„Tej garstce, która nas słucha”. Zofia Kossak w niemieckim obozie śmierci.

„Świat patrzy na tę zbrodnię, straszliwszą niż wszystko, co widziały dzieje i – milczy – pisała Zofia Kossak-Szczucka w apelu do społeczeństw Zachodu, podczas zagłady Żydów z warszawskiego getta w sierpniu 1942 roku. – Rzeź milionów bezbronnych ludzi dokonywa się wśród powszechnego złowrogiego milczenia… Tego milczenia dłużej tolerować nie można… Kto milczy w obliczu mordu – staje się wspólnikiem mordercy. Kto nie potępia – przyzwala”.

Zofia Kossak-Szczucka, lata międzywojenne

Zofia Kossak-Szczucka, lata międzywojenne

Katolicka powieściopisarka, której książki tłumaczono na wiele języków, nie potrafiła milczeć. Nie potrafiła zajmować się tylko sobą, swoją twórczością, przetrwaniem w piekle wojny, dramatycznym losem najbliższych. Stanęła na czele Frontu Odrodzenia Polski, tajnej organizacji katolickiej. Z narażeniem życia działała w „Żegocie”.1) Została uwięziona w Auschwitz. Siedziała na Pawiaku z wyrokiem śmierci. Po uwolnieniu przystąpiła do Powstania Warszawskiego.  

Po powrocie z Anglii do Polski w 1957 roku także nie była w stanie milczeć, choć bardzo ją do tego namawiano. Nawet nic nie mówiąc. Wykonując tylko pewne wymowne gesty, które powinna była zrozumieć w lot. Tak jak potrafiło zrozumieć wielu jej kolegów pisarzy – i w pełni docenić.

Autorka Pożogi (1922), słynnej powieści opartej o wspomnienia z Wołynia, z zagłady Polski szlacheckiej dokonanej przez bolszewików, zachowywała się jednak tak, jakby nie wiedziała o co chodzi. Jakby nie znała reguł gry. Dziecko zagubione we mgle.

Towarzysze potrzebują artystów

Władze stalinowskie postawiły w PRL-u na artystów. Przekonania nie są ważne, wszystko jest kwestią ceny. Mieć wielkiego artystę w roli pieska pokojowego, to się musiało opłacać. Próbowano tej metody także wobec Zofii Kossak-Szczuckiej. Robiono wiele, by ta wychowana we dworze pani, znana ze swej  religijności i bezkompromisowości, przestała zawracać sobie głowę rolą sumienia katolickiego narodu. By uznała, że jej miejsce jest wśród tłumu literatów klaszczących na plenach, siedzących grzecznie w pierwszych rzędach podczas akademii i stojących sztywno na trybunach w czasie pochodów pierwszomajowych. Jeżeli nawet nie gorliwie wychwalających partię – jak przyszli nobliści, Czesław Miłosz (powieść Zdobycie władzy) i Wisława Szymborska (tom wierszy Dlatego żyjemy, 1952 i 1954), a później dwuznacznie z komunizmem polemizujących (Miłosz w Zniewolonym umyśle i wielu innych) – to przynajmniej „walczących z polskim klerykalizmem”.

W tej dziedzinie zasługi położyła Wisława Szymborska, którą w 2011 roku prezydent Bronisław Komorowski odznaczył na Wawelu Orderem Orła Białego. „Pierwsza dama polskiej poezji” – zdaniem arbitrów elegancji w świecie literackim – była sygnatariuszką (wraz ze Sławomirem Mrożkiem i Janem Błońskim) manifestu kilkudziesięciu krakowskich twórców, którego celem było zachęcenie komunistycznych władz do przyspieszenia wykonania wyroku śmierci na uwięzionych księżach kurii krakowskiej, oskarżonych o „szpiegostwo i dywersję za amerykańskie pieniądze” (8 lutego 1953).

Zofia Kossak-Szczucka, wywodząca się z ziemiańsko-malarskiej rodziny Kossaków (jej wujem był Wojciech Kossak) nie była w stanie zaangażować się w żadną podobną manifestację podporządkowania nowej władzy.

„Wiadomo, że honor kosztuje, ale skoro się go ma, trzeba płacić”, pisała w liście do przyjaciół w roku 1962, wkrótce po  awanturze, którą zrobiła, gdy w prasowym sprawozdaniu jednego z posiedzeń literatów w Warszawie przypisano jej kłamliwie nie tylko obecność na nim, ale i udzielenie poparcia dla partii. „Nie ustąpiliśmy, trudno”. Szmatławiec zmuszony został do zamieszczenia sprostowania. W roku następnym pisarka podpisała protest przeciw cenzurze („List 34”).

Komuniści prowadzili cały czas wobec niej subtelną grę naprzemiennych umizgów i kąsania. Zmuszono ją do emigracji w 1945 roku grożąc więzieniem. Zdecydowała się na pracę fizyczną na angielskiej farmie. Uczyniła to dla męża, Tadeusza Szatkowskiego, by ten przedwojenny oficer, po przeżyciach oflagu, mógł uporać się z depresją. Małżonkowie z dwójką dzieci żyli z dala od środowiska literackiego, na marginesie rozpolitykowanych kręgów emigracji, dzierżawiąc małe gospodarstwo i hodując owce w Kornwalii. 2.)

