Zawsze panuje głód w dalekim kraju

Abp Fulton John Sheen w książce „Marnotrawny świat” (zbiorze pogadanek radiowych z końca lat 30. ub. wieku) przedstawił skutki zlekceważenia wiary katolickiej przez współczesną cywilizację. Nie napisał rozprawki naukowej ani nie snuł umoralniających opowieści. Wyszedł od przypowieści o Synu Marnotrawnym. Jako bohatera tej przypowieści przedstawił dzisiejszy świat – współczesne państwa, społeczeństwa, kulturę naszego czasu. Posłużył się dobrą znajomością teologii i biblistyki, ale także historii, ekonomii, literatury, doktryn politycznych.

Dziś, w uroczystość Matki Bożej Królowej Polski – Królowej, której władzę nad swoim krajem oddał król Jan Kazimierz w 1656 roku –  warto słowa tego wielkiego znawcy duszy ludzkiej i współczesnego świata, przypomnieć. Trudno oprzeć się wrażeniu, że autor „Marnotrawnego świata” opisuje dzisiejszą rzeczywistość, rok 2020, czas pandemii. Czas, gdy tak wielu ludzi ma poczucie, że runął bezpowrotnie ich bezpieczny świat. I zadaje sobie rozpaczliwe pytania: „Dlaczego nas to spotkało?”; „Co będzie teraz?”.

Znamienne, że autor swe diagnozy i przestrogi kieruje właśnie pod adresem zachodniej cywilizacji, jakby pamiętał (wiedział?), że w Fatimie Matka Boża obiecała osobistą interwencję w sprawie nawrócenia Rosji, ponieważ kraj ten na żadne perswazje i naciski ze strony Zachodu już nie zareaguje.

Oto fragmenty tego dzieła wybitnego amerykańskiego duchownego i pisarza katolickiego, którego beatyfikacja – zaplanowana na koniec ub. roku – została wskutek dziwnej uległości wobec oszczerczych pomówień odłożona na czas nieokreślony.

 

„(…) Młodszym synem z przypowieści jest zachodnia cywilizacja. Po wielu wiekach życia w jedności z domem Ojca Duchowego, prosi o swój udział w odziedziczonym majątku. Nie chodzi, oczywiście, o majątek w srebrze i złocie, lecz o duchowy kapitał w postaci odwiecznych prawd koniecznych do zbawienia. Zachłysnąwszy się dopiero co zdobytą niezależnością, nasza cywilizacja zaczyna wydawać duchowy kapitał, który dostała z domu Ojca. W wielkim skrócie można powiedzieć, że historia ostatnich czterech stuleci jest historią trwonienia majątku czy też ojcowizny, którą Chrystus powierzył swojemu Kościołowi. Majątek ten nie stopniał w jednej chwili, ani w jednym miejscu, ani z jedną grupą znajomych. Patrząc z perspektywy czasu możemy dokładnie określić, kiedy zostały wydane poszczególne jego części. W XVI wieku zachodnia cywilizacja roztrwoniła wiarę w nieodzowność władzy. W XVII wieku roztrwoniła wiarę w Pismo Święte jako objawione słowo Boga. W XVIII wieku roztrwoniła wiarę w Bóstwo Chrystusa, w konieczność łaski oraz w całą nadprzyrodzoną strukturę. W XIX wieku roztrwoniła wiarę w istnienie Boga jako Pana, Władcy i Ostatecznego Sędziego żywych i umarłych. W naszych czasach wydała ostatnie pieniądze – roztrwoniła wiarę w konieczność istnienia religii i powinność wobec Boga. Naprawdę roztrwoniła swój majątek, żyjąc rozrzutnie.

Historia ostatnich trzech stuleci jest historią duchowego zepsucia i zaprzepaszczenia majątku Bożej prawdy. Chrystus, który jest Bogiem został sprowadzony do roli zwykłego człowieka. Człowiek, który jest stworzony na obraz i podobieństwo Boga, został sprowadzony do roli zwierzęcia. Natomiast zwierzę, które jest istotą żywą zostało zredukowane do atomu. I to się nazywa „postępem”!

