„Tylko uważaj na aeroplany!”

„Tylko zmiłuj się, uważaj na aeroplany!”, usłyszała Kazimiera Iłłakowiczówna od jednej z arystokratycznych ciotek, gdy wyjeżdżała służyć jako sanitariuszka przy wojsku podczas I wojny światowej, a one ze łzami kreśliły jej krzyżyk na czole.

„Byłabym dużo dała za to, żeby wiedzieć jak to zrobić; czy chodzić z parasolką, czy jak?”, wspomina Iłłakowiczówna w tomie Ścieżka obok drogi.

Olga Boznańska - Portret Zofii z Goetzów Okocimskiej-Włodkowej

Olga Boznańska – Portret Zofii z Goetzów Okocimskiej-Włodkowej

 

Przepracowała w „czołówkach”, czyli służbie sanitarnej przy wojsku rosyjskim, pod dowództwem Józefa Wielowieyskiego trzy lata szczęśliwie bez kolizji z latającymi potworami. Ale prawdziwe aeroplany, czyli rzeczywiste niebezpieczeństwa – Iłłakowiczówna zawsze była skłonna nazywać je „przygodami” – zaczęły pojawiać się na jej osobistym niebie wtedy dopiero, gdy jako urzędniczka Ministerstwa Spraw Zagranicznych, gorąca zwolenniczka Marszałka Piłsudskiego – z którym bliższa, na poły familiarna znajomość łączyła ją od czasu studiów w Krakowie – zetknęła się z kampanią wrogości, podjazdów, intryg i wszelkiego rodzaju najwymyślniejszych oszczerstw, których nie szczędzili Marszałkowi przeciwnicy polityczni. Byli to przede wszystkim ludzie z obozu narodowego – działacze partyjni, ławy sejmowe, prasa – ale i wszelkie żywioły, łącznie z ulicą. Przewiną Józefa Piłsudskiego było to, że chciał Polski silnej, niezależnej od Rosji, układającej się jak najlepiej z mniejszościami narodowymi, zwłaszcza szukającej trwałego porozumienia z Ukraińcami. Kampania zniesławiania Naczelnika Państwa wszelkimi sposobami coś nam żywo przypomina. Obrazki jak z ostatnich lat, miesięcy i dni. 

Warto przytoczyć parę zapamiętanych przez Iłłakowiczówną obrazów z lat 1919-1926, które odtwarzane dziś – tuż przed zakończeniem prezydenckiej kampanii wyborczej – mogą nasunąć cenne wnioski. Okazuje się, że wszystko, co dziś wydaje się tak obezwładniające, ponure i ekstremalne, co denerwuje, męczy i wścieka, już kiedyś się zdarzyło. I trzeba było z tym sobie radzić. Umieć z tym żyć… Jak radziła sobie słynna „Iłła”, niższa urzędniczka w wydziale politycznym Ministerstwa Spraw Zagranicznych? 

„To daje życiu smak”, czyli Walcząca z oszczercami 

„Walczyłam tylko o jedno – oprócz o prawo do życia, walczyłam zawsze z oszczercami o reputację Marszałka, o cześć Naczelnika Państwa”, napisała Iłłakowiczówna kilka lat po śmierci Józefa Piłsudskiego. „Z niektórymi szefami, wielu kolegami i przyjaciółmi użerać się trzeba było po cichu, podziemnie, o plotki, o oszczerstwa, o niezrozumienie…. Od 1918 do 1926… (…) Umiałam tylko głośno i zacięcie zaprzeczać: >Nie, to nieprawda, bo go znam<. – >Nie, tego nie zrobił, bo go znam<. – >Nie, taki on nie jest, bo ja wiem lepiej. Ja go osobiście znam<. Nie było nigdy dla mnie nic druzgocącego w tym ciągłym osaczeniu przez wrogów Marszałka. To   o n i   byli godni pożałowania, że nie znali go, nie >wiedzieli<, że okłamani i okłamujący łazili pod cieniem nieprawdy, cali w plotkach, jak w obrzydliwych pasożytach. Trzeba było rezygnować z ciepłych, przytulnych ognisk domowych – przyjaciół, którzy na samą wzmiankę imienia Marszałka bluzgali obrzydliwymi żartami, lub zarzutami, wahającymi się pomiędzy bandytyzmem a zaprzedaniem Niemcom. Z domów tych   t r z e b a – ale nie   ż a l   – było odejść..

