Wielka plansza Piotra Klawera

Posted on 12 czerwca 2018 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Porządkowanie pojęć

Ta grafika jest naprawdę stara. Papier przyżółcony, mocno podniszczony, a postacie na kolorowanym miedziorycie całkowicie realistyczne. Wizerunek św. Kamila de Lelis w szerokiej staromodnej sutannie i czarnej pelerynie, klęczącego u stóp Ukrzyżowanego.

Zapewne XVIII – wieczny, a wydrukowany został, jak głosi napis w dolnym rogu u „J. Turgis, Paris, rue des Ecoles 60”,  powielony zaś u kamilianów w Nowym Jorku. Posiada imprimatur miejscowego biskupa jako pomoc w katechizowaniu amerykańskich Indian i czarnoskórych niewolników. Jest w nim coś tak pociągającego, że (po znalezieniu go w stercie śmieci na strychu) został oddany do konserwatora i oprawiony w srebrną ramkę. To, co w nim pociąga najbardziej, to nawet nie piękno twarzy Ukrzyżowanego ani uduchowione oblicze św. Kamila, ale konsekwentny i spójny przekaz prawd, które krzepią duszę. Nad Chrystusem rozpiętym na krzyżu unosi się w obłoku postać Boga Ojca, który przyjmuje od aniołów kielichy z Najświętszą Krwią zebraną z ran Odkupiciela. Po prawej stronie św. Michał Archanioł depcze diabła. Nie ma udziwnień i niejasnych symboli. Dziecko zrozumie. W tej grafice, tak jak w każdej polskiej kolędzie, zawarte jest kompendium wiary katolickiej.

„Wiara katolicka jest prosta, choć trudna”, mówił w kazaniu wygłoszonym 1 sierpnia 2016 roku, w barokowym kościele (tzw. rektorskim), w niewielkim mieście na południu Polski, młody kapłan, w tradycyjnym przedsoborowym ornacie, haftowanym złotą nicią, i w czarnym birecie na głowie. Miałam okazję go słuchać. Żeby wygłosić kazanie wspiął się po krętych schodkach prawie pod sklepienie świątyni, na zachowaną tu XVIII wieczną, biało-złotą ambonę. „W naszej wierze nie ma niejasności. Prawdy wiary były zawsze w Kościele przekazywane w sposób zrozumiały dla wszystkich stanów. Analfabeta mógł korzystać z nauk głoszonych dla uczonego, króla i jego dworu”.

W kościele panowała cisza, nawet bardzo małe dzieci nie kręciły się, nie dokazywały i nie wołały, że chcą pić.

W tym samym czasie papież Franciszek zwracając się w Polsce do młodych ludzi stosował czyniące wiele hałasu wytrychy do otwartych drzwi. Posługiwał się metaforą „kanapy”, jako przeciwieństwa postawy ewangelicznej. Dodawał, że „kanapa-szczęście” jest prawdopodobnie cichym paraliżem, który może nas zniszczyć najbardziej, bo stopniowo, krok po kroku. Podkreślał, że wybierając wygodę tracimy nasze „największe dobro, czyli wolność”. „Przyjaciele, Jezus jest Panem ryzyka, tego wychodzenia zawsze >poza<. Jezus nie jest Panem komfortu bezpieczeństwa i wygody”, mówił.

Dlaczego jednak napiętnował „wygodę”, a nie kłamstwo, czy błąd, które są przeciwieństwem prawdy? Dodawał, że „aby pójść za Jezusem, trzeba mieć trochę odwagi, trzeba zdecydować się na zamianę kanapy na parę butów które pomogą chodzić po drogach, o jakich nigdy nam się nie śniło”. Mówił o „szaleństwie” Boga, „który uczy nas spotykania Go w głodnym, spragnionym, nagim, chorym, w przyjacielu, który źle skończył, w więźniu, w uchodźcy i w imigrancie, w człowieku bliskim, który jest samotny…”.

