W Paryżu

Posted on 16 czerwca 2013 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Porządkowanie pojęć

Od czasu, jak poganie nie widzą już na czole Europy znaku krzyża, buntują się przeciw niej (Paul Claudel, Dziennik, 1950 r.)

Zawsze zastanawiało mnie, jak to możliwe, że ludzie zajadający swoje obiadki, czy południowe przekąski zwane lunchem, siedzący przy stolikach ustawionych wprost na ulicy, wśród samochodów, spalin, śmieci i wszelkiego ulicznego brudu, mogą mieć takie poczucie szczęścia, o czym świadczą zadowolone miny.

Artur Navez - w kawiarni

Artur Navez – w kawiarni

Ta zagadka dręczyła mnie także w ciągu kilku majowych dni, spędzonych na spacerowaniu ulicami Paryża. Wyjść z domu i zjeść obiad u obcych ludzi. Zapalić papierosa. Rozejrzeć się po twarzach wokół. Być jednym z tysięcy anonimowych przybyszów, którym kelner w długim fartuchu przynosi na tacy pożywienie, kieliszek wina, czarną kawę. Zamienić z nim kilka zdawkowych słów. Usłyszeć wysilony dowcip, których częstuje dziesiątki innych klientów. Zapłacić stanowczo zbyt dużo w stosunku do jakości posiłku. Przyjemne odprężenie?

Paryżanie żyją na ulicy i z ulicy. Tu szukają szczęścia. Na ulicy, po której  przesuwają się setki tysięcy osób pragnących zanurzyć się właśnie w taką atmosferę, wtopić się w scenerię przyćmionych lamp, okrągłych stolików i wyplatanych krzesełek pod uroczymi parasolami. Te wszystkie „Złote Butelki”, „Stare Pianina”, „Aksamitne Otomany”, „Szmaragdowe Papugi”, „Purpurowe Wachlarze”, „Komody Babuni”, „Skrzypiące Schodki” i setki innych zetlałych rekwizytów wplecionych w szyldy kafejek, restauracji i bistro… Czarują tym, co kiedyś znależć można było w domach rodzinnych. Dziś domy zostały jakby pocięte na kawałki i rozrzucone po ulicach Paryża. Kawiarnie, niczym makiety w studio filmowym, udają wychuchane domowe kąty.Wabią stylowymi dekoracjami, obfitymi kwiatami zwisającymi na chodnik z parapetów. Ma pachnieć i szeleścić jak w tajemniczym ogrodzie. Francuzi to artyści, mistrzowie nastrojów. Szlachetny estetyczny snobizm to ich specjalność. Dekoratorzy wnętrz próbują odtworzyć epokę, w której istniały jeszcze prawdziwe domy. Wnętrza pełne drobiazgów, starych fotografii, mruczenia kotów; nie trzeba było szukać ich namiastki na ulicznym targowisku. Przytulne, wygodne, ciepłe i czyste. Ktoś czekał tu zawsze z obiadem, na środku jadalni stał stół nakryty obrusem i w żadnym kącie nie straszył ołtarz z telewizorem. Domownicy mieli dla siebie czas. Przy stole gromadziła się rodzina. Obiad podawała żona i matka – której serdeczne spojrzenie nie pomijało nikogo – a nie dziwny stwór przyobleczony w „gustowną nagość”, by przypominać łudząco inne, nieobecne duchem, ale zaopatrzone w nieodłączną komórkę (by być zawsze dostępną dla przyjaciółek i pracodawcy) i z trudem odrywające się od ekranu laptopa, istoty. Żona? Matka?

Ludzie z kawiarni Paryża przypominają duże dzieci, które utraciły dom. Pachną samotnością.

Tęsknią za nim i są gotowe płacić – kartą czy gotowką – za złudzenie odzyskania go. Choćby na chwilę.

