Tłum, czyli nieład. „Wszyscy”, czyli nikt.

14 września, Święto Podwyższenia Krzyża św. Tego dnia niezadowoleni z polityki rządu Polacy, skrzyknięci przez centrale związkowe, ruszyli na ulice Warszawy. Byli „górnicy i stoczniowcy, pielęgniarki i nauczyciele, ludzie młodzi i emeryci”, jak podawały gazety. Słowem, „wszyscy”.

Wszyscy, czyli po prostu uczciwi Polacy. 

Helena z Jaczynowskich Roth odnotowuje w swych wspomnieniach z lat I wojny i rewolucji w Rosji przedziwny moment. Tuż po abdykacji cara Mikołaja II, jej mąż Konstanty Roth,

Józef Brandt - Czaty nad Dnieprem

Józef Brandt – Czaty nad Dnieprem

carski oficer radiotelegrafista obsługujący radiostację w Krasnowodzku, zaczął odbierać zupełnie inne niż dotychczas komunikaty z Carskiego Sioła. Wysyłali je agitatorzy rewolucyjni w rosyjskiej armii, choć rewolucja jeszcze się nie zaczęła. Adresowane były zawsze w ten sam sposób: „wsiem, wsiem, wsiem…” (co znaczy: do wszystkich, do wszystkich…). 

Od tej chwili, dodaje autorka, „wypadki zaczęły się toczyć jak lawina. Dla Rosji zaczynały się inne czasy. Na jej olbrzymich obszarach zawrzało”. 

Na ogromne demonstracje w Paryżu, organizowane zimą i na wiosnę tego roku, także zapraszano „wszystkich”, bez wyjątku. Wszystkich niezadowolonych z ustawodawstwa godzącego w rodzinę. Uczestnictwo „wszystkich” miało być uwiarygodnieniem intencji organizatorów marszu. Kto się nie zgadza z polityką rządu wobec rodziny? „Wszyscy !”  Maszerujmy więc. Niech no tylko rząd nie uzna siły „wszystkich”. 

Znajomi Francuzi wracali do domu w euforii. Byli przekonani o niezawodnej sile sprawczej wspólnego przemarszu ulicami Paryża setek tysięcy ludzi. Mówiono nawet o milionie. Do Paryża zjeżdżano z całej Francji. Był tylko jeden warunek uczestnictwa: żadnych modlitw, krzyży i różańców. Wykluczono transparenty o treści religijnej.

Rząd francuski nie cofnął ustawodawstwa wymierzonego w rodzinę. Mobilizacja ogromnej rzeszy ludzi była sukcesem tylko w ocenie entuzjastycznych komentatorów w mediach prawej strony. 

Na manifestację organizowaną przez związkowców „w obronie praw pracowniczych” i „przeciw niesprawiedliwości rządu” 14 września w Warszawie także przyjechali Polacy en masse, bez różnicy zawodu, wieku, wykształcenia. Bo przecież oburzenie i poczucie niesprawiedliwość jest powszechne. 

Wspólnota celu i wrażenie zjednoczenia – płynące z faktu, że ujrzało się wokół siebie tylu ludzi („Jesteśmy jednością”, powtarzali mówcy) – zawsze dodaje skrzydeł. Powoduje, że każdy tłum zamienia się w świadomą swojej własnej siły i – w subiektywnym odczuciu jego uczestników – doskonale panującą nad sytuacją żelazną pięść, złożoną z tysięcy pięści. Pięść zdolną wymierzać sprawiedliwość całemu złu tego świata

Tak zawsze działa ukryta w tłumie sprężyna. Nakręca poczucie omnipotencji. 

„Jestem tutaj po to, żeby powiedzieć temu zakłamanemu rządowi Donalda Tuska, aby już odszedł”, to wypowiedź jednego z uczestników manifestacji. Jakże typowa. Ale gdyby jej autor sam stanął z transparentem na środku ulicy, czy głos jego brzmiałby równie pewnie? 

Ludzie są rozgoryczeni. Rząd ignoruje społeczeństwo, nie zauważa tysięcy podpisów pod apelami o referendum w palących kwestiach społecznych, podkreślają media. Narasta poczucie krzywdy i beznadziei. W tej sytuacji uczestnictwo w wielotysięcznym tłumie wyzwala upajające poczucie, że ten zły sen wreszcie się kończy. Że wszystkie mury muszą runąć. 

