Zwycięstwo, jeśli przyjdzie… (II)

Posted on 27 października 2018 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Ona zmiażdży głowę węża

Cóż takiego jest w dziejach Rzeczpospolitej, że Matka Boża, objawiając się włoskiemu jezuicie, o. Mancinelli (dziś błogosławionemu) prosiła go, by za to królestwo „błagał nieustannie”?

Przez cały wiek XVII Polscy królowie słali do Watykanu list za listem, z prośbą o kanonizację Stanisława Kostki, przekonani, że ten, który „umierając ogłosił światu swoją świętość”, jest specjalnym znakiem dla rodaków. Jego wstawiennictwo przed Bogiem ma wyjątkową moc.  W1605 roku papież Paweł V wyraził zgodę, by przed wizerunkiem Stanisława Kostki i przy jego relikwiach mogła palić się lampa wotywna. Już w XVI wieku mówiono o nim „błogosławiony”. Modlono się do niego w całej katolickiej Europie, a znany dobrze był także w Indiach i Ameryce Południowej. W dniu jego święta 13 listopada odbywały się w Polsce uroczyste procesje. Klemens X ogłosił Stanisława Kostkę patronem Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego w breve papieskim z 10 stycznia 1674 r.

Polska tymczasem dobywała ostatnich swych mocy, by nie stać się łupem Szwedów, Turków, Tatarów a wreszcie i Kozaków, i przypominała jeden wielki obóz wojenny.

W październiku 1621 roku, w pobliżu twierdzy Kamienic, pod Chocimiem, nad brzegiem Dniestru, stanęły naprzeciw siebie dwie armie polska i turecka. Osman II, sułtan Turków był dziwnie podniecony, dziwnie też pewny wygranej. „Najpierw połknę całą Polskę, a po niej chrześcijańską Europę”, mówił przekonany, że w kilka dni zdobędzie polsko-kozacki obóz. (A był on w istocie dość prowizoryczny, wiejsko-stepowy; w ostatnim momencie otoczono go dwoma rzędami wozów taborowych wypełnionych piaskiem, a pod nimi zrobiono okopy). Sułtan miał do dyspozycji prawie sto tysięcy dobrze wyćwiczonych wojowników, a do tego zebraną po drodze obfitość tatarskiej czerni. Polaków – wraz z żołnierzami z Litwy i kozakami – było nieporównanie mniej. Pamięć o zeszłorocznej klęsce pod Cecorą, o tragicznej śmierci „najświetniejszego hetmana, jakiego znały dzieje Polski”, Stefana Żółkiewskiego, któremu mahometanie ucięli głowę i obnosili po polu bitwy, była świeża, gorzka, boląca; nastroje szlachty nie napawały optymizmem. Zygmunt III Waza nie mógł nie brać na serio perspektywy katastrofy państwa. Turcy szturmowali twierdzę chocimską przez ponad miesiąc (2 września – 9 października).

 

„Hetman Chodkiewicz pod murami Chocimia”, Wojciech Kossak

 

Wielki wyścig

Ale był ktoś naprawdę wpływowy. Jego wstawiennictwo mogło wiele, mogło zmienić bieg wypadków. Stanisław Kostka, niemal od pierwszej chwili po tak zadziwiającym, niesłychanym zgonie, obwołany był przez rodaków patronem Polski. Do Rzymu wysłany więc został najszybszy z kurierów. Posłańcem królewskim był Achacjusz Grochowski herbu Junosza, sekretarz króla, późniejszy biskup łucki i przemyski. Miał oddać listy papieżowi i generałowi jezuitów i błagać w imieniu króla o relikwię głowy Stanisława Kostki (po niezliczonych cudach uznawanego już wtedy za świętego). Natychmiast po uzyskaniu cząstki owych cennych relikwii biskup Grochowski, nie zatrzymując się nawet na nocleg, pognał w drogę powrotną. W tym samym czasie wielki sułtan turecki – liczył sobie wówczas siedemnaście lat! – pędził pod Chocim, mordując i paląc po drodze. 10 października, tego dnia, gdy wydawało się już, że „nikła wysepka broniących się jeszcze bohaterów chocimskich zniknie pod rozszalałym morzem nawałnicy tureckiej” – polski obóz obronny pod Chocimiem istotnie mógł Turkom przypominać kurnik – biskup ze swoim orszakiem dopadł stolicy, szlakiem przez Brennę. „Moce nieba” zostały uruchomione; natychmiast ruszyła procesja ukazująca narodowi  „najcenniejszą z relikwii Stanisławowych – jego uświęconą głowę”.

„I oto garstka rycerzy polskich, oblężona ze wszech stron przez mrowie wrogich wojsk, walcząca ostatkiem sił i ostatkiem ludzi, koni i sprzętu wojennego – wypada nagle zza obronnych szańców i poczyna bić i gnać przed siebie przerażoną czymś czerń turecko-tatarską, aż ją przegnała w panicznym popłochu daleko poza widnokrąg Kamieńca”, jak ujmuje to biograf Stanisława. Wielce trudzono się, by uzasadnić to niespodziewane zwycięstwo tylko sztuką wojenną hetmana Jana Karola Chodkiewicza, a po jego śmierci w obozie, hetmana Jana Lubomirskiego. Zapamiętano jednak ostatnie słowa hetmana Chodkiewicza, który umierając w oblężonej twierdzy, gdy brakowało już żywności, amunicji i wybuchła zaraza, prosił dowódców o hart ducha i męstwo – i oddał głośno swoją duszę Bogu. Zapamiętano także to, co przydarzyło się jego następcy, hetmanowi Stanisławowi Lubomirskiemu, który bliski załamania, rozważając zawarcie upokarzającego pokoju z Turkami jako jedyne wyjście, miał we śnie wizję Najświętszej Maryi Panny, która wyrzekła jedno tylko słowo: „Wytrwałość!”. Hetman odstąpił od zamiaru zawarcia rozejmu, Rzeczpospolita była uratowana.*)

 

Bitwa pod Chocimiem (fragm.), Józef Brandt,

 

Zygmunt III Waza nie miał wątpliwości, komu Rzeczpospolita zawdzięcza triumf nad imperium ossomańskim. „Podczas urządzanych z tej okazji uroczystości kościelnych brał osobiście w swoje ręce wykonany ze szczerego złota królewskiego kosztowny relikwiarz, mieszczący głowę św. Stanisława, i zanosił w uroczystej procesji z kaplicy pałacowej do kościoła Ojców Jezuitów na Starym Mieście. Tam asystował z całym dworem przy pontyfikalnej Mszy…”

Po Soborze Watykańskim II z kalendarza liturgicznego zniknęło Dziękczynienie za Zwycięstwo Chocimskie (10 października 1621 roku), które znalazło się tu na prośbę biskupów polskich.