Ktoś obdarzony talentem tej miary byłby dla partii na wagę złota, zawyrokowano po roku 1953; jego spolegliwość byłaby uwiarygodnieniem. Decyzja Jakuba Bermana o wypędzeniu pisarki z Polski zostala anulowana.

Twórczość Zofii Kossak była dobrze znana na Zachodzie, jej powieści trafiały na listy bestsellerów, a „Bez oręża” znalazło się na czele Book of the Month w Stanach Zjednoczonych. (Wtedy, gdy w Polsce – w latach 1951 – 1953 – wszystkie jej utwory objęte były cenzurą, wycofywano je z bibliotek i czytelni). Zwłaszcza że entuzjazm Polaków towarzyszący jej powrotowi do kraju wraz z mężem  w roku „odwilży”, był ogromny.

Powitanie Zofii Kossak w Polsce po powrocie z Anglii 1957

Powitanie Zofii Kossak w Polsce po powrocie z Anglii 1957

„Przyjechała Pani w samą porę. Witają Panią ludzie, wita ziemia, wiosna w powietrzu, skowronki już przyleciały. A tu trzeba zakasać rękawy, budować na każdym kroku, taki chaos w głowach, w życiu…” – pisał w liście czytelnik z Krakowa. Listów powitalnych otrzymywała od Polaków setki.

A ona sama odczuwała radość i ulgę z powrotu „Zawsze byliśmy tutaj niczym Twardowski na Księżycu”, pisała w jednym z listów wysłanych jeszcze z Anglii. „[…] Rozczarowanie nam nie grozi. Dobry czy zły – mój kraj. Bardzo dręczyła mnie świadomość, że nasze bytowanie na Trossell nie jest w niczym służbą Polsce. Teraz będziemy służyć”. „Wiadomościom” londyńskim ucinała krótko przestrogi dawane w rozmowie redakcyjnej: „Wszystko jest dobre, co jest Polską”.

Jednak już z wywiadu radiowego, który przeprowadzono z nią na lotnisku, wycięto przed publikacją w gazecie słowa pozdrowienia rodaków: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!”.

Słowa te po prostu raziły, były „zbyt dosłowne”, nie pasowały. Wystarczyłoby przecież zwykłe „Dzień dobry”. Dzisiaj też nie pasują.

„Dwoje starych dzikusów, nagle okadzanych…”

Była w Polsce popularna i lubiana jeszcze przed wojną. Ale i tuż przed powrotem z emigracji jej książki zaczęły ukazywać się w dużych nakładach. Polscy czytelnicy utożsamiali ją z narodowym sumieniem. Spodziewali się, że jej kultura, wiara, szlachetność, świadomość cywilizacyjnej roli Polski oparta o świetną znajomość historii oraz międzynarodowe uznanie, a zarazem tak dla niej charakterystyczny duch walki wniosą do sprymitywizowanych na wzór sowiecki stosunków ludzkich w PRL nieco światła, dystynkcji, dystansu do zakłamanej rzeczywistości politycznej. Odbudują w życiu społecznym dawny kodeks wartości, przywrócą poczucie tego, czym jest honor. Powstrzymają ideologiczne zrakowacenie tkanki kulturowej.

Pisarka osiadła w podbeskidzkich Górkach Wielkich, gdzie mieszkała z rodziną przed wojną. Pochłonęły ją sprawy najbardziej przyziemne.

Dom moich Dziadków, wielokrotnie opisywany przez odwiedzających naszą rodzinę literatów, był obszerny, bardzo stary, bez przesadnych wygód, urządzony z nobliwą prostotą. Długa, sklepiona sień biegła na przestrzał, od drzwi frontowych do wyjścia na ogród. Zamykały ją z obu stron potężne i ciężkie dębowe wierzeje nabite gwoździami, zasuwane na noc od wewnątrz grubą, ciosaną w kwadrat belką. W dzień była ona wpuszczona w ścianę, za to wieczorem, silnie pociągnięta, wyjeżdżała dudniąc ze swego schowka, skutecznie tarasując drzwi. Grube kamienne mury, bielone ściany, jasne tapety w salonie, podłogi z heblowanych desek i piece kaflowe w pokojach – taki był górecki dom, lodowaty w zimie, przyjemnie chłodny w upalne lato. – tak zapamiętała dworek w Górkach Wielkich córka pisarki Anna Szatkowska (Był dom… Wspomnienia).