„Pora wystawić rachunek, teraz naród będzie sędzią, bal się skończył”, to nie prośba, ale ustanowienie nowych zasad gry, zdaniem jednego z „liderów związkowych”. Warunki podyktuje lud. 

 

Peter Breugel - Wieża Babel

Peter Breugel – Wieża Babel

„Manifestacja jest wielkim zwycięstwem związkowców nad rządem”, zawyrokował inny lider.

Pozostali wzywali rząd do „dialogu” oraz nakreślali nową linię podziału. Wyznaczać ją mają pozycje dwóch grup Polaków: niezadowolonych (to „pracownicy”) i polityków („panowie z sejmu i rządu”). Nie ma miejsca dla opozycji parlamentarnej. Jest tylko lud i kasta tych, co zawsze kręcą...(Przypomnijmy, że Jarosław Kaczyński też się do polityków zalicza, a więc do tych, których  żywioł związkowy jednym ruchem ustawił sobie jako przeciwników). W ten sposób zakwestionowano ustrój polityczny RP. Co dalej? Co ma nastąpić potem? Jaki typ rządów będzie wystarczającym  zabezpieczeniem żądań ludzi pracy?

„Dziś rząd dostaje ostatnie ostrzeżenie. Jeśli nie wyciągnie z tego wniosku zablokujemy cały kraj, wszystkie drogi, autostrady. Nie ma przyzwolenia na taką politykę…”, to przypomina wojenne wici. 

Postulaty typu: „Musimy być razem”, „Musimy iść za ciosem”, to  wezwanie rzucane najczęściej. „Najważniejsze to organizować się, zbierać podpisy…”

Publicyści  z prawej strony chwalą związkowców za profesjonalizm, merytoryczność i dojrzałą obywatelską postawę. Żądamy, domagamy się, musicie nas wysłuchać… Sytuacja gospodarcza jest zła. Ludzie uczciwie pracujący na chleb dla rodzin są zagrożeni. Są tysiące powodów, by zwykły człowiek odczuwał niepokój o byt, o najbliższą przyszłość. To wszystko prawda. Tylko, czy środki, na jakie się zdecydowano wybrano w sposób realistyczny?

Pewien wybitny działacz związkowy powiedział kiedyś – wspomina prof. Adrien Loubier – że według niego tym, co się najbardziej liczy, nie są cele ruchu związkowego, lecz środki, jakimi się on posługuje. >To właśnie środki – ujawnił – determinują sposób myślenia, dzięki któremu stopniowo zmieniają się sami ludzie<„.  

Wiece, marsze, demonstracje, strajki powszechne są dziś  uznawane za działania polityczne mające niezawodną siłę sprawczą. Jeśli tylko organizacja protestu będzie na poziomie, pożądany skutek polityczny jest zapewniony. Decyduje wola powszechna. To ona ma być źródłem prawa. Decyduje człowiek pracy, zwykły robotnik, kolejarz, czy górnik, na równi z inżynierem i technologiem. Decyduje związkowy kolektyw. Przecież wszyscy jesteśmy „równi”! Jednocząc się ustanawiamy wzajemne braterstwo. Tworzymy siłę, bo jesteśmy razem

Prymas Stefan Wyszyński bardzo szanował ludzi upominających się o pracownicze prawa w komunizmie. Bronił ich wielokrotnie wobec komunistycznych władz. Ale dziś wiadomo, iż kto jak kto, ale on, interrex, doskonale sobie uświadamiał, że broń skrajnie zdeterminowanych ludzi, z których system zamierzał zrobić niewolników, broń strajkowa  – a decyzja o strajku zapada metodą głosowania – jest lontem, który może wywołać reakcję łańcuchową. Nieprzewidywalną. Że ludzie, którzy wystąpili w obronie swoich praw mogą się stać wygodnym narzędziem w rękach o wiele sprytniejszych. Był w tej świadomości osamotniony. Wiedział, że może w Polsce nastąpić ciąg wypadków, które raz rozkręcone nie dadzą się zatrzymać. Nie na tym polega racjonalna polityka.