Zarzucali mi koledzy, że nie umiem rozróżniać partii sejmowych… Po cóż miałam rozróżniać, skoro ludzie wszelkich kierunków tak samo niepoczytalny i nieuczciwy mieli stosunek do Marszałka i nie można było z nimi wytrzymać, a tak samo w różnych partiach znajdowali się tacy – jakże jednak niewielu – którzy w niego wierzyli. Była to cała łamigłówka, i nie po mnie można było się spodziewać, że ją rozwiążę.(…) W codziennych zmaganiach o byt, samotna walka o cześć Marszałka była jedną z najsłabszych, zawsze ostrzeliwanych moich pozycji”. 

I tu – w książce, którą dedykowała swoim siostrzenicom, wkraczającym dopiero w dorosłość – Kazimiera Iłłakowiczówna dorzuca komentarz, który nie może nie brzmieć zaskakująco aktualnie dla kogoś, kto rozpoznaje w kręgach obecnej opozycji antypisowskiej także ludzi znajomych, którym po prostu jest dobrze, wygodnie i dostatnio, w tym, co przynosi taktyka polityczna aktualnie rządzących: 

Kazimiera Iłłakowiczówna - lata 20. XX w.

Kazimiera Iłłakowiczówna – lata 20. XX w.

„Czy wasze pokolenie będzie miało tak awanturnicze, pełne zewnętrznych przygód życie, jak je miało moje – nie mogę przewidzieć. Pokolenie starsze ode mnie, ludzi materialnie zaopatrzonych – było chore z przesytu, zatrute nudą i stały dobrobyt był dla niego raczej klęską, z której urastał tak zwany z niemiecka Weltschmertz, ból świata, pojęcie wam nieznane, dzięki gorszym warunkom materialnym, w jakich wzrastacie”. 

Iłłakowiczówna uważa, że nie ma tu żadnej niesprawiedliwości. Żyje bardzo skromnie, jest całkowicie skupiona na swoim codziennym zajęciu, które pojmowała jako służbę Polsce i na swojej poezji (w tym czasie dość dużo wydawała). Jest tak jak musiało być „w życiu kogoś, co w czasie wielkiej wojny stracił, co miał, i uczy się pracować zarobkowo w nowym, świeżo powstałym państwie, któremu brak najpotrzebniejszych rzeczy do życia i które prowadzi wojnę z Rosją. Życie to jest pozornie jeszcze bardziej przygniecione walką o cześć przywódcy ideowego. Ale to tylko pozór, bo nawet najlichsze w świecie życie staje się właśnie przez taką walkę – nieustanną, wielką przygodą. Walka ideowa, nawet tak mało bohaterska, jak moja, podnosi, nic zresztą nie znaczącą, jednostkę, do godności żołnierza. Przeżywa się klęski i zwycięstwa, upada się i powstaje, zawsze dzierżąc sztandar. To daje życiu smak, bo pozwala mieć później – wspomnienie, a nie suchy tylko rachunek strat i zysków. Bieda, moim zdaniem, winna być traktowana tak, jak i inne rzeczy w życiu, jako przygoda”. 

Nie znaczy to, że autorka tych słów nie widzi całego dramatu walki politycznej, jaka toczyła się w dwudziestoleciu międzywojennym. Była przecież bezpośrednim świadkiem jej najbardziej tragicznej odsłony. 

„Aż przyszło zamordowanie Prezydenta Narutowicza…”. (Iłłakowiczówna pisze o tym wydarzeniu w liście do Redaktora „Gazety Polskiej”; opublikowano go na tych łamach 16 grudnia 1932 roku). „Tak się złożyło, że na moich rękach stygł i że to ja zamknęłam mu oczy i twarz ułożyłam do wiecznego spokoju…”. Poetka wychodziła z galerii mając ręce we krwi prezydenta.

Strzały w Zachęcie, które padły tuż obok niej i malarza Rozena, z którym wspólnie modliła się za zabitego prezydenta przez dwie godziny – trzymając jego głowę na swoich kolanach, zanim go zabrano – to była ta ważna, może najważniejsza cezura w jej postrzeganiu sytuacji politycznej. Zamordowany prezydent był jeszcze niedawno jej szefem w MSZ-ie. Atmosfera w Polsce, która poprzedzała ten mord to jedna z najczarniejszych kart przedwojennej historii. Podgrzewając w prasie endeckiej do nieprzytomności lęki, fobie, poczucie zagrożenia, kreując obraz Gabriela Narutowicza jako „antyPolaka” – doprowadzono do tego, że „pewien malarz, człowiek bardzo nerwowy i gwałtowny, zastrzelił go na otwarciu wystawy w Zachęcie, biorąc na serio te artykuły w gazetach i wyobrażając sobie, że zabija wroga ojczyzny…”, pisała Iłłakowiczówna w liście – wspomnieniu .