Dworek Kossaków w Górkach Wielkich

Dworek Kossaków w Górkach Wielkich

Z dworu została smutna ruina, spalono go w 1945 roku. „Drzewa porosły jak wieże […]”, pisała Zofii Kossak w jednym z listów, krótko po powrocie z emigracji. „Chciałam ucałować próg, ale gąszcz tarniny zarósł wejście”. Małżonkowie Zofia i Zygmunt Szatkowscy zamieszkali w „domku ogrodnika” dawnego rodzinnego majątku i zaczęli borykać się z ogromem trosk. Zofia zmuszona była co rok dopominać się u władz o skromny przydział węgla, który pozwalałby przetrwać ostre podbeskidzkie zimy („bardzo marzniemy”, tłumaczyła w podaniu). Pod oknami „domku ogrodnika” zalożyła ogródek, który był jej wytchnieniem w pisaniu i pomocą w prowadzeniu domowego gospodarstwa. Jednocześnie obserwowała z bliska jak sowiecki system niszczył ludzi z sąsiedztwa. Widziała „wartę” złożoną z miejscowych smutnych panów ustawioną w Skoczowie przed domem umierającego milicjanta, która nie dopuszczała do niego księdza – przyniósł Najświętszy Sakrament, chciał wyspowiadać konającego. Patrzyła na zorganizowany wbrew woli rodziny zmarłego smutny świecki pogrzeb. Usiłowała walczyć z cenzurą, która ingerowała nawet w jej opowiadania dla dzieci. Nie zgodziła się na cięcia w tomie Topsy i Lupus

A zarazem rejestrowała z rodzajem rozbawieniem oznaki odwoływania się do jej próżności. Pisała do przyjaciół o pierwszych wrażeniach z Polski: „…jesteśmy ciągle jeszcze jak pijani, przy tym zagubieni w wirze powitań. Pomyśl: dwoje starych dzikusów, którzy miesiącami nikogo nie widywali, nagle przeniesionych w kulturalne warunki i okadzanych. Można zwariować”. 

Nie zwariowała. Zachowała zdolność dokonywania rozróżnień. Pozwoliło jej to na uczynienie gestu unikalnego w tamtych czasach –  rzadko też spotykanego w latach późniejszych – który został w pełni doceniony przez jej czytelników.

„Nie mogę przyjąć tej nagrody”

Nie przyjęła Nagrody Państwowej I stopnia przyznanej w czerwcu 1966 roku przez władzę ludową „za wybitne osiągnięcia w dziedzinie powieści historycznej”. Był to królewski gest odrzucenia wyciągniętej ku niej po faryzejsku ręki. Zignorowała podany na srebrnej tacy apetyczny kąsek. Nagroda była nie tylko honorowym wyróżnieniem, była premią pieniężną, której wysokość pozwoliłaby bez trudu odbudować dworek Kossaków. Poza tym fakt jej przyznania czynił z niej osobistość szanowaną i fetowaną w peerelowskich salonach kulturalnych, otwierał szeroko wydawnictwa, biblioteki i księgarnie, do tej pory niedostępne. Po tym, co nastąpiło Zofia Kossak musiała pogodzić się z myślą, że będzie do końca życia jako pisarka „nikim”.

Komuniści oniemieli. Nie szczędzili przecież wysiłków, by z ujadającego brytana o nieprzychylnym spojrzeniu stała się pieskiem merdającym przymilnie ogonkiem i domagającym się jeszcze jednego kotlecika. Z odpowiedzi Zofii Kossak na pismo informujące o przyznaniu wyróżnienia uważanego za najbardziej prestiżowe: „Nie mogę przyjąć nagrody od władz państwowych […] odnoszących się wrogo do spraw dla mnie świętych”.

Nagrodę przyznano „tak zupełnie przypadkiem” w trakcie aresztowania obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Obchody milenijne zostały zakłócone wydarzeniami „znieważającymi kult Matki Boskiej, raniąc boleśnie serca wierzących Polaków”, jak zaznaczyła Kossak-Szczucka. „Jestem pisarką katolicką – dodawała w swoim krótkim, zwięzłym liście – żywiącą cześć dla Królowej Polski”. Próbę wręczenia jej nagrody uznała za nieporozumienie. A jej książki, raz już przez władze stalinowskie wycofywane z księgarń i bibliotek, ponownie trafiły na indeks.

Zofia Kossak-Szczucka -  lata emigracji

Zofia Kossak-Szczucka – lata emigracji

 

„Oby taką postawę wykazali również inni katolicy, których kusi się nagrodami czy orderami” – komentował wzruszony biskup katowicki Herbert Bednorz. 

List Zofii Kossak do władz czytano w kościołach w całej Polsce. To był pierwszy tak jednoznaczny głos katolika, osoby publicznej,  która nie godzi się na udział w propagandowej farsie. Gdy Prymas Wyszyński odczytał list na posiedzeniu Episkopatu sala zagrzmiała oklaskami; w gablotach przy wejściu do kościołów kopie rozlepiali proboszczowie. Była to chwila upragnionej dumy z ojczyzny, święto ludzi upokarzanych w ponurych latach gomułkowskich. Znalazł się ktoś, kto obronił honor Polaków. Autorka znów otrzymała mnóstwo listów od zwykłych ludzi z wyrazami wdzięczności.