Jeszcze w roku 1956 kardynał Stefan Wyszyński pod tą datą zapisał: W dniu dziękczynienia za zwycięstwo chocimskie – tylko jeden Kościół w Polsce wznosi swoje modlitwy do Boga, który obronił nas prawicą swoją. Któż z największych patriotów myśli dziś o tym zdarzeniu? A jednak może ono rozstrzygnęło o dalszym rozwoju kultury w środkowej Europie? Zapewne do Prymasa Polski należy pamiętać o obowiązku dziękczynienia za Naród, który do archiwum historycznego odesłał zdarzenie, choć ono żyje nadal w dziejach Narodu. Wielbię Victricem manum Tuam, Ojcze! Dziękuję Ci za tę siłę wiary, która oparła się sile. Dziękuję za ten szczytny idealizm, który poniósł rody całe na pola bitew i ofiarował wszystkich niemal synów niejednej rodziny. Dziękuję za tę potęgę, którą wlałeś w skrzydła husarii. Słyszę jej śpiew i czuję pęd zwycięski (…)

.

Śmierć hetmana Chodkiewicza w twierdzy chocimskiej

 

Przed bitwą pod Beresteczkiem – toczoną podczas Powstania Chmielnickiego od 28 czerwca do 10 lipca 1651 r. – król Jan Kazimierz modlił się całą noc przed obrazem św. Stanisława Kostki w kościele jezuitów w Lublinie, a po zwycięstwie ufundował dla tego wizerunku srebrną sukienkę. Była to jedna z największych bitew lądowych XVII wieku. Zakończyła się świetnym zwycięstwem wojsk polskich. Starły się stutysięczne wojska kozacko-tatarskie oraz armia Rzeczpospolitej (63 tysięcy żołnierzy), pod osobistym dowództwem Jana Kazimierza. Po kilku dniach niezwykle zaciętych zmagań, toczących się ze zmiennym szczęściem, dzięki zastosowaniu nietypowej taktyki króla, tzw. manewru szwedzkiego, czyli ustawieniu formacji wojskowych w szachownicę, na przemian jazdy i piechoty, armia kozacko-tatarska została rozbita i rzuciła się do ucieczki. (Wiele jednak decyzji głównego wodza podejmowanych na polu bitwy spotykało się z niechęcią, a nawet oporem wojska – zwłaszcza formacji pospolitego ruszenia – i król musiał je w stanowczych słowach przywoływać do porządku: „Nie trzeba mi tu buntów, tu nie izba poselska, czyńcie, co każę. Pod regimentem wojskowym jesteście i rozkazów słuchać musicie… ”. Jan Kazimierz zaczynał być świadom, że nieustanny stan wojny, wyniszczające oblężenia, krwawe bitwy, nawet zwycięskie, będą dużo kosztowały Rzeczpospolitą).

 

Walka o sztandar turecki (fragm.), Józef Brandt

 

Drugą bitwę pod Chocimiem stoczono 11 listopada 1673. „Armia turecka liczyła 300 tysięcy Turków i połączonych wojsk kozacko-tatarskich. (…) Sobieski, wysłuchawszy Mszy św. i poleciwszy losy bitwy szczególniejszej opiece św. Stanisława, ruszył na czele wojsk przeciwko wrogim armiom”. Wojska koronne i litewskie pod dowództwem hetmana wielkiego koronnego odniosły zwycięstwo nad wojskami tureckimi pod wodzą Husejna Paszy (ok. 35 tysięcy w umocnionych, dawnym – z czasów pierwszej bitwy chocimskiej – obozie polskim). Dzięki błyskawicznemu szturmowi wojska polskie zdobyły obóz ze 120 działami i rozbiły pierwszą armię osmańską. Chocimska wiktoria, traktowana przez Polaków jako odwet za pokój buczacki, pozwoliła Sobieskiemu rok później wygrać elekcję i zasiąść na tronie Polski”.

„Patron całej mej armii”

„Po całonocnym markowaniu ataku przez oblegających, w śnieżnej zadymce, przy silnym wietrze i morderczym dla Turków zimnie, o brzasku 11 listopada Sobieski osobiście poprowadził swe wojska do szturmu na obóz turecki. Po salwie armatniej piechota i spieszeni dragoni wdarli się na wały, spychając nieprzyjaciela i wyrównując teren dla kawalerii. Po czym przez wyłomy w wałach i szańcach runęła husaria pod przewodem hetmana Jabłonowskiego. Turcy odpowiedzieli kontratakiem kawalerii spahisów, lecz ci nie wytrzymali brawurowej szarży husarii i wkrótce walki rozgorzały wewnątrz twierdzy i obozu tureckiego, wśród gęstwy namiotów. Wobec paniki, jaka opanowała oddziały tureckie, Husejn Pasza zarządził ewakuację na drugi brzeg Dniestru. Lecz jedyny w Chocimiu most został uszkodzony ogniem polskiej artylerii i załamał się pod ciężarem uciekających. Tylko kilku tysiącom Turków spośród całej, 35-tysięcznej armii udało się przedostać do Kamieńca Podolskiego. Bitwa chocimska zakończyła się pełnym zwycięstwem Rzeczypospolitej… Natomiast wzrósł niepomiernie prestiż Rzeczypospolitej w Europie, a zwłaszcza respekt dla hetmana Jana Sobieskiego u Turków, którzy odtąd zwali Sobieskiego Lwem Chocimskim”, czytamy we współczesnym opracowaniu.