„Byłam na procesie [Eligiusza Niewiadomskiego – EPP] jakby z poczucia jakiegoś obowiązku. Nieszczęśliwy zabójca, którego córka zresztą pracowała w biurze MSZ jako maszynistka – śliczna, cicha panienka – wydał mi się doprowadzonym do egzasperacji neurastenikiem. Myślę, że wyrok śmierci musiał powitać z ulgą. Jeden Bóg osądzić go może ze zrozumieniem jego chorej duszy. Czy mam Panu wyznać, że modlę się zabitego i za zabójcę jednym tchem, w jednym zdaniu bez przecinka?”

To po tym haniebnym wydarzeniu zmieniła się pozycja samego Józefa Piłsudskiego. Marszałek w obliczu narodowej tragedii wybrał odmienną linię postępowania, zaczął występować na arenie publicznej otwarcie przeciwko tym, którzy świadomie, półświadomie czy bezwiednie, dając się włączyć w tryby ideologii narodowej, niepolskiej i niechrześcijańskiej, zafascynowani włoskim faszyzmem, pchali Polskę w objęcia Rosji. Czy rozumieli jak zostali wykorzystani?

Iłłakowiczówna przyznaje, że w tym czasie gubiła się nieraz wśród gwałtownej kanonady oskarżeń z dwóch stron.

„Był to ponury okres mego życia, okres dotkliwych braków, krzywd w karierze z rozmysłem zadawanych i głęboko odczutych, ale najgorsze było zachwianie wewnętrznego świata. Gospodarz, pan domu Polski, był na uboczu, rozsypany na słowa pisane i mówione, rozwłóczony na plotki, które i mnie obsiadły, tj. i u mnie znajdowały posłuch”.

Józef Piłsudski i Gabriel Narutowicz, zdjęcie z 1922 roku zrobione na krótko przed zamachem

Józef Piłsudski i Gabriel Narutowicz, zdjęcie z 1922 roku zrobione na krótko przed zamachem

Dziś oskarżenia analogiczne do tych pod adresem Józefa Piłsudskiego dotykają Jarosława Kaczyńskiego, Andrzeja Dudę, a formułuje je także nierzadko środowisko oficjalnie sprzyjające. Coś nie tak z ich katolicyzmem, mówi się po kątach. Do aborcji stosunek niejednoznaczny… Takie pomówienia są na porządku dziennym. Ta taktyka wrogów potrafi zasiać podejrzenia metodami tak subtelnymi, że trudno je niekiedy w porę dostrzec. Wielu potencjalnych popierających znajduje się w rozdarciu. Nie wszystko rozumieją, pobrzmiewa im zasiany chyłkiem nieprzychylny żart, czy jakiś epitet wypowiedziany z charakterystycznym mrugnięciem. Pojawia się niepokój, by nie być wystrychniętym na dudka. Tu liczą się niuanse, niedopowiedzenia, pauzy, zawieszenia głosu. Media mają głos. Ten głos jest modulowany, to cichnie, to wybucha, to wabi, słodzi, to piętnuje z teatralną przesadą. Niektóre media to potrafią rozgrywać perfekcyjnie, wykorzystując nasze psychologiczne cechy. Przede wszystkim fakt, że jesteśmy podszyci głęboko skrywanym lękiem, by kolejny raz nie dać się oszukać. I już wtedy, w latach 20. ub. wieku – choć nie było wówczas masowo słuchanego radia, nie było telewizji, Internetu – Piłsudski doceniając rolę opinii publicznej i łatwość sterowania nią przez demagogów i siewców irracjonalnych lęków (przed Żydami, Ukraińcami), pisywał w codziennej prasie ostre teksty publicystyczne i komentarze; wyszedł też z propozycją serii wykładów dla Warszawiaków. 

Naiwna w świecie wielkiej polityki? 

Wspomnienie o Gabrielu Narutowiczu opisujące zamach, którego Poetka była świadkiem, warto dziś przeczytać na nowo. Jest to refleksja osoby o wyjątkowej duchowej kulturze, uformowanej religijnie, która stara się obiektywnie oceniać sytuację polityczną w kraju będąc daleka od zaangażowań i sporów partyjnych. Kieruje się patriotyzmem, zdrowym rozsądkiem, etyką chrześcijańską i poczuciem przyzwoitości. Głos ten jest ważny dziś choćby dlatego, że uprzytamnia do czego może prowadzić atmosfera coraz większej nerwowości, wręcz histerii wzniecanej tak łatwo wśród ludzi, dla których polityka jest tylko prostym działaniem. Prostym działaniem, które powinno prowadzić zawsze prosto do celu – prostego. Do tego, by im było wreszcie dobrze. By nie musieli na przykład oglądać znienawidzonych twarzy tych, których umiejętnie przedstawia się im jako „wrogów” i ”krzywdzicieli”, „nie Polaków” i „ateistów”. Winnych tego, że jest im źle. Że ich życie jest nieudane, nie podoba im się. Te chwyty zawsze działają. W tłumie – jeśli zastosuje się odpowiednie metody – łatwo można wywołać pożądane uczucia. Pierwszym jest poczucie zagrożenia ze strony „tajnych, niepolskich, masońskich sił”. Ameryka zaś to jak wiadomo główne siedlisko tego zła; kraj położony wystarczająco daleko, by to zło urosło w wyobraźni do potwornych rozmiarów.

