Tymi rękami?

Zmiana partii rządzącej: media, sąsiednie mocarstwa, organizacje międzynarodowe, te które lubią światła reflektorów i te, które ich nie znoszą –  szaleją z radości. Tylko te pięć milionów Polaków, które sobie zmiany nie życzyło, nie znajduje żadnych powodów do świętowania. Ale cóż to jest, pięć milionów Polaków…Tak było w 2007 roku w Polsce. Ale już ponad sto lat temu, przeczuwając dzisiejsze czasy i wydarzenia, Wojciech Dzieduszycki, filozof, historyk, poseł na galicyjski Sejm Krajowy oraz minister do spraw Galicji, ziemianin z Podola, pisał:

„Ludzie okuci w łańcuchy ekonomiczne będą niewolnikami rządu. (…) Tyrania będzie się stroić w imię wolność, a stanowiska rządu będą tak intratne, że zręczni awanturnicy będą ciągle jedni drugich strącać, wydając na pośmiewisko pojęcie rządu. Będzie źle i będzie haniebnie (…) Barbarzyństwo zalegnie ziemię, czyniąc państwo i mamonę jedynymi bogami ziemi”. 1.)

Jarosław Kaczyński, były szef rządu, który wówczas podawał się do dymisji, w jednym z wywiadów przywołał, jako ukrytą sprężynę tamtych wydarzeń, niebywały postęp – a wręcz przewrót naukowy – w dziedzinie awangardowych technik, którymi posługują się media, oddziaływujące na milionowe masy. Istotnie, z ich strony był to atak, jakiego dotąd w Polsce nie było. Trudno było, zdaniem premiera Kaczyńskiego, przetrwać rządowi PiS, skoro nic, co realne nie miało w tych wyborach znaczenia, bo „establishment był tak wystraszony, iż był gotów ogłosić, że w Polsce panuje ludożerstwo, aby tylko nie pozwolić nam rządzić”.

Współczesny odbiorca mediów, jak zauważa pan premier Kaczyński, żyje w dwóch rzeczywistościach: tej prawdziwej i tej medialnej. Po to, by ukazać rządy PiS jako katastrofę, kompromitację i zagrożenie „skonstruowano cały opis rzeczywistości, całą narrację mówiącą o jakiejś zupełnie innej rzeczywistości”. Mocne to stwierdzenia w ustach polityka, któremu nieustannie zarzucano, że nie docenia siły mediów. Jarosław Kaczyński przypuszczał wówczas, że całe przedwyborcze  przedsięwzięcie medialno – polityczne to część wielkiej operacji, ostatniej z trzech naprawdę dużych manipulacji, które miały w Polsce miejsce po wojnie. Przeprowadzonych po to, by odwrócić uwagę od prawdziwych sprawców ludzkich krzywd, a  gniew, pretensje i żądania rozliczeń skierować pod adresem oponentów.

Pierwsza z nich, to rok 1956. Wówczas to, „stalinowcy, i to tej najgorszej odmiany, przedstawili się jako liberalni komuniści, którzy wprowadzają zmiany, i udało im się utrzymać dużą część władzy”. Kolejna wielka manipulacja to Okrągły Stół, który „pozwolił ludziom wprowadzającym stan wojenny wyjść ze wszystkiego suchą nogą i nawet później zostali jeszcze uznani przez niektórych za ludzi honoru, a ich bliscy współpracownicy doszli do władzy”. Teraz zaś (czyli u schyłku 2007 r.)  – sukces grupy odpowiedzialnej za lata 90. „za to, że ta cena za przemiany była dużo wyższa niż musiała być, za to że się uwłaszczyła nomenklatura, że to wszystko było i niesprawiedliwe i nieefektywne”.  Skutecznie odwrócono uwagę od wymiernego zła epoki transformacji i zwalono całą winę za rzekomą porażkę Polski na tych „którzy jako pierwsi dla zwykłych ludzi coś zrobili”.

Diagnoza Jarosława Kaczyńskiego jest trafna. Najpierw padł pod ciosami oszczerców gabinet Jana Olszewskiego, w 2007 i 2008 roku oraz z latach następnych, w jeszcze bardziej spektakularny sposób  zbudowano w mediach obraz odrażającej, brudnej i złej, pokonanej ekipy  PiS.