Zaraz, chwileczkę… Przecież „szaleństwem” Boga nie było Jego pójście do ubogich – Chrystus tego nie czynił – lecz dobrowolna ofiara na krzyżu! Zadośćuczynienie Ojcu za grzechy człowieka.

 

 

Wezwania do aktywizmu, głoszone ze szczególnym naciskiem przez papieża Franciszka, nie zagłuszą prawdy o powolnej, ale nieustępliwej zamianie religii w kulturę, jako odbywa się, krok po kroku, w naszych „posoborowych” czasach. Mylenie religii z euforią wywołaną silnymi zbiorowymi emocjami, ze świecką zabawą wraz z jej atrybutami, z „cywilizacją miłości”, czyli jednością polityczną osiągniętą za cenę prawdy o Bogu, nie jest przypadkowe, nie wynika z zaniedbań. Jest konsekwencją szaleńczego projektu pozbawienie świata jego osi – krzyża Chrystusa. W taką właśnie koncepcję zostali wpisani, po śmierci Piusa XII, wszyscy kolejni papieże. Franciszek jest szczególnym, bo tak wyraźnym, że aż wydaje się przerysowany, jej reprezentantem.

Św. Piotr Klawer (1580-1654), jezuita, Katalończyk, który w XVII wieku ewangelizował czarnoskórych niewolników przybywających z Afryki do Kolumbii, miał do dyspozycji niewiele narzędzi. Jeszcze niedawno był studentem filozofii, uzyskał tytuł doktora teologii na uniwersytecie w Barcelonie. Rodzina była szlachecka; zbiedniała, lecz dumna. Nie znał języków, którymi posługiwali się przybysze z Czarnego Lądu. Nie analizował ich mentalności, nie studiował psychologii ludów pierwotnych. Nie był specjalistą od animistycznych kultów i pogańskich obyczajów ani od historii walk plemiennych. Nie był lekarzem, choć ci, których zamierzał przyprowadzać do Chrystusa znajdowali się w stanie skrajnego wyczerpania fizycznego i psychicznego. Nie miał też dla nich żadnych prezentów. Był biednym zakonnikiem. A jednak posiadał skarb, który zadecydował, że w ciągu czterdziestu czterech lat spędzonych w Ameryce Południowej nawrócił i ochrzcił dziesiątki tysięcy czarnoskórych, których przywożono na statkach jako „żywy towar”. A także setki innowierców, muzułmanów i protestantów.

Czarnoskórych przybyszów nazywano w czasach św. Piotra Klawera drewnem hebanowym. Byli kupowani u wybrzeży Gwinei i Angoli przez białych handlarzy jako jeńcy plemion, które prowadziły między sobą walki; ich cena była ceną wina, wódki lub octu. W Kolumbii sprzedawano ich plantatorom i  właścicielom kopalń na targu. Zarówno w czasie potwornej podróży na przeładowanych statkach  – gdzie stłaczano ich  zakutych w łańcuchy, z obręczami na szyi, i karmiono raz dziennie strawą, jaką karmi się bydło; tygodniami nie oglądali światła – jak i na lądzie traktowano ich jako istoty niższego gatunku, które można eksploatować, nie troszcząc się o żadne ich potrzeby. Ogromna ich ilość umierała na statkach.  „(…) przybywali więc do celu swej podróży wycieńczeni z niedożywienia, poranieni na ciele i na duchu, przerażeni, często na krawędzi obłędu. Zaraz też, znów upchnięci w zbitą masę, byli zapędzani do cuchnących szałasów, gdzie mieli oczekiwać na ewentualnych nabywców” (o. Antonio Sicari).

