Triumf i upadek bożyszcza paryżan

 Dokończenie tekstu Profesor Adam Mickiewicz, eurosceptyk

Mickiewicz jednak nigdy nie zwątpił ani w zwycięstwo idei wolności i wierności wierze katolickiej na starym kontynencie – wraz z przywróceniem do codziennej praktyki świata zasad, jakie muszą być stosowane także w polityce – ani niezawisłego państwa polskiego, którego obecność przyniesie, jego zdaniem, odrodzenie źródła siły cywilizacyjnej Zachodu. Głosił, że będzie to wielki powrót do prawdy i  moralności w polityce. „Będzie to może rzeczą zajmującą dla Panów – kończył swój czerwcowy wykład w Collège de France w 1841 roku – jak Polska, nie tylko zapomniana, ale nawet z nieubłaganą koniecznością zwalczana przez systemat panujący obecnie w Europie, stawi przeciw temu naporowi ze wszech stron ideę dobytą z wnętrza swej narodowości”. Słuchano go w wielkim skupieniu i wśród żywiołowych nieraz przejawów uznania. Prelekcje wydawane były drukiem w języku  francuskim i niemieckim, rozchodziły się w odpisach po całym kontynencie.

Pierwsze dwa lata wykładów Mickiewicza w paryskiej uczelni zostały zapamiętane na długo. „W chwilach wolnych – donosił pewien student w liście do rodziców – uczęszczam na wspaniale wykłady pana Mickiewicza i streszczam je, bowiem ten profesor jest najznakomitszym z tych, których słyszałem”. W ciągu dwóch lat kolejnych (1842-1843) entuzjazm przygasał, by ustąpić miejsca konsternacji. Nad życiem Mickiewicza zaciążył cień jego fałszywego przyjaciela i dziwacznego mistrza, Towiańskiego. 

„Wyraźnie pamiętam tę pełną dramatyzmu chwilę, gdy Mickiewicz wchodził do audytorium przepełnionego słuchaczami. Te jego siwizną przyprószone włosy, ta postać znużona i cierpiąca, pośród polskiej emigracji płci obojga, mężczyźni ubrani w ciemne, wytarte czamary, kobiety strojnie i arystokratycznie”, wspominał po latach jeden ze słuchaczy prelekcji. Wykłady były wydarzeniem bardziej chyba artystycznym i politycznym niż naukowym. Mistrz, choć cierpiący, umiał wywołać atmosferę niesłychanego intelektualnego napięcia; był olśniewającym umysłem. Porywał słowem, a obcy akcent dodawał uroku jego bogatej francuszczyźnie. A Paryż był prawdziwym sercem cywilizowanego świata. Trochę, jak nieco później, Wiedeń, a dziś Warszawa.

Georges Stein - Targ kwiatów w Paryżu

Georges Stein – Targ kwiatów w Paryżu

 

A jednak Mickiewicz Paryża nie cierpiał.

„O tym-że dumać na paryskim bruku,/ Przynosząc z miasta uszy pełne stuku,/  Przekleństw i kłamstwa […]” – pisał w Epilogu Pana Tadeusza, wydanym już po jego śmierci. Dla emigranta we Francji w I połowie XIX wieku przywoływanie kraju rodzinnego tu, wśród popielatych i żółtoszarych murów z plamami różnokolorowych markiz kawiarń, ze stolikami wychodzącymi wprost nad Sekwanę, gdzie rozkładano wielkie płachty gazet, to przyzywanie utraconej ojczyzny-domu. W czasach Mickiewicza dla wielu paryżan był to czymś kompletnie egzotycznym. Bo istotnie, jak w Paryżu zrozumieć odmienność dalekiego kraju

[…] gdzie do pana przywiązańszy sługa

Niż w innych krajach małżonka do męża,

Gdzie żołnierz dłużej żałuje oręża

Niż tu syn ojca; po psie płaczą szczerze

I dłużej niż tu lud po bohaterze

— jak sarkastycznie podsumował autor Pana Tadeusza? Tu, czyli w stolicy Francji bohaterem tym był w czasach Mickiewicza Napoleon Bonaparte; płaczącymi po nim nazbyt krótko sąsiedzi poety-emigranta, Francuzi z paryskich kamienic i podparyskich willi. 