KRLOWA~1Czy jednak ten opis jest wystarczającą odpowiedzią na pytanie, co się w Polsce wydarzyło w roku 2007? Nawet gdy dodamy do niego całą litanię błędów i potknięć ustępującej ekipy rządowej, tych, które były nie do uniknięcia w ówczesnej sytuacji, jaką wyznaczała ryzykowna koalicja.

W moim przekonaniu błąd główny nie polegał na zaniedbaniach politycznych, gospodarczych, technicznych, medialnych, personalnych, czy jakichkolwiek innych, ale na nieprawidłowym rozumieniu polityki jako takiej. Na przeświadczeniu, że skoro sprawuje się władzę polityczną, to w istocie panuje się nad sytuacją.

Jest to prawo historyczne: żadne cesarstwo nie chyli się do upadku i nie popada w ostateczną ruinę, jeśli rozkład nie zacznie się najpierw w jego wnęrzu, jeśli samo w tajemniczy sposób nie postanowiło popełnić samobójstwa, przypomina  Vittorio Messori zasadę dziejów potwierdzoną wiele razy w starożytnej i nowożytnej historii.

To, że jest się panującym w rezultacie wygrania wyborów – czy przejęcia władzy podstępem lub siłą – to smutna utopia, rodząca zarówno megalomanów i pyszałków, stopniowo tracących kontakt z rzeczywistością, jak również potworkowatych pretendentów do najwyższych stanowisk, zaopatrzonych w topory wojenne i rzucających krwawe spojrzenia, o jakich mówił przed stu laty hrabia Dzieduszycki. Tacy pretendenci i tacy rządzacy to produkt teorii krytycznej Nowej Lewicy. Przyjęcie teorii krytycznej jako metody zrodziło całą atmosferę totalnej negacji wokół rządów PiS, a potem prezydentury Lecha Kaczyńskiego.

Polityka jednak to nie tylko zręczne wykorzystywanie nadarzających się okoliczności, nie tylko sztuka i zarazem służba społeczna. Polityka stawia zajmującym się nią najwyższe wymagania moralne, jako tym, których zadaniem jest współpraca w dziele zbawiania ludzkości ze Stwórcą i ze Zbawicielem. Do tego szczytnego zadania potrzebna jest łaska. Łaska jest nagrodą za wierność. Państwa, których przywódcy zapominali o tym, ginęły, mimo ich szczerych intencji, całego ich geniuszu politycznego i nieprawdopodobnego często wysiłku, jakiego dokonywali – mówimy tu o ludziach szlachetnych, nie zaś oszustach politycznych – by uczynić dla swoich narodów coś wielkiego.  Działania prowadzące z zewnątrz mogą przyspieszyć rozpad wewnętrzny państwa, ale ich główną przyczyną jest kryzys utraty zaufania społeczeństwa, brak racji wewnętrznych, które zapewniają państwu spójność, energię i powodzenie (także i o tym wspomina V. Messori; por. “Wyrzuty sumienia katolików”). Dlatego kryzys i schyłek rządów PiS zaczął się w momencie gładkiego przełknięcia przez ekipę byłego premiera Jarosława Kaczyńskiego sprawy abp Stanisława Wielgusa, a przypieczętowało go umycie rąk w sprawie obrony życia.

„Władza polityczna”, nauczał Pius XII „(…)ustanowiona została (…) ażeby ułatwić człowiekowi osiągnięcie tu, w tym doczesnym życiu, fizycznej, intelektualnej i moralnej doskonałości, a w perspektywie pomóc mu w zdobyciu nadprzyrodzonego celu, będącego jego najwyższym przeznaczeniem” (orędzie radiowe, 1 .VI.1941 ).

Kto rzeczywiście ustanowił władzę polityczną, kto jej udziela i jaki jest ten nadprzyrodzony cel? – bez odkrycia tej prawdy i przyjęcia jej za swoją, polityk, nawet tak wyjątkowy, wyposażony w umysł tak przenikliwy jak Jarosław Kaczyński, a zarazem człowiek tak odważny jak on, nie ma szans, by ostać się wśród gromady wilków i zbudować coś naprawdę trwałego.

