Uszczęśliwić człowieka, uszczęśliwić ludzkość!

Posted on 15 października 2015 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Ona zmiażdży głowę węża
– za  naprawdę „maleńką” cenę. Tylko jednego grzechu. Jedniutkiego. Jeden – to przecież prawie tyle, co nic.

Takie namowy płyną w dniach Synodu o Rodzinie z Wiecznego Miasta. Takie perspektywy są roztaczane.

Rozwód i ponowny związek – to już nie problem. Kolejne małżeństwo ma przestać być tą sztuczną i zupełnie anachroniczną barierą, która oddziela ludzi od Komunii św. Trzeba iść z postępem. Człowiek nie stoi w miejscu. Ma więcej pragnień – i coraz więcej praw. Wszystko w imię miłosierdzia. Grzesznik jest taki biedny… (gdyby jeszcze każdy grzesznik zechciał być ubogi, watykańscy rewolucjoniści byliby w siódmym niebie). Tylko kto pozwolił ludziom być miłosiernym, gdy sam Bóg daje przestrogę w przykazaniach i mówi, że grzech to śmierć? Śmierć duszy.

A zatem, czy naprawdę uszczęśliwią? Chwyt zawsze ten sam. To wszystko dla waszego dobra! Żebyście nie byli więcej smutni. Uśmiech jest taki kuszący, słowa („Kimże ja jestem, żeby osądzać..”, „Idźcie i grzeszcie sobie dalej”) perlą się na wargach, ręka wyciąga się solidarnie i po bratersku. W niej – z daleka: pachnący kwiat, a kiedy się dotknie, to coś cuchnie ohydnie i rozpada się.

Edward Okuń - My i wojna

Edward Okuń – My i wojna

Prof. Feliks Koneczny, historyk i filozof dziejów, określając cechy cywilizacji chrześcijańskiej wymienia zniesienie niewolnictwa, odstąpienie od zemsty i małżeństwo monogamiczne. Jedno na całe życie.

Cywilizacja, jaką chcą stworzyć „miłosierni” i „pochyleni z troską nad rodziną” uczestnicy Synodu, likwidując zakaz pochodzący od Boga: „Nie cudzołóż”, nie będzie miała nic wspólnego z cywilizacją chrześcijańską.

Naszą cywilizację ukształtowała świadomość obecności Bożego Majestatu, Boga, który wszystko widzi, od którego wszystko pochodzi i do którego wszystko zmierza.

To, co zamierzają zafundować społeczności wierzących reformatorzy prawa moralnego w imię „miłosierdzia” i „lepszego zrozumienia problemów rodziny” będzie jedną wielką szyderczą maskaradą, zabawą w chowanego przed Bogiem.

Będzie zwycięstwem buntu wobec Boga, zwycięstwem rewolucji. Będzie otwarciem z hukiem drzwi dla barbarzyństwa. Wypełni postulaty rewolucji protestanckiej, francuskiej i bolszewickiej. Każda z nich podważała jednorazowość sakramentalnego aktu małżeńskiego. Każda mówiła o „uszczęśliwieniu” ludzkości za cenę grzechu.

Każda w najgorszych słowach piętnowała Kościół katolicki za jego stanowczość i nieprzejednanie w chronieniu instytucji małżeństwa i zarzucała Kościołowi – ustami swych „filozofów”, czyli oficerów politycznych – że jest nierealistyczny, występuje „przeciw naturze” i „nie rozumie człowieka”.

Dziś, podczas Synodu, do grona uszczęśliwiaczy ludzkości dołączył kard. Kasper i przyjaciele. I nie tylko on.

Gdy czyni się z małżeństwa domową prostytucję

W książce Geniusz chrześcijaństwa , którą napisano zaledwie kilka lat po okropnościach rewolucji francuskiej, jej autor, Francois Réne de Chateaubriand odniósł się do jednego z głównych haseł rewolucji: rozwodu.

Pokazał społeczeństwu francuskiego, odurzonemu jeszcze wonią krwi i spalenizny, po gwałtach i zbrodniach rewolucji, czym w istocie jest ten postulat – dziś na ustach części hierarchów obradujących w Watykanie – mamiący człowieka wolnością i wpychający zarazem w otchłań cierpienia (gdyby tylko poprzestać na aspekcie naturalnym wielożeństwa). Do tego cierpienia ludzie praktykujący wielożeństwo z reguły się nie przyznają. Noszą na twarzy maski szczęśliwców i „spełnionych” w kolejnych „związkach”. Ale to sam Stwórca zna najlepiej naturę człowieka – Ten, który ją stworzył – i dając zakazy, których przekraczać nie wolno, chroni przed nieszczęściem, w jakie wpędzają go namiętności.