 

Georges Staein, Łuk Triumfalny

 

Nie zapominajmy, że Mickiewicz znalazł się tutaj z przymusu, nie z wyboru, po długiej podróży po Rosji – którą poznawał z drobiazgową sumiennością, skrywaną przed towarzystwem, u którego bywał, niczym as wywiadu – po entuzjastycznym wobec niego Berlinie, Dreźnie, po arystokratycznym Rzymie, gościnnej i dostatniej Szwajcarii. I choć, gdy pisał Pana Tadeusza nie był wielbicielem Francji, wkrótce stał się jednym z najgłośniejszych artystów, a wśród elit intelektualnych, jednym z najbardziej cenionych myślicieli. I mimo, że pojawiał się w omówieniach literackich wśród najznakomitszych twórców, mimo że George Sand opublikowała właśnie głośny esej: Szkic o dramacie fantastycznym. Goethe – Byron – Mickiewicz; wieszcz przymierał głodem (zanim podjął wykłady był na rządowym zasiłku).

W tym powszechnym, pełnym napięcia oczekiwaniu, że i Mickiewicz okaże się nie tylko historykiem literatury, ale i historiozofem, a zarazem w słusznym podejrzeniu, że Mistrz ma w gruncie rzeczy dosyć karmienia siebie i innych wyłącznie słowem – jak prawdziwemu romantykowi potrzebny jest mu czyn – kryło się już przemyśliwanie o możliwości zastawienia pewnej inteligentnej, subtelnej, trudnej do przewidzenia pułapki. Nie uprzedzajmy jednak wydarzeń. 

Mickiewicz, jak przypomina Maria Dernałowicz, od lat szukał „wyższych” prawidłowości w sensie dziejów – „olśniony koncepcjami historiozoficznymi Lelewela; później jako dojrzały już poeta i myśliciel znalazł je w mesjanizmie. Od dawna odrzucał też racjonalistyczne pojęcie narodu jako grupy etnicznej związanej wspólnymi interesami. Szukał sensu jego istnienia, szczególnych właściwości, predystynujących do wypełnienia boskiego planu. W latach 1836-1837 pracował nad historią Polski. Nie dokończył jej nigdy, ale w obszernym początkowym fragmencie napotykamy na wiele myśli, które będą organizować wizję Słowiańszczyzny i świata w Prelekcjach paryskich”. Niesłychanie przemawia nawet dziś do wyobraźni wywołany w pierwszym wykładzie poety obraz rodu prasłowiańskiego jako „polipa”, który szerzył się „płodny i rozgałęziony, do ziemi przybity” –  nie znający religii objawionej i pozbawiony politycznego przywództwa, które uznaje prawdziwego Boga.

W jednym z listów z tego czasu strofował swojego wykładowcę  z Wilna i wieloletniego przyjaciela Joachima Lelewela: „…szkoda tylko, że dla uczonych badań zdajesz się opuszczać właściwą historię”. Tą właściwą historią, było dla poety „wyjaśnianie dziejów, wyjaśnianie ich kierunków i celu”. 

Mickiewicz dostrzegał rozchwianie umysłów klasy politycznej Zachodu i utożsamiał je z przyjęciem przez rządzących państwami kryteriów protestanckich, czysto materialistycznych. Ofiarą wypaczenia solidarności chrześcijańskich państw musiała stać się Polska. Mickiewicz posiadał subtelny zmysł historii. Tak jak Lamennais „nienawidził rewolucji, ale widział w niej wynik historycznego procesu, w którym ludzkość oddaliła się od Kościoła i głoszonego przez niego Objawienia. Procesu, w którym zasadniczą rolę odegrała reformacja, ów masowy bunt indywidualnych dociekań. Anarchia wierzeń pociągnęła za sobą anarchię społeczną, wyzwolenie pychy ludzkości, i w końcu doprowadziła do katastrofy – do Wielkiej Rewolucji”. 