 

Jan III Sobieski

 

Sobieski zadał im klęskę druzgocącą. „Trzydzieści tysięcy Turków legło na miejscu. Drugie tyle potonęło w falach Dniestru. Reszta – cała wspaniała armia turecka – poszła w rozsypkę. Siedemdziesiąt sztandarów nieprzyjacielskich wpadło w ręce polskie, a pośród nich zielony sztandar Huseina. Błogosławiony Stanisław Kostka – pisał Sobieski w liście wyslanym z pola bitwy 20 listopada 1673 roku do papieża Klemensa X – tak jak ongiś obronił swą ojczyznę przed Osmanem. Tak i teraz, okazał się patronem całej mej armii przeciwko tyranowi ze Wschodu”. 

Jednak za najbardziej spektakularny akt orędownictwa Stanisława Kostki przyjmuje się zwycięstwo w bitwie pod Wiedniem w 1683 r. Najpokorniejszy sługa Jego Świątobliwości – podpisał się tak król Jan III Sobieski w liście do papieża Innocentego XI: „(…) Widząc w tym czasie, że mnożą się cudowne znaki tego Wielkiego Błogosławionego, i że każdy kto, jak ja, ucieka się w sposób odpowiedni do jego wstawiennictwa, otrzymuje nieoczekiwane łaski, i bez końca, ośmielam się powtórzyć moje pobożne usilne prośby do Waszej Świątobliwości. List pisany po włosku zawierał prośbę króla o włączenie Stanisława Kostki do katalogu świętych.

Jak wymowny jest fakt, że w staraniach o kanonizację Stanisława Kostki uczestniczyli kolejni polscy monarchowie, także Władysław IV, Jan  Kazimierz, Michał Korybut Wiśniowiecki.

Trzydzieści lat później dekret kanonizacyjny był już gotowy, Klemens XI zmarł jednak nie zdążywszy ogłosić go świętym. 31 grudnia 1726 r. kolejny papież, Benedykt XIII kanonizował Stanisława Kostkę, wraz z Alojzym Gonzagą.

 

Składanie sztandarów (fragm.), mal. Józef Brandt

 

Za cudowną interwencję Stanisława Kostki uznali Polacy także oddalenie zarazy, która pustoszyła Mazowsze i Lubelszczyznę w 1660 roku a w 1661 poznańskie. Warszawa, Poznań i Lublin obrały Stanisława za swojego patrona. W ratuszach tych miast zawisły jego obrazy. Lwowskie bramy ozdobione są do dziś jego wizerunkami i sentencjami na jego cześć. Polacy uznawali go zresztą za patrona nie tylko Polski, ale i „większej sprawy”. Bowiem rzecz, o którą toczyła bój Rzeczpospolita w XVII wieku była w istocie  „sprawą” nie tylko polską.

Ks. Józef Warszawski SJ przypomina: „Utarło się przekonanie, że czynniki antypolskie występowały w XVII wieku zbrojnie przeciwko ojczyźnie św. Stanisława z pobudek czysto materialistycznych…” Autor dowodzi, że to nie chęć zdobycia nowego terytorium, przesunięcia granic oraz wyprawy łupieżcze były zasadniczym motywem napaści na Rzeczpospolitą. „Turcja i półksiężyc nie były w XVII wieku wrogiem i nieprzyjacielem Polski jako Polski. Karol Gustaw i potęga wojującego protestantyzmu nie nienawidzili Polski jako społeczeństwa”.

To samo było z Moskwą. „Schizma, protestantyzm, a przede wszystkim półksiężyc stanowiły w XVII wieku  jedynie wojujące ramię antykościoła. Antykościół zaś był wrogiem chrześcijaństwa, wrogiem katolickiego Rzymu. Wrogiem katolickiego świata i wszystkich państw wchodzących jako części składowe w obręb jego uniwersalnej całości”. Rola Polski była czymś unikalnym w całym świecie katolickim. Awantury wojenne były czymś innym niż przedstawiają je zwykle historycy dynastii, ustrojów, wojskowości i dyplomacji.

 

Pokój w klasztorze jezuickim na Kwirynale, w którym umarł św. Stanisław Kostka

 

„Polska stanowiła w składzie tej uniwersalnej całości (…) zawadę zbrojną dla zwycięskiego na północy Europy protestantyzmu. Stanowiła przede wszystkim zamknięcie drogi na Rzym dla najpotężniejszego zbrojnego ramienia antykościoła, jakim był półksiężyc i wojskowa potęga turecka. Nieuwzględnienie tego stanowiska Polski w całości dziejów XVII wieku paczy zrozumienie jej właściwej wielkości i znaczenia św. Stanisława… Ktokolwiek w XVII wieku bronił Polski, ten bronił nie tylko kraju i ludzi mówiących językiem polskim, lecz nade wszystko bronił kraju zwanego  Antymurale Christianitas. Każdy kto zwalczał i zwyciężał nacierający na Polskę antykościół, walczył i zwyciężał nie tylko w imieniu Polski i dla Polski, lecz nade wszystko w imieniu całej ówczesnej kultury zachodniej i całego ówczesnego świata chrześcijańskiego. Gdyby nie wspaniałe zwycięstwa oręża polskiego w XVII wieku, gdyby nie nadprzyrodzone ingerencje w ich przebieg i szczęśliwy wynik, Europa dawno by już przestała być Europą kultury zachodniej, tak jak Konstantynopol dawno już przestał być katolickim i chrześcijańskim bastionem nadprzyrodzonych wartości”.

Maryja i Jej przeciwnik

Zauważmy wyraźną linię pedagogiczną Maryi. Nigdy nie zamierzała niczego czynić za nas. Nie przynosiła nam w podarunku na tacy wolności, uchronienia od wrogich napaści, bezpieczeństwa i pomyślności, my sami musieliśmy zawsze odkrywać, o co i w jaki sposób walczyć. Wtedy mogliśmy liczyć na Jej pomoc. Zawsze skuteczną.