Jan van Eyck - Portret małżonków Arnolfini (fragm.)

Jan van Eyck – Portret małżonków Arnolfini (fragm.)

„…[chrześcijaństwo] pojęło jako pierwsze, że mężczyzna może mieć tylko jedną żonę i że musi jej pozostać wierny aż do śmierci. Rozwód jest nieznany w Kościele katolickim… Ponieważ jednak ludzie, ulegając namiętności, zbuntowali się przeciw temu prawu, ponieważ nie dostrzegają nieporządku, jaki rozwód wnosi w łono rodziny, zakłócając dziedziczenie, wynaturzając uczucia ojcowskie, deprawując serca, czyniąc z małżeństwa domową prostytucję – tych kilka słów, jakie mamy tu do powiedzenia, nie zostanie zapewne wysłuchanych.*)

(…) zauważmy, iż jeśli podzielamy mniemanie, że rozwód czyni małżonków szczęśliwszymi (a to jest ważny argument), popełniamy niesłychany błąd. Ten, kto nie uszczęśliwił pierwszej żony, kto nie przywiązał się do swej małżonki więzami dziewiczej przepaski albo pierwszego macierzyństwa, kto nie zdołał poskromić swych namiętności, dźwigając brzemię rodziny, kto nie potrafił zamknąć swojego serca w łożnicy małżeńskiej – ten nie uszczęśliwi drugiej żony, próżno na to liczyć. On sam niczego nie zyska na tej zamianie: to, co bierze za różnice usposobienia między nim a jego towarzyszką, jest niczym innym, jak tylko niepokojem jego pragnienia i skłonnością wynikającą z jego niestałości. Przyzwyczajenie i czas są bardziej nieodzowne do szczęścia, a nawet dla miłości, aniżeli myślimy. Można znaleźć szczęście w przedmiocie swojego przywiązania tylko wówczas, gdy przeżyło się z nim wiele dni, zwłaszcza zaś wiele złych dni. Trzeba znać siebie nawzajem aż do dna duszy; tajemniczą zasłonę, którą w pierwotnym Kościele nakrywano nowożeńców, muszą oni sami uchylić, podczas gdy w oczach świata powinna pozostać nieprzenikniona.

Cóż to, mam się lękać, że z powodu byle kaprysu mogę utracić żonę i dzieci, mam się wyrzec nadziei na spędzenie razem z nimi starości?”

Edward Okuń - Autotortret z żoną na tle Anticoli-Corrado

Edward Okuń – Autotortret z żoną na tle Anticoli-Corrado

Nie ma co udawać, taka jest w istocie treść faryzejskich propozycji, które płyną dziś z tego miejsca, jakie Chrystus ustanowił centrum chrześcijańskiego świata. I jakiekolwiek by się tam nie pojawiały zaklęcia o miłosierdziu odmienianym przez wszystkie przypadki, o „dialogu” i „wsłuchiwaniu się w głos rodziny”, ta treść jest ponuro jednoznaczna. Wabiąc rzekomą litością i współczuciem dla człowieka, zatroskaniem o jego komfort moralny, chce wepchnąć ludzi wierzących jak jakieś stado, prosto do piekła. I uczynić ich nieszczęśliwymi już tu, na ziemi.

„Niech mi nie mówią też”, ciągnie F. R. de Chateaubriand, prawdziwy katolicki realista, któremu żadna ideologia oświecenia nie odebrała rozumu, „że ów strach zmusi mnie do stania się lepszym małżonkiem: otóż nie, gdyż przywiązujemy się tylko do dobra, którego jesteśmy pewni, nie kochamy zaś wcale własności, którą łatwo możemy utracić”.

Kto ze złotoustych „obrońców człowieka” i jego „prawa do szczęścia” zagwarantuje, że „szczęście prawdziwe” da drugi „związek”, a nie trzeci, czwarty, czy dziesiąty? Kto z apologetów „miłosierdzia” będzie miał odwagę powiedzieć, że Bóg się pomylił? Nie przewidział, ustanawiając szóste przykazanie, co się stanie z człowiekiem w XXI wieku? I oto teraz zadaniem Kościoła jest „poprawić” Boga, żeby myślał o człowieku bardziej nowocześnie?