Przez czterdzieści lat  św. Piotr Klawer niezmordowanie starał się, by uczynić z nich chrześcijan, powtarzając, z regularnością, z jaką do portu przybijały przeładowane statki, wciąż te same czynności. Najpierw wypływał na małej łódce naprzeciw statku, który zbliżał się do brzegu. W tym momencie musiał być sanitariuszem i lekarzem – jedynym zapewne, jakiego ludzie ci będą kiedykolwiek oglądać – oraz nieść otuchę konającym. Miał ze sobą podręczną apteczkę, bandaże i środki dezynfekcyjne, owoce, żywność, tytoń. Gdy schodził do pogrążonej w ciemnościach ładowni statku, za każdym razem miał wrażenie, że nie przeżyje zetknięcia się z tym widokiem i z tą wonią. Ale nigdy się nie cofnął. Mawiał, że „do nieszczęśliwych trzeba najpierw przemawiać dłońmi, dopiero potem językiem”.  Najpierw zbliżał się do umierających, „z serdecznym uściskiem i łagodnym słowem pociechy, w nadziei, że choć przez chwilę poczują się przygarnięci ramieniem Boga. Następnie zwracał się do dzieci, potem do kolejnych udręczonych więźniów. ”, pisze o. Sicari.

Ta pedagogika misjonarza, który niegdyś, jako młody człowiek, musiał uporać się z własną nadwrażliwością, psychicznym wydelikaceniem i lękami, okazywała się nadzwyczaj skuteczna. Wracał do nich natychmiast, gdy byli już mieszkańcami rozwalających się bud, gdzie oczekiwali na swoich przyszłych nabywców. Po otrząśnięciu się z pierwszego szoku, ujęci pełną łagodności postawą ks. Piotra, mogli skupić uwagę na tym, co ma im do przekazania człowiek z krzyżem na piersiach. Nauczanie, które wtedy rozpoczynał nie miało nic wspólnego z dzisiejszą katechezą.

„Rozwijał wielką planszę z własnoręcznie wyrysowaną lekcją, po czym przy pomocy długiego drewnianego pręta wskazywał kolejne kolorowe obrazki i komentował je gestami, westchnieniami, powtarzanymi wielokrotnie tymi samymi słowami. Pośrodku narysowany był Pan Jezus na krzyżu, u Jego stóp – ksiądz udzielający chrztu wodą zaczerpniętą z krwawiących ran Zbawiciela. Po jednej stronie – tłum czarnoskórych ludzi o twarzach uśmiechniętych i radosnych, którzy stoją rzędem w otoczeniu aniołów i świętych, po drugiej, w pewnym oddaleniu – czarne, zdeformowane sylwetki o udręczonych obliczach, a wokół nich przerażające postacie demonów”. Naiwne? Uproszczające? Bez „teologicznej głębi”? Emanacja „niedojrzałego chrześcijaństwa”?

 

 

Po pewnym czasie mógł swoim podopiecznym przedstawić jeszcze inne pomoce na drodze wiary, m.in. przepięknie wydany we Włoszech przez Bartolomeo Ricciego „Żywot Pana naszego Jezusa Chrystusa”, ze stu sześćdziesięcioma grafikami najwyższej wartości artystycznej.  Zyskał też wśród swoich podopiecznych pomocników i tłumaczy – grupka ta potrafiła swobodnie działać wśród czarnoskórych posługując się trzydziestoma narzeczami.  Z czasem stali się oni opiekunami i przewodnikami swoich umęczonych braci.  (Dodajmy, że ówczesne prawo umożliwiało niewolnikom, którzy byli ochrzczeni, korzystanie z pewnych minimalnych swobód). Nie było jednak ze strony św. Piotra Klawera protekcjonalnego dialogowania i przekonywania, że to dobrze, że wyrośli w pogańskich kultach, bo wszystkie religie są równe. Była modlitwa – codziennie sprawowana w ich intencji Msza św. i odprawiana Droga Krzyżowa – i bezgraniczne oddanie. Jak pisze jego biograf, „był dla nich ojcem, bratem, wychowawcą, mistrzem, spowiednikiem, pielęgniarzem, sędzią. Mógł uzyskać od nich wszystko, ponieważ sam dawał wszystko”.