„Jeszcze bardziej bojowo”

„Potępiamy tych dostojników hierarchii Kościoła, którzy sprzyjali knowaniom antypolskim i okazywali zdrajcom pomoc, oraz niszczyli cenne zabytki kulturalne… Zobowiązujemy się w twórczości swojej jeszcze bardziej bojowo i wnikliwiej niż dotychczas podejmować aktualne problemy walki o socjalizm i ostrzej piętnować wrogów narodu” (z manifestu krakowskich literatów podpisanego między innymi przez Wisławę Szymborską).

Warto zastanowić się przez chwilę, czego tak naprawdę domagali się krakowscy literaci. Jak przypomniał Stanisław Krajski, czas był taki, że przynaglani do zajęcia stanowiska w sprawie aresztowanych księży, mogli ich bronić i w ten sposób uratować im życie. „Władza komunistyczna wyraźnie się wahała”. Potrzebowała poparcia dla swoich decyzji. Istniało ryzyko, że ze strony społeczeństwa przyjdzie odpowiedź na tak drastyczne wyroki wobec duchownych. Pomoc dla aresztowanych nie nadeszła. Nadeszło „bezwzględne potępienie dla zdrajców Ojczyzny”. Trzech księży skazano na karę śmierci, pozostałych na wieloletnie więzienia. Na szczęście wyroków nie zdążono wykonać. Miesiąc po tym liście umarł Stalin.

Istotnie, w wierszach pisanych przez późniejszą laureatkę Nagrody Nobla nie zabrakło ducha bojowego. Lenin, któremu Wisława Szymborska poświęciła jeden z utworów tomiku Dlatego żyjemy, został nazwany skromnie „nowego człowieczeństwa Adamem”. („Który jeszcze z żyjących piewców stalinizmu nie ma Orła Białego?” – pytali przy okazji uroczystości na Wawelu internauci).

Co ciekawe, manifest krakowskich twórców mógłby i dzisiaj okazać się przebojem medialnych anten, gdyby tylko przebrzmiałą kategorię narodu zastąpić „społecznością międzynarodową”, „kochającymi inaczej” lub po prostu kobietami walczącymi o „wolność do własnego brzucha”.

W miejsce „niszczenia cennych zabytków kulturalnych” można by wpisać „obronę niewłaściwych symboli religijnych.” Dokument taki brzmiałby świeżo i atrakcyjnie dla rzeszy nienawidzących ze szczerego serca „nienawiści”, którą to nienawiść wszczepiła im nasza Noblistka swoim wierszem o tym właśnie tytule.

„Gazeta Wyborcza” opublikowała go na pierwszej stronie nazajutrz po obaleniu rządu Jana Olszewskiego, 5 czerwca 1994 roku. Stał się prawdziwym hymnem na cześć nienawiści nowej generacji – nienawiści do zwolenników lustracji i dekomunizacji w Polsce, nienawiści, która tak naprawdę jest umiłowaniem światowego pokoju, o co od zawsze walczył przecież bratni Związek Sowiecki.

Wisława Szymborska od czasu schyłku stalinizmu aż do tej przełomowej chwili przebywała na emigracji wewnętrznej (wydając tomiki filozoficznych poezji oraz zamieszczając w prasie literackiej filozoficzne felietony). Swoim politycznym debiutem na łamach „Gazety Wyborczej” (nie wspominamy tu jej poparcia dla licznych petycji w sprawie zagrożenia ze strony ciemnogrodu) przerwała dłuższą nieobecność „w debacie publicznej”.

Zofia Kossak - Szczucka z męzem Zygmuntem Szatkowskim w Kornwalii, początek lat 50. XX w.

Zofia Kossak – Szczucka z męzem Zygmuntem Szatkowskim w Kornwalii, początek lat 50. XX w.

W przemówieniu wygłoszonym podczas uroczystości z okazji odebrania przez Wisławę Szymborską Nagrody Nobla, poświęconym w dużym stopniu kwestiom natchnienia poetyckiego i pracy poetów („Ich praca jest beznadziejnie niefotogeniczna”), jest także wspomnienie z czasów, gdy poetkę właśnie najbardziej interesowała ludzka praca, zwłaszcza na wielkich budowach. Zauważa, że jest jeszcze inna grupa ludzi, „których natchnienie nawiedza”. „To ci wszyscy, którzy świadomie wybierają sobie pracę i wykonują ją z zamiłowaniem i wyobraźnią”. Poetka biada też, za Eklezjastą, nad „marnością wszelkich ludzkich poczynań”. Zatrważa ją myśl o ogromie świata i mówi o rozgoryczeniu „jego obojętnością na poszczególne cierpienia – ludzi, zwierząt, a może i roślin”.

Uwaga o cierpieniach zwierząt wydaje się dziś już nieco przejrzała, natomiast cierpienia roślin to awangarda myśli postępowej. Aktualni przywódcy ludzkości także niespecjalnie przejmują się cierpieniami zwierząt, już nie mówiąc o istocie tak marginalnej jak człowiek. Obecnie szermierzy postępu najbardziej obchodzą rośliny, wody, minerały – środowisko naturalne. Litując się nad nimi, chcieliby je w końcu „wyzwolić” z przymusu jakże smutnej egzystencji.

