Widać od razu, że to polski pan…

Posted on 27 czerwca 2014 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Rycerze Wielkiej Sprawy

Ta twarz – to wyrok

„…Popatrzmy choćby na twarz. Od razu dostrzegamy te polskie rysy, które można by z powodzeniem przyłożyć do bohaterów Sienkiewicza, Kmicica czy Wołodyjowskiego”, mówił o generale Mariuszu Zaruskim prof. Piotr Jaroszyński w jednym z radiowych felietonów. „Skrzące energią i inteligencją spojrzenie, śmiejące się policzki i obowiązkowy polski wąs. Już ta twarz – nie mówiąc o sprężystej postaci – to był właściwie wyrok. Bo jak można się tak prezentować! Elegancko, pięknie i szlachetnie. Wzory bolszewickie mówiły co innego. Twarz człowieka, który wedle ich ideologii był ewolutem małpiszonów powinna wyglądać jak kartofel, a cały człowiek, jak worek kartofli. A tu, ktoś taki, że aż dech zapiera. A więc od razu

Mariusz Zaruski i Aleksander Zamięcki nad Morskim Okiem

Mariusz Zaruski i Aleksander Zamięcki nad Morskim Okiem

do wagonu i na Sybir! Nie trzeba nawet pytać, kim jest i co robi, bo widać od razu, że to polski pan!”

W owym czasie mieszkał już stale pod Giewontem… Rafał Malczewski, syn Jacka Malczewskiego, malarza – wizjonera, wspomina w swoich barwnych gawędach tę postać niezwykłą i prawie zupełnie zapominaną.*) Dwukrotnego zesłańca w głąb Rosji. Po raz pierwszy zesłano go, gdy miał lat 24, po raz drugi, gdy był już starym człowiekiem, a do Polski wtargnęli Niemcy i Rosjanie. Nie chciał z Polski uchodzić, o co go błagało wielu przyjaciół. Był wrzesień 1939 roku. Generał Mariusz Zaruski  (1867-1941), adiutant prezydenta RP, zmarł w więzieniu NKWD w Chersoniu. Magnetyzm jego osobowości był tak silny, że jego legenda żyje dotąd wśród górali podhalańskich – podobnie jak hr. Władysława Zamoyskiego – mimo, że jego nazwisko zostało najstaranniej wykreślone przez peerelowskich cenzorów z kart podręczników historii i wszelkich publikacji, grubą czerwoną kreską. Nie miało prawa być przywoływane przez pięćdziesiąt lat. Piękno jego życia zbyt jaskrawo kontrastuje z grzybowatą karłowatością komunistycznych idoli. A porównania bywają okrutne.

Późniejszy legionista, bohater wojny bolszewickiej – dowodził I Pułkiem Ułanów, wsławił się obroną Wilna – generał brygady w Polsce odrodzonej, pionier i popularyzator żeglarstwa i harcerz – w roku 1909 Mariusz Zaruski w Zakopanem to jeszcze tylko bywszy marynarz z rosyjskiej floty, malarz i poeta, taternik i wynalazca, coś z Wilhelma II i ojca Sozima, który skupia wokół siebie trzódkę turystów, pierwszych zimowych taterników w Polsce. Zdyb, Lesiecki, Bednarski, z czasem młody Jerzy Giżycki, później Józef Oppenheim i >tete< Kaleński chodzą z Mariuszem, wodzem i opiekunem. O niejednym będzie kiedyś głośno na Krupówkach, wspomina Rafał Malczewski.

Mariusz Zaruski wraz z pojawieniem się pod Tatrami – wcześniej konspirował w gimnazjum w Kamieńcu Podolskim, studiował nauki matematyczne w Odessie i zdobywał szlify w żeglarstwie pełnomorskim podczas zesłania do Archangielska – stworzył wokół siebie coś w rodzaju szkoły rycerskiej. Bo jego pasja podboju świata, zdobywania coraz to nowych szlaków i kolejnych, zaskakujących otoczenie umiejętności, w ekstremalnych warunkach, a zarazem wzrok nieustannie wytężony, by służyć ludziom, miały w sobie wiele z postawy rycerza.