 Podporządkowanie Bogu

„O które rzeczy powinniśmy prosić Boga koniecznie i bezwzględnie?”, czytamy w jednym ze starych katechizmów. „O zbawienie duszy i o wszystko, co jest nam niezbędne, abyśmy mogli osiągnąć życie wieczne, np. o odpuszczenie grzechów, o cnoty, o łaskę poznania i wypełnienia przykazań Boskich i kościelnych, jak również obowiązków naszego stanu”, brzmi odpowiedź.  (Katechizm ks. Francois Pougeta, t.IV, Warszawa 1830r.).

Ten sam katechizm przestrzega, że modląc się o rzeczy doczesne możemy zbliżać się  lub  oddalać się od Boga. Rzeczy doczesne „to jest wszystko to, co nazywa się dobrami i przymiotami duszy lub ciała, natury lub fortuny”.

Dziś sytuacja katolików wobec wymagań Boga jest taka sama jak przed stu osiemdziesięciu, czy nawet osiemdziesięciu laty. Świat zdołał jednak zawładnąć umysłami  wierzących tak dalece, że często nie potrafią się modlić o nic, co wykracza poza horyzont życia tu i teraz.  Inaczej został wytyczony cel. Nie obejmuje on już często tego, co wieczne. Stąd m.in. tak typowe życzenia podczas świąt czy uroczystości rodzinnych: „Przede wszystkim zdrowia! Bo zdrowie jest najważniejsze…” Albo: “Żeby wreszcie było normalnie…”. Czy rzeczywiście? Zdrowie jest ważne, bardzo ważne. Ale ile osób dzięki chorobom zyskało realne spojrzenie na siebie i swoją przyszłość, pozbyło się złudzeń, zaczęło patrzeć na swoje życie, jako na krótki epizod, po którym rozpocznie się ten właściwy czas (gdy czasu już tak naprawdę nie będzie). Wieczna szczęśliwość, na którą trzeba zasłużyć, albo też – wieczne potępienie. Te kategorie wyparowują z myślenia wielu współczesnych. Myślenie realistyczne o własnym losie zastępują często infantylne wyobrażenia o Panu Bogu, który wybacza wszystko i zawsze i nie oczekuje wcale żalu, pokuty, ani zadośćuczynienia. Naiwne pocieszanie się w stylu „jakoś to będzie”, „nie czas, żeby myśleć o śmierci” etc. przyszło już w XV wieku wraz z herezją Lutra głoszącego, że „wszystko jest łaską” i zbawienie mamy zagwarantowane. Dziś zastąpiła je nieograniczona wiara w Boże miłosierdzie. A sprawiedliwość, drugi z głównych przymiotów Boga? Równie nieskończona i doskonała jak Jego miłość?

Cnota zaś nadziei chrześcijańskiej – nadziei na przyszłe zbawienie – została zastąpiona przez niecierpliwe oczekiwanie na zapanowanie na ziemi powszechnego szczęścia i pokoju, czyli „cywilizacji miłości”. I w związku z tym jest wciąż “nienormalnie”. Dlaczego? Bowiem tymi ważniejszymi sprawami, niż myślenie o rychłym końcu doczesnego życia, okazują się dziś najczęściej wcale nie obowiązki stanu, o jakich przypominały dawne katechizmy, tylko nadmiar wysiłku związanego z nieuporządkowanym pożądaniem rzeczy lub władzy – rozmaicie pojętej – a także chęć nowych doznań, wielu przeżyć, atrakcyjnych podróży czy wygodnego życia itd. Słowem osobiste ambicje, konsumpcja i rozrywki. Ale często także aktywność społeczna, którą tak łatwo usprawiedliwia się zaniedbania moralne wobec najbliższych. A przecież może to być jedynie poszukiwanie wypełnienia duchowej pustki lub niebezpieczne  złudzenie, że każda (dosłownie każda) społeczna czy polityczną działalność podjęta z dobrą wolą, z najlepszymi uczuciami musi zasługiwać na nagrodę w „wyższym wymiarze”. Że da się nią zastąpić służbę ludziom pełnioną ze względu na Boga. Na tym właśnie polegają obowiązki stanu. Jeśli się je pełni uczciwie i nie zważając na przeciwności towarzyszy im łaska stanu. Także politykom, przywódcom, działaczom politycznym – wszystkim powołanym do służby publicznej. Dziś o łasce stanu nikt już nie pamięta. Dlatego ludzie wierzący w Polsce tak często skarżą się, że jest wokół nich tak dużo bezinteresownej nienawiści, złości, nieżyczliwości lub zupełnej obojętności –  właśnie tam, gdzie powinna panować miłość – że pojęcie miłości pomiędzy chrześcijanami staje się coraz częściej pustym sloganem. Wymiar czysto ludzki nigdy nie przyniesie zaspokojenia tęsknoty za ideałem – jakim jest w tym wypadku wizja sprawiedliwego państwa i kierującego się ewangelicznymi wskazaniami społeczeństwa. Ideał jest czymś głęboko duchowym.