Dopiero dziś, po dłuższej przerwie od dwudziestolecia międzywojennego doczekaliśmy czasów, gdy suwerenne władze Rzeczpospolitej zabiegają, bez ociągania się, o poprawę losu Polaków żyjących w najtrudniejszych warunkach – najczęściej nie z własnej winy – tak jak zadeklarował w Ślubach Lwowskich Jan Kazimierz (autorem tekstu był inny jezuita, św. Andrzej Bobola). To on był tym władcą, który zrozumiał w pełni i przyjął orędzie Maryi przekazane przez Mancinellego – dokonał uroczystych ślubów we lwowskiej katedrze dzieląc się swoją władzą monarszą z Królową Polski. Nie był jednak w stanie wypełnić ślubowania właśnie w dziedzinie, która wymagała czynnego poprawienia losu ludu, faktycznego równouprawnienia wszystkich stanów. Nie uczynili tego także jego następcy. Sprawa była nadzwyczaj delikatna, to była sprawa honoru. Obietnica dana przez władcę, przez rycerza Matce Boga nigdy nie może być słowem rzuconym na wiatr. Obietnice zaś, które usłyszał lud, a które pozostały niespełnione, mogą być zarzewiami buntu, bo są zawsze idealną okazją do manipulowania ludźmi, zwłaszcza, gdy ktoś z zewnątrz się o wzniecenie tego buntu zatroszczy.

„Zgodnie z Tradycją, diabeł jest personifikacją zaprzeczenia”, warto przypomnieć w tym miejscu słowa Vittorio Messoriego. „Jego motto, a zarazem przyczyna jego buntu to słowa: non serviam, „nie będę służył”. Ta sama Tradycja głosi również, że Maryja jest uosobieniem zgody: Fiat mihi secundum verbum tuum. Szatańskiemu non serviam przeciwstawia swoje posłuszne: Ecce ancilla Domini. Z jednej strony, nie tylko odrzucenie, ale i bunt (nie przypadkiem współczesne rewolucje wybierają dla swoich flag czerwień, która symbolizuje walkę i agresję…). Z drugiej strony mamy nie tylko zgodę, ale i konsekwentne posłuszeństwo… Nauka chrześcijańska wie o tym od setek, a nawet od tysięcy lat. Ale byłoby dobrze, byśmy nie zapomnieli o tym w tej właśnie chwili, gdy wiedza ta jest nam szczególnie potrzebna. Czyż współczesność nie ukazywała buntu, negacji, odmowy służby czy też pychy jako takiej, jako czegoś na wskroś pozytywnego, jako decyzji człowieka, który ma prawo do samostanowienia, który sam jest kowalem swojego losu? (…) A to »nie« staje się poniekąd symbolem współczesności: jest słowem zrodzonym z rewolucji, która z ludzkiej pamięci chciała wymazać chrześcijaństwo. I która z rzeźb i obrazów, a czasami i z samych katedr noszących imię Maryi, uczyniła płonące stosy”. Lud, który podnosi pochylone głowy i złorzeczy władcy był zawsze najskuteczniejszym narzędziem w ręku tak rewolucyjnego Paryża, jak i Moskwy.

 

Obrona Jasnej Góry, mal. January Suchodolski

 

Podczas najazdu Szwedów w XVII wieku dobroczynnym w skutkach wstrząsem dla Polaków, których większość zdawała się już pogodzić z podbojem i nowym, protestanckim władcą Polski, okazała się wieść o oblężeniu sanktuarium jasnogórskiego. Wtedy jakby łuski spadły z oczu polskim wielmożom i hetmanom, którzy byli gotowi przyjąć Szwedów jako nowych władców, z dobrodziejstwem inwentarza. Rabunkowe podłoże inwazji Szwedów na Polskę stało się dla wszystkich oczywiste. Wiadomość o próbie zagarnięcia bezcennych wotów składanych Maryi przez wieki była kroplą przepełniającą czarę. To „niewyobrażalne wręcz świętokradztwo” obudziło w narodzie ducha walki. Szwedzi uciekali chyłkiem spod Jasnej Góry nocą, 26 grudnia 1655 roku, bez żadnych oznak żołnierskiej brawury, którą wcześniej tak się szczycili. Niewiarygodny fakt — utrzymanie przez pięć tygodni twierdzy bronionej przez garstkę zakonników i kilku szlachciców, gdy napastnikami było dwa tysiące Szwedów, posiadających potężne działa — były odczytane jako znak nadzwyczajnej opieki Bogurodzicy. Obrona Jasnej Góry wstrząsnęła sumieniami Polaków, którzy przeszli na stronę napastnika. Tymczasem Szwecja w wyniku przegranej z Polską straciła pozycję mocarstwa i nigdy już jej nie odzyskała. Spadła do poziomu północnego ludu, coraz bardziej podupadając moralnie i cywilizacyjnie w wyniku przyjęcia protestantyzmu i widocznego zmaterializowania jej mieszkańców.

Podobny cywilizacyjny i moralny upadek, utrwalający wszystkie ustrojowe i ludzkie patologie, naznacza rzeczywistość społeczną kraju naszego wschodniego sąsiada.

Podróżnik, pisarz katolicki i filozof, jakim był w połowie XIX wielu Francuz, markiz de Custine, w lapidarnych słowach, które dziś nie utraciły nic ze swej aktualności, odmalował tragedię Rosji (po spędzeniu tam kilku miesięcy). „Naród rządzony po chrześcijańsku zaprotestowałby przeciw dyscyplinie społecznej, która niszczy wszelką indywidualną wolność. Ale tu duchowieństwo poprzestaje na uzyskiwaniu od ludu i od możnowładców znaków krzyża i przyklęknięć. Mimo kultu Ducha Świętego ten naród ma zawsze swego Boga na ziemi. Cesarz Rosji jest ubóstwiany przez swoich poddanych jak Batu-Chan, jak Tamerlan. Prawo rosyjskie nie jest w ogóle ochrzczone. (…). Despotyzm rosyjski nie tylko ma za nic myśli i uczucia, lecz nadto przerabia fakty, walczy z oczywistością – i odnosi tryumf w tej walce, gdyż oczywistość nie ma u nas adwokata, podobnie jak sprawiedliwość, jeśli przeszkadza władzy. (…) Ta potworna mieszanka subtelności Bizancjum i okrucieństwa hordy, ta walka etykiety Cesarstwa Wschodniego z dzikimi cnotami Azji wytworzyła niezwykłe państwo, które Europa widzi dziś wyprostowane i którego wpływu może jutro dozna, nie rozumiejąc jego sprężyn. (…) Życie społeczne w tym kraju jest nieustającym spiskiem przeciw prawdzie. Tam każdy, kto nie jest naiwną ofiarą, uchodzi za zdrajcę; tam pośmiać się z żartu, odeprzeć kłamstwo, sprzeciwić się politycznej przechwałce jest zamachem na bezpieczeństwo państwa i władzy” (Astolphe markiz de Custine, Listy z Rosji).

