Zbyt „królewski”, by mógł się podobać

Posted on 17 października 2015 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Porządkowanie pojęć
Andrzej Duda zrobił ogromne wrażenie na Polakach – także tych mało zajmujących się na co dzień polityką – gdy ukazał się, wraz z żoną, podczas wizyty pary królewskiej z Belgii, jako pełniący obowiązki reprezentacyjne gospodarz Pałacu Prezydenckiego.

Wielu moich znajomych, ludzi spoza inteligenckich zawodów, było poruszonych do głębi. Obraz przemawia mocniej niż słowo. Piękno potrafi poruszyć serce i głowę. Pan z bazaru, u którego kupuję sałatę i ogórki, wykrzyknął, gdy omawialiśmy tę wizytę: „Szok! On wyglądał jak król, bił z niego majestat!” (Cieszył się, gdy usłyszał, że w Polsce to normalne, u schyłku XVIII wieku mieliśmy dziesięć procent szlachty, najwięcej w Europie).

Prezydent i Pierwsza Dama wyglądali równie, a może i bardziej – biorąc pod uwagę wyjątkowo dobry gust pani prezydentowej – elegancko, wytwornie i dostojnie, jak belgijska para królewska. Wyglądali i zachowywali się tak, jakby do tej pory nic innego nie robili, tylko przyjmowali u siebie głowy koronowane. Po królewsku.

T. Gainsborough - Portret Roberta i Mary Andrews

T. Gainsborough – Portret Roberta i Mary Andrews

Tego typu obrazy – niedostępne niestety dziś dla tych rodaków, którzy nie korzystają z Internetu, z powodu absurdalnej zmowy politycznej i ostrej cenzury w mediach – pobudziły silnie uczucia dumy z Polski. Uniosły, dodały skrzydeł. Być dumnym z Polski, z naszej kultury, klasy naszych polityków, z osób, które nas reprezentują wobec cudzoziemców – ten rodzaj radości na długo nam odebrano. Przez ostatnie lata na widok lokatorów Pałacu Prezydenckiego – później Belwederu – odczuwaliśmy wstyd, upokorzenie, zażenowanie i smutek.

Towarzyszący wizycie belgijskiej pary królewskiej nasz domowy splendor – na kilkanaście dni przed wyborami – to był zbyt silny cios dla przeciwników Prawa i Sprawiedliwości.

Odpowiedź przyszła bardzo szybko. Oprócz codziennego wylewania kubła pomyj – w mediach strony przeciwnej, czyli prawie we wszystkich – na pana prezydenta, na Prawo i Sprawiedliwość, pojawiły się niestety i po naszej stronie głosy oburzenia, że Andrzej Duda zaprosił do Narodowej Rady Rozwoju trzy osoby (trzy na osiemdziesiąt siedem) o poglądach dalekich od tych, które sam prezentuje (prof. Adama Rotfelda, prof. Witolda Orłowskiego i Marka Balickiego). Mimo, iż powołując Radę wyraźnie zaznaczył, że jest ona także miejscem dyskusji i wymiany poglądów. Interesujące dla Prezydenta jest, jak myślą ludzie o innych politycznych zapatrywaniach i odległych światopoglądowych orientacjach.

Czy nie warto wysłuchać innej argumentacji, zderzyć się z odmienną wizją, gdy jest się prezydentem państwa? Zdaniem komentatora z „Naszego Dziennika” – chyba nie warto. Kwaśny ton zgorszenia towarzyszy informacji o składzie Rady. Tak jakby prezydent Andrzej Duda miał natychmiast po wysłuchaniu A. Rotfelda zmienić poglądy na prorosyjskie, a M. Balickiego – na proaborcyjne.

Jak napisał kiedyś R.H. Benson, dziennikarze reagujący tak nerwowo są jak kobieta, która powtarza każdą oszczerczą plotkę, którą usłyszy i pociesza się w chwilach wyrzutów sumienia myślą, że „nie chce zrobić nikomu krzywdy”. Nie uświadamia sobie, że jest przyczyną zniechęcenia dusz oraz zasiania ziaren nieufności i wrogości między przyjaciółmi.