Adam Mickiewicz w Paryżu (lata 40. XIX w.), fot. Jan Mieczkowski

Adam Mickiewicz w Paryżu (lata 40. XIX w.), fot. Jan Mieczkowski

Prelekcjami poważnie interesowali się Niemcy. Wydawano je i  obszernie  omawiano. „[…] Pierwszym szerszym komentarzem własnym było doniesienie z Paryża dziennika literackiego >Blätter für literarische Unterhaltung< (1842, nr 70 z 11 marca) – pisze prof. Piotr Roguski – Chwaląc bezstronność (Unparteilichkeit) sądów prelegenta, za co atakowany był przez środowisko radykalnej lewicy emigracyjnej, sprawozdawca skłonny jest oceniać wykłady raczej z uwagi na ich efektowną formę niż myślową zawartość. >Funkcjonują one [wykłady] znakomicie w pewnej świetnej manierze obrazowania i porównywania, o znacznym zasobie błyskotliwych fraz i olśniewających antytez, co ostatecznie da się usprawiedliwić tym, że Mickiewicz ma wzgląd na swoją nawykłą do frazesów publiczność francuską<. Gdy jednak profesor formułuje sądy ogólniejsze, a przy tym wzmiankuje o sprawach niemieckich, ton korespondenta poważnieje, nie bez ukrytej nuty pretensji i wyrzutu. Czytamy bowiem: >Gdy Mickiewicz powiada: «Rosja to zmodyfikowane Niemcy», to z całą powagą chcielibyśmy prosić, by udowodnił te podobieństwa, jakie miałyby istnieć między Niemcami – tym konglomeratem małych księstewek, mniejszych i większych państw konstytucyjnych ograniczonych czy absolutystycznych monarchii – a Rosją – tą jednolitą zbitą masą, ze swym absolutnym caratem […]. Jak w ogóle można porównywać germańskiego i słowiańsko-rosyjskiego ducha narodowego, pomijając instytucje polityczne?<. Sprawozdawcę rażą w ogóle wszelkie porównania w wykładach, także Rosji z Anglią, Serbów z Hiszpanami, sądy o Czechach, a najbardziej porównania Polaków z Francuzami. Te pierwsze uznaje za pozostające bez pokrycia, te ostatnie za wyraz próżności narodowej profesora. […]” (Piotr Roguski, Prasa niemiecka o prelekcjach paryskich Adama Mickiewicza).

 

Georges Stein - Ulica paryska

Georges Stein – Ulica paryska

 

 W tym czasie Mickiewicz przeżywa dramat osobisty. Krótko wcześniej jego żoną została dwudziestodwuletnia Celina Szymanowska. Przyjechała wprost na ślub z Warszawy, upewniana wcześniej przez doktora Stanisława Morawskiego, filaretę, że poeta pragnie pojąć ją za żonę. Była niedawno osierocona przez matkę (ojca straciła dużo wcześniej), znaną pianistkę, która zmarła nagle na cholerę w 1831 r., wkrótce porzucił ją narzeczony, utwierdziwszy się w przekonaniu, że Celina nie odziedziczyła po matce majątku. Tymczasem Mickiewicz widywał ją tylko w czasach, gdy była podlotkiem, w salonie matki w Petersburgu – wielkiej artystycznej osobowości i zarazem obdarzonej szczególnym wdziękiem kobiety, zaprzyjaźnionej z literatami, malarzami i muzykami z całej Europy. Trudno było mówić o miłości, czy nawet przyjaźni. Poeta poruszony losem dziewczyny, córki osoby, z którą był szczerze zaprzyjaźniony, najprawdopodobniej powiedział komuś: „Możebnym się z nią ożenił, gdybym ją spotkał”. Przekazano to jej – zapewne w najlepszej wierze, bo starokawalerstwo Mickiewicza budziło wśród przyjaciół wielką troskę – jako formalne oświadczyny. Przyjazd Celiny Szymanowskiej do Paryża był jednak dla Mickiewicza kompletnym zaskoczeniem. „Nie uwierzysz, jak się zdziwiłem, słysząc, że już w drodze i prosto do mnie”, pisał w liście do Antoniego Odyńca. „Chciałem ją z niczym odprawić, ale Celina zmieszała mnie bardzo dobrym znalezieniem się, oświadczając, że manatki zabierze i wróci, nic do mnie nie mając za sercu. Żal mi było narażać ją na tyle kłopotu… I wiele byłoby jeszcze pisać, jak w tych czasach byłem smutny i ciężar życia bardzo mnie dusił. Obaczymy, czy będzie lżej, czy ciężej”.