Św. Piotr Klawer głosząc Chrystusa dokonywał nie tylko uzdrowień duchowych, także fizycznych. Odnotowano przypadki wskrzeszenia z martwych. Należące do niego przedmioty, strzępki sutanny – ta, którą nosił była całą poszarpana, tyle rąk wyciągało się ku jej fałdom – ukrywano jak najcenniejsze relikwie; fryzjer, który go strzygł, potajemnie chował jego włosy, które stawały się także dla Afrykańczyków relikwiami. Ks. Piotr towarzyszył do końca skazanym na śmierć, niosąc duchową pociechę i spędzając z nimi wiele godzin, nigdy nie skąpiąc czasu. Modlitewnik jednego z czarnych niewolników skazanych na śmierć, któremu Piotr Klawer pomagał w przygotowaniu się do niej, nosi podpis właściciela, lecz zamiast imienia widnieją słowa: „Najszczęśliwszy człowiek na świecie”.

Jeśli czegoś brakuje na misjach dziś, to takich księży, takich zakonników, walczących o dusze ludzkie. Dziś tak często stawia się na „przeżywanie jedności” z innowiercami, zgodnie z „dojrzałym chrześcijaństwem”.

Piotr Klawer nie sytuował się nigdy jako przywódca tych, których pozycja społeczna była tak krańcowo różna od jego pozycji. Na wszystkich listach podpisywał się  Petrus Claver, Aethopium semper servus – „Piotr Klawer, wierny na zawsze sługa Murzynów”. A przybysze z afrykańskiego lądu bezbłędnie pojmowali, że człowiek w czarnej sutannie, zwany „apostołem Cartageny”, jest ich ojcem i troszczy się przede wszystkim o zbawienie ich dusz. Gdy musiał się ze swoimi podopiecznymi rozstawać, bo byli wywożeni w głąb kontynentu, błagał ze łzami w oczach, by nie zapominali o Chrystusie, by byli gorliwi w wierze i „by wszędzie tam, gdzie będą przebywać, ochraniali najmniejszych i najsłabszych”.  A oni już wiedzieli, już mogli przekazywać dalej tę prawdę, że „Bojaźń Boża jest początkiem mądrości”. Synowska bojaźń, bardziej pożądana niż bojaźń służalcza, tak jak skrucha bardziej niż lęk. Byli wolni. Także dzięki tak wydrwionemu dziś strachowi przed piekłem, który „utrzymuje duszę człowieka z dala od grzechu ciężkiego”.

Byli świadomi, jak niewysłowionym skarbem jest Msza święta, „ofiara krzyża, znak zbawienia i zwycięstwa nad szatanem, nad grzechem, nad śmiercią. Mors mortua tunc est – Teraz śmierć umarła; Ave crux, spes unicaWitaj krzyżu, nasza nadziejo; In hoc signo vinces – W tym znaku zwyciężysz”, jak przypominał trzysta lat później inny misjonarz Afrykańczyków, Marcel Lefebvre. Trudno wręcz wyobrazić sobie, jak wielką pociechą, jakim źródłem siły była dla tych ludzi nieskażona doktryna wiary katolickiej, którą przyjęli.

 

 

”Jakie cierpienia sprowadzili ci, którzy szukali imienia dla siebie!”, pisze jeden ze współczesnych misjonarzy, kapłan wierny Tradycji katolickiej. „Ale jest tylko jedno Imię pod niebem dane ludziom, w którym mogą być zbawieni. Wszechmogący Bóg, aby spełnić pragnienia ludzkiego serca, zesłał na ziemię swego jedynego Syna, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. (…) Na krzyżu zjednoczył wszystkich, Żyda i poganina, biednego i bogatego, cesarza i niewolnika. I żeby przypieczętować tę jedność i dać jej ożywiającą siłę, zesłał nam Ducha Świętego”. Apostołowie zaczęli mówić nie znanymi sobie wcześniej językami. „…cudzoziemcy, którzy byli w Jerozolimie, rozumieli to, co mówili Apostołowie. Ten cud wciąż jest obecny w Kościele, kiedy na terenach misyjnych, dzięki asystencji Ducha Świętego, misjonarze mogą głosić Ewangelię pomimo niedoskonałości swej wymowy” (ks. John Jenkins FSSPX).