Zaruski wiedzie ich szlakami wcale trudnymi, włazi na nartach na wierchy, które bez trudu można by zdobyć na rakach, wzbogaca słownictwo polskie w dziedzinie turystyki. Posiada w ciasnym pokoju łóżko na krążkach, podciągane codziennie pod powałę, samoprzechylający się dzbanek i wiele innych urządzeń własnego wynalazku. Jest odważny i spokojny, aż godny podziwu

Zakopane uważnie obserwuje poczynania tego człowieka. Jego wyczyny taternickie utwierdzają w przekonaniu, że jest w nim niespotykana siła ducha. I to ona, tak naprawdę, pociąga, fascynuje. Nastanie okres >walki bogów<, cepry będą sobie opowiadać z ust do ust, co powiedział Janusz Chmielowski o Zaruskim (…), jak zdobyto południowa ścianę Ostrego Szczytu, jak trudny jest żleb prowadzący na Szatana…, snuje opowieść Rafał Malczewski.

Wśród silnej konkurencji niebanalnych osobowości, ludzi malowniczych i odważnych niekiedy do szaleństwa, jacy tworzyli środowisko zakopiańczyków u progu XX wieku, Mariusz Zaruski wyróżnia się statecznością, którą łączy z fantazją w wielkim stylu. Po śmierci Mieczysława Karłowicza, który ginie pod lawiną u stóp Małego Kościelca, Zaruski natychmiast rusza z ekspedycją górali i wydobywa jego ciało spod śniegów twardych jak beton. Wkrótce potem organizuje pierwszą swoją bardziej formalną rycerską drużynę: Górskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe.**)

Mariusz Zaruski i ochotnicy z Pogotowia Tatrzańskiego

Mariusz Zaruski i ochotnicy z Pogotowia Tatrzańskiego

Czynni członkowie Pogotowia składają się z dolskich taterników, pracujących honorowo i przewodników – górali za wynagrodzeniem, należnym im jako przewodnikom, odpowiednio do klasy, do której przynależą. Wypadków wcale nie było tak dużo, ludzie posługiwali się o wiele częściej zdrowym rozsądkiem niż dziś. Zaruskiemu chodziło w pierwszym rzędzie o to by zbierać towarzyszy wypraw, biedne potrzaskane ciała, leżące u stóp granitowych ścian. (…) Jest to okres bohaterski taternictwa, kiedy ów sport urasta do miary narodowego obowiązku, by ubiec zaciętych przyjaciół z węgierskiej strony w zdobywaniu co trudniejszych ścian i grani. Taternictwo, skupione na przestrzeni kilkudziesięciu mil kwadratowych, najeżonych wierchami, musi zastąpić naszej młodzieży kontynenty i oceany, Himalaje, archipelagi szczęśliwych narodów w ukazaniu hartu i woli, sprawności ciała i śmiałości.

Gen. Mariusz Zaruski na żaglowcu "Zawisza Czarny"

Gen. Mariusz Zaruski na żaglowcu „Zawisza Czarny”

Dziś, gdy jako Polacy chodzić musimy, dniem i nocą, po grani, by nie utracić najcenniejszego skarbu, potrzebujemy jeszcze bardziej takich wodzów i opiekunów zarazem. Ludzi, którym można powierzyć najtrudniejsze zadania. I zaufać im. Bo wystarczy czasem jeden fałszywy krok… Liderzy opozycyjnych partii – poza jednym, Jarosławem Kaczyńskim – zbyt rzadko zdają sobie sprawę z tego, że to, co do nich i ich programów może przyciągnąć Polaków, jest właśnie tym, co przyciągało ludzi do Mariusza Zaruskiego – duchowa i moralna siła, moc ich charakteru. A to oznacza także: stronienie od prowokatorów, od których robi się dziś aż szaro, nie nabieranie się na ich komedie. Dystans, powaga i błyskawiczny refleks. Tu nie ma miejsca na „wizerunek”, czy chwytliwe pomysły na naprawę gospodarki w pięć minut. Jej odrodzenie jest nieuchronne – Polacy są wystarczająco rzutcy, odważni, inteligentni i przedsiębiorczy – przyjdzie wraz z odrodzeniem państwa, jako naturalne następstwo niesprzedajnej postawy polityków, którzy potrafią skupić wokół swojej wizji naród.