Nienawiść karmiona przez wyobrażenia

W jednej z najważniejszych książek wydanych ostatnio, Eseju o duszy polskiej, Ryszard Legutko dostrzega znamienne zjawisko na styku kultury i polityki u progu „epoki transformacji”: „Doszło więc do sytuacji niepojętej. Niemal w momencie obalania starej rzeczywistości ustrojowej i powstania nowej cały impet krytyczny i demaskatorski władzy publicznej nie szedł przeciw komunizmowi i komunistom, lecz przeciw narodowi. Prawdziwą przeszkodą dla nowego ustroju okazali się sami Polacy”.

Polacy ze swoim całkowicie nie do przyjęcia przywiązaniem do dawnych kategorii pojęciowych, do swoich absurdalnych świętości: wiary, tradycji, polskości. To było i jest gorszące. Wobec takiego braku rozumu należało wysłać ponownie doskonale wyćwiczoną armię, ze szczególnym udziałem aktorów, dziennikarzy, pisarzy, poetów – by przywróciła porządek w głowach i na ulicach.

Prawie się udało, o czym przekonywały kolejne triumfy wyborcze liberałów i postkomunistów. Prawie, bo pozostały pełne kościoły, kolejki do spowiedzi, tłumne piesze pielgrzymki na Jasną Górę. Nawet dwie Nagrody Nobla dla twórców szczególne zasłużonych, tępiących nasz klerykalizm, ciemnotę, nietolerancję, prowincjonalizm oraz megalomanię narodową, nie pomogły. Istnienie Kościoła i milionów wiernych niweczyło i niweczy nadal „plany sowietyzacji społeczeństwa i restrukturyzację natury ludzkiej”. 

Kościół przez te wszystkie lata dysponował inną rzeczywistością. „Ofiarowywał swoim wiernym zupełnie inny świat doznań, przeżyć, więzi społecznych, idei i doświadczeń niż ten, jaki dostrzegali i w jakim musieli uczestniczyć poza nim… Samo mocne istnienie alternatywnego planu życia ludzkiego, nieporównywalnego z koncepcją polityczną, planu, o którym wierny słyszał na każdej mszy w każdym miejscu Polski, nawet w czasie największego terroru, pozbawiało ideologię komunistyczną tej mocy nad człowiekiem, do jakiej aspirował” (Ryszard Legutko). To dlatego jeden tylko drobny ukłon katolickiej pisarki w kierunku partii był tak upragniony. Tak wiele mógłby zmienić.

Pozbawiana mocy, skompromitowana, ale przecież ideologia ta nie dawała za wygraną. Przyczajona, ukryta, uperfumowana, zapierająca się, że to na pewno nie ona – walczyła. Aż do końca, aż do dziwnie mglistego poranka na lotnisku Smoleńsk-Siewiernyj. Ta sama, niezmieniona. Ta, której hołd oddawała przyszła laureatka Nagrody Nobla z Krakowa.

Ta, którą niedoszła laureatka Nagrody Państwowej, Zofia Kossak-Szczucka, pisząca z talentem o polskich dziejach, potrafiła z wdziękiem właściwym wielkiej damie zbyć roztargnionym ziewnięciem. Ona, Zbigniew Herbert i kilku innych, którzy nie doczekali się – lub nie przyjęli – pochlebstw, orderów, sutych premii. Bowiem:

 

Tej garstce która nas słucha należy się piękno

ale także prawda

to znaczy – groza

aby byli odważni

gdy nadejdzie chwila

[Zbigniew Herbert, Widokówka od Adama Zagajewskiego]

 

Groza

Zofia Kossak, inicjatorka Żegoty w latach okupacji wykazywała niebywałą energię i pomysłowość w organizowaniu pomocy Żydom: ukrywała ich w swoim mieszkaniu, wyszukiwała bezpieczne schronienia, przerzucała do klasztorów, wyrabiała fałszywe papiery, zapewniała wyżywienie, ubranie. Wciągała w te działania setki ludzi. Nie otrzymała jednak za życia tytułu Sprawiedliwy wśród Narodów Świata (przyznano go jej dopiero pośmiertnie w 1985 roku). Zagranicą rozpowszechniano  informację, że Żegota była dziełem socjalistów, demokratów, gdzieżby tam zaplątał się jakiś katolik!

Fotografia ślubna Zofii i Zygmunta Szatkowskich

Fotografia ślubna Zofii i Zygmunta Szatkowskich

Pisarka została aresztowana we wrześniu 1943 roku na ulicach Warszawy, jako „frau Zofia Śliwińska”, w jej torbie były konspiracyjne druki, ale prawdziwej jej tożsamości Niemcy nie zdołali rozszyfrować. Trafiła na Pawiak, potem do Auschwitz-Birkenau, gdzie zachorowała ciężko na tyfus. Gdy była zdrowa, pełna współczucia wobec współwięźniarek inicjowała wspólną modlitwę, wygłaszała odczyty, prowadziła pogadanki literackie. Zdobywała dla najbardziej wynędzniałych żywność i leki. Tak jak każdy inteligent polski za drutami, dodawała sił, umacniała ducha, wypełniała z całą naturalnością misję służebną wobec bliźnich.