Portret Celiny Szymanowskiej

Portret Celiny Mickiewiczowej w pierwszych latach małżeństwa

Jak pisze biografistyka poety, prof. Maria Dernałowicz, opisując sytuację pary oryginalnych narzeczonych: „Uroda Celiny i jej odwaga, jej gotowość na wszelką przygodę ujęła Mickiewicza; miał w pamięci atmosferę domu jej matki, atmosferę odważnego, pogodnego, pełnego wdzięku koleżeństwa. Czy liczył, że Celina taką atmosferę stworzy?”

Małżeństwo z poetą, który już za życia stał się własnym pomnikiem, nie mogło być jednak sielanką dla bardzo młodej, pozbawionej doświadczenia życiowego osoby. „Rozczarowanie Celiny musiał łagodzić blask jego sławy; rozczarowanie to płynęło nie tylko z niezbyt zachęcającego przyjęcia; zapamiętała świetnego bywalca petersburskich salonów, >polskiego Byrona< – zobaczyła niedbale ubranego, szpakowatego mężczyznę o szorstkim sposobie bycia. Wielki poeta; tak jednak było, że nie poetyzował swego życia, nie >układał dramatu<, wprowadził swoją żonę do trudnej prozy: miała dbać o polską kuchnię, bo nie lubił francuskiej, miała mu grać na fortepianie wtedy, gdy sobie tego życzył, miała być żoną nie przejmującą się biedą”, pisze Maria Dernałowicz.

Gdy poeta rozpoczynał prelekcje w Paryżu Celina Mickiewiczowa była już matką ich trojki dzieci – później przyszło jeszcze na świat troje – i z trudnością radziła sobie z rolą żony geniusza i zarazem pani domu. Poeta pozostał sam z bagażem swoich wewnętrznych rozterek, a ona, świadoma, że nie sprostała wyznaczonej jej roli, popadła w ostry kryzys psychiczny. Najprawdopodobniej obowiązki intelektualnego i duchowego towarzyszenia mężczyźnie, który uczynił przed nią – zbyt wcześnie być może – spowiedź z całego życia, niczego nie koloryzując i nie ukrywając, przekroczyły jej psychiczne możliwości; kryzys, w który popadła, w ówczesnych kategoriach medycznych mógł mieć tylko jedno miano: obłędu. 

I właśnie wtedy, gdy Mickiewicz przytłoczony był nawrotami jej choroby, troską o dzieci, koniecznością zmieniania mieszkań, ubóstwem – pomimo przyzwoitej pensji profesorskiej – a do tego dręczony stale świadomością, że wszystko, co czyni na emigracji jest zupełnie nieadekwatne do rzeczywistych potrzeb ojczyzny, do jej tragicznego położenia – zapukał do jego drzwi przy rue d`Amsterdam niewysoki, siwy jegomość o łagodnym spojrzeniu jasnych oczu. 

Został jakimś trafem wpuszczony, pomimo, że służąca miała stanowczy zakaz otwierać komukolwiek. Gość kazał powtórzyć, że „przybywa z Polski i ma obowiązek do spełnienia”. Mickiewicz wyznawał potem, że obawiał się, że to już kolejny, który „przychodzi prawić mi o jakichś spiskach. Zasmuciłem się na myśl cierpień, które każda taka próba sprowadza na kraj”. Tym razem jednak schludnie ubrany nieznajomy miał inne przesłanie. Oświadczył, że jest z Litwy, nazywa się Andrzej Towiański, posiada prawdę i zamierza uzdrowić mu żonę. Widząc jego rezerwę, zapytał jeszcze jakby mimochodem, czy żona nie aby z hrabiów Szymanowskich? Jeden z biografów poety z goryczą zauważa, że zdołał „zażyć” tym „mizernym, snobistycznym chwytem”, tak przewidującego, ostrożnego jak czapla Mickiewicza. Zapowiedział też wielkie zmiany i „wielkie rzeczy”, które niebawem się staną. Z niepojętych powodów wykładowca Collège de France przestał się wahać, uwierzył we wszystko co prawił nieznajomy.