Bo Polacy pragną, gdzieś w głębi duszy, stać się lepsi. O tym świadczą dzisiejsze tak liczne publiczne modlitwy w duchu ekspiacji za obrażanie Boga; także ufne modlitwy za tych, którzy chcą sprowokować wybuch emocji prezentując bluźniercze wypociny.

To bez porównania silniejsze pragnienie niż pragnienie sukcesów, czy zwalczenia kryzysu. Gdy będzie mogło być zaspokojone – także dzięki przywódcom z prawdziwego zdarzenia, za których trzeba się modlić, bo są na celowniku, ludziom dalekowzrocznym, odważnym, statecznym i nieprzekupnym, jak gen. Zaruski – wtedy czas bezbożnych rządów przeminie bez śladu, tak jak pęka bańka mydlana. Bo one są karą za nasz duchowy chłód.

Mariuszł Zaruski, syberyjski zesłaniec, ułan, taternik i prekursor polskiego żeglarstwa napisał kiedyś:

Gdy stanę przed św. Piotrem i ten zapyta, jak mnie zameldować, odpowiem: Łamałem młotem wrzeciądza niewoli, prowadziłem Polaków w góry i nad morze, ażeby stali się twardzi jak granit, a dusze mieli głębokie i czyste jak morze. ***)

Gen. Mariusz Zaruski, lata 30. XX w.

Gen. Mariusz Zaruski, lata 30. XX w.

Szaleństwa króla Tatr

Jak trzeba wyprawiać się w Tatry? Mapa, buty, sprzęt, coś od deszczu… Doktor Tytus Chałubiński, ten, który pierwszy, jeszcze przed gen. Mariuszem Zaruskim nazywany był „królem Tatr”, organizując swoje słynne wyprawy – a w latach 1874 – 1887 było ich kilkadziesiąt – z Zakopanego w dziewicze rejony Tatr, pamiętał o czymś jeszcze. O artystach, o muzyce, orkiestrze, o ognistym zbójnickim na polanie, nad rwącym potokiem. W najwyższe partie gór, przez Polski Grzebień na Gerlach, na Wysoką, na Rysy, Łominicę, na Zawrat, szedł jak na wesele, jak na bal. Wariat? Ekscentryk? Snob? A przecież znany był przede wszystkim jako szacowny lekarz, opiekun górali, oddany im aż do szaleństwa w czasie pamiętnej epidemii cholery w 1873 roku, oraz przyrodnik – briolog i botanik.

Było coś romantycznego w tych wycieczkach, coś epickiego poniekąd, pisał Ferdynand Hoesik, historyk literatury i taternik. Nie odbywał ich nigdy w małym towarzystwie, lecz gromadą złożoną z kilku lub kilkunastu zaproszonych gości i trzydziestu lub czterdziestu górali. Wybierano się całym taborem z namiotami, kociołkami, samowarami etc., a nade wszystko z basetlą, z kobzą, z harmonią, ze skrzypcami, ze słynnym Bartkiem Obrochtą jako pierwszym skrzypkiem i przewodnikiem. Niezależnie od nich szedł stary Sabała. Prowadził Jędrzej Wala, Maciej Sieczka, Szymon Tatar, Wojciech Roj, Wojciech Ślimak… Za nimi szedł doktor Chałubiński z całym towarzystwem. Niekiedy i w towarzystwie żony, którą górale, z uwagi na jej tuszę, nieśli w specjalnie ad hoc sporządzonym fotelu w rodzaju lektyki. Zapuszczano się w góry, wdzierano się w najniedostępniejsze szczyty, rozkładano się obozem nad brzegami jezior; a że z >panem dochtorem< nigdy nie wychodziło się krócej niż na kilka dni, więc nocowano pod gołym niebem w kosodrzewinie lub lesie, zawsze w cieple olbrzymiego ogniska.