Chateaubriand już dwieście lat temu wykazał, jak wielki błąd popełniają ci, którzy sądzą, że religia została wymyślona po to, aby wesprzeć moralność – jak sądzą dziś właśnie reformatorzy na rzymskim Synodzie. A więc można rzekomo zasady i prawa dostosować do zmieniających się spolecznych standardów przestrzegania moralności. „…nie spostrzegli się”, mówi francuski pisarz, „że brali wynik za przyczynę. To nie religia wypływa z moralności, lecz moralność rodzi się z religii , ponieważ jest rzeczą pewną, że moralność nie może mieć początku w człowieku fizycznym albo w zwykłej materii; podobnie pewnym jest, iż kiedy ludzie tracą pojęcie Boga, pogrążają się we wszelkich zbrodniach, na przekór prawom i katom”.

Autoportret Piotra Pawła Rubensa i Izabelli Brand, jego przyszłej żony

Autoportret Piotra Pawła Rubensa i Izabelli Brand, jego przyszłej żony

Autor cytowanej książki nie należał do ludzi, którzy widzieli wszystko oddzielnie. Nigdy też nie moralizował. Dostrzegał bezpośrednią zależność między wiarą a sposobem życia. Wiedział, że człowiek, który wybiera świadomie grzech ucieka przed Bogiem. Staje się hipokrytą. Próbuje swój upadek wywyższyć, okryć purpurą, ukazać jako moralne zwycięstwo. Panowie – mówił Chateaubriand w pewnym wysoce intelektualnym towarzystwie – proszę położyć rękę na sercu. Wyznajcie szczerze: czy mielibyście odwagę nie wierzyć, gdybyście mieli odwagę czysto żyć?

Właśnie dlatego, że Kościół kocha człowieka i troszczy się o jego dobro, jednoznacznie piętnuje i potępia grzech. Czyni to świadom, jak żadna ziemska instytucja, czym jest prawdziwe szczęście człowieka. I jaką potworną krzywdą wyrządza się mu ukrywając, albo zniekształcając prawdę o istocie grzechu. Nie zagłuszą tego żadne sentymentalne androny wypowiadane z wielkim namaszczeniem w dniach Synodu –  i wcześniej – że to rzekomo z głębi samej istoty rodziny płyną impulsy, by unieważnić prawo moralne. Dla jej dobra, jakże by inaczej.

„Nie obdarowujmy małżeństwa skrzydłami miłości; nie czyńmy ze świętej rzeczywistości kapryśnego widma”, przestrzega Chateaubriand. „Jeszcze jedna rzecz zniszczy szczęście takich przelotnych związków: będą was prześladować wyrzuty sumienia, będziecie nieustannie porównywać jedną żonę z drugą, to, co utraciliście, z tym, co zyskaliście, i nie łudźcie się, szala przechyli się na korzyść rzeczy minionych:

tak bowiem Bóg ukształtował serce człowiecze

Owo zastąpienie jednego uczucia drugim zatruje wszystkie wasze radości. Pieszcząc nowe dziecko, będziecie myśleć o tym, które porzuciliście. Kiedy przyciśniecie do serca żonę, serce wam powie, że nie jest ona pierwsza.

Wszystko w człowieku dąży do jedności: nie jest szczęśliwy, jeśli ulega rozdzieleniu; i podobnie jak Bóg, który stworzył go na swoje podobieństwo, dusza człowiecza nieustannie dąży do tego, by skupić w jednym punkcie przeszłość, teraźniejszość i przyszłość… (…) chrześcijańscy małżonkowie żyją, odradzają się i umierają razem; razem wychowują owoce swego związku; razem obracają się w proch i razem spotykają się poza granicami grobu”.

Trzeba wspierać polskich biskupów na Synodzie. Oni wiedzą – jako wychowani w Polsce, kraju cierpienia, którym okupiona była nasza walka o prawdę o Bogu przez wszystkie wieki naszej państwowości, przepojeni duchowością Maryjną, jak wszyscy Polacy – za jaką cenę zostaliśmy nabyci przez Chrystusa. I nikt nie ma prawa naszego związku z Nim rozrywać.

Oczy Matki Boga widzą to niebezpieczeństwo. I można być pewnym, że Ona nie pozwoli, by to co Bóg związał – nas ze Sobą i małżonków ze sobą nawzajem – zostało rozerwane w Jego Kościele.