Na końcu tego łańcucha wydarzeń może mieć miejsce sytuacja, której nikt z bojowników „słusznej sprawy” nie uzna za zwycięstwo.

Likwidacja Stoczni Gdańskiej (wówczas noszącej imię W. Lenina), w niewiele lat od strajku w 1980 roku, nikomu wtedy- gdy umysły ogarnięte były gorączką wspólnej walki, i podczas euforii pierwszych dni solidarnościowego karnawału – nie mieściła się w głowie. Taką wizję uznano by za majaczenie chorego w malignie. Podobnie jak zmuszenie do emigracji miliona osób zaangażowanych w „Solidarność”.

Podobnie jak fakt, że w Polsce ludzie będą umierać tylko dlatego, że nie będzie ich stać na leki; szpitale nie będą przyjmować chorych, bo nie będą mieć za co ich leczyć. 

Na taki scenariusz nikt z uczestników strajkowych wieców by się nie zgodził. Nikt nie uwierzyłby, że to możliwe.

Prymas Polski był realistą, bo był Synem Kościoła. Oskarżano go, że „sprzyja władzom”, że nie dowierza prostym uczciwym ludziom. Że czarno widzi. Że jest konserwatystą.

Kardynał Stefan Wyszyński podczas internowania, lata 50. XX wieku

Kardynał Stefan Wyszyński podczas internowania, lata 50. XX wieku

 Minimum czyli chleb

Prymas Tysiąclecia miał też wyrobione zdanie o pochodzeniu hasła, które każdy protest pracowniczy ma „w tyle głowy”: „wolność, równość, braterstwo”. Wiedział, że „prawa człowieka” są przeciwstawiane prawom Boga. 

Kościół zawsze mówił o powinnościach człowieka. Powinnościach wobec Boga. Tam, gdzie odrzuca się obiektywne prawo moralne pojawia się wola, by wszystko oprzeć na żądzach człowieka. „Oto radykalny przewrót: – przypomina prof. A. Loubier  – wyniesienie stworzenia ponad Stwórcę… Tu jest dusza Rewolucji, według prawdziwego znaczenia słowa revolvere: odmienić, odwrócić porządek rzeczy”.

Ale i w tej kwestii Prymas Wyszyński był osamotniony – w samym Kościele.

Zbiorowe manifestacje mają swoje prawa. Wywołują zbiorowe emocje. Emocje utrudniają  myślenie. Odbierają spokój. Nie pozostawiają miejsca na chłodną analizę, na finezyjne roztrząsanie. Tu trzeba porwać ludzi prostymi chwytami. Proste chwyty mają za podstawę uproszczoną wizję rzeczywistości. Analiza sytuacji w tej wizji nie musi być trafna. Można coś ważnego pominąć. „Nie bawmy się w niuanse – mówi się ludziom – trzeba działać”. 

Ale czy wszyscy gracze ustawieni na tej szachownicy wyznają taką samą zasadę? Czy wszyscy zgodnie „nie bawią się w niuanse?” A może jest ktoś, kto zważa na każdy szczegół, kto analizuje drobiazgowo każdą sekwencję wydarzeń, kto widzi wszystko na szerszym tle? Wie, że wyobrażenie o suwerenności ludu jest niczym innym jak dobrze sprzedającym się mitem. Jest mistyfikacją. 

Ktoś taki wie też dobrze, że rozbudzenie w ludziach potrzeb typu: „chleba i igrzysk” –  i zablokowanie potrzeb wyższych – jest zawsze zepchnięciem ich w jakiś rodzaj niewolnictwa. Bo człowiek oprócz ciała ma też i duszę.

 

Stanisław Masłowski - Wiosna 1905 roku

Stanisław Masłowski – Wiosna 1905 roku

„Zgodę między osobami o różnych poglądach, wynikających z różnej znajomości rzeczy, można osiągnąć tylko na poziomie wspólnego minimum”, przestrzega prof. Adrien Loubier. „Gdy wchodzi w grę efekt masy, znaczenie wiedzy i kompetencji zostaje zredukowane do najniższego stopnia”. To prawo niwelacji i redukcji wolnych zgromadzeń ludzi. Zgromadzeń, gdzie każdy ma głos, gdzie nie istnieje hierarchia wiedzy i kompetencji. 