(…) Kontynuując przypowieść o marnotrawnym synu, nasz Pan mówi, że „nastał ciężki głód w owej krainie i on sam [młodszy syn] zaczął cierpieć niedostatek” [Łk 15,14]. Zawsze panuje głód w dalekim kraju, który oznacza oddalenie od domu Ojca. Kiedy ogień ducha nie zgasł jeszcze zupełnie, a dusza nie w pełni poddała się ciału, pozostaje w człowieku tęsknota do rzeczy wyższych. Kiedy jednak duch jest zgaszony, a dusza upodlona, człowiek ma ochotę jeść nawet fałszywy chleb, który nie jest chlebem, i pić kradzioną wodę, która tylko podsyca pragnienie. Głód, jaki się wtedy odczuwa, nie pozwala cieszyć się smakiem prawego pożywienia. Jest to ten szczególny posmak, jaki pozostaje po ucztach tego świata i wywołuje niechęć do tego, co mamy, oraz wstręt do tego, czego nie mamy. Nasz Pan ukazuje nam tę sytuację, w jednym zdaniu streszczając historię wszystkich błądzących dusz, los wszystkich grzesznych narodów i wszystkich grzesznych ludzi: Poszedł i przystał do jednego owej krainy, a ten posłał go na swoje pola, żeby pasł świnie. Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, którymi żywiły się świnie, lecz nikt mu ich nie dawał (Łk 15, 15-16).

 

Abp Fulton J. Sheen

 

„Pragnął napełnić swój żołądek” –  teraz bowiem nie chodzi już o zaspokojenie apetytu, lecz o uczynienie zadość niższym potrzebom. Prawdziwy głód może zaspokoić tylko Bóg, ponieważ tylko On może nakarmić serce. Nieszczęsny marnotrawny syn siedział przy zgliszczach pałacu, który sam wcześniej spalił; strąków nikt mu nie dawał i wciąż cierpiał niedostatek. Ten urywek mógłby się znaleźć w setkach tysięcy ludzkich biografii. (…)

Opuściwszy dom Ojca, zachodnia cywilizacja stopniowo roztrwoniła swoje duchowe dziedzictwo. Dobrze jej się żyło we współczesnym świecie, w którym zyskiwała popularność, poświęcając najświetniejsze duchowe dobra w zamian za chwilowy poklask. Kiedy już roztrwoniła majątek, żyjąc rozrzutnie, w dalekim kraju nastała klęska głodu. Nie chodzi wyłącznie o głód chleba dla ciała, lecz również o głód chleba dla ducha. W naszych czasach ludzie, którzy roztrwonili kapitał wiary w Pismo Święte, odczuwają głód Bożej pewności i Bożego kierownictwa. Ci, którzy roztrwonili wiarę w Jego Bożą naturę, odczuwają głód pomocnej ręki, delikatniejszej niż ręka człowieka. Ci, którzy roztrwonili wiarę w Trójcę Świętą, odczuwają głód prawdy, miłości i idealnego życia. Ci, którzy wątpią, cierpią głód wiary. Ci, którzy iluzjami zastąpili majestatyczne wierzenia, cierpią głód Boga. A ci, którzy prowadzą wojny, cierpią głód miłości. Wewnętrzna pustka, jaka następuje po gorączce uczuć lub nieszczęśliwym romansie, jest wszechobecna.

„Poszedł i przystał do jednego z obywateli owej krainy”. Niczym marnotrawny syn, który w czasach głodu przystaje do obywatela obcego kraju, religia zachodniej cywilizacji w czasach duchowego głodu przystaje do rzeczy doczesnych, niezwiązanych ze służbą Bogu. Angażuje się w sprawy obce religii i królestwu niebieskiemu. Utraciwszy boski wymiar włącza się w najróżniejsze interesy tego świata, które nie stanowią jej istoty, takie jak polityka, reformy społeczne, gospodarka, kontrola narkotyków czy przeciwdziałanie handlu alkoholem. Jak mówi pewien znany profesor Uniwersytetu Yale, religia jest utożsamiana z narodowymi kulturami, a w rezultacie zostaje pozbawiona odniesienia do krzyża. Nie chcę przez to powiedzieć, że religia nie powinna interesować się sprawami Cezara, ani też że powinna mieć obojętny stosunek do polityki i problemu narkotyków. (…) Religia naprawdę przebywa w obcym kraju, jeśli w większym stopniu interesuje się higieną umysłu niż przebaczaniem grzechów, polityka niż modlitwą, księgą Darwina niż księgą Izajasza, teorią względności niż Absolutem, zapobieganiem przestępstwom niż moralnym zasadom oraz seksem niż Bogiem.