Poczucie zagrożenia paraliżuje. Zamiast do walki usposabia do bierności i apatii. Od tego już tylko krok, by dać się uwieść złotoustym retorom, których cała strategia to wydawanie czeków bez pokrycia. 

W tym jakby Zbarażu – czyli lud Warszawy przybywa z odsieczą 

Ogromnie wrażliwa, osamotniona, bez zaplecza rodzinnego Kazimiera Iłłakowiczówna doznawała wiele razy w swoim życiu warszawskim, gdy z bliska stawała się świadkiem i mimowolnym uczestnikiem najważniejszych wydarzeń politycznych, zaskakujących odkryć, że tak naprawdę nie jest sama. Że w Polakach drzemie powszechnie zdrowy duch, oporny i przekorny, nie poddający się propagandzie, nie wynaturzony przez podgrzewanie fobii i nienawiści. 

Jedną z najznakomitszych w jej książce scen jest opis wynajmowania pokoju sublokatorskiego w kamienicy przy ulicy Brackiej w Warszawie. 

„Wyszła do mnie godna, gładko uczesana, czarno odziana paniusia. Owszem, proszę pani, pokój mam, ale tylko nie dla tych, co psioczą na Józefa Piłsudskiego. Aż usiadłam z wrażenia, ale musiałam zawarować sobie niezależność lokatorską, więc nie zdradzając się, przekonałam pannę Walercię, że to, co mówi się w   m o i m   pokoju, nic ją nie może obchodzić.

Olga Boznańska - Widok z okna

Olga Boznańska – Widok z okna

 

Tak się zdarzyło, że dostałam wówczas właśnie posługaczkę z Sodalicji [K. Iłłakowiczówna była członkinią Sodalicji Mariańskiej – EPP], również zwolenniczkę Marszałka. Była nią na zasadzie nienawiści do Niemców z czasu okupacji, kiedy to jednego takiego w pikielhaubie pobiła – indykiem, u rogatek Warszawy. A Marszałka Niemcy aresztowali potem jak się Ruskowi nie dał….

  Ale go Grabosiu, wypuścili.

  Wypuścili – bo musieli.

Nie dało się nic zrobić z tym przekonaniem Grabosi.

I był zdun, Gołuch, co dla nas robił, który niezachwianie wierzył w Marszałka, bo poprawiał piece w Sulejówku. A niech tam sobie gadają, mawiał, ja wiem najlepiej. (…)

Panna Walercia i panna Klemusia były nieubłaganymi przeciwniczkami księży, – chamów i endeków (łączyły bowiem w sposób im tylko wiadomy te trzy potęgi w groźną zbiorową apokaliptyczną bestię) i gorącymi zwolenniczkami Żydów, szlachty, Wyzwolenia [radykalna partia chłopska – EPP] i – Józefa Piłsudskiego! Za nic w świecie nie wynajęłyby były pokoju Żydom, a kłóciły się o ich równouprawnienie, odmawiały różaniec na dusze zmarłych, chodzenie do kościoła jednak uważały za zabobon. A znów posła Wyzwolenia, który u nich mieszkał, traktowały nie na żarty surowo. Nie dawały mu mebli wyściełanych i kazały zdejmować buty, żeby nie hałasował i nie psuł posadzki. Takiemu tam bym na co pozwoliła!, mówiła ostro p. Walercia… Niech zna mores. Nie u pierwszych lepszych mieszka. Wreszcie, z Grabosią gorzko i zajadle kłóciły się o księży”.

I bądź tu mądry na ten galimatias, który i dziś pieni się w głowach niejednego z naszych najlepszych przyjaciół, bo człowiek zawsze jest omylny.