Wkrótce zapadła podparyska wieś Nanterre, której daleko było do miana modnego kurortu czy nawet letniska, stała się „kolebką nowego ruchu religijnego, którego prorokiem był Towiański, a Mickiewicz pierwszym uczniem” (Ksawery Pruszyński). Poeta ciągnął za Towiańskim jak ćma do światła. Ogłuszony, oślepiony, bezwolny. Mglista, pełna wypowiadanych uroczyście nonsensów, nawiązująca do mesjanizmu nauka proroka sprowadzała się do kilku banałów: przemiany świata są jego właściwością i oto właśnie zaczyna się kolejna. Jej skutkiem będzie koniec zniewolenia Polski, emigranci powrócą do ojczyzny. Sprawi to potęga ducha – wspólna wiara tych, którzy oddadzą się Sprawie, czyli misji Towiańskiego, który jest „wybranym duchem” – zupełnie tak jak Napoleon, z tym, że on jest duchem znacznie potężniejszym. Wszystko to jeszcze podlane obficie sosem religijnej egzaltacji i zasilone rzewną słowianofilską nutą. Nie pozbawione także tak typowych dla sekciarstwa akcentów erotyzmu – bo oprócz „braci” w sekcie Towiańskiego były również „siostry”. Jedną z nich, Xawerę Deybel („Księżnicz­kę Nowego Jeruzalem”), „mistrz” nasłał na dom Mickiewicza, rzekomo do pomocy przy dzieciach; stała się ona jeszcze jedną przyczyną eskalacji rodzinnego dramatu. „Już to żaden z założycieli religii w historii, nawet Mahomet ze swymi czterema ślubnymi połowicami, nie zrobił ze swojej >nauki< tak kuchenno-sypialnianej sprawy jak wzniosły mistrz Andrzej”, szydzi w biografii poety Pruszyński. Wypadki toczyły się szybko. „Z nastaniem jesieni (1841r.) Mistrz Andrzej i brat Adam – tak się bowiem teraz zwali – wrócili do Paryża i rozpoczęli apostolstwo”.

 

Eugene Galien-Laloue - Plac Republiki w Paryżu

Eugene Galien-Laloue – Plac Republiki w Paryżu

 

„Najbardziej egzaltowa­ni spośród zwolenników Towiańskiego prowadzili cał­kiem poważnie dyskusje na temat, czy >Mistrz< jest Duchem Świętym, Chrystusem Pocieszycielem, drugim wciele­niem Słowa czy też raczej jakimś sakramentem”, przypomina jeden z czeskich badaczy historii „Koła”, Pavel Zahradnik.

Raz jeden udało się Towiańskim doprowadzić Celinę do przytomności, podczas seansu hipnotycznego, gdy sprowadzono ją z „domu zdrowia” w Vavey. (Później zresztą choroba wracała, ale ostatecznie żona Mickiewicza odzyskała zdrowie w sposób trwały bez jego wątpliwej pomocy). 