Z Oświęcimia przewieziono ją znowu na Pawiak, by poddać kolejnemu śledztwu, bowiem wyszła na jaw jej tożsamość i związki z AK. Została stamtąd wyciągnięta za ogromną sumę zebraną przez przyjaciół z podziemia. 

Pobyt w Oświęcimiu opisała w książce „Z otchłani”. Obrazy kaźni przeplatają się tu z rozważaniami nad siłą płynąca z wiary, nadprzyrodzoną opieką w najskrajniejszych warunkach, mocą modlitwy bliskich, rolą Aniołów i odczuwalną obecnością szatana. Pisarka była przekonana, że dane jej zostało oglądać w Oświęcimiu walkę duchów. Rozumiała, co odsłonił przed nią Bóg. Zobaczyła to, co uchodziło uwadze takich kronikarzy obozowego życia jak Tadeusz Borowski, autor „Pożegnania z Marią”, to co nie mogło zainteresować Zofii Nałkowskiej, odwiedzającej niemiecki obóz krótko po wojnie i opisującej go w „Medalionach” – pisarzy skupiających się na naturalistycznych opisach sadyzmu niemieckich oprawców i analizie upadku człowieczeństwa w warunkach zaplanowanego z matematyczną precyzją upodlenia człowieka. A ona nie potrafiła milczeć na temat działania Opatrzności także tutaj.
Pisała z prostotą: „Gdyby przeżycie lagru było ponad siły, toby Bóg tego nie żądał, bo On wie, na ile nas stać. A skoro żąda, to znaczy, że wytrzymać można… Wierzę, o Boże mój, że nic mnie nie spotka, czego byś mi od wieków nie przeznaczył, nie zasądził i do moich sił nie dostosował […]. W lagrze bardziej niż gdziekolwiek winno być tak-tak, nie-nie. Bo my musimy nie tylko to zło przyjąć i znieść, ale je zwalczyć” .

Nie zdobyła się w swoich wspomnieniach na literalne przytoczenie rynsztokowego słownictwa. Nie odważyła się cytować określenia, jakim strażniczki zwracały się do kobiet. Tak po staroświecku pojmowała swoją misję służebniczki słowa. Znała obosieczną moc plugawego języka. Zauważono tę specyficzną formę autocenzury, wyśmiano jej „skrupuły”. A było to świadectwo duchowej kultury polskiej katoliczki. Nie wszystko można powiedzieć. Istnieją granice, których przekraczać nie wolno.

Jeszcze przed swoim aresztowaniem, we wrześniu 1942 roku poświęciła (w broszurze „Golgota” wydanej przez Front Odrodzenia Narodu) ks. Leonowi Poeplau z Pomorza, założycielowi pisma „Miecz i Pług”, z którym blisko współpracowała przed jego uwięzieniem, opis jego ostatnich chwil w oświęcimskim obozie, zrekonstruowany na podstawie relacji naocznych świadków, które zebrała osobiście:

„[…] młodziutki ks. Poeplau z diecezji pomorskiej nie zważając na razy wychodził w czasie apelu z szeregu, by pochylić się nad konającym towarzyszem, udzielić mu absolucji. Oprawcy odpychali go i tłukli, nie mogli jednak przeszkodzić wypowiedzeniu sakramentalnych słów: >Ingulgentiam, absolutionem et remissionem peccatorum…< – spływających na umierającego smugą przebaczenia. […] I najmniej wrażliwi nawet czuli powagę rozgrywającej się sceny. Ksiądz i moribudus zdawali się usuwać w sferę wieczności, gdzie złość i przemoc ludzka nie sięgają. […] Naprzeciw brutalnej przemocy stawała moc wyższa, nie dająca okiełznać się, ani zahamować. Oprawcy mogli księdza i penitenta zabić, ale nie mogli jednak sparaliżować tajemniczego skutku słów: Indulgentiam… […] łatwo zrozumieć, skąd wypływała nienawiść żywiona przez katów do wszystkiego, co tchnęło Bogiem, albo służbą Bożą. Dlatego znosić nie mogli księdza Morawskiego o słodkim uśmiechu, albo księdza Poeplau, pocieszyciela umierających. Ten ostatni miał śmierć piękną, której nie wolno przemilczeć.