Olga Boznańska - Plac de Ternes w Paryżu

Olga Boznańska – Plac de Ternes w Paryżu

Po ulicach Paryża suną demonstracje. Potoki ludzi oburzonych. Francuzi mają dosyć tak haniebnie antyrodzinnych ustaw. Przeraża ich perspektywa formalnego zrównywania małżeństw z ich parodią, rodem z Inferna. Ale na czele demonstracji idzie aktorka kabaretowa, która tańczyła po stołach w klubach dla takich panów. Dowcipna i cięta w języku, uznawana za symbol oporu – uosobienie francuskiego wdzięku, rewolucyjnej  przekory i konserwatyzmu obyczajowego – jak powszechnie się twierdzi – zarazem. Parodiuje Brigitte Bardot. Sama uważa się za republikańską gaullistkę przywiązaną do chrześcijańskich korzeni swojej ojczyzny. A więc można łączyć wszystko ze wszystkim? Nie przeraża obecność grzechu sodomii, wypisanej na sztandarach Europy, uznanej przez państwo za normę, kategorię zdrowia oraz kultury? Niepokoją tylko opłakane konsekwencje społeczne, zagrożony „ład” cywilizacyjny? Deptane są prawa rodziny, denerwują się konserwatyści francuscy, ale kto myśli o znieważaniu praw Boga? O karach, jakie za to grożą? O jakim przyszłym ładzie może być mowa? Na czym go oprzeć? Na demokracji? Moralność i prawo bez Boga? Kto ma być naprawdę gwarantem „ładu”? Państwo, które wyparło się Chrystusa? Które uważa Krzyż zaledwie za jeden z symboli religijnych i to zarazem taki, który może być publicznie beszczeszczony? Co ma być podstawą cywilizacji? Pluralizm? Kompromis? Mniejsze zło? Niech i rodzina, i katolicy, i nienarodzone dziecko mają swoje bezpieczne getto. Tam, jak w skansenie, będą mogli realizować swoje „prawa”. Pośród wszystkich możliwych dewiacji, wynaturzeń i zbrodni przeciw Bogu, jakie będą z konieczności towarzyszyły ich skansenowej egzystencji. Niech katolicka liturgia wtopi się w mozaikę pogańskich kultów. Każdemu po równo. Niech nie będzie więcej dyskryminacji rodziny, białych Francuzów i tradycyjnych norm.Wszyscy niech wezmą się za ręce. Niech nikt nie będzie prześladowany. Pozwólmy na różnorodność… Przecież jest wolność! Tylko, proszę, żadnej modlitwy, żadnego Różańca. Nie przypominajmy czasem Pani z Lourdes, dwukrotnie w ostatnim czasie zalewanego powodzią, niczym Jej niepowstrzymanymi łzami. Nie wymawiajmy imion tych nieszczęsnych dziewcząt, Bernardetty i Joanny D`Arc. Nie sugerujmy przypadkiem, że prosimy pokornie, na kolanach – bo tak wypada przed Bogiem – Kogoś kto jest ponad tym wszystkim. Kto nie pozwala żartować ze swoich praw. Że prowadzi nas Krzyż…

My  (czyli: wszyscy, nieprzeliczony tłum) mamy jednego pana, zdają się mówić prowadzący demonstrantów, na ogół nie zdających sobie sprawy z tego, pana wywalczonego na barykadach rewolucji. Dla niego obaliliśmy Bastylię (w której siedziało paru złodziei i kilka prostytutek), zabiliśmy króla…Nie mieliśmy litości dla królowej i dzieci. Mamy Republikę. To jest nasz dobry pan. On nas wysłucha…

W Paryżu można wejść do katedry Notre – Dame, gdy kupi się bilet. Zwykle u człowieka z okolic Półwyspu Arabskiego lub Polinezji. Ciemnoskórzy świeccy dżentelmeni

Edouard Monet - Katedra w Rouen

Edouard Monet – Katedra w Rouen

zawsze wpuszczą do świątyni, strój, czy posilanie się bagietką z serem nie jest przeszkodą. Są zdawkowo uprzejmi, jak bileterzy. Mogą też przy okazji zaprosić na koncert, który tu, w katedrze odbędzie się jutro. Górna półka wykonawców! W programie Vivaldi, Mozart. To samo w Sainte – Chapelle, miniaturze średniowiecznej katedry z XIII wieku, z oszałamiającymi witrażami na dwóch kondygnacjach. Wybudował ją Ludwik IX, król Francji (panujący w latach 1226-1270), przyszły Święty Ludwik – tylko dlatego, żeby móc upaść na twarz przed relikwiami Krzyża Świętego i Koroną Cierniową Chrystusa, sprowadzonymi z Ziemi Świętej, i błagać o łaski. Relikwie wykupił za cenę trzykrotnie przewyższającą koszt wzniesienia Sainte – Chapelle, arcydzieła gotyku. W czasie Rewolucji zdołano je ukryć, nie podzieliły losu innych relikwi i świętych przedmiotów kultu z innych francuskich katedr – zbeszczeszczonych, ogołoconych, okaleczonych, sprofanowanych. Podobnie jak Sainte – Chapelle, to gigantyczne puzderko, kunsztowna oprawa dla najcenniejszych relikwii świata chrześcijańskiego. Jakby opanowała je horda dzikich. Sam złoty relikwiarz, w którym złożona była Korona Cierniowa i fragment Krzyża Świętego został wówczas stopiony. Miało nie być śladu po pokornym kulcie władcy Francji. Królować miała pycha. Ocalone w sposób cudowny relikwie przechowywane są dziś w skarbcu katedry Notre – Dame; w pierwsze piątki miesiąca można je adorować. Dziś Sainte – Chapelle ukryta jest za murami Pałacu Sprawiedliwości i jego przyległości; na frontonie pałacu widnieje (złotymi literami) dumne: Liberté, Egalité, Fraternité.

Żeby znaleźć zastawioną banalnymi szarymi XIX – wiecznymi murami Sainte – Chapelle, trzeba wejść do niechlujnego biura, gdzie czarni panowie sprzedają bilety, a potem na smętnie zabudowane podwórko. Sainte – Chapelle, miniatura katedry, wielkości sporego kościoła, przypominająca, Kogo czcił władca Francji sprzed ośmiu wieków, Komu powierzał swoje państwo i swoją duszę, i Czyich praw bronił, bez obawy utraty życia, została naprawdę dobrze ukryta przed wzrokiem przechodniów.