„Zawstydzały mnie miłością, wiarą i ofiarnością, te bezbożne”, pisze Iłłakowiczówna o swoich gospodyniach z Brackiej. „Z każdego słowa, które  m n i e  mąciło sąd i odstraszało, umiały wyciągnąć zdrowy, prosty, jasny sens, budującą otuchę. Czego tu nie rozumieć, mawiały zdumione, i otaczały moją rozterkę i moje zwątpienie istną fortecą ufności i nadziei… 

Oszańcowana z nimi, Grabosią i Gołuchem, w tym jakimś jakby Zbarażu, otoczonym wrogą czernią, pokrzepiona ich determinacją, doznawałam odsieczy drugiej. Jeden z najgorętszych endeków w moim biurze (dziś nieżyjący) wyznał mi, że młodzież narodowa zaczęła pertraktacje z młodzieżą Piłsudskiego o zamach stanu: żeby Piłsudski zrobił zbrojny zamach, a potem oddał władzę Paderewskiemu, albo królowi. O tę dwoistość celu – rozbijały się podobno rokowania. To mnie niesłychanie podniosło na duchu. No więc przecież uwierzyli jacyś młodzi, gdzieś, że nie bandyta i nie zaprzedany!…, jak tego często musiałam wysłuchiwać.

A trzecia odsiecz, to było śniadanie z Pawłem Jurjewiczem, wówczas radcą – nie pamiętam bodajże w Londynie, a może posłem w Bukareszcie, nie skleję! Ten niewprawnie mówiący, a jeszcze gorzej piszący po polsku, wykwintny Europejczyk, obcy kulturą krajowi, a przecie tak gorący Polak, powiedział mi żarliwie, z przekonaniem, z powagą śmiertelną:

Zginiemy, jeśli nas nie wyratuje Piłsudski

Byłam nieopisanie zaskoczona.

Jak to, pan?!

Zawsze wiedziałem, że to   j e d y n y   nasz człowiek, że tylko on coś może zrobić. On jest, proszę pani – jak to się po polsku mówi – uosobieniem Polski…”

I Iłłakowiczówna podsumowuje te obrazy swojego zdumienia, zaskoczenia, wstydu z powodu przelotnej niewiary i zagubienia z powodu mnogości przeciwstawnych prądów:

„Kto nie znalazł się nigdy wobec spraw, na których się nie znał, niech mnie potępi”. 

„Straszne” otoczenie Marszałka 

Iłłakowiczówna przyjmując – po wielu namowach – stanowiska osobistego sekretarza Marszałka znalazła się w otoczeniu, które było jej całkowicie obce. Inny styl, zwyczaje, wymagania i mnóstwo ograniczeń, których nie rozumiała. W dodatku opuściła Ministerstwo Spraw Zagranicznych, gdzie w swoim kącie, wśród życzliwych i szanujących ją osób, było jej jak w domu – którego tak naprawdę nigdy nie miała; była sierotą. Czepiała się rozpaczliwie swojej dawnej posady i Marszałek musiał się sporo natrudzić, by przełamać jej opór. „Było mi strasznie, boleśnie żal Ministerstwa. Nastroszona cała na obcych, w obcym miejscu, po litewsku nieufna, no i nakręcona przez różne plotki i pogłoski…” wylądowała w miejscu, które w plotkach i pogłoskach warszawskich było co najmniej podejrzane. Na nagabywania znajomych odpowiadała, że nie jest tam tak „strasznie” jak myślą, „Grocholski i inni oficerowie porządnie ogoleni…  A Wieniawa?, dopytano się o pierwsze wrażenia. O czym z nim rozmawiałaś?

O świętym Tomaszu z Akwinu.

Rzeczywiście, pierwsza moja rozmowa z pięknym pułkownikiem tak wypadła, nie inaczej. Ciekawym ręce opadają.

Przecież on szkół podobno nie skończył!… Podobno grywa na mandolinie w nocnych lokalach.

Nie bywam w nocnych lokalach, nie widziałam, nie wiem.

Bardzo zabawne były te rozmowy wtedy, kiedy człowiek nie był zanadto zmęczony”.

Jeżeli chce się, by komuś na górze przestano ufać, to opowiada się namiętnie o tym, że on sam – bohater główny – „chce dobrze”, ale jego otoczenie „zupełnie do niego nie dorasta”, oszukuje go, wykorzystuje i nieustannie rzuca kłody pod nogi. „Dobrego pana” i „złe sługi” – w tym wypadku Marszałka i najbliższych jego współpracowników Iłłakowiczówna przedstawia w swoich wspomnieniach bez upiększeń. Wszystkie uprzedzenia do wojskowych otaczających jej szefa musiała wcześniej czy później odrzucić jako małoduszne. „Zaczęłam sobie wyrabiać jakie takie miejsce w nowym otoczeniu, trochę tak, jak ktoś ogarnięty śniegiem wytapia swój kształt w otaczającej go masie – nie więcej…  Przekonano się, że niczego nie szukam i do niczego się nie wspinam. Zabierałam tylko innym najnudniejszą robotę i o nią wykłócać się gotowa byłam zawsze”.