 

Rok 1920. Kapelan udzielający ostatniej posługi umierającemu polskiemu żołnierzowi na polu bitwy.

 

Skandynawska zima

Historia kultu Maryjnego w krajach skandynawskich wiele może nam powiedzieć o prawdziwej historii tych ziem. Vittorio Messori powołując się na poważne źródła naukowe przypomina, że właśnie w XVII wieku „północna Europa z niebywałą agresją (o której ze względu na ekumeniczną poprawność  zwykle się nie mówi) odnosiła się do tych, którzy chcieli pozostać katolikami. (…) W Danii, Szwecji, Norwegii, Islandii wiara była jeszcze bardzo świeża. Nordyckie kulty pogańskie długo się opierały, lecz po przyjęciu chrztu, narody Północy ze szczerą powagą zaakceptowały nową wiarę (oczywiście rzymską) … maryjność odgrywała w duszpasterstwie decydująca rolę, a sanktuaria maryjne były przyczynkami ewangelizacji. W czasach Lutra (…) organizacja kościelna działała z reguły bez zarzutu…, nigdy nie doszło do upadku czy też wręcz do wynaturzeń. Jednak skandynawscy królowie szybko zainteresowali się korzyściami, które przewrót luterański przyniósł w krajach niemieckich. Pozazdrościli południowym sąsiadom możliwości konfiskaty dóbr kościelnych oraz dziesięciny, którą ich poddani płacili na rzecz Kościoła”.

To ściśle rabunkowe podłoże reformacji w Europie zwykle, jakimś cudem, uchodzi uwadze historyków. Wylewa się potoki słów, by przedstawić „zepsucie Kościoła katolickiego” i milczy się dyskretnie o motywacji tych, którzy stali się posiadaczami jego własności. W przeciętnym odbiorze dzisiejszego katolika protestant to ktoś powściągliwy, stonowany, rozważny i uczciwy. Nieczęsto się przypomina, że na przykład właśnie w Skandynawii zerwanie z Kościołem nastąpiło z powodu pazerności i chciwości królów i szlachty. Te same niewyszukane motywy ujawniły się podczas napaści na Polskę, która czekała, pełna łupów, na zdemoralizowane, rozbestwione kradzieżami i pozbawione moralnych zahamowań wojsko. Lud Skandynawii nigdy w swoich dziejach  nie domagał się zmiany wiary, została mu ona narzucona i to w sposób pełen przebiegłości.

 

„Oblężenie Jasnej Góry”, mal.Edward Mesjasz

 

„Mieszkający na Północy wierni wcale nie chcieli zrezygnować z kultu maryjnego, z figur, przed którymi zanosili modły ani z sanktuariów, do których udawali się z pielgrzymką. Dlatego, zgodnie z zamysłami władców, przejście na nowa wiarę nastąpiło powoli i po cichu, a wierzący początkowo prawie jej nie zauważyli…, kaplice pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny długo jeszcze funkcjonowały, a maryjne miejsca kultu nadal przyjmowały pielgrzymów… modlitwa Anioł Pański przetrwała dopóty, dopóki nie wymarło pokolenie pamiętające, że kiedyś istniało »inne« chrześcijaństwo”. Jednak na ziemiach, które obecnie wchodzą w skład Norwegii, a wówczas należały do Danii władcy poczynali sobie zgoła odmiennie. „Burzono klasztory, niszczono znajdujące się w nich dzieła sztuki, palono dokumenty i usuwano wszelkie istniejące wizerunki maryjne. Królowie bez skrupułów zabijali tych, którzy nie chcieli się podporządkować nowym regułom”.

„Maryja jest delikatna i uparta, krucha i silna”

Na ziemiach polskich kult Matki Bożej trwał nieprzerwanie. Pielgrzymki na Jasną Górę ciągnęły także podczas zaborów, pomimo represji, nie rzadko krwawych. A gdy Polska nie miała już żadnej nadziei na wskrzeszenie nastąpiły objawienia w Gietrzwałdzie. Rok 1877 to był czas kiedy upadek Polski sięgnął chyba dna. Klęska militarna trzech powstań, kasaty, wynaradawianie Polaków, opuszczenie Polski przez naturalną warstwę przywódczą (Paryż albo Sybir). Pozostała reszta niezdolna, zdawało by się, do zapewnienia ciągłości bytu Polski, nie została opuszczona przez Królową Polski. I od tego zaczęło się podnoszenie upadłego ducha Polski, przypomniał jeden z moich czytelników. Obietnica objawiającej się w Gietrzwałdzie Matki Boskiej jako Królowej, związana z odzyskaniem wolności dla Kościoła katolickiego na obszarze Polski, oznaczała także odzyskanie niepodległego polskiego państwa. „Gietrzwałd 1877 r.: Kapłani siedzą we więzieniach za modlitwę w polskim języku w otwartych kościołach. Maryja, w wolnej przestrzeni, obok kościoła mówi do dzieci w absolutnie i to urzędowo zabronionym polskim języku. Czy nie dała wtedy nadziei, nie tylko na powrót polskiego języka, ale i niepodległej Polski? A więc, czy w ten sposób nie ujawniła swej królewskiej godności nad naszą Ojczyzną w tak tragicznych warunkach, chociaż tak się wprost nie nazwała?” (ks. Cz. Wilczyński).

 

Śluby Lwowskie Jana Kazimierza, obraz Jana Matejki (fragm.)