Tym wspólnym minimum jest w przypadku naszej warszawskiej demonstracji chleb codzienny. Zarobki, umowy, zabezpieczenia socjalne, emerytury. Odstąpiono od postulatów natury moralnej. Nie ma kwestii deprawacji dzieci w szkołach i w kulturze oficjalnie przez państwo promowanej. Pomija się niszczenie małżeństwa i rodziny. Pomija się szerzenie rozwiązłości i dewiacji – i przymus tego rodzaju edukacji. Pomija się sprawę zinstytucjonalizowanego kłamstwa. Pomija się prawa Boga.

Cóż, poglądy mogą być różne, zakłada się milcząco. My tu tylko walczymy o przetrwanie. Taka jest cena „jedności”, czyli braterstwa. 

 Bal się skończył? 

„Smutne jest to, że robotnicy Wybrzeża żądają tylko podwyżek materialnych – notował w swoim Dzienniku Stefan Kisielewski pod datą 26 stycznia 1971 roku – nic natomiast nie mają do powiedzenia w materii ideologicznej. To oczywiście daje im pewną siłę, bo partia nie może ogłosić ich jako wrogów. Rosji też jest głupio interweniować, z drugiej jednak strony cała rzecz staje się przez to bardziej jałowa i mniej płodna w skutki państwowe i moralne”.

Robotnicy w 1970 r., którzy upominali się o chleb nie mieli przywódców ideowych. Cała ich „polityka”, to nie zgodzić się na podwyżki cen żywności. Nie czuli się na siłach wysuwać postulatów o odnowę moralną Polski. Uznawali w tych sprawach kompetencje Kościoła. Wkrótce przy stoczniowcach pojawili się „doradcy”, którzy wiedzieli lepiej. Przestrzegali przed postulatami, które miały inspirację katolicką – a w 1980 roku było ich wiele. Kpili z „prawdziwych Polaków”, jak szyderczo określali katolików w szeregach związku. Za swój cel uznali radykalizowanie sytuacji politycznej. Głos Kościoła, głos Prymasa Polski – który znał komunistów lepiej niż ktokolwiek w Polsce – i jego wezwanie do ostrożności, umiaru i rozwagi – także w korzystaniu z usług doradczych – pozostał nie wysłuchany.

Jean-Francois Millet - Zbieranie kłosów

Jean-Francois Millet – Zbieranie kłosów

 

Ci uczestnicy ruchu „Solidarności”, którzy obserwując postępujące rozwodnienie postulatów moralnych nie byli w stanie przeciwstawić się presji lewicowych „autorytetów moralnych”, ludzi zasłużonych dla PZPR i dobrze widzianych na europejskich salonach, i ich trąbieniu o „prawach człowieka”, musieli wcześniej czy później, uznać swoją całkowitą klęskę. Wciągnięci w zębate tryby mechanizmu związkowego, który działał już na pełnych obrotach, nieuchronnie musieli zostać zmieleni w drobną kaszkę, jak ujmuje znawca zagadnienia, prof. Adrien Loubier. 

„…W sumie dokonują się tu [podczas wiecu, manifestacji, debaty okrągłego stołu, sesji parlamentarnej, zebrania organizacji związkowej itp.– EPP] procesy sortowania, analogiczne do uwarstwienia się rud metali stosownie do ich gęstości i ciężaru gatunkowego”, zauważa prof. Loubier. „(…) Elementy >lżejsze<  okazują się bardziej uzdolnioine i tym wyżej szybują. Wygodniej zadamawiają się w prądach powszechnej opinii, łatwiej ustawiają się >z wiatrem<„. 