Smutny i tragiczny fakt roztrwonienia przez zachodni świat duchowego dziedzictwa niekoniecznie musi oznaczać upadek Zachodu. Podobnie jak marnotrawny syn, Zachód wciąż ma szansę na odrodzenie się. Dla syna marnotrawnego zbawiennym okazał się fakt, że nigdy nie stał się obywatelem obcego kraju. Na zawsze pozostał w nim cudzoziemcem. Gdyby nie czuł się wyobcowany lub gdyby przyjął obywatelstwo nie byłoby dla niego żadnej nadziei. Podobnie rzecz się ma za zachodnią cywilizacją. Gdyby nie dręczyła jej tęsknota za domem w niebie, gdyby nie odczuwała  nostalgii za pierwiastkiem Bożym, gdyby utraciła wszystkie wspomnienia z domu Ojca, nie byłoby dla niej nadziei. Tak jednak nie jest. Wciąż bowiem jednak mamy poczucie wyobcowania w kraju, który zapomniał o pierwiastku Bożym, czujemy swego rodzaju niepokój i niezadowolenie  z otrzymywanych strąków i wciąż pragniemy pokarmu, który daje życie wieczne.

 

Powrót Syna Marnotrawnego – mal. Pompeo Batoni

 

Do chwili wybuchu wojny światowej nie sposób było znaleźć choćby jedną książkę, jedną gazetę czy jedno przemówienie, w którym nie wspominałoby o postępie przez duże „P”. Nadzieja i dobrobyt były wszechobecne. Cały świat parł naprzód, w górę, maszerując w rytm ewolucji w kierunku złotej ery materialnego dobrobytu i ziemskiej szczęśliwości.

I wtedy wybuchła wojna, która zamieniła świat w rzeźnię. Cywilizowany człowiek, który podobno pochodzi od małpy, zaczął się zachowywać jak zwierzę. Wielkie wieże Babel ziemskiego szczęścia, którą wzniesiono bez wspaniałego kamienia węgielnego, zaczęły walić się nam na głowę. Wizja świetności zaczęła blednąć. Nastał wielki kryzys. Maszyny, które miały nam wszystkim dać bogactwo i szczęście, wielu wpędziły w nędzę i rozpacz. Produkowały więcej, niż ludzie – których zastąpiły – mogli kupić. Świat miał nadzieję na pokój, a dostał wojny i wieści z wojen; obiecano mu dobrobyt, a dostał głód pomimo dostatku; liczył na bezpieczeństwo dla demokracji, a dostał demokrację, która nie była bezpieczna dla świata; obiecano mu wolność od władzy, a dostał dyktatury tyranów. W rezultacie zamiast postępu, ewolucji, dobrobytu i światowego pokoju mamy rozpad, lęk, niepewność, wątpliwość, a przede wszystkim poczucie, że nie wiemy dokąd zmierzamy. Współczesny człowiek kuli się ze strachu przed okropnościami, które sam wywołał. Podpalił swój dom, który obraca się w ruinę i grzebie człowieka w swoich zgliszczach. Natomiast armia fałszywych proroków, która do niedawna propagowała postęp, teraz z rezygnacją głosi filozofię ledwie odróżnialną od rozpaczy. Mapę odrzucono na bok i świat zgubił drogę.