Przykład św. Piotra Klawera potwierdza to. Zagadka natychmiastowego przyjęcia Ewangelii przez afrykańskich niewolników, tak jak wcześniej przez Azteków – za sprawą cudu Matki Bożej z  Guadelupe –  dowodzi jak przekonywujący jest język najprostszej katechezy, dającej się ująć nawet w obrazku. Umysł ludzki jest gotowy, by ją przyjąć. i jakie szczęście przynosi ona udręczonym. Dziś niestety wszystko – także nierzadko na misjach – staje się niejasne. Kim właściwie jest Bóg? Czy jest jednym z wielu bożków? Co się dzieje na ołtarzu? Kto składa ofiarę? Czym ona jest? Czy kapłan to „przewodniczący zgromadzenia”, czyli wodzirej, szef? Czy „lud Boży” jest  „pół – bogiem”?

 

Św. Piotr Klawer wyczekujący na statek z niewolnikami

 

Potem… nie będzie już ekumenizmu

„Św. Tomasz uważa, że Sąd Ostateczny będzie polegał na szczególnym oświeceniu rozumu, pozwalającym poznać i zrozumieć każdy wyrok wydany na każdego z osobna. (…) Wolno nam wierzyć, że od tej chwili wybrani będą jaśnieć, jakby odziani w szatę chrzcielną, podczas gdy potępieni pogrążeni będą w ciemności. Następnie aniołowie zgromadzą wybranych wokół naszego Pana i strącą do piekła Jego wrogów. W ten sposób dokona się powrót do Boga poprzez naszego Pana Jezusa Chrystusa. (…) Potem nie będzie już ekumenizmu ani wolności religijnej – nikogo prócz katolików, w tym również nawróconych z fałszywych religii” – tak nauczał Kościół przez wszystkie wieki istnienia; przypomniał te podstawowe prawdy o rzeczach ostatecznych abp. Marcel Lefebvre.

Czy dzisiejsi misjonarze – nie wszyscy na szczęście! – tak często, zamiast głosić prawdę o Odkupicielu, nie głoszą tylko innego porządku społecznego, innej cywilizacji, innych obyczajów, medycyny, edukacji? Na pewno doskonalszej, ale to  tylko cywilizacja. I gdzie jest to „Imię ponad wszelkie imię”, które daje życie i otwiera niebo? Nieświadomie wznoszą wieżę Babel. „To Jezus Chrystus ukrzyżowany jest kamieniem węgielnym, na którym ludzkość ponownie odbudowuje swoją jedność. (…) Mówimy prawdę, gdy ściśle wyrażamy naturę rzeczy. Błąd i fałsz pojawia wówczas, gdy nie używamy nazwy właściwie…”.

W swoim tradycyjnym nauczaniu Kościół zawsze zachowywał integralność doktrynalną, teologiczną, opartą na krzyżu Jezusa Chrystusa, Jego ofierze, Jego panowaniu i Jego kapłaństwie, „będących podstawą każdego porządku i każdej łaski”. Te prawdy w sposób nieunikniony wcześniej czy później zatriumfują.

Ludzie Kościoła „soborowego” niestety nie są w stanie jednoznacznie uznać, że krzyż Chrystusa jest osią, wokół której kręci się świat. Kapłani wierni Tradycji, choć niejednokrotnie pomawia się ich, że są buntownikami, odrzucającymi społeczną naturę Kościoła, bronią zasad; to oni są realistami, oni strzegą nie zmienionej przez ostatni Sobór nauki Kościoła. Ona jest zawsze taka sama. Coś co się zmienia nie może być prawdą.