Związany już z Towiańskim Mickiewicz nadal prowadził wykłady, dwa razy w tygodniu, we wtorki i piątki – i początkowo były one równie znakomite, a nawet coraz bardziej olśniewające. „To wymowa pana Mickiewicza – surowa, energiczna, wypływająca z przekonania – pisał jeden z paryskich recenzentów – wymowa błyszcząca, męskiej piękności, bogata w samorodną poezję… to nie zwyczajna mowa profesorów”. Oczywiście, bowiem Mickiewicz nie tylko znał dzieła pisarzy i poetów, o których mówił, znał też ich samych, z wieloma z nich się przyjaźnił. Był nie tylko jednym z najbardziej oczytanych ludzi epoki, ale i jednym z najruchliwszych – docierał do krajów, gdzie żyli mało znani we Francji, a utalentowani twórcy. Trudno się dziwić, że zachwycali się wykładami także słuchający ich Rosjanie, fragmenty dotyczące literatury, a zwłaszcza poezji rosyjskiej, ich analiza porównawcza, należą do najciekawszych części prelekcji. I choć publiczność szaleje, nie szczędzi owacji, wśród słuchaczy przybywa cudzoziemców, powoli „służba Sprawie” kładzie się ponurym cieniem na działalności Mickiewicza – i na wszelkiej jego twórczości. Poeta pali swoje rękopisy, w wykłady coraz częściej wplata budzące powszechną konsternację wątki.

„Niebawem wykłady w Collège napełniły się istotnie rozważaniami o wędrówce dusz w coraz inne wcielenia; o kolumnach duchów, jakie kierują ludzkością, o nowym chrystianizmie, o Napoleonie jako o wielkim duchu, który zgrzeszył pychą i został pokarany, ale wróci w nowym wcieleniu; o tym, że narody francuski, polski i żydowski mają prowadzić świat. Wszystko to było pościągane przez Towiańskiego to od Saint-Simona, to od Vintras, to od Saint-Martina, to od Enfantina. Koniec ubiegłego a początek obecnego stulecia były pełne religijnych i socjalnych utopistów, reformatorów obyczaju i po prostu szalbierzy”, podsumowywał złośliwy Pruszyński. Nie zabrakło też Swedenborga oraz innych współcze­snych mu pseudomistyków i teozofów, najwyraźniej wywo­dzących się z Kabały. „Pism tego proroka czytać dziś bez męki nie sposób – dodaje Maria Dernałowicz – czujemy zażenowanie na myśl, że Mickiewicz i Słowacki zobaczyli w nim Męża Bożego i wierzyli każdemu jego słowu, z upokorzeniem czytamy listy Mickiewicza – towiańczyka”. Mickiewicz z katedry w Collège de France coraz częściej namiętnie krytykował Kościół. We francuskiej Izbie Deputowanych zaczęło wrzeć. 

Celina Mickiewiczowa w ostatnich latach życia

Celina Mickiewiczowa w ostatnich latach życia

Można powiedzieć, że koronkowa operacja przechwycenia głównej idei autora prelekcji i doprowadzenie do tego, by zamieniła się ona w swoją własną karykaturę, okazała się operacją udaną. „[…] zapiera się świętej religii nauki Jezusa Chrystusa […], niszczy chrześcijanizm, głosi jako postęp symbolizm religijny”, pisano ze zgrozą w jednym z pism emigracyjnych, „odmawia Chrystusowi bóstwa i robi nowych mesjaszy. Ażeby uzyskać dla swoich celów wsparcie politycznej władzy – rzuca się pod maską słowianizmu w objęcia cara – przestaje być Polakiem”. Także w prasie francuskiej zaczęły się prześmiechy, ironizowanie i ostrzeganie przed sekciarstwem. Margrabia Barthémemy w Izbie Deputowanych płonął z oburzenia: „Tego jeszcze było potrzeba, by ludzie, którym w imieniu państwa poruczono święte zadanie nauczania, płatni przez państwo, starali się w swoich wykładach i pismach zachwiać wśród nas powagę Ewangelii”.

Mickiewicz rozdawał tymczasem słuchaczom na ostatnim swym wykładzie obrazek z Napoleonem, litografię malarza-towiańczyka, na której cesarz w welonie na głowie, z oczyma zamglonymi łzami, drżącymi dłońmi odejmuje mapę Europy. Jeden Michelet robił wszystko, by nie dopuścić do zawieszenia wykładów poety. Szalę przeważyło ostatecznie oskarżenie o szerzenie przez Mickiewicza kultu Napoleona. Niegdyś gorący wielbiciel poety, autor przedmowy do „Ksiąg narodu i pielgrzymstwa polskiego”, Charles Montalembert, pisarz, historyk i działacz katolicki, protestował w Izbie Parów przeciw opieszałości władz francuskich, które tolerują gorszące poglądy wypowiadane publicznie w Collège de France. „Ostatni wykład Mickiewicza odbył się 28 maja 1844 roku. W trzy dni później minister Villemain zapewniał prefekta policji, że polski poeta więcej już wykładać nie będzie” (Maria Dernałowicz).