Nie ma jednak powodu do rozpaczy. Chociaż zachodnia cywilizacja została odarta ze złudzeń, wciąż ma poczucie, że znajduje się w obcym kraju. Nie zatarło się jeszcze wspomnienie domu Ojca. W tym miejscu wystarczy powiedzieć, że niektórzy ludzie wracają do Boga nie dzięki zachowaniu łaski, lecz w wyniku ciężkich prób, jakim poddaje ich świat. Nie są zadowoleni z obcego kraju strąków. Oparli się na berle spraw świeckich i gospodarczych, ale zauważyli, że rani ich dłonie. Podobnie jak marnotrawny syn, świadczą przeciw światu, chociaż są jego dziećmi (…)

Może upłynąć sporo czasu zanim zachodnia cywilizacja zda sobie sprawę, że szuka dobra, które sama wcześniej odrzuciła. Marnotrawny syn potrzebował wielu smutnych i bolesnych doświadczeń, aby wreszcie uświadomić sobie, że dom Ojca, który wcześniej opuścił, jest jedynym miejscem, gdzie może odnaleźć wolność, pokój i zadowolenie. Świat zapewne też nieprędko uzmysłowi sobie, że Kościół, który w jego mniemaniu był czynnikiem ograniczającym wolność, w rzeczywistości jest jedyną siłą mogącą go wyzwolić i chociaż uznawano go za instytucję przestarzałą, on jeden przetrwa swoje czasy. (…)

Od trzystu lat Kościół nie był wystawiany na próbę. Ba, nawet nie zwracano na niego uwagi, był jedynie ignorowany. Świat wie o Kościele mniej niż o człowieku na Księżycu. Nigdy nie badał jego twierdzeń, nigdy nie badał jego sekretów, a swoją bezczynność usprawiedliwiał tak samo, jak pierwsi słuchacze Chrystusa usprawiedliwiali się z tego, że ignorują Jego przesłanie: „Czy może być coś dobrego z Nazaretu” (J 1.46). Ignorancję można gromadzić podobnie jak wiedzę, więc w ciągu ostatnich trzech stuleci świat zgromadził ogromne ilości niewiedzy w stosunku do Kościoła. Przez długie stulecia Kościół był wyjęty spod prawa i ignorowany, ale nigdy nie zawiódł, podobnie jak Jezus Chrystus nie zawiódł, kiedy mieszkańcy jego rodzinnego Nazaretu wyrzucili go poza miasto. Jednak czasy ignorowania Kościoła minęły. Teraz powraca z wygnania, które wyszło mu na dobre. Dzięki niemu świat nauczył się odróżniać Kościół od jego imitacji. Kościół natomiast nauczył się, że już nigdy nie powinien do świata przystawać. Krew ponownie popłynęła w sercu Kościoła, przywracając mu siłę potrzebną do nawracania świata. Chociaż są ludzie, którzy go nienawidzą, trzeba im wybaczyć, ponieważ tak naprawdę nie Kościoła nienawidzą, lecz to, co błędnie uznają za Kościół.

Nie dajmy się zwieść przekonaniu, że powstanie jakaś nowa religia, na przykład mieszanina religii Wschodu i zachodu, która ukoi tęsknotę świata. Serce człowieka, które zaznało jedynej, wielkiej miłości, nigdy nie zwróci się ku innej… To, co jest prawdą w odniesieniu do jednostki, jest również prawdą w odniesieniu do społeczeństwa. Społeczeństwo wykorzystało już swoją życiową zdolność do kochania we wspaniałym doświadczeniu chrześcijaństwa. Jego kości są zbyt stare, aby przywyknąć do nowych postaw uwielbienia. Już raz oddaliśmy serce boskiej naturze Kościoła i nie możemy oddać go ponownie.

 

Śluby lwowskie Jana Kazimierza – mal. Jan Matejko

 

Dlatego właśnie świat zakończy się tak, jak zaczęło się chrześcijaństwo: wielką bitwą między światem a Kościołem, między Baalem z Chrystusem, między silami, które przybijają do krzyża, a mocą, która została ukrzyżowana”.

Abp Fulton J. Sheen, 5 stycznia 1936 r.

Fragment rozdziału Duchowe bankructwo książki Marnotrawny świat, tłum. Zbigniew Kasprzyk, wyd. W drodze.

____________

(Tytuł: EPP)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.