Wśród oznak czci i uwielbienia Polaków dla Marszałka, jakie znajdowała m.in. w listach, które lądowały na jej biurku (ilość ich była zaś taka, że musiała uruchomić w sobie – robiła to stopniowo – herkulesowe siły, by żadnego nie pozostawić bez odpowiedzi: od kilku, kilkunastu dziennie do 30 tysięcy rocznie; w ciągu dziewięciu lat swojej pracy Poetka musiała przeczytać 250 tysięcy listów), zdarzały się nagminne prośby, by Józef Piłsudski zgodził się zostać ojcem chrzestnym nowo narodzonego dziecka… Było też wiele próśb o błogosławieństwo i wiele prezentów.

Olga Boznańska

Olga Boznańska

„Nie wszystkie prezenty były piękne, nie wszystkie – dogodne”, wspomina Iłłakowiczówna. „Najgorszego kłopotu narobiła w pierwszych jeszcze dniach papuga, którą ktoś przyniósł dla rozweselenia p. Marszałka. Siedziała w klateczce, nie większej niż ona sama, w adiutanturze, a elegancki porucznik Vacqueret poił ją wodą z wieczka pudełka do pasty do butów. Od dnia, kiedy to zobaczyłam, nabrałam do tego kolegi wielkiego zaufania, które już tak i pozostało…

Porucznik Miś [Galiński – EPP] był zupełnie przezroczysty, widziało się go od razu na przestrzał. Nie miał sam żadnych komplikacji i z nim nie było żadnych. Chodził cały w zwycięstwie Marszałka jak w słońcu, a mnie tak serdecznie traktował, że wszystkie moje kompleksy przy nim ucichały.

Zrobi się – mówił – już się robi… A ten to się szarpie, jak wesz na łańcuchu… Szkoda go, dobry chłop, trza go dobić, żeby się nie męczył.

To ostatnie mówiło się, kiedy chodziło o kogoś, komu trzeba było dać definitywną, a nieprzyjemną odpowiedź.

Opowiedział mi też – jako osobie pobożnej – historię o Świętym, co przyszedł do Sulejówka. A było to tak:

Przybył jednego dnia jeden gość i mówi, że ma pilny interes do Komendanta, koniecznie musi go – rozumie pani – widzieć. Ja z nim i tak i owak, i tędy i siędy, niby, żeby wybadać czego chce. A on farby nie puszcza, tylko koniecznie do samego Komendanta i już. Dokumenty obejrzałem, już nie pamiętam, jak mu tam było, ale nic takiego; z wojskiem w porządku. Nawet z wyglądu, owszem, nie oberwus jakiś. Więc się pytam:

Pan z fachu, z zajęcia – kto taki?

A on mi na to odpowiada:

Ja jestem święty. – Myślałem, żem się przesłyszał.

Że jak? – mówię, sądząc, że gość opowiada   s k ą d  jest, zamiast – czym się zajmuje. No, bo mógł być ze Świętej, czy z Poświętnego. A on znowu mówi:

Ja jestem, panie poruczniku, święty.

Co?! Niby, że jak? Może duchowny?

Nie, nie duchowny, a święty.

Bardzo mnie to speszyło, bo jakże, ja, owszem, religię szanuję, ale świętych to już przecież ile czasu jak nie ma. Wariat – myślę.

I pan dobrodziej już dawno tak? – pytam.

A od dawna. Od dziecka prawie że.

Źle – myślę. Więc się go jeszcze pytam:

A cuda pan robisz?

Owszem, mogę – mówi.

No, to pan zrób – powiadam.

Dla pana nie – mówi – ale dla pana Marszałka, owszem, zrobię.

Oj, bardzo niedobrze, myślę, i wtedy już go kazałem, rozumie pani, zrewidować”. 

Tę prawdziwą historię warto zadedykować tym, którzy na użytek kampanii wyborczej wymyślają niestworzone historie, uruchamiają najbardziej „święte” tryby, wybiegi i oferty – nawet, że osobiście oddadzą Polskę Panu Jezusowi – chcą najwyraźniej, by ich w czasie wyborów uważać za świętych do kwadratu, (tak jak chciał Rasputin przy carze Mikołaju), wszak deklarują rzeczy wzniosłe i grzmią na niedowiarków, pomstują na Żydów, Amerykę i NATO – a przy okazji wydrzeć tych kilka głosów znienawidzonym „Żydom” i „liberałom”.