Następcą Mickiewicza na katedrze w Collège de France został niejaki pan Robert, „uczony całkowicie mierny, ale i całkowicie bezpieczny”, jak mawiano w sferach rządowych. Mickiewiczowi wypłacano nadal połowę profesorskiej pensji i dodatek za porządkowanie biblioteki uniwersyteckiej, w sumie 4000 franków. A wkrótce otrzymał – jako przejaw wielkoduszności rządu – posadę bibliotekarza w Arsenale, za 2000 franków, „co na Paryż jest niczym”, jak pisał rozżalony do brata Franciszka. 

Po dwóch latach potężnie zasilone przez przyjaciół i znajomych Mickiewicza szeregi wyznawców „Koła” poczęły rzednąć, sam Towiański został z Francji wydalony, „brat Adam” siłą niemal wyrwany z jego objęć przez energicznych Zmartwychwstańców z ks. Semenenko i ks. Jełowickim na czele, dla których Towiański nigdy nie stanowił żadnej zagadki, od początku uważany był za sekciarza i hochsztaplera.  Aleksander Jełowicki, kresowy szlachcic, powstaniec listopadowy, poeta i tłumacz, gorący patriota, przyjaciel i mecenas Mickiewicza na emigracji – wydawał własnym sumptem jego dzieła, założył Księgarnię i Drukarnię Polską w Paryżu – w 1841 roku przyjął święcenia kapłańskie, a w następnym wstąpił do Zmartwychwstańców. Został przełożonym Misji Polskiej w Paryżu. Jeszcze jako człowiek świecki był świadkiem na ślubie Mickiewicza i Celiny Szymanowskiej.

 

Eugene Galien-Laloue - Zima na ulicy paryskiej

Eugene Galien-Laloue – Zima na ulicy paryskiej

 

Spowiedź Mickiewiczau ks. Jełowickiego, jako odnotowano sumiennie w kołach emigracyjnych, trwała siedem godzin. Zygmuntowa Krasicka z pokoju obok „słyszała jakby krzyki rozpaczy, jakby ryki krajanego nożem”. (W 1849 r. ten sam kapłan spowiadał i nawrócił tuż przed śmiercią Fryderyka Chopina, który na łożu śmierci wyznał mu: „Bez ciebie, mój drogi, byłbym zdechł — jak świnia!”).

Mętna, pseudofilozoficzna nauka „mistrza” zdołała jednak uwieść wielu patriotów. A legenda trwała długo po jego śmierci. Jan Styka jeszcze pod koniec XIX wieku umieszczał go na swych obrazach obok trzech wieszczów. Starannie utkane z zapożyczeń pseudomistyków i pseudofilozofów przedsięwzięcie zaczadzenia najwybitniejszych emigracyjnych umysłów proroctwami, że skoro tylko wszyscy Polacy „odrodzą się z ducha”, czyli uwierzą w Towiańskiego, „niewola skończy się sama”, było najprawdopodobniej dobrze przemyślaną i sprytnie przeprowadzoną psychomanipulacją. W kilku polskich środowiskach emigracyjnych i w wydawanych we Francji pismach ostrzegano jednak od początku przed Towiańskim jako carskim prowokatorem. „Gdy niebawem, na zlecenie Mistrza, wyjdzie z kół Słowiańszczyzny pismo do cara, by i on przyjął ich wiarę, w emigracji zakotłuje się i zakipi. Nim się to stało, nabrała podejrzeń również francuska policja i po kilku miesiącach Mistrz Andrzej otrzymał nakaz opuszczenia Francji”, pisze Pruszyński. Osiedliwszy się w Brukseli, począł z kolei szturmować Rzym, by i papieża oświecić swoją wiarą i natchnąć proroctwami. Wtedy pojawił się policyjny nakaz natychmiastowego wyjazdu z Rzymu. W tamtych czasach nie zwlekano z tego typu decyzjami; policja pilnowała, by szemrane postacie nie zawracały głowy ludziom władzy, nie głosiły swobodnie swoich poglądów; brano na serio niebezpieczeństwa sekciarstwa i wrogiej Kościołowi propagandy. Dziś wielu historyków uważa, że Towiański wypełniał specjalną misję na zlecenie rządu rosyjskiego, starając się doprowadzić do kompromitacji i ide­owego rozkładu polskiej emigracji. 