Prof. A. Loubier przyrównuje ich do „władców krainy mgieł i obłoków”, wyznawców doktryny wziętej z imaginacji. Cóż począć, prawo selekcji zaczęło działać. Z takiej debaty czy wiecu eliminowane są – wcześniej czy później – osobowości najwybitniejsze, mające zdanie odbiegające od przeciętnego poziomu refleksji „ogólnie słusznej”, pragnące ukazać prawdziwe problemy, faktyczne zagrożenia, głębiej zanalizować sytuację nie pomijając wymiaru moralnego. Wskazać na źródło, przyczynę i możliwe skutki. W Polsce takich ludzi nie brak. Oni jednak z reguły nie mają dostępu do mikrofonu. Na czoło wysuwa się tych, którzy mają dar sugestywnej wymowy, talent krasomówczy. 

Wiec, demonstracja, okrągły stół, wolna debata, dyskusja w klubie politycznym, wszystkie tego rodzaju zgromadzenia mają swoje prawa, swoje wewnętrzne zasady. Często – choć nie zawsze – dzieje się tak, że myślenie uczestników tych zgromadzeń, uprzednio umiejętnie zniwelowane, czyli doprowadzone do swoistej izolacji od rzeczywistości, zostaje podporządkowane subtelnemu sterowaniu, nie dostrzegalnemu na ogół przez nikogo, poza wtajemniczonymi. Dla tych zaś kręgów, dodaje prof. A. Loubier, uczestnicy masowych protestów  bynajmniej „nie są ludem ani narodem, lecz stadem baranów, zaopatrzonych – każdy – w kartę do głosowania”.

„Wspólnota celu”, w warunkach masowej frekwencji – i pełnej liberalizacji, gdyż każdy może zabrać głos i wyrzucić z siebie, co też mu leży na wątrobie – prowadzi często do wyzucia się z krytycznego, analitycznego spojrzenia. 

„Kto jest pracodawcą tego rządu?”, rzucił lekko jeden z mówców 14 września w Warszawie. I zaraz dodał: „Mam też prosty program polityczny…” Na wiecu wszystko jest proste jak drut. Proste i jasne. Polityka to zabawa. Na demonstracji się nie filozofuje, tylko działa. Krok musi być równy. Pięść zaciśnięta. 

Tam, gdzie są „wszyscy” i gdzie wymagany jest wspólny zapał, jednolite zaangażowanie, gdzie istnieje też masa emocji – i jeszcze większa ilość oczekiwań ludzi oszukiwanych przez system i ich nadzieja na rychłe owoce wspólnej walki – łatwo jest ześlizgnąć się z twardego gruntu rzeczywistości w sferę fantasmagorii. Jedną z nich może się stać jakże słodkie wyobrażenie, że widok tysięcy ludzi – głównie mężczyzn, którzy idą ulicami wznosząc gniewne okrzyki, transparenty i bucząc – robi na rządzie, który mamy dziś w Polsce, straszne wrażenie. Władza drży… Nie ma wyjścia: musi rozpocząć dialog. Jesteśmy tak przeświadczeni o swojej sile, my, lud, że nawet liczymy na sprawiedliwość niesprawiedliwych… 

Albo wyobrażenie, że skoro ludzie ewidentnie „mają rację” w kwestiach praw pracowniczych, to rząd ugnie się przed ich perswazją i siłą. My mamy rację, oni nie. „Bal już się skończył…”

Jan Steen - Wesoła rodzina

Jan Steen – Wesoła rodzina

Czy napewno? Skąd to wiadomo? 

Nierealistyczne jest założenie, że „lud ma prawo”, jak i to, że z tą władzą można coś osiągnąć metodą „dialogu”. A także, że pogróżki pod jej adresem to „realizacja prawa”. Jakiego prawa? Prawa ulicy, prawa rewolucji.

Demonstracja, wiec, zebranie związkowców posiłkuje się hasłem, zestawem haseł, zamiast analizą. Każda rewolucja jest tego przykładem. Zachęca do czynu przy pomocy dobitnych komend, wręcz wymusza czyn, zamiast prowokować namysł, refleksję, zastanowienie. „Prędzej, burzmy te mury…” „Prędzej, pora kończyć ten bal”. A mury, rozwalone doszczętnie, na powrót są stawiane. A bal miał tylko małą przerwę na spektakl uliczny, dla rozweselenia gości, który tancerze w zadziwieniu oglądali przez okna. Poczucie wolności i wspólnoty upaja. Teraz my mamy głos. My pokażemy. My powiemy do słuchu. Muszą nas słuchać. Muszą milczeć i wstydzić się. Muszą się bać… Czy aby na pewno? 