Czy trudno zrozumieć, że właśnie ten, kto zdobył zaufanie Polaków ma nie tylko prawo, ale i obowiązek zapraszać ludzi o innych poglądach, słuchać ich, po to, by gruntownie poznawać ich sposób myślenia? Czy nie jest tak, że wtedy, gdy się go pozna, i to nie z omówień, a z pierwszej ręki, można podejmować mądre decyzje? Tego od naszych przedstawicieli na najwyższych stanowiskach państwowych należy oczekiwać (zwłaszcza, gdy się weźmie pod uwagę proporcje w Radzie). Tak zachowywali się poważni politycy. Słuchać innych to polityczne abc. Zamykanie się przed ludźmi o innych poglądach, nie dopuszczanie do siebie odmiennych wizji politycznych, gdy jest się mężem stanu, to wyraz ciasnoty umysłowej i irracjonalnego lęku.

Można przypomnieć w tym miejscu letnie seminaria naukowe w Castel Gandofo, które organizował przez lat kilkanaście polski Papież. Jakoś nikt nie szalał z oburzenia. Nikt – łącznie z „Naszym Dziennikiem” – nie zarzucał papieżowi, że gościł u siebie, oprócz wybitnych historyków, fizyków, matematyków, lekarzy i przyrodników, także filozofów bardzo dalekich od katolicyzmu, mówiąc eufemistycznie. Brano to za dobrą monetę. Widać chce być dobrze poniformowany, chce wiedzieć jak myślą wrogowie Kościoła, tak komentowano te seminaria. Kontynuacją seminariów były spotkania w wiedeńskim Instytucie Nauk o Człowieku, pod kierownictwem naukowym prof. Krzysztofa Michalskiego, ale zarazem pod patronatem papieża. Na liście zapraszanych nie zabrakło Leszka Kołakowskiego, Bronisława Geremka, Adama Michnika, Krzysztofa Pomiana, Aleksandra Gieysztora, Czesława Miłosza, a z cudzoziemców m.in. Paula Ricoera, Emmanuela Levinasa (filozofa i komentatora Talmudu), Hansa-Georga Gadamera, Ralfa Dahrendorfa, Bernarda Lewisa, Roberta Spaemanna, Charlesa Taylora. Jakoś nikt się nie gorszył. Nie robiono z tego skandalu, bo panowała powszechna zgoda, że Papież zbiera poglądy – ma do tego prawo jako Głowa Kościoła – zastanawia się nad nimi, są mu potrzebne do analizy sposobu myślenia intelektualistów, ludzi niewierzących. Właśnie teraz, gdy katolicyzm jest na płaszczyźnie ideologicznej atakowany. Tak to wyjaśniano.

Wtedy rozumieliśmy, że czym innym jest słuchanie ludzi z odległych nawet rejonów światopoglądowych, a zupełnie czym innym „dialogowanie” na temat doktryny Kościoła, a wręcz porzucanie jej „w imię dialogu”, co praktykuje się obecnie z takim entuzjazmem.

Jeśli publicznie kwestionuje się samą zasadę słuchania, to zarazem publicznie podważa się zaufanie do osoby prezydenta. Sprawa zaufania jest zbyt poważna, by można pozwalać sobie na wywoływanie lawiny podejrzeń, tuż przed wyborami. Dziennikarze powinni rozumieć, co robią i nie wpadać w emocjonalny dygot. Nie mogą dać się wykorzystać tym, których zdenerwował, tak daleki od peerelowskich i postpeerelowskich standardów, galowy wizerunek Prezydenta i Pierwszej Damy.

Warto przypomnieć historię wystawy „Polaków Portret Własny” autorstwa prof. Marka Rostworowskiego, która u schyłku lat 70. ub. wieku wywołała taki wstrząs w społeczeństwie. Polacy oglądając ją przypominali sobie, kim byliśmy, zanim utraciliśmy niepodległość, zanim wszystko co w Polsce piękne zostało przykryte brudną szmatą. Patrzyli i przecierali oczy. Rośli, odzyskiwali nadzieję. Obrazy wielkiej przeszłości państwa, którą w Polsce Ludowej „pisano na nowo”, portrety bohaterów, wielkich osobowości, ich majestat, urok, siła przemówiły. Wywołały nieunikniony ciąg skojarzeń, zmusiły do postawienia pytań i wyciągnięcia wniosków, wtedy, gdy władzom wydawało się, że wszystko już  „posprzątane”. Pobudziły serca i umysły.

Wystawa przemknęła jak meteor przez gierkowską Polskę, bardzo szybko ją zamknięto.

Była niebezpieczna, tak jak skrajnie niebezpieczny dla władz rosyjskich był „Straszny Dwór” na scenie Opery Narodowej w 1865 roku. Nie mogła się podobać.

Wielu marzy dziś o tym, by pan prezydent Andrzej Duda i Prawo i Sprawiedliwość byli takim meteorem..

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.