Gdy Wandalowie, Alanowie, Swewowie i Burgundowie przekraczali wraz ze swoimi taborami Ren, rozbijali w pył rzymskich obrońcow Moguncji i kierowali się, nie natrafiając na żaden

Artur Grottger - Rekonesans

Artur Grottger – Rekonesans

opór, ku sercu Imperium, było ono już właściwie od środka całkowitą ruiną. “W rzeczywistości”, pisze Messori, “od kilku już wieków barbarzyńcy byli nie na zewnątrz, lecz wewnątrz Cesarstwa, dochodząc do najwyższych szczebli władzy cesarskiej. Rzym nie został zgnieciony brutalną siłą, którą tylekroć potrafił zwycięsko odeprzeć, lecz poddał się w końcu sam, trawiony podejrzeniem, które dla wielu stało się pewnością, że wyczerpał swoje energie moralne… Wielu cives romani  było odtąd przekonanych, że młodość, siła, przyszłość są po innej stronie, mianowicie po stronie barbarzyńców”.

Wszystkie wymienione wyżej rodzaje aktywności publicznej mogą wypełnić bez reszty życie człowieka i stworzyć iluzję jakościowej wagi własnej egzystencji. Dla rzeczy najważniejszej, dla Boga i obowiązków związanych z naszą całkowitą zależnością od Niego – do jakich należą obowiązki stanu, powszechnie dziś nie rozumiane i zarzucane – w życiu tak szczelnie zaprojektowanym przez doczesność i jej uroki, nie pozostanie ani odrobina miejsca. W państwie, w którym większość ludzi przyjmie takie kryteria obowiązków wewnętrzy barbarzyńca będzie mógł ze spokojem mościć sobie wygodne miejsce.  Czyż  sukces następców ekipy PiS w 2007 roku nie był spowodowany właśnie pozostawieniem wolnego miejsca dla wewnętrznego barbarzyńcy?

A jednak dziś odzywa się, wyraźniej niż kiedykolwiek, tęsknota za innym państwem, innymi kryteriami, innymi relacjami miedzyludzkim, za innym celem. Człowieka nie da się oszukać nieustannym „dzianiem się”. Człowieka nigdy nie zaspokoi doczesność, nawet przyobleczona w najbardziej atrakcyjny kształt i ubrana w najszlachetniejsze idee (do jakich należy czysto utopijna wizja cywilizacji miłości oparta o przeświadczenie, że człowiek z natury swej jest dobry, a grzech pierworodny to tylko symbol, czy metafora).

Tradycyjna nauka Kościoła jest stała, niezmienna i jasna. Nie ma w niej sprzeczności. Wiara w Trójcę Świętą nie może być zlepkiem różnych rzeczy, które do siebie nawzajem nie pasują, podawanych często w emocjonalnym sosie. Współczesna myśl teologiczna –  i dość często praktyka duszpasterska – to studnia, do której wrzuca się najróżniejsze teorie i wyobrażenia o Bogu i Kościele (które Kościół przed ostatnim Soborem nazywał herezjami). Podstawowym obowiązkiem człowieka wierzącego nie przestaje być jednak walka z własnym grzechem. I tylko wtedy, gdy ten obowiązek będzie wypełniony można zasłużyć na wieczne zbawienie. Ono nie przysługuje nikomu „automatycznie”, tylko dlatego, że „kocha”. Gdy uznamy, że tak jest, będziemy głosić duchowe rozbrojenie. Popadniemy w konflikt z własną wiarą. Zapomnimy, że jesteśmy jako katolicy powołani do tego, by być Kościołem walczącym. Kościół w swojej tradycyjnej doktrynie, papieże w swym nieomylnym nauczaniu, nigdy nie akceptowali kompromisu z duchem tego świata. Nigdy nie wskazywali na nagrodę tu, na ziemi. Tajemnica świętej katolickiej wiary nie może być przedmiotem zmian i modyfikacji po to, by Kościołowi i wierzącym„lepiej się powodziło”, żeby było mniej problemów, wrogości czy sprzeciwu wobec niego. W imię iluzorycznego pokoju. Przeciwnie. Kościół ma pozostać znakiem sprzeciwu wobec świata, który ciągnie w zupełnie inną stronę.