„Ten kierunek myślenia”, przestrzega prof. Adrien Loubier, „zazwyczaj roztapia rzeczywistość, jak roztapia się masło wystawione na słońce. Za to tryb myślenia ludzi już pozostanie zmodyfikowany. Ich inteligencja, raz uwolniona od liczenia się z rzeczywistością aktualną lub możliwą, będzie odtąd pracować wyłącznie w mgłach i obłokach idealizmu”. 

Niewolnicy wczoraj i dziś 

Św. Piotr Klawer, był Katalończykiem, ewangelizował czarnych niewolników, których  przywożono z Afryki do Ameryki Południowej w XVII w. Czarnoskórzy przybysze byli kupowani za pieniądze u wybrzeży Gwinei i Angoli przez białych handlarzy – jako jeńcy plemion, które prowadziły między sobą walki; ich za ceną była ceną wina, wódki lub octu. Nazywano ich drewnem hebanowym. Sprzedawano na targu plantatorom i właścicielom kopalń. Zarówno w czasie potwornej podróży na przeładowanych statkach  – gdzie stłaczano ich zakutych w łańcuchy, z obręczami na szyi – jak i na lądzie, traktowano ich  jako  istoty niższego gatunku, które należy eksploatować. Ogromna ich ilość umierała w drodze.  „Przybywali więc do celu swej podróży wycieńczeni z niedożywienia, poranieni na ciele i na duchu, przerażeni, często na krawędzi obłędu”. 

Św. Piotr Klawer nie znał języków, którymi posługiwali się przybysze z Czarnego Lądu. Nie studiował psychologii, nie był specjalistą od kultury ludów pierwotnych ani od historii walk plemiennych. Nie był lekarzem, psychoterapeutą, dobroczyńcą. Był biednym zakonnikiem. A jednak w ciągu 44 lat spędzonych w  Kolumbii nawrócił i ochrzcił dziesiątki tysięcy ludzi, których sprzedawano na targu. A także setki innowierców, muzułmanów i protestantów. 

Francisco Ribalta - Chrystus obejmujący Św. Bernarda

Francisco Ribalta – Chrystus obejmujący Św. Bernarda

Przez te wszystkie lata powtarzał, z regularnością, z jaką do portu przybijały przeładowane statki, wciąż te same czynności: Najpierw wypływał na małej łódce na spotkanie statku, który zbliżał się do brzegu. Miał ze sobą podręczną apteczkę, owoce, żywność, tytoń. Gdy schodził do pogrążonej w ciemnościach ładowni, za każdym razem miał wrażenie, że nie przeżyje zetknięcia się z tym widokiem i z tą wonią. Ale nigdy się nie cofnął. Sam niegdyś, jako młody człowiek, musiał uporać się z własną nadwrażliwością, wydelikaceniem i lękami… 

Najpierw zbliżał się do umierających, „z serdecznym uściskiem i łagodnym słowem pociechy, w nadziei, że choć przez chwilę poczują się przygarnięci ramieniem Boga. Następnie zwracał się do dzieci, potem do kolejnych udręczonych więźniów. Każdego przytulał do piersi, każdego czymś stosownym obdarowywał”. Wracał do nich natychmiast, gdy byli już mieszkańcami ohydnych rozwalających się bud, gdzie czekali na swoich przyszłych nabywców. „Nie obawiając się zarażenia jakąś chorobą ani brudu zjawiał się w swej ubogiej czarnej sutannie, z krzyżem na piersi…”,. Kiedy niewolnicy mogli skupić uwagę na tym, co ma im do przekazania człowiek z krzyżem na piersiach, rozpoczynał nauczanie. Nie miało ono nic wspólnego z dzisiejszą katechezą. 

 „Rozwijał wielką planszę z własnoręcznie wyrysowaną lekcją, po czym przy pomocy długiego drewnianego pręta wskazywał kolejne kolorowe obrazki i komentował je gestami, westchnieniami, powtarzanymi wielokrotnie tymi samymi słowami. Pośrodku narysowany był Pan Jezus na krzyżu, u Jego stóp – ksiądz udzielający chrztu wodą zaczerpniętą z krwawiących ran Zbawiciela. Po jednej stronie – tłum czarnoskórych ludzi o twarzach uśmiechniętych i radosnych, którzy stoją rzędem w otoczeniu aniołów i świętych, po drugiej, w pewnym oddaleniu – czarne, zdeformowane sylwetki o udręczonych obliczach, a wokół nich przerażające postacie demonów”. 