Piotr Klawer nie koncentrował się na „przeżyciach”, „doświadczeniu wiary”, „radości bycia z drugim człowiekiem”, ale na konkretach, od których zależy coś tak dalekiego od wzruszeń towarzyszących „dzieleniu się wiarą i miłością”, jak los człowieka po śmierci, cała jego wieczność. Czarni niewolnicy mogli być w swoich kajdanach nie tylko szczęśliwi, mogli stanowić wśród swoich rodaków zalążek prawdziwej cywilizacji, wysokiej kultury katolickiej. Prawdy wiary otwierały przed nimi niebywałe horyzonty, dawały jasność spojrzenia na całą rzeczywistość. Dziś kultura umiera na naszych oczach, bo ludzkie spojrzenie stało się spojrzeniem karłów; horyzonty obejmują zaledwie przestrzeń spraw materialnych i społecznych, sprowadzonych do sprawnego funkcjonowania zespołów ludzkich, i do prymitywnej rozrywki, w której naczelne miejsca zajmują igrzyska.

Duchowe dzieci Piotra Klawera nie pląsały w korowodach tanecznych przed Mszą św., która jest czymś najświętszym, w czym uczestniczyć może człowiek na ziemi, ofiarą przebłagalną, jaką Syn Boży składa Bogu Ojcu. Nie roztkliwiały się nad propozycją mieszanek multi-kulti, po nawróceniu nie zmieniały zasad moralnych w zależności od „osobistej sytuacji”. Kolumbia stała się w krótkim czasie jednym z najbardziej katolickich krajów Ameryki Południowej.

Skoro dziś tak wielu ludzi Kościoła nie potrafi już mówić o tym, co zawsze było istotą jego nauczania, o cenie naszego zbawienia, o rzeczach ostatecznych, trudno się dziwić, że w krajach takich jak Niemcy zabrnięto w akceptację Komunii św. dla rozwodników. Na nic nie przyda się  „zarażanie entuzjazmem” gdy rozumu zabraknie.

Leon XIII: „Oprócz życia Chrystusa, żadne inne nie wzruszyło mnie tak głęboko, jak to wielkiego apostoła, św. Piotra Klawera”. Ten sam papież kanonizował go w 1888 r. a następnie ogłosił go patronem wszystkich katolickich misji na Czarnym Lądzie.

 

 

Przez ostatnie lata życia był sparaliżowany. Opiekował się nim brat zakonny, który go lekceważył, wyśmiewał i zaniedbywał. Ks. Piotr nie skarżył się. Prosił tylko współbraci, by zawieźli go do sanktuarium Matki Bożej, której przed śmiercią chciał podziękować za wyproszone łaski i błagać, by była z nim w godzinę śmierci. Umarł w święto narodzenia Matki Najświętszej, 8 września 1654 roku.

Jego życie dowodzi, że płaskie wezwania do aktywizmu nie są w stanie przyćmić i zagłuszyć prawdy, że to Bóg jest Królem, że to Jezusowi Chrystusowi należy się cała władza i hołd. To Matka Najświętsza jest Królową nieba i ziemi. Jej Niepokalane Serce zatriumfuje, tak jak zapowiedziała prawie sto lat temu w Fatimie. Dojdzie do nawrócenia pogan, protestantów (zwanych w Kościele jeszcze nie tak dawno heretykami), schizmatyków i żydów. Nawróci się Rosja.

Mylenie głębokich treści wiary z łatwo wzniecanym uczuciem – z karnawałem, turystyką, poezją, skocznymi piosenkami, awangardowym teatrem,  „wiarą w lepszą przyszłość” – jest stratą czasu, nie ma ani żadnej przyszłości. Zamiast „celebrować wspólnotę”, bawiąc się i tańcząc, co jest narzuconą pseudokulturową kliszą, i co nazywa się uporczywie życiem religijnym, sięgnijmy po wzory katolickich świętych.