Ulubiona rozrywką Esesów jest przymuszanie księży do śpiewania bluźnierczych, pornograficznych piosenek. Niejednokrotnie, by zachować życie dla ważniejszych potrzeb, księża udawali, że wykonują ten rozkaz, mrucząc coś niewyraźnie lub podkładając pod melodię inne słowa. Zdarzyło się jednak, że czy to piosenka była wyjątkowo bluźniercza, czy rozkaz stanowił zbyt jawną prowokację – ks. Poeplau odmówił śpiewu: >Jestem księdzem i podobnych słów nie wypowiem<. Niewykonanie rozkazu w obozie nie może mieć innej konsekwencji niż śmierć. W obecności wszystkich zaczęła się egzekucja. Kilku rosłych silnych drabów biło zagłodzonego chudzinę. Na tle ich tęgich postaci jakże się zdawał słaby i bezbronny! Jednak z nieugiętą mocą powtarzał: >Śpiewać nie będę<. A oni nalegali. Chcieli nie tylko go zabić, ale przed śmiercią załamać. Bili bykowcami, pałkami gumowymi, kopali podkutymi obcasami. Uczynili z jego ciała jedną ranę, połamali zebra, odbili wnętrzności. Po każdej nawałnicy uderzeń stawiali go pod ścianą i podpierając bezwładny strzęp ciała drągiem, krzyczeli: >Śpiewaj!< – Nie mógł już mówić i trząsł tylko głową przecząco. Tak zginął”.

Po opublikowaniu jej własnych wspomnień z Auschwitz w 1946 roku zaatakował ją Tadeusz Borowski, zarzucając jej grafomanię, mitomanię i lekceważenie faktów. Ta książka nie mogła podobać się młodemu, ambitnemu literatowi, który już wpadł w oko komunistom, dla którego Oświęcim był głównym argumentem na rzecz niewiary, a siła płynąca z nienawiści do Niemców i przekonanie o niezdolności człowieka do wybaczenia i do dźwignięcia się ponad poziom wyznaczony biologią, jego „filozofią”.

„Fantazjuje w każdym niemal zdaniu”, pisał w recenzji „Z otchłani”, „za to jednak usilnie stara się zaopatrzyć swą relację w obfite naddatki literackie, sprawiając swą pretensjonalnością makabrycznie wrażenie na przygodnym czytelniku, który przygodnie również był w obozie Auschwitzu. Pomyłki autorki rozciągają się od warstwy słownej i poprzez dowolne interpretowanie faktów sięga do absurdalnych pomysłów historiozoficznych. […] Wracając do pani Kossak chciałbym sklasyfikować ją lapidarnie jako książkę złą i fałszywą, a przede wszystkim – beznadziejnie słabą literacko. Po prostu pamiętnik Alicji z krainy czarów”.

W innym miejscu insynuował wprost, że ceną przetrwania w obozie był nieunikniony moralny regres. Każdy więzień był w jego relacji biernym uczestnikiem zbrodni. „Nie ma co – opowiedzcie wreszcie, jak kupowaliście miejsca w szpitalu, na dobrych komandach, jak spychaliście do komina muzułmanów, jak kupowaliście kobiety i mężczyzn, co robiliście w unterkunftach, kanadach, krankenbaumach, na obozie cygańskim, opowiedzcie to i jeszcze wiele innych drobnych rzeczy, opowiedzcie o dniu codziennym obozu, o organizacji, o hierarchii strachu, o samotności każdego człowieka. Ale piszcie, że właśnie wyście to robili. Że cząstka ponurej sławy Oświęcimia i wam się należy. Może nie, co?” (Tadeusz Borowski, Alicja w krainie czarów, „Pokolenie” nr 1/1947).

Ten napastliwy ton młodego człowieka, który zaczął robić karierę w nowej rzeczywistości (wkrótce został partyjnym aparatczykiem, a potem wywiadowcą) wobec starszej od niego kobiety, był już wówczas zapowiedzią innej agresji – grupy Polaków wobec Polaków, która z taką tragiczną siłą wybuchła w Polsce, po wielu latach treningu komunistycznego, w 2010 roku i osiągnęła apogeum dziś. To właśnie komunistyczni twórcy wnieśli w życie publiczne ten rodzaj nieprzejednania, który tak wymownie świadczy o duchowym kryzysie (przed wojną podobnie oskarżycielski język charakterystyczny był dla wąskich grup nacjonalistów, także dla komunistów, ale komuniści stanowili wówczas margines).

„Wykracza poza czas i zmierza ku wieczności”

Pisarka powracała do siedmiu miesięcy spędzonych w niemieckim obozie zagłady jeszcze po wielu latach. Nie po to jednak, by dawać upust żalowi, gniewowi i goryczy z powodu braku zadośćuczynienia ze strony Niemców za doznane cierpienia, czy obelg, jakimi obrzucił ją rodak, młody komunizujący „wilczek” (zmarły śmiercią samobójczą w 1951 roku, w parę dni po urodzeniu pierworodnej córki, jeszcze przed ukończeniem trzydziestu lat).