Prawdziwe problemy towarzyszyły Iłłakowiczównej przy współpracy z jednym z najbliższych ludzi Marszałka, majorem Nałęcz – Korzeniowskim, człowiekiem o wielkich zasługach wojskowych, który chodził w gorsecie ortopedycznym i miał mocno porażone mięśnie twarzy. Kiedy się denerwował nie mógł opanować tiku.  Kazimiera Iłlakowiczówna na każdym kroku przyprawiała go o nerwowe drgawki. Gdy próbowała wyjaśniać swoje stanowisko w urzędowych kwestiach demonstrował brak zainteresowania. „- Po co ma pani swoją śliczną główkę tym turbować!…”, próbował ją zbywać. Nie dawała się. „Zacny ten mój kolega nigdy się z moim istnieniem nie pogodził, chociaż oboje robiliśmy duże w tym kierunku wysiłki. Miał złote serce, prześliczną przeszłość, wiele rozumu…”*)

„Z wad waszych kręcono na was bicze”

W miarę lat mijających na tej służbie, osobliwej dla kobiety – choć Piłsudski drocząc się z nią zawsze powtarzał, że ona tutaj, w Ministerstwie Spraw Wojskowych, to nie żadna kobieta, tylko Kazia – Iłłakowiczówna nabierała do otoczenia Józefa Piłsudskiego coraz większego szacunku. „Ludzie p. Marszałka”, pisze, „z mojego nic nie znaczącego, ale wysoko uczepionego miejsca, wyglądali jak mrówki, wlokące ciężary dziesięć razy większe niż one same i walczące z przeszkodami tak wielkimi, że przy nich ich wzrost stawał się karli. Byli zawsze w pogotowiu, nigdy nie zmęczeni. Ja nie miałam ich hartu. Byli tak   s o b ą   niezajęci, że  w ł a s n e  najważniejsze sprawy załatwiali często zupełnie opacznie: i szczęście osobiste tracili nieraz przez brak czasu i wdeptywali w nieszczęście, jak ślepi czy głusi pod pociąg.

Marszałek Józef Piłsudski z córkami

Marszałek Józef Piłsudski z córkami

Iluż z nich dźwigało w sobie z wojny srogie i groźne pamiątki – kule i odłamki, protezy i platynowe blaszki. Krwawili z uciętych kończyn, psuły się im kręgi i wiązania stawów, brakowało zębów, włosów i oczu, zapadali na gruźlicę i różę, trzęsło ich i wykręcało na różne sposoby. Umierali na serce przy najbłahszej okazji. Te ich motory były zajeżdżone na śmierć.”

Sam Piłsudski raz tylko przy swojej sekretarce – „Sekretarzu Ministra Spraw Wojskowych” – niby to się poskarżył, a było to zaledwie na kilkanaście miesięcy przed jego śmiercią. Podczas podpisywania jakiegoś dokumentu i przelotnej rozmowy z nim związanej, rzucił nagle:

„Od   t e g o   czasu zawsze mi trudno trochę z tą ręką.

Musiał myśleć o jakiejś swojej chorobie, o której, wierna zasadzie, żeby nikogo o p. Marszałka nie pytać, naturalnie nie wiedziałam”.

Innym razem, gdy nalewała mu do szklanki herbatę – nie znosił nalewania herbaty przez mężczyzn – a on smarował masłem kromkę chleba, powiedział ni stąd ni zowąd, „jakby ciągnął dalej jakieś zaczęte opowiadanie:

A te zęby, wiesz, to mi sołdat wybił. Jak dał kolbą!… A wstawiać nigdy nie chciałem. Nie daj Boże z dentystą!”.**)

„O żołnierze pana Marszałka!”, nie wytrzymała wreszcie Poetka i wyrzuciła z siebie, nie bez patosu, wszystkie skrywane dotąd starannie uczucia. „Z wad waszych kręcono na was bicze; potknięcia się nóg o strzaskanych na wojnie goleniach, liczono ze śmiechem; klęski wasze w zmaganiu się z objętą pracą obwieszczano szyderczo; trud wtaczania bezwładnej, obwieszonej trutniami, ojczyzny na szczyt – wytykano palcem jak przestępstwo. Jakże cieszono się, kiedy byliście bezspornie w czemkolwiek winni, jakże ubolewano, kiedy się wam coś udało… Choćby się udało dla ojczyzny, choćby się udało ojczyźnie przez was…”

Jak znajomo to brzmi. Skoro my sami tak umęczeni jesteśmy tą zatrutą atmosferą tysięcy oskarżeń, kłamstw i pomówień wobec ludzi, którzy biorą na siebie trud dźwignięcia Polski, Jarosława Kaczyńskiego, Antoniego Macierewicza, Andrzeja Dudy, trudnych nieraz do przytoczenia, tak bardzo są jadowite i obraźliwe, to co dopiero oni…  Ci, w których to wszystko jest wymierzone z wielką precyzją, do milimetra. Te oskarżenia wyrażają jednak zawsze to samo. Tę samą co wówczas, prawie sto lat temu, gdy w Belwederze urzędował Józef Piłsudski, skłonność, by własne wady, błędy, niedociągnięcia, nieuczciwości i podłości – a nawet zdradę – których nie da się już ukryć, tuszować gorliwością w obmowie i „świętym oburzeniem”.