Po pewnym czasie mógł swoim podopiecznym przedstawić zbiór  grafik „Żywot Pana naszego Jezusa Chrystusa”, wydany przez Bartolomeo Ricciego, wspaniałe dzieło sztuki. Zyskał wśród nich pomocników i tłumaczy – grupa ta potrafiła swobodnie działać wśród czarnoskórych posługujących się trzydziestoma narzeczami. Z czasem i oni stali się opiekunami swoich umęczonych braci. Nie było nigdy ze strony św. Piotra Klawera protekcjonalnego dydaktyzmu i przekonywania, że to dobrze, że wyrośli w pogańskich kultach, bo wszystkie religie są równe

Będąc dla nich „ojcem, bratem, wychowawcą, mistrzem, spowiednikiem, pielęgniarzem, sędzią, (…) mógł uzyskać od nich wszystko, ponieważ sam dawał wszystko”. 

A przybysze z afrykańskiego lądu bezbłędnie pojmowali, że człowiek w czarnej sutannie (wywodzący się z wyższych sfer Hiszpanii), jest ich prawdziwym ojcem, ponieważ troszczy się przede wszystkim o zbawienie ich dusz. 

Sutanna, którą nosił była cała poszarpana, tyle rąk wyciągało się ku jej fałdom – jej strzępki ukrywano jako najcenniejsze relikwie. Fryzjer, który go strzygł, potajemnie chował jego włosy, które także stawały się relikwiami. Św. Piotr Klawer uzdrawiał dusze i ciała. Towarzyszył też zawsze do końca skazańcom. Modlitewnik jednego z czarnych niewolników skazanych na śmierć, który pomagał mu w przygotowaniu się do niej, nosi podpis właściciela: „Najszczęśliwszy człowiek na świecie”. 

Dzisiejsze niewolnictwo nie jest tak spektakularne. Niewolnicy systemu ekonomicznego i politycznego nie różnią się wyglądem od innych ludzi. Są zwykle dobrze odżywieni i ubrani. Każdy zaopatrzony jest w telefon komórkowy. Sami dbają o swoje fizyczne potrzeby. Mogą realizować też swoje prawa, zwane szumnie prawami człowieka. Mają dostęp do organizacji związkowych. 

Mogą dowoli wykrzyczeć się na wiecach i podczas demonstracji. 

Są jednak w gorszej sytuacji niż ci, ku którym wyjeżdżał na swej małej łódce św. Piotr Klawer. Ignorują rzeczywistość. Nie dostrzegają faktu, że gdy realizując swoje prawa  negują zarazem swoją zupełną zależność od Boga, pogrążają się w duchowym niewolnictwie. Gdy wybierają wolność od praw Stwórcy – a czynią to, gdy zapominają o swoich wobec Niego powinnościach – zamykają się w niewolniczej zależności od ducha tego świata, który nosi też imię  księcia ciemności. 

Nie tylko tu, na ziemi – na całą wieczność. 

Na szczęście Polska jest specjalnym miejscem. W Polsce czymś realnym jest dziecięce uczucie miłości dorosłych ludzi do Matki Bożej. 

Duża część demonstrantów prosto z Warszawy udała się na Jasną Górę. To nie był gest na pokaz. To było uznanie prawdziwej hierarchii. I odwołanie się do niej. To była pokora. Maryja jest u nas Królową.

Ludziom, ku którym skierowana była manifestacja 14 września w Warszawie, przyszło rządzić narodem o tysiącletniej historii. I wciąż, w sposób tajemniczy związanym z Matką Boga.