„Com przyrzekł Bogu przy chrzcie raz, dotrzymać pragnę szczerze: Kościoła słuchać w każdy czas i w świętej wytrwać wierze”, głosiły słowa starej pieśni, która wraca dziś do łask w wielu świątyniach. Ta pieśń to zwięzły wykład wiary katolickiej. Tu nie ma dyskusji z prawdami wiary, nie ma dialogu ze światem.  Bo Prawda nie może być za każdym razem inna. Ona jest jedna, zawsze taka sama. „W Kościele tym jest z Ciałem, Krwią, Bóg pod osłoną chleba, Swym Ciałem karmi duszę mą, by żyła w Nim dla nieba. W to wierzyć zawsze mocno chce, bo tego Kościół uczy mnie. W nim żyć i umierać pragnę”.

Oto przykład miłości wobec Kościoła, a więc wobec Osoby Chrystusa. Oraz wiary – i nadziei, która nie zważa na nieustanne mizdrzenie się i kłamstwa świata. I nie jest z całą pewnością pokładana w doczesności. Jej gwarantem jest Bóg a drogą Chrystus.

Polityk – katolik w niekatolickim państwie

Państwo neutralne światopoglądowo  nie ułatwia zadania politykom wierzącym w sposób tradycyjny (a  kimś takim, w oczekiwaniach patriotycznie nastawionych Polaków, jest Jarosław Kaczyński), czyli uznającym, że istnieje nadprzyrodzony cel życia ludzkiego, najwyższe przeznaczenie człowieka, a w związku z tym ich zadaniem – jako uprawiających  dziedzinę polityczną – jest pomoc innym w osiągnięciu tego celu. Środkami zaś do tego prowadzącymi jest doskonałość fizyczna, moralna, intelektualna, jaką dobrze zorganizowana społeczność państwowa może pomóc ukształtować.

W dzisiejszych warunkach, gdy prawo państwowe (konkordat, konstytucja) nie chroni już katolickości zasad, jest to niezwykle trudne, wręcz wymaga ogromnego heroizmu. W państwie neutralnym światopoglądowo “wiele dziedzin stanowiących dawniej wspólny obszar działań zarówno Kościoła i Państwa, zostało oddanych przez Kościół władzy cywilnej”, przypomina prof. Romano Amerio (“Iota unum”). Marszałek senatu pouczający dziś polski Episkopat , by nie wtrącał się w sprawy, które nie należą do niego, może nie mieć racji, ale ma niestety za sobą literę prawa. Taki jest duch konkordatu. Mimo, że tradycje prawne Rzeczypospolitej są zgoła inne. Dziś mamy zadekretowany przez obie strony – państwo i Kościół – pluralizm. Postępy w dziedzinie pluralizmu są imponujące i widać je gołym okiem w całym świecie. Pomocą w ich osiąganiu jest “manipulowanie semantyką oraz wprowadzanie nadmiernej elastyczności do myślenia Kościoła”, konstatuje R. Amerio. Obiektywna wyższość celów Kościoła nie jest i nie może być w tych warunkach respektowana. Zasady katolickie nie przestają nimi być w państwie neutralnym światopogladowo. Powiększający się obszar błędów oraz grożby prześladowań, czy faktycznej dyskryminacji Kościoła nie powinien mieć na nie wpływu (inaczej przestałyby być zasadami). W praktyce jednak “w państwie, które głosi i praktykuje ich przeciwieństwo, nie są one zachowywane w prawie, obyczajach i normach życia społecznego” (R. Amerio).  Oto rzeczywistość, z którą mamy do czynienia: zasady katolickie muszą być zachowane przez samych ludzi wierzących, wbrew wszystkiemu, pomimo tak niesprzyjających uwarunkowań. Polityk katolicki, czyli człowiek z racji swojej roli społecznej przykuwający uwagę wielu osób, powinien być w tej dziedzinie wzorem i przykładem.