Gabinet i zarazem sypialnia Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza w 1920 r. fot. H. Poddębski (ze zbiorów rodziny J. Piłsudskiego)

Gabinet i zarazem sypialnia Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza w 1920 r. fot. H. Poddębski (ze zbiorów rodziny J. Piłsudskiego)

Przeciwnicy ideowi i polityczni i ich propagandyści oskarżali Józefa Piłsudskiego m.in. o kradzież królewskich insygniów, o porozumiewanie się z wrogiem, o to, że w Wilnie domagał się, by mu społeczeństwo odkupiło rodowe dobra, o to, że był zwyczajnym rabusiem i bandytą. I to wszystko – jak zauważył Marszałek w słynnym przemówieniu wygłoszonym 3 lipca 1923 roku w sali Malinowej hotelu Bristol, „- w imię partyjnej, narodowej pracy. Zjawiska takie, konkludował, mogą wylęgać się tylko w bagnie niewoli, przez które narody przechodzą. (…) Owego nurzania się w pozostałym po latach niewoli moralnym błocie Piłsudski nie uważał jednak za zjawisko nieodwracalne. Chcę tylko stwierdzić – konkludował – że to błoto jest i że ma ono powagę i znaczenie w Polsce. Chciałem stwierdzić, że jeżeli Polska w pierwszym okresie zdobyła się na naprawę Rzeczypospolitej, to potem powoli od naprawy do starych narowów powrót się zaczyna, dlatego też wielkich wysiłków pracy potrzeba, aby Polskę znów na drogę naprawy wypchnąć”.***)

Mało kto wiedział – a dziś rzadko się pamięta – że swoją pensję Marszałek przeznaczał regularnie na cele społeczne. Wspierał Uniwersytet Wileński. „Pamiętał przy tym o wydziale najniepraktyczniejszym, Wydziale Sztuki,”, przypomina Włodzimierz Suleja, „nie chcąc, by podmuchy poziomego, głupiego rozumu zdmuchnęły ten ledwo tlejący płomyczek piękna. Ale przeznaczał też spore kwoty na wdowy i sieroty po żołnierzach, na inwalidów wojennych, na szkoły, a nawet na pomoc dla niedochodowych wydawnictw. Tymczasem jego pobory przeznaczone na utrzymanie rodziny, odpowiadały w początkowym okresie pensji… kapitana”.****)

Trudno się ludziom szlachetnym bronić przed pomówieniem. Nie potrafią zwykle tego robić.

Najczęściej więc machają ręką i wybierają milczenie. Milczenie to zaś ma swoją szczególną wymowę w dniu takim jak zbliżający się 3 Maja. 

A krótko po nim – 12 maja, osiemdziesiąta rocznica śmierci Marszałka Józefa Piłsudskiego – ostatniego Rycerza Rzeczpospolitej.

___________ 

*) W komentarzu Iłłakowiczówna pisze: „Major Nałęcz – Korzeniowski, legionista, ciężko chory na gruźlicę kości pacierzowej, zmarł na gruźlicę płuc jako konsul w Nizzy”. I dodała: „Jeśli major Andrzej Nałęcz- Korzeniowski, stamtąd gdzie jest, może te słowa czytać, niech mnie, niezasłużonej, raczy wreszcie wybaczyć, że obok niego, zasłużonego, stanęłam w szeregu jak w wieczór zapłaty robotnicy ostatnich tylko godzin dnia. Robotnikom, co od świtu się trudzili, oddaję pełną i korną sprawiedliwość”.

**) K. Iłłakowiczówna dodała na końcu rozdziału, że zęby wybito Józefowi Piłsudskiemu podczas buntu więźniów, w którym brał udział za czasów niewoli rosyjskiej.

***) Włodzimierz Suleja, Józef Piłsudski, Ossolineum, 1995

****) Tamże


Kazimiera Iłlakowiczowna, Ścieżka obok drogi, Towarzystwo Wydawnicze „Rój”, Warszawa 1939. Reprint Oficyna Wydawnicza Zetpress, Warszawa 1989

 

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.

  • Kalendarium wpisów

    Luty 2018
    N P W Ś C P S
    « sty    
     123
    45678910
    11121314151617
    18192021222324
    25262728