 

Nie wolno zapominać, że wszystko co zapowiada Matka Boża spełnia się zawsze, niezwykle ściśle; wszystko ma też niewyobrażalnie wielkie znaczenie dla historii świata. Całej historii, nie jej wycinka. Wszystko powiedziane jest też z niezrównaną delikatnością, w taki sposób, by ludzki rozum pojął, że jest szanowany. I zarazem, że ma do czynienia z tajemnicą, która przekracza po wielokroć jego zdolności pojmowania. Ale jeśli człowiek zachował katolicką wiarę w całej jej integralności zrozumie przesłanie. Będzie uczestnikiem tajemnicy.

Pamiętając o słowach wypowiedzianych w Gietrzwałdzie i o potężnej symbolice Maryi jako Królowej ukazanej nam w tym miejscu, nie możemy zapominać o Fatimie – coraz mniej rozumianej właśnie tam, gdzie przesłanie fatimskie powinno być usłyszane w pierwszym rzędzie, w Rzymie. Byłoby to niewdzięcznością wobec Matki Boskiej, która przywróciła nam Polskę. Pamiętajmy o wymowie dat;  Gietrzwałd (1877 r.) bezpośrednio poprzedził Fatimę (1917 r.). Między obydwoma faktami historycznymi, które nazywamy objawieniami, zachodzi ścisły związek, który my, Polacy powinniśmy umieć odkryć. Religia protestancka, gdzie kwitnie kult zmysłów, gdzie cześć religijną oddaje się człowiekowi i jego chwiejnej woli, jego wciąż nowym zachciankom, gdzie humanizm jest najszczytniejszą ideą i kresem możliwości człowieka, jest tylko karykaturą wiary katolickiej. Protestantyzm wdzierający się do Kościoła jest tylko jeszcze jedną próbą, którą musi przejść Kościół, a wraz z nim, my, jego wierni. Niepokalane Serce Maryi, która wytrwała pod krzyżem w niezłomnym pełnieniu woli Boga, przyjmowaniu jej bez buntu i rozpaczy, z ufnością,  i pokojem, jest i pozostanie naszą ucieczką. Tak, to prawda: Rosja się nawróci, a Niepokalane Serce Maryi zatriumfuje.

 

Matka Boża Ostrobramska, Królowa Polski

 

Taktyka Maryi jest odwrotnością pomysłów autorów wyrafinowanych i zawiłych strategii wyprowadzania wroga w pole. Nie można się jej nauczyć z podręczników gry politycznej, psychotechniki. Aby ją zrozumieć trzeba poddać się w najwyższym stopniu Opatrzności. Tak jak uczynił to młody chłopak, Stanisław Kostka. Mimo pozorów, ten subtelny młodzieniec o anielskim wyglądzie miał niebywale trudne życie, nie sposób sobie wyobrazić, ile go kosztowało jego Ad maiora natus sum!, „…jak strasznie ciążył mu jego umiłowany ideał. Ciężko mu było znosić ludzi tak światowych i brutalnych jak jego rodzony brat Paweł. Z ciężkim sercem musiał ocierać się o ludzi trywialnych, brudnych, gruboskórnych”. Świadomość, że dosłownie wszędzie „ściga go zawzięty gniew własnego ojca” nie polepszała sprawy. Zachowanie ideału czystości w rozhulanym, roztańczonym, pełnym rozrywek Wiedniu, w nie było także sprawą tak łatwą jak można by sądzić, patrząc na wizerunki św. Stanisława. Wszystkie ukazują go jako istotę niemal bezcielesną, anioła unoszącego się nad ziemią. Tymczasem on toczył wtedy nieustannie ciężkie walki. „Nad wiek przecież stał się młodzieńcem męskim i przystojnym. A tu kazano mu jeszcze stroić się i ubierać jak przystało na szlachecki stan i potomka znakomitego rodu, portretować się i bywać na przyjęciach. Kazano uczęszczać na paradne lekcje tańca…”, pisze jego biograf, ks. Józef Warszawski SJ. I mimo, że spowiednicy nie mogli się dopatrzeć w nim grzechu śmiertelnego, ten okres ostatnich sześciu miesięcy w Wiedniu sam nazywał potem czasem swej klęski. Wobec tych doświadczeń, podkreślają biografowie, fizyczne i psychiczne znęcanie się nad nim brata i opiekuna Jana Bilińskiego było czymś bladym i nieistotnym, a nawet rodzajem psychicznego odprężenia.

 

Twierdza Chocim nad Dniestrem (fot. Sławomir Olzacki)

 

Czymże więc jest to królestwo?

„Matka Boża nie przejmowała się światem. Intensywność, z jaką sprzeciwiał się Jej Synowi, sprawiała, że przestał mieć dla Niej znaczenie. Nie żywiła do niego przesadnego przywiązania. Przeszła przez świat, nie będąc ze świata. Jedynym uczuciem, jaki w Niej budził, było współczucie. Widziała zbyt wiele. Życie na świecie nie miało dla Niej znaczenia, jeśli nie chciał się podporządkować Jej Synowi. Nie warto było żyć poza Jego królestwem” (o. Bernard-Marie de Chivré OP).

Stanisław Kostka w Rzymie mógł wreszcie spełnić swój ślub. Gdy złożył śluby zakonne, zaraz po ukończeniu 18 lat, po raz pierwszy chyba w czasach swej młodości czuł, że jest we właściwym miejscu. Krótki pobyt w Dylindze w Bawarii był przecież pasmem upokorzeń; przyjęto go wprawdzie do klasztoru, ale w charakterze pomocnika w kuchni i sprzątającego pokoje seminarzystów. A jednak i tam pozostał sobą, kimś, kto intrygował, zastanawiał, poruszał dusze wszystkich, którzy z nim obcowali; przeor napisał o nim w liście polecającym do współbraci w Rzymie: Spodziewam się po nim rzeczy wielkich. W Rzymie żył życiem wspólnoty zakonnej i był szczęśliwy. „Poruszony słowami rekolekcjonisty, że każdy miesiąc bracia winni spędzać tak, jakby to był ostatni miesiąc w ich życiu, Stanisław wyznał, że ma przed sobą tylko jeden miesiąc życia. We wspomnienie św. Wawrzyńca – 10 sierpnia – napisał list do Matki Bożej z prośbą o wyjednanie mu łaski śmierci w święto jej Wniebowzięcia. Jeszcze tego samego dnia zachorował, a 15 sierpnia 1568 r. zmarł”, czytamy w Liście Biskupów Polskich na rok 2018, rok rocznicy naszej Niepodległości, ogłoszony także Rokiem Świętego Stanisława Kostki.