Jeśli tak było, to co do osoby Mickiewicza, misję tę wypełnił perfekcyjnie, choć nie do końca skutecznie. Musiał jednak dobrze zdawać sobie sprawę, z jakiego typu człowiekiem ma do czynienia. Czy było to trudne zadanie? Trudne i łatwe jednocześnie, bo Mickiewicz był kimś niezwykle wyrazistym i – pomimo bujności swojej natury i wszechstronności talentów – zdumiewająco jednorodnym. Zawsze to ten sam, żadnym cierpieniem nie zużyty duch, duch tytański, Prometej przykuty do skały czy nieszczęść narodowych, czy wiar własnych, ale piersią podnoszący kajdany ludu swego… jedną myślą, co gwoździem wrosła mu w czoło, chcący przewiercić świat, myślą o zbawieniu ojczyzny, jak pisał w jednym z listów młody wówczas, nieznany nikomu poeta Zygmunt Krasiński. 

 

Olga Boznańska - Kościół Inwalidów w Paryżu

Olga Boznańska – Kościół Inwalidów w Paryżu

 

Dzięki wytrwałości Zmartwychwstańców, których zasługi dziś są nie zawsze doceniane, a wręcz pomniejszane, a którzy nie mieli taryfy ulgowej dla sekciarzy, widzieli jak potworne żniwo zbierają oni wśród polskiej emigracji, Mickiewicz, choć nieraz jeszcze wadził się z Kościołem, nie wrócił już do pseudomistycyzmu. Zmarł dziesięć lat później w Konstantynopolu jako katolik. 


Czytelnikom serdecznie dziękuję za towarzyszenie mi podczas powstawania tego cyklu swoimi uwagami i refleksjami.


Z listów od Czytelników

Dramatycznie odmalowała Pani wpływ towiańszczyzny na życie Mickiewicza. Dziękuję za tę przestrogę, którą kieruje snop światła bardziej nawet na naszą współczesność. Bo Towiański ukłuł za grobu nawet JPII , który posłużył się jego myślą mówiąc o „starszych („jakby” – co pominięto) braciach” w 1986 roku.
Najgorsze jest to, że ówczesne utopie, które miały jeszcze ograniczony wpływ na Kościół, dzisiaj stały się jakby trwałą częścią nauczania. Kto dzisiaj oburzy się na układanie mandali przez benedyktynów z Tyńca, ćwiczenia jogi przez jezuitów, albo tezę o braku istnienia diabła (generał zakonu jezuitów), czy w końcu brak piekła (anihilacja  dusz – teza Franciszka). Towiański, z tej perspektywy zdaje się być tylko igraszką. Co gorsza brakuje nam dzisiaj takich Zmartwychwstańców, jak ks. Semenenko i ks. Jełowicki.
 
Wojciech Miotke

Cytaty A. Mickiewicza za: Adam Mickiewicz, Literatura słowiańska, wykłady w Collège de France. Kurs drugi. Rok 1841-1842. Tekst zrekonstruował, przełożył i opracował Leon Pleszewski, Warszawa1920;

Maria Dernałowicz, Adam Mickiewicz, Warszawa 1983

Ksawery Pruszyński, Opowieść o Mickiewiczu, Warszawa 1956

Możliwość komentowania jest wyłączona.