Tytus Chałubiński z przewodnikami i przyjaciółmi. Siedzą od lewej: Józef Śliwa, Wojciech Roj, Maciej Sieczka. Stoją: Szymon Tatar starszy, Józef Sieczka i Jan Alfons Surzycki, ok. 1875 r., ze zbiorów Muzeum Tatrzańskiego im. Dra Tytusa Chałubińskiego w Zakopanem

Tytus Chałubiński z przewodnikami i przyjaciółmi. Siedzą od lewej: Józef Śliwa, Wojciech Roj, Maciej Sieczka. Stoją: Szymon Tatar starszy, Józef Sieczka i Jan Alfons Surzycki, ok. 1875 r., ze zbiorów Muzeum Tatrzańskiego im. Dra Tytusa Chałubińskiego w Zakopanem

 

Udział w tych wyprawach był zaszczytem – „konsyliarz” nie zapraszał byle kogo – brali w nich udział m.in. jego przyjaciele z Kresów, francuski antropolog Le Bon, Tissot, belgijscy parlamentarzyści Bulas i Couvrent. Sabała nazywał Doktora „jego wielkość, pan wielkomożny”. Nie dlatego, że uważał go za bogacza, szastającego groszem – co mogło imponować góralom, ale nie zachwycało prawdziwych poetów, jakich wśród nich nie brakowało – ale że miał serce i stosowny do serca gest.

Tytus Chałubiński nie dopuszczał nigdy, by głównym akcentem wyjścia ku miejscom, gdzie człowieka powala wprost na kolana majestat świata, był tylko fizyczny wysiłek. Tam, gdzie jest zachwyt nad pięknem stworzonym musi istnieć też i odpowiedź duszy ludzkiej, sztuka, hołd przez nią złożony Stwórcy. Tak się należy, to sprawiedliwe. Zwłaszcza ta samorodna, najbardziej szczera, góralska. Tam też, na podniebnych szlakach rozwija się najlepiej coś tak kunsztownego i delikatnego zarazem jak męska przyjaźń.

Przewodników takich, jakich dzisiaj mamy, troskliwych, znających rzecz, wzorowych przewodników, jakich nie ma gdzie indziej w świecie, wychował Chałubiński, podkreślał dr Stanisław Radzikowsk . I dodawał, że nie ma gór na świecie, gdzie by alpinizm powstawał w podobny sposób. Kronikarze podkreślają, że jedyny w swoim rodzaju węzeł przyjaźni między ludem góralskim a panami z Warszawy i Krakowa, oparty na szacunku wzajemnym i zaufaniu, zadzierzgnął się pod wpływem wypraw Doktora. Miały one ogólnopolską sławę i swoją pełną blasku legendę. To w dużym stopniu dzięki niej Chałubiński w Tatry i do Zakopanego pociągnął cały naród. Bo tacy jesteśmy – skłonni do lekkiego szaleństwa, gdy kochamy, ceniący piękno, splendor, gest, uczucie.

Dr Tytus Chałubiński

Dr Tytus Chałubiński

Podkreślano niejednokrotnie, że zamysłem Doktora, wprowadzanym w życie w romantycznym, staroświeckim stylu, było uczynienie polskiej inteligencji, gnębionej przez zaborców, ludźmi wewnętrznie wolnymi. Przy całej swej fantazji Chałubiński był zresztą człowiekiem nader praktycznym. Wspierał górali moralnie i materialnie, starał się o podniesienie ich wiedzy, o solidne wykształcenie. Założył Kasę Zaliczkową w Zakopanem, wprowadził na Podhale koniczynę, przekonał górali do stosowania płodozmianu, dał początek przekształcenia Zakopanego nie tylko w centrum alpinizmu, ale „pierwszorzędne nasze uzdrowisko”.

Stanisław Witkiewicz podkreśla, że dzięki jego pasji dokonał się pod Tatrami prawdziwy mentalny „przewrót, jakiego nigdy nie przypuszczał żaden z marzących o skarbach baców, żaden ze skupujących majątki gazdów, żaden z honornych chłopów, którzy za Tatrami szukali bogatych Żydków do obdzierania”. Ksiądz Józef Stolarczyk, pierwszy proboszcz Zakopanego, wspominał, jak w czasie epidemii cholery, mieszkający u niego na probostwie Chałubiński (nazywano go „Profesorem”), pomimo ścisłego kordonu sanitarnego „nocą przez okno wykradał się na wieś nieść pomoc swoją klęską trapionej ludności, własną ręką przenosił chorych, zarażonych epidemią, i urządzał im posłania nie szczędząc kosztów, poświęcenia, dając wzór innym lekarzom”. Epidemia wygasła po pięciu tygodniach.