…O tym – że dumać na paryskim bruku,

Przynosząc z miasta uszy pełne stuku,

Przekleństw i kłamstwa…,

to Adam Mickiewicz w Epilogu Pana Tadeusza. Emigrant we Francji, w połowie zeszłego wieku.

Przywoływanie kraju rodzinnego tu, wśród popielatych i żółtoszarych murów z plamami różnokolorowych markiz tysięcy kawiarń, ze stolikami wychodzacymi wprost nad senną Sekwanę, codziennymi gazetami zastępującymi strawę dla ducha, to przywoływanie rzeczywistości  Ojczyzny – Domu. Już w czasach Mickiewicza dla wielu Paryżan rzeczywistości egzotycznej. Bo jakże zrozumieć istnienie dalekiego pólnocnego kraju

Gdzie do pana przywiązańszy sługa,

Niż w innych krajach małżonka do męża,

Gdzie żołnierz dłużej żałuje oręża,

Niż tu syn ojca – po psie płaczą szczerze

I dłużej niż tu lud po bohaterze

 

Edouard Manet - Bistro w Folies - Bergere

Edouard Manet – Bistro w Folies – Bergere

(Tu, czyli w Paryżu. Bohaterem tym był dla Francuzów w czasach Mickiewicza Napoleon Bonaparte).

W mieście nad Sekwaną, gdzie anonimowy tłum codziennie obsiada stoliki wprost na ulicach, Poeta tyle razy widział pod powiekami inny stół. Stół w polskim dworze. I tyle razy powraca ten obraz w „Panu Tadeuszu”, jako centralny motyw Poematu. Rytuał wspólnego zasiadania rodziny i przyjaciół przy stole. Stół solidny, mocny i wykwintny zarazem, wokół niego toczy się bogate w wydarzenia życie towarzyskie i polityczne gospodarzy i ich gości, przyjmowanych z całą paradą staropolskiej gościnności, hojnie, serdecznie. Nie żałując czasu na rozmowy, wylewne, szczere, pełne śmiechu i łez.

Oto życie domu polskiego. Nikt nie jest anonimowy. Nikogo nie traktuje się zdawkowo. Rodzina angażuje się w całości w podejmowanie gości. Modlitwa rozpoczyna wspólną biesiadę. Potrawy, dymiące półmiski, przemyślany sposób komponowania dań podkreślają, że uczta przy stole w domu polskim to symbol trwania wspólnoty. To symbol duchowej siły. Wspólnoty nie tylko rodziny, ale i państwa i narodu, która nie jest oparta o żadne interesy, ani żadne wymyślne prawa, tylko jest z Bożego nadania. Jest wykwitem wysiłku serca i umysłu – każdego z Domowników. Każdego z Polaków. Wysiłku podjętego z uwagi na tę drugą osobę, na bliźniego. Wysiłku ludzi wznoszących dusze ku prawdziwemu Panu. Ludzi potrafiących kochać. Panów i sługi, których jednoczy wiara i miłość. Dlatego mają dla siebie czas, nie uciekają od siebie, nie rozbiegają po kątach, nie szukają samotności, ale krzepią się najbardziej polskim z obyczajów, jakim jest długa i ciepła, nie kończąca się rozmowa przy stole.

W państwie, gdzie dominują takie rodziny, gdzie przetrwały takie domy, gdzie ocalały jeszcze takie stoły, uchowały się takie obyczaje, nie będzie potrzeby manifestowania czegokolwiek na ulicy. Wśród krzyków, rozdzierających żalów, „bycia przeciw” i „bycia za”, żądań i wznoszonych pięści, oraz tysięcy niewymyślnych rekwizytów w kolorze różowym (jak podczas ostatniej demonstracji w Paryżu, i dodatkowo w czapkach frygijskich na głowach), by rodzina i nierodzina nie zostały przypadkiem pomylone. O ile one przetrwają, nierodziny przejdą szybko do historii jako tragikomiczna próba zapanowania ciemności w południe. Czysta groteska. Choroba, którą próbowano nas, zdrowych na ciele i umyśle, bezskutecznie zarazić.

Jeśli w domu nie będzie matek, żon, stołu, wspólnych obiadów, serdecznych rozmów i gości wchodzących przez szeroko otwarte drzwi, nie poradzimy sobie ze skowytem barbarzyńcy próbującego siekierą rozwalić bezpieczne ściany naszych domów.

Podmieniając: dom na kawiarnię, królestwo matki na królestwo boginki („kobiety publicznej”, intelektualistki, pracoholiczki, czy kobiety z barykad), świętość rodziny na blichtr wielkiego miasta, barbarzyńca wykonał pierwszy krok.

 

I. Repin - Kawiarnia Paryska 1875

I. Repin – Kawiarnia Paryska 1875

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.