Tycjan - Ecce homo

Tycjan – Ecce homo

Historia ta zaczęła się od przyjęcia chrztu i uznaniu zwierzchnictwa Ojca Świętego nad nowo powstałym państwem polskim. Ci ludzie, wobec których demonstranci wznosili swoje okrzyki, wstydzą się dziś i boją się zarazem krzyża. Udowodnili to w 2010 roku. Spójrzmy jednak na nich nie jak na wrogów, lecz jak na naszych braci o spustoszonych sercach, którzy potrzebują lekarza. Tego oczekuje od Polaków Matka Boża. Ten, który zwyciężył przez krzyż nie pragnie ich zguby, nie oczekuje zemsty i odwetu, tylko ich wybawienia od śmierci wiecznej. Oni potrzebują modlitwy i dobrego przykładu. Także po to, by oderwali się od miraży rzekomej „pełni władzy”. 

Wydarzenia na Krakowskim Przedmieściu sprzed trzech z górą laty uczą niemal całkowicie dziś zapomnianej prawdy, że ideał demokratyczny jest wewnętrznie pusty. Pusty, o ile nie panuje w nim i ponad nim jedyny Władca, Chrystus. Każda demonstracja zamieni się – wcześniej czy później – w przeciwieństwo tego, co stało u jej początków. W posłuszny instrument władzy politycznej, zręcznie obracany w jej rękach w celu zaprowadzenia nowego porządku. Zaiste, zmieniać trzeba wiele – i bardzo umiejętnie – by wszystko mogło zostać po staremu.

I wszystko zostanie po staremu,  a dodatkowo zyska nową dynamikę, wyraźne przyspieszenie, o ile uczestnicy demonstracji  – tej i wszystkich innych  rozpoczętych „w słusznej sprawie”, „w obronie praw człowieka” – nie uznają, że ponad wiecową władzą – która już niemal sama, jak wielu dziś sądzi, wchodzi im do rąk – władzą owej mitycznej „większości”, „reprezentacji”, „przedstawicieli ludu”, „central związkowych”, „kolegiów”, „rad” etc. jest rzeczywistość niezmienna – Bóg.

I że nigdy – bez uznania zwierzchnictwa osobowego Boga, Jezusa Chrystusa, Króla królów, w dziedzinach, których uzdrowienia tak bardzo by pragnęli – nie będzie istniał w żadnym państwie żaden ład.

Nie będzie żadnej sprawiedliwości i porządku. Nie będzie zdrowej gospodarki opartej o powszechną i zdekoncentrowaną własność prywatną. Nie będzie powszechnego dostępu do kredytu, którą zagwarantuje państwo miłujące ład, ład nadprzyrodzony – i dlatego szanujące obywateli. Nie będzie szczęścia rodzin i godnych warunków ich życia. Bo ład w państwie, sprawiedliwość i porządek – tak samo jak ład moralny w rodzinach – nie opierają się na roszczeniach. Opierają się na powinnościach. Na obowiązkach wobec Boga. Na obowiązkach wszystkich, zgodnie z nich stanem.

Władzy i ludu, czyli obywateli, pospołu. Rodziców i dzieci. 

Na tym polega miłość Boga, który jest Ojcem wszystkich.

Państwa giną, gdy przestają uznawać Kościół katolicki za jedynego ustanowionego przez Boga strażnika całego prawa moralnego – naturalnego i objawionego. 

Polska budowana bez uznania tego zwierzchnictwa  – zwierzchnictwa także nad wszelką władzą świecką – po prostu nie ma szans na istnienie. I któregoś dnia przestanie istnieć. Jako realną możliwość zapowiedział to Pan Jezus w objawieniach Rozalii Celakówy.

_____________ 

Źródła cytatów: 

Prof. Adrien Loubier, „Grupy redukcyjne. Techniki sterowania i manipulacji wewnątrz stowarzyszeń”. Wyd. Antyk – Marcin Dybowski 

 O. Antonio Sicari, „Nowe portrety świętych”, wyd. Siostry Loretanki.

Helena z Jaczynowskich Roth, „Czasy, miejsca, ludzie. Wspomnienia z Kresów wschodnich”, Wydawnictwo Literackie.

Stefan Kiesielewski, „Dzienniki”, Iskry

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.

  • Kalendarium wpisów

    Styczeń 2018
    N P W Ś C P S
    « gru    
     123456
    78910111213
    14151617181920
    21222324252627
    28293031