„Wszędzie nastąpiło wyludnienie”, wspomina góral, Andrzej Stopka, „U nas, dzięki jemu, obeszło się bez wielkich strat”.

„Że Tatry są już czymś niezbędnym w życiu naszego społeczeństwa, że lud zakopiański znalazł środki podniesienia dobrobytu i oświaty, że ludzie się przekonują, iż nie tylko na wyżynach alpejskich można znaleźć warunki klimatyczno-lecznicze: wszystko to jest zasługą profesora Chałubińskiego – pisał Ferdynand Hoesik – Po Staszicu, który był może pierwszym podróżnikiem, co tu przyszedł nie po to, żeby się uganiać za kozicami, szukać skarbów, lub >wyzierać zza bucka<, zwiedzali Tatry inni, ale wszystko to były jednostkowe przedsięwzięcia, które nie budziły szerokiego echa w całym kraju…”

Chałubiński, społecznik i poeta, natura namiętna i pełna łagodności zarazem, był człowiekiem głęboko religijnym, nigdy jednak nie obnosił się ze swoją religijnością. Nie znosił wszelkiej ostentacji. W liście do syna Ludwika pisał: „Bądź pobożnym, módl się krótko, ale mocno”. „Bóg z Tobą, dziecię moje!”, kończyl inny list. „Tym słowem Cię pozdrawiam i tym przypominam, żeś się nigdy samotnym i słabym czuć nie powinien, bo Bóg istotnie z Tobą, i w każdej chwili możesz sercem do niego się zwrócić i zaczerpnąć siły, bez której życie nie tylko jest ciężkim, ale i marnym”.

Jest coś jeszcze w biografii Tytusa Chałubińskiego, co zwykle przemilczają kronikarze. Żelazny krzyż na Gubałówce postawiony przez niego w 1873 roku. Powszechnie uważa się, że był on votum wdzięczności Bogu za stłumienie epidemii. Prawda jest jednak inna. Krzyż był zadośćuczynieniem i publicznym aktem ekspiacji za niewierność małżeńską i zarazem prośbą do Boga o łaskę pojednania z rodziną. Ten gest „dochtora” wydaje się nawet bardziej znaczący niż jego wyprawy i społeczna pasja. Kto bowiem ze współczesnych znanych ludzi potrafiłby publicznie, z pokorą przyznać się do życiowych błędów? Kto prosiłby w ten sposób Boga o przebaczenie?

Król Tatr, który w górach szukał prawdy i opiewał ją z głębi serca, wraz ze swym malowniczym orszakiem, nie miał z tym problemów.