John Everret-Millais - Święta Rodzina

John Everret-Millais – Święta Rodzina

Ona jest Osobą niezwykle przenikliwą. Skoro zawsze – jeszcze żyjąc na ziemi – widziała „tak gigantyczną różnicę między sobą a innymi, to co dopiero Jej Syn! Domyśla się, że Syn Boga stworzy jeszcze większe napięcie między sobą a resztą społeczeństwa. Że inni nie wytrzymają tego napięcia, nie wytrzymają tej Jego dobroci. Eksplodują agresją i ostatecznie Go zabiją. I to szczególnie ci, którzy sami uważają się za dobrych…” (o. Augustyn Pelanowski, paulin). Dziś to straszliwe napięcie, które wytworzyło się dwa tysiące lat temu na ziemi izraelskiej ogarnęło sam Kościół.

„Dlaczego Go zabiją? Bo On naprawdę jest dobry. To ich doprowadzi (i wciąż doprowadza) do furii…”

Maryja wiedziała, że ta śmierć będzie zwycięstwem. Dlatego ta, która kochała Jezus najbardziej, nie rozpaczała, nie bała się, gdy straszliwie cierpiał, był bity, poniżany, wyszydzony. Gdy umierał.

I dlatego polscy biskupi, z imieniem Maryi na ustach, powinni w tych dniach stanowczo wyrzec w Rzymie swoje non possumus. Tak, jak wyrzekł je z całym spokojem, bez drżenia, papież Klemens VII, w odpowiedzi na żądanie angielskiego monarchy Henryka VIII, wydania zgody na rozwód, bo król chciał po prostu być szczęśliwy.

Tak, jak odpowiedzieli polscy biskupi w 1953 roku, gdy komuniści żądali podporządkowania im Kościoła w Polsce.

A jako ludzie dobrze wykształceni wiedzą oni, że to zawsze poganin oskarża Kościół o nadmierną świętość. Tak wtedy – gdy umierał na krzyżu Chrystus – jak i dziś, gdy pragnie się śmierci Kościoła.

Kiedy wybrać chce się Barabasza

Nienawidzono świętości Jezusa za Jego życia. „Kto z was udowodni mi grzech (J 8,46)… To były słowa, które przebiły gładki formalizm uczonych w Piśmie i faryzeuszy, i obudziły dozgonną nienawiść. To było z pewnością coś, co w sposób nieunikniony doprowadziło do ostatecznego odrzucenia Go na sądzie Piłata i do wyboru w Jego miejsce Barabasza. >Nie tego! Nie ten przyklad nieskazitelnej doskonałości! Nie tę świętość, która odsłania wszystkie serca, lecz Barabasza, tego wygodnego grzesznika, tak podobnego do nas samych! Tego rabusia, w którego towarzystwie czujemy się odprężeni! Tego mordercę, którego życie, w każdym razie, nie stanowi pełnego wyrzutu kontrastu dla naszego życia!< Jezus Chrystus został uznany za zbyt świętego dla świata” (Robert. H. Benson).

Z Rzymu w tych dniach dobiegają wieści, że wśrod obradujących najgorsi są Polacy. To nic nowego, Polacy zawsze są najgorsi.

Świadomi świętości Założyciela Kościoła, w którą przyodziało się Jego człowieczeństwo, a zarazem w pełni świadomi odpowiedzialności przed Bogiem za wiarę powierzonych im ludzi, polscy biskupi z pewnością będą mieli tę odwagę, by w obliczu kłamstwa, spokojnie i pewnie wypełnić do końca swoją misję, obronić prawdę.


*) Chateaubriand mylił się, jego książka doczekała się w ciągu niewielu lat kilku wydań, była na ustach wszystkich, czytano ją głośno w domach i przyczyniła się w dużym stopniu do odrodzenia cywilizacji chrześcijańskiej w jego spustoszonej przez rewolucję – moralnie i materialnie – ojczyźnie. Wiele wskazuje na to, że lektura ta przyczyniła się do nawrócenia Napoleona – w ostatnim okresie jego życia. Cesarz Francuzów wysoko cenił Chateaubrianda, zabiegał o jego przyjaźń i czytał.

Cytaty za: F.R. Chateaubriand, Geniusz chrześcijaństwa,  Poznań 2003

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.