jakie będą w przyszłości wstrząsały Kościołem.

[2]  Cytat za: Bernard Tissier de Mallerrais : Mercel Lefebvre. Życie, tłum. Paulina Kupiec i Jaroslaw Zoppa, Wydawnictwo Dębogóra, Poznań 2010..

[3] Tamże

[4] Tamże

__________

Możliwość komentowania jest wyłączona.