To wszystko sytuuje polityka, który chce być tym zasadom wierny w sytuacji szczególnej. Jest tak naprawdę sam.

Artur Grottger - Modlitwa rolnika

Artur Grottger – Modlitwa rolnika

 

Istnieje jednak dziedzina, w której może on wykazać, że mimo wszelkich obiektywnych przeszkód, jest on politykiem katolickim. Jego życie prywatne, jego obyczaje. Jego publiczne wystąpienia. Obecność w nich prawdziwego dalekowzrocznego celu jego strategii i wizji politycznej. A także obecność jego samego w pewnych miejscach, zaś nieobecność w innych. Laickość, kompromis, ustępstwa, pluralizm, dialog, a nawet “prawa człowieka’ – to wszystko są zasłony,  to perfumowany dym, którym posługuje się wróg wiary, by skłonić ludzi wierzących, także polityków – zwłaszcza tych, którzy otrzymali od Boga specjalne dary i można być pewnym, że dobrze odczytali swoje powołanie – by wyrzekli się  tego co najważniejsze: spojrzenie na swoją misję z perspektywy nadprzyrodzonego celu.

Religia katolicka nie zażywa dziś pomyślności w państwach – także niegdyś katolickich. Ale łaska stanu, jaka może towarzyszyć katolickiemu przywódcy politycznemu nie jest przecież związana w atmosferą polityczną ani z prawem świeckim. Ani z geopolityką. Ani z modą kulturową. Ani z tym, jak zachowują się media. Ani z tym, ilu taki polityk ma wrogów i jak doskonale wyszkoloną stanowią armię. Dlatego, jak mówił w swoim przemówieniu we wrześniu 1974 roku Paweł VI  “komuś, kto postrzega rzeczywistość powierzchownie, Kościół może wydawać się czymś niedzisiejszym, skazanym na to, że jego prawda zostanie niebawem wyparta przez łatwiejszą do przyjęcia, bardziej naukową i racjonalistyczną koncepcję świata bez dogmatów, bez hierarchii i bez krzyża, koncepcję promującą nieograniczone korzystanie z życia”. (Papież w tym przemówieniu nie uchylał się od wniosku, że Kościół  nie tyle jest “wstrząsany od zewnątrz, co rozszarpywany od wewnątrz”, że istnieje poważny kryzys Kościoła, który określił mianem jego “nieszczęść”, które “nękają i wyniszczają Kościół (…) co napełnia nasze serca wielką goryczą”).

“Nic bardziej żywotnego”, konstatuje Vittorio Messori, “nad Kościół z XIX wieku, atakowany z zewnątrz przez laicyzm, który chciał go wyrwać z korzeniami, ale mocny i trwały, ponieważ przekonany o swym słusznym prawie do istnienia, ożywiony pewnością, że Bóg jest z nim, a zatem portae Inferi nie zwyciężą go”.

Taka koncepcja, w której tradycyjne nauczanie Kościóła, niezmienne prawdy wiary nie mają światu nic do powiedzenia, nie czyni jednak świata lepszym. Nie czyni żadnego państwa bardziej sprawiedliwym i lepiej zarządzanym.  Nie czyni życia ludzkiego w żadnym państwie szczęśliwszym. Nie poprawia społecznych relacji. Nie przynosi niczego, oprócz nędzy i oszustwa w masce uśmiechu. Najwyższy czas na polityków katolickich. “Bo tylko w świecie wiary widzimy”, jak podsumował Romano Amerio, “jak zgubne jest to, co niewierzącemu zdaje się być drogą postępu i samodoskonalenia ludzkości”.

_________________________________________

1.) Joanna Sypuła-Gliwa: „Dwór, pejzaż okaleczony”, LTW, Łomianki, 2007

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.