Śmierć św. Stanisława Kostki, nazywana później śmiercią z tęsknoty, z powodu zbyt wielkiej miłości do Matki Boga, której już nie mogło pomieścić jego biedne ziemskie serce, ma podobny wymiar jak Wniebowzięcie Maryi. I data jego odejścia więcej mówi niż ktokolwiek z żyjących ośmieliłby się dodać.

„Musimy zrozumieć jedną rzecz: od chwili, kiedy wiążemy się z Bogiem, widzimy, że nic nie wygląda tak, jak marzyliśmy. Kiedy wiążemy się z Bogiem, wyrzekamy się siebie samych. Od tego momentu należymy do kogoś innego, należymy do Boga. I On w pełni to wykorzysta. Właśnie wtedy, kiedy wydawać się wam będzie, że posiedliście wasz ideał, pokaże wam, że nic nie wygląda tak jak sobie wymarzyliście. Będzie was prowadził dokładnie wbrew waszym skłonnościom. Kiedy przydarzyło się to Najświętszej Pannie, zachowała Ona milczenie. Jej odpowiedzią było milczenie, pełne wiary, milczenie pełne życia, gdyż pogrążona była w rozmyślaniu o Bogu. Spotykające nas przeciwności budzą w nas ufność do Boga – jednoczą nas z Nim. Jest to obumieranie naszego »ja«. (….) [Maryja] chce, byśmy przestali kierować się ludzkimi względami. Zjednoczeni z Nią, nie zwracajmy już uwagi na to, co mówią inni, co myśli świat. Jej słodka władza usuwa wszystko w cień. Maryja mówi nam: »Kiedy widziałam Go przychodzącego, moja dusza była pełna radości; kiedy widziałam Go odchodzącego, moja dusza była spokojna; kiedy widziałam Go cierpiącego, moja dusza była z Nim zjednoczona«. Wszystko inne nie ma znaczenia. (…) [Maryja] wzbudza w nas zawstydzenie za każdym razem, kiedy bliscy jesteśmy kapitulacji. Nigdy nie poddawajmy się, poleciwszy się wpierw Jej opiece. Kiedy słyszeć będziemy, jak pyta nas: »Czy ja odwróciłam się i opuściłam Kalwarię?« – nigdy nie ośmielimy się poddać” (o. Bernard-Marie de Chivré OP).

 

Modlitwa powstańca, mal. Władysław Skoczylas

 

Czym więc jest to królestwo, leżące między Prusami a Moskwą, które Maryja tak bardzo umiłowała – i czy nie za sprawą świętego Stanisława? – a w XVI wieku zwierzyła się z tego staremu włoskiemu zakonnikowi? Położenie Rzeczpospolitej jest tak symboliczne… Czym ono jest w oczach Boga?

„Z jednej strony pycha, z drugiej pokora. W świetle tych Maryjnych rozważań szczególnego proroczego znaczenia nabiera słowo Boże wypowiedziane na samym początku dziejów: Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie i Niewiastę (…): ona zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz jej piętę (Rdz 3,15)” (Messori). …A gdy było już bardzo źle, gdy antykościół napierał na nie niemal ze wszystkich stron, odpowiedziała z hojnością właściwą Wielkiej Pani na błagalne modły polskich władców i hetmanów – wysłała do nas z Nieba swojego pazia. Milczącego młodzieńca o płonącym sercu, z białą lilią w dłoni.

„Trudno jest pisać prawdziwą historię. Przed Maryją klęczą grzesznicy; Ona chroni przed skutkami ich błędów; świadomych i nieświadomych. Ale czy klęczeć będą? Czy nadal będą kontemplować Jej tajemnice? Czy będą w Jej tajemnicach widzieć prawdziwą historię, równie realną jak wydarzenia opisywane w książkach historycznych? Czy będą czuli wagę świętej historii, przy której każde inne doniosłe wydarzenia stają się tylko epizodami”? (Zygmunt Krzyżanowski, Historia łaskami wytyczana).

_____

*) „Już przez sześć dni pertraktowaliśmy o pokój z Turkami, ale przystać na ich warunki nie można było, bo mniejsza już o stratę, jaką poniosłaby Rzeczpospolita, ale pokój ten byłby hańbiący — zapisał hetman Stanisław Lubomirski w swoim Dzienniku wyprawy chocimskiej 1621 roku. — Wtem w nocy z 3 na 4 października, gdym nie spał, bo nieszczęścia Ojczyzny sen odegnały ode mnie, a nawet śpiąc, czuwałem, pojawiła mi się Matka Boża, bo kto by Jej nie rozpoznał po otaczającym Ją świetle ze wszystkich barw, od których noc zajaśniała mi jasnością nawet w życiu moim niewidzianą wśród dnia, i usłyszałem od Niej to jedno słowo: „Wytrwałość”. Znikła, a ja w zachwyceniu ukląkłem, lecz dopiero potem odzyskałem wiedzę, co mi czynić należy: podniósłszy oczy, ręce i serce w niebo, złożyłem Bogu dzięki, że mnie niegodnemu tym napomnieniem dał radę. I dzięki złożyłem Najświętszej Maryi… O! To pojawienie taką ufnością i pewnością natchnęło mnie, że na drugi dzień dałem sułtanowi odpowiedź, że jedynie zapewnienie z jego strony o dotrzymaniu dawnych umów z Polską wstrzyma mnie od dalszej wojny, do której prowadzenia mieliśmy, jak mi Bóg miły, tylko jedną już beczkę prochu w obozie. I tą odpowiedzią tak mu zaimponowałem, iż teraz wielki wezyr Dywaler basza słał nam łagodniejsze warunki, ale ich nie przyjąłem, obstając przy pierwszych, które podałem; a tak po trzydniowych rokowaniach, mając w pamięci święte słowo: „Wytrwałość”, przywiodłem pogan do tego, że zrobiłem pokój, jaki sam chciałem”. (Aleksandra Podlewska, Cud pod Chocimiem 1621 )