——————

Z zapisków św. Piotra Klawera:

Zbawienie człowieka leży w pełnieniu woli Bożej. To powinno być jedyną myślą i dążnością naszą. Im dokładniej będziemy wykonywać tę wolę, tym większa będzie doskonałość nasza.

Aby pełnić świętą wolę Boga, trzeba się zrzec własnej, wyprzeć się miłości własnej osoby i we wszystkich myślach, słowach i czynach dbać jedynie o chwałę Bożą.

Aby korzystać z wszystkiego, co nam się w życiu wydarzy błogiego lub przykrego, aby postępować w cnocie, trzeba nade wszystko trzymać na wodzy język; mówmy mało z ludźmi, wiele z Bogiem. Gdy mówimy z ludźmi, niech mowa nasza tchnie prawdą i niech będzie budująca. O innych mówmy dobrze, o sobie zaś o ile możności jak najmniej albo nic.

Posłuszeństwo jest powinnością względem każdego, kto ma prawo rozkazywać. Dla miłości Boga bądźmy uległymi i czyńmy, na co nas stać. Milczmy na wszystkie łajania i zarzuty i znośmy wszystko, co nie wykracza przeciw Bogu.

Pochwały uważajmy za ubliżenie, gdyż wiemy, jak mało wobec Boga znaczymy. Milsze niech nam będzie lekceważenie; kórzmy się raczej wobec nagan i zniewag, i powiedzmy sobie, że za grzechy zasłużyliśmy na karę stokroć większą. Pamiętajmy raczej o czterech rzeczach ostatecznych, tj. śmierci, Sądzie ostatecznym, piekle i Niebie i wzbudźmy tym sposobem w sobie chęć do pracy i cierpień, pomnąc, że niezadługo zabraknie nam czasu do nabywania zasług.

 

 

 

______

 

Adoro Te devote

 

Spośród kręgów stworzeń i niebieskich ciał
Czemuś wybrał Panie nam swe Ciało dał
Miast aniołom których skrzydeł moc i blask
I przez wieki wieków w Twą patrzają Twarz

Czemuś wejrzał Panie gdy nam wiary brak
Czcimy srebra ciało w żyłach zdrady kwas
Szkarłat płaszcza trzcinę berła dalim Ci
wnet procesją wiedlim Cię na spłatę win

Czemuś Panie tutaj wciąż pozostać chciał
I pod ręce wzięty chwiejnie idziesz k´nam
Skruchy serca patrzysz pośród łanów głów
Miłosierny Panie win nie pomnisz znów

 

Wojciech Miotke (czerwiec 2018)

 

Michał Elwiro Andriolli – Procesja rezurekcyjna

 

____

Obszerny fragment powyższego tekstu, ten dotyczący misji św. Piotra Klawera, przesłany kilka lat temu jako cotygodniowy felieton (pt. „Narzędzia misjonarza”) do pewnego tygodnika katolickiego, został w ostatniej chwili zatrzymany przez redakcję, wraz z następującym uzasadnieniem:
„Ewo, tekst „Narzędzia misjonarza” został wycofany ze szczotki, m.in. z powodu cytowania księdza lefebrysty oraz uogólniającej, krzywdzącej oceny współczesnych misji, zawartej w końcowej części tekstu. Przepraszam za tę decyzję. Nowy tekst powinnaś przesłać w najbliższy czwartek 13 października… etc.” (podpis Redaktora).

______

Źródła cytatów:

Antonio Sicari, Nowe oblicza świętych, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Warszawa 2008

Abp M. Lefebvre, Rzeczy ostateczne, tłum. Tomasz Maszczyk, z książki Dziennik duchowy („Zawsze wierni”, IX-X 2003)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.