Leon Wyczólkowski - MNich nad Morskim Okiem

Leon Wyczólkowski – MNich nad Morskim Okiem


*) Rafał Malczewski,„Pępek świata. Wspomnienia z Zakopanego”, wyd. LTW

**) ”(…) Obok znakomitego, nadzwyczaj szybkiego rozwinięcia się taternictwa, które w ciągu kilku lat stanęło na poziomie zachodnioeuropejskiego, zaczęła w sposób zastraszający wzrastać liczba wypadków. Dlatego już w 1907 r. Zaruski z Mieczysławem Karłowiczem rozpoczęli starania o utworzenie organizacji ratowniczej. Jeszcze przed jej powstaniem zorganizował kilka wypraw, jednak czas potrzebny na zebranie ochotników był według niego stanowczo zbyt długi. Tracono wtedy prawie cały dzień. Wtedy to Zaruski, wraz z Karłowiczem napisali odezwę, która uzasadniała powstanie Straży Górskiej, która została opublikowana w prasie. Ogromny wpływ na przyspieszenie utworzenia tej organizacji miała tragiczna śmierć Mieczysława Karłowicza na stokach Małego Kościelca, gdzie 8 lutego 1909 r. Karłowicz zginął w lawinie podczas samotnej wycieczki narciarskiej. Ostatecznie władze namiestnictwa c.k zatwierdziły statut organizacji ratowniczej w dniu 29 października 1909 r., który to dzień należy uważać za moment założenia Pogotowia. Początki TOPR były trudne, trzon organizacji tworzyło 12. ratowników stałych, pierwszym Naczelnikiem został Zaruski, a jego zastępcą Klemens Bachleda. (…) [Zaruski] Napisał regulamin Straży Ratunkowej TOPR, którą zorganizował w sposób wojskowy: – Bezwzględny posłuch był jej podstawą. W Straży Ratunkowej obowiązuje posłuch wojskowy, nie wolno nie spełnić rozkazu, ani krytykować zarządzeń Naczelnika i kierowników oddziałów, ani odmówić udania się na wyprawę. „Na „baczność” cisza bezwzględna. Członkowie Straży Ratunkowej (czynni) składają uroczyste ślubowanie gorliwej służby na ręce Naczelnika i obowiązani są bez względu na porę roku, dnia i stan pogody, stawić się na jego wezwanie i udać się w góry w celu niesienia pomocy zaginionym lub rannym.
Jeśli chodzi o stronę techniczną działalności Pogotowia to Zaruski wymyślił komendy, pomagające w sprawnym przeprowadzaniu akcji ratowniczych, sygnalizację wzrokową i słuchową, na wzór sygnalizacji morskiej, tworząc tzw. „tatrzański telegraf wzrokowy”, po nauce którego, za pomocą chorągiewek i ustalonych sygnałów oddziały Pogotowia mogły się porozumiewać ze sobą. W czasie poszukiwań Zaruski dzielił ratowników na oddziały, co najmniej po trzech ratowników w jednym. Członkowie poszczególnych oddziałów rozchodzili się w terenie i szukali zaginionych aż do skutku. Przy dłuższych poszukiwaniach stosował zasadę, że jeden oddział poruszał się granią, drugi trawersował ścianę mniej więcej w połowie jej wysokości, a trzeci szedł piargiem, u podstawy ściany, co zastosował między innymi w masywie Czerwonych Wierchów w czasie długich poszukiwań Aldony Szystowskiej w roku 1912. Zaruski wprowadził także zimowe szkolenie ratowników i przewodników tatrzańskich w jeździe na nartach. Na zachowanych fotografiach widać, że do poszukiwań zaginionych używał także psów. Z początku ważnym problemem była kwestia należytego zabezpieczenia finansowego Pogotowia. Zaruski rozwiązał go tworząc w roku 1913 tzw. fundusz żelazny Pogotowia, częściowo ze składek społecznych, pieniądze otrzymał także od komisji klimatycznej Zakopanego. Ratownicy nie pobierali pieniędzy za wyprawy – praca w Pogotowiu była honorowa. Wykorzystywał każdą okazję, by zasilić szczupłą kasę Pogotowia. Zaruski zajął się także zaopatrzeniem swych ludzi w jak najlepszy sprzęt ratowniczy: ubrania nieprzemakalne (peleryny z batystu Bilrotha lub Mossetiga), czekany (kupowane w sklepie Mizzi Langer w Wiedniu), haki, latarki, kuchenki spirytusowe, a na miejscu sporządzono apteczki podręczne, siatki do przenoszenia rannych, „bambusy”, woreczki na prowiant i inny drobniejszy ekwipunek. Staraniem Stanisława Barabasza wykonano drewniane szafki dla ratowników, w których mogli przechowywać swój sprzęt. Po zatwierdzeniu TOPR przez władze Galicji dokonano wyboru władz: przewodniczącym Pogotowia został dr Kazimierz Dłuski, jego zastępcą Stanisław Barabasz, Naczelnikiem Straży Mariusz Zaruski, zastępcą Klimek Bachleda, a lekarzem Pogotowia był dr Wacław Kraszewski.(…) Akcja ratownicza trwała nieraz kilka dni, z dnia na dzień aż do odnalezienia turysty np. akcja poszukiwawcza po Aldonę Szystowską trwała ponad miesiąc. (…)Ratowników doszkalano na organizowanych co roku kursach, gdzie uczono ich posługiwania się nowym sprzętem, a dr Kraszewski uczył podstaw pomocy rannemu w terenie. Dlatego Zaruski, opuszczając Zakopane w 1914 r. mógł być spokojny – TOPR było organizacją wypróbowaną, miało za sobą ok. 20 akcji ratowniczych…”.
(Wojciech Szatkowski, Muzeum Tatrzańskie im. Dra Tytusa Chałubińskiego, Zakopane)
www.muzeumtatrzanskie.pl

***) Mariusz Zaruski, „Wśród wichrów i fal”

Możliwość komentowania jest wyłączona.