 

Cytaty dotyczące biografii św. Stanisława Kostki za: Ks. Józef Warszawski, Św. Stanisław Kostka,  Rzym-Chicago 1961

 

Pozostałe:

Bernard-Marie de Chivré OP, Niepokalana pomocą w poznaniu Boga. „Zawsze Wierni” lipiec-sierpień 2018 [za: „The Angelus”, tłum. Tomasz Maszczyk];

Vittorio Messori: Przemyśleć historię, tłum. Janina Dembska, Kraków 1999;

Astolphe markiz de Custine, Listy z Rosji, tłum. Marian Górski, Kraków 1989;

Jean-Pierre de Caussade SJ: Powierzenie się Opatrzności Bożej, tłum. Anna Woźniak, Płock 2017

Zygmunt Krzyżanowski, Historia łaskami wytyczana, „Zawsze Wierni” lipiec-sierpień  2018

_____

List Czytelnika

 

Dziękuję za drugą część opisu tej części „działalności” Stanisława Kostki, która wynikała już z jego orędownictwa w sprawie Polski bezpośrednio przed Bogiem. Pierwsza refleksją, która mi się nasuwa, to zdziwienie, jak dalece nie rozumiemy dzisiaj własnej historii, która była historią nieomal namacalnego kontaktu z Bogiem, jak za czasów Mojżesza. Sformułowanie „Polska narodem wybranym” oparte jest, moi zdaniem, o Jej pośrednictwo. Tak jak Bóg kształtując lud wybrany obrał sobie Mojżesza, tak na polskim Synaju w Częstochowie za pośredniczkę wybrana została osoba stokroć bardziej predystynowana, czyli Maryja. „Polskę szczególnie umiłowałem” nie wynika z katalogu naszych szczególnych zasług lecz z poddania się Jego Matce. Tak właśnie wsłuchiwaliśmy się w Jego głos, tak słuchaliśmy rozkazów, i tak rozbijaliśmy w pył wrogów ostrzem husarii.
Druga refleksja to pytanie, jakie są przyczyny obecnego kryzysu Jej kultu w Polsce. Cała pogarda wobec Polski i cała „pedagogika wstydu”  jest świadomym zacieraniem śladów Jej obecności. Mocarstwa ościenne walczyły, przypomnijmy, z Polską na wskroś katolicką. Nawet katolicka Austria z polityki Habsburgów osunęła się ostatecznie w odmęty józefinizmu, czyli kolejną formę bizantynizmu niemieckiego (i tylko o włos przegrała z Prusami sztandar złączenia państw niemieckich w Rzeszę) –  o Prusach i Rosji nie wspominając.  Już samo to wskazuje, powtórzymy za Bellockiem, że historia nie posiada żadnej złudnej perspektywy (jest tylko katolicka, czyli jest widziana od wewnątrz). Takim sposobem łatwo ukażemy inspiratora wielotomowych dzieł z zakresu polskiego antysemityzmu, i obskurantyzmu. Wojtek Smarzowski nawet nie rozumie jak nędznym jest trybikiem, godnym pożałowania najmitą. Szatan bowiem zbyt dobrze wie z Czyjego powodu przegrywał bitwy w historii i wie, że niepamięć jest kluczem jego zwycięstwa. Ówczesne suplikacje, które przeważyły losy sprawy pod Chocimiem, mogłyby i dzisiaj  przyczynić się walnie do zwycięstwa Polski, do obrony jej pozycji w Europie.
Tymczasem Maryja została internowana (nie tylko przez Wałęsę w klapę marynarki), ale i nasz Episkopat woli widzieć Ją raczej jako „dobrą, poczciwą kobietę i Matkę” – ale Królową ? Do tego Królową Polski? Co na to Unia Europejska ? Co powiedzą nasi sąsiedzi, protestanci ? O Żydach nie wspominając. Samo przywołanie pojęcia Ecclesia militans wywołuje popłoch, a cóż dopiero tytuł Pogromczyni herezji?
Trzecia refleksja jest taka, że sami przesładzamy świętość, odrealniając ją nieustannie. Poza zwykłym infantylizmem i dewocją, które były nieobce całym dziejom Kościoła (usprawiedliwiały brak wysiłku), to wielkie zasługi położył w tym względzie Kościół posoborowy, dla którego z kolei „niedojrzałość wiary” jest wystarczającym usprawiedliwieniem zdrady. Zachowujemy szacunek dla Boga i Jego Matki, ale nie rozumiemy już czemu służą feretrony z wizerunkami świętych. To jest niewiara udrapowana w pozorny szacunek dla Tradycji, którą się tak naprawdę gardzi. Jak powiedział mi kiedyś ksiądz z mojej parafii : „Bóg już dzisiaj nie słucha łaciny”. To otwiera pole do wszelkich manipulacji, z apoteozą protestantyzmu, szczególnie w jego wersji heterodoksyjnej wobec luteranizmu i pierwszych zborów – czyli ruchu zielonoświątkowego, szerszej pentakostalizmu.
Tymczasem nie ma otwarcia się na Ducha świętego inaczej jak przez Maryję, która jest Pełnią Ducha, a powtarzając za o. Kolbe – Jego quasi-inkarnacją.
Wnioski: nasz stan obecny, podobnie jak stan Kościoła Powszechnego, wydaje się być godny pożałowania, wprost opłakany, co jest najlepszym momentem dla Jej interwencji. Bitwy wygrywaliśmy w potwornej nierównowadze sił, w cieniu wewnętrznej zdrady i knowania mocarstw ościennych.  Z Pani kolejnego tekstu wyczytuję zatem słowa wyśnione hetmanowi Lubomirskiemu : „Wytrwałość!” !
Czy to jest naiwność ? Rozpacz pokryta tromtadracją? Nie, to jest ocena naszych sił intelektem św. Tomasza, który prowadzi wprost do metafizyki, zamiast fantastyki. Do odrzucenia fałszywych proroków w Kościele, do poddania się Królowej Nieba i Ziemi – tej Ziemi…
W oczekiwaniu na dalsze dzieje, pasjonującą historię przymierza Ziemi z Niebem

Wojciech Miotke

Możliwość komentowania jest wyłączona.