Zofia Kossak z mężem i wnukami przed "domkiem ogrodnika", 1961

Zofia Kossak z mężem i wnukami przed „domkiem ogrodnika”, 1961

„Ta książka to arcydzieło nacjonalizmu”, mówiła parę lat temu o „Z otchłani” prof. Carla Toninii, historyk w Bolonii, zajmująca się historią naszego kraju i dziejami stosunków polsko-żydowskich, w wywiadzie „Rzeczpospolitej”. „Charaktery więźniarek zależą od ich narodowości. Wszystkie Polki są więc bohaterkami. Dzielne, bogobojne, koleżeńskie i nigdy nietracące nadziei kobiety. Ukrainki, Niemki i Żydówki to czarne charaktery. Osobowości słabe, skłonne do niegodnych zachowań”. Pani Tonini podkreśla w swoich publikacjach twardo, z niezbitym przekonaniem naukowca, że Zofia Kossak była „antysemitką”, choć dziwną – ratującą Żydów.  „[…] Sprzeczność leży bowiem w naturze ludzkiej. Wielu biografów Kossak przedstawiało ją jako osobę perfekcyjną, niemalże świętą. Taka Kossak jest jednak płaska i nudna. Tymczasem to była osoba fascynująca. Człowiek z krwi i kości. […]”, dodaje nieco protekcjonalnie włoska badaczka.

Na emigracji Zofia Kossak napisała książkę przedstawiającą w skrócie historię Polski Oblicze matki. Wydano ją w 1948 roku w Szwajcarii w języku niemieckim. Można tam znaleźć fragment: „Poznać – zrozumieć oto dwa prawdziwie ludzkie i prawdziwie chrześcijańskie słowa. Wszystkie zbrodnie pochodzą od nienawiści. Nienawiść jest karmiona i utrzymywana przez wyobrażenia i uproszczone wyrazy o domniemanych właściwościach obcej wspólnoty. Poznanie burzy te wyobrażenia i pokazuje drugiego takiego, jakim jest naprawdę”, pisała uzasadniając swój brak jakichkolwiek uczuć  niechęci czy żalu wobec Niemców, Żydów, Ukraińców.
Krótko przed śmiercią Zofia Kossak mówiła, że praca w konspiracji i pobyt w niemieckim obozie zagłady, który przetrwała dzięki modlitwie i miłości do ludzi, były darem i największym jej życiowym zwycięstwem. Tak jak kiedyś o. Maksymilian Kolbe – po wyjściu z szeregu wynędzniałych postaci w pasiakach i oświadczeniu, że chce umrzeć za współwięźnia – mógł powiedzieć z wielką godnością zdumionym Niemcom:  „Jestem księdzem katolickim!” – ona mogła publicznie wyznać wobec komunistów: „Jestem pisarką katolicką… ” Nie wszystko wolno. Nie każde uczucie jest dobre.

„Używała mnie do noszenia zeszytu z notatkami, który wiecznie gubiła” – wspominał jej współpracownik z wojennej konspiracji, Władysław Bartoszewski (który mimo swoich późniejszych uwikłań nigdy nie przyłączył się do chóru potępiającego ją jako „antysemitkę”) w książce Warto być przyzwoitym.. „Ale ja czułem się zaszczycony. Nalegała na to, żebym uczestniczył we wszystkich jej spotkaniach, a była podczas okupacji człowiekiem-instytucją. Zawdzięczam jej mnóstwo cennych znajomości. Byłem w nią zapatrzony i była dla mnie wielkim autorytetem. Była człowiekiem, dla którego Bóg i ojczyzna to nie są hasła, to jest treść codziennego postępowania, choć ona nie szastała tymi słowami na co dzień.”

Aleksander Kamiński, redaktor „Biuletynu Informacyjnego” z którym pracowała w konspiracyjnej prasie, był jednym ze stałych gości w jej mieszkaniu na Zagórnej, przez które w czasie okupacji przewijały się tłumy literatów, uczonych, redaktorów, gdzie wrzało życie intelektualne. Zapamiętał ją jako osobę, która miała szczególny talent odkrywania nawet głęboko ukrywanych potrzeb ludzkich i natychmiastowego niemal zaradzania im. A przy tym ogromnie pogodną, wiecznie żartującą i gościnną, karmiącą po kresowemu wszystkich przybyszów, czym chata bogata (zwykle były to przetwory owocowe i wiejski chleb). „Nie taję”, pisał we wspomnieniach Druh Kamiński, „że gdy widziałem ją wśród powszechnych czynności, słów, gestów, Pani Zofia wzruszała mnie. Najbardziej imponowała mi traktowaniem ludzi prostych, którzy zjawiali się w jej mieszkaniu – kobiety wiejskiej przynoszącej nabiał, dozorcy, który przyszedł zreperować zlew, sąsiada szewca proszącego o napisanie podania. Pani Zofia z tymi ludźmi rozmawiała jak z profesorem Wojciechowskim […] >Napije się Marysia gorącej herbaty czy kawy< – witała kobietę z nabiałem tak jak witała Marię Straszewską.”3.) 

Współpracowała w Żegocie bez uprzedzeń z ludźmi różnych orientacji światopoglądowych. Wanda Krahelska – Filipowicz, z którą zakladała Komitetu Pomocy Żydom była socjalistką, członkinią PPS, agnostyczką. Władysław Bartoszewski był w latach 1942-43 sekretarzem Zofii Kossak, gdy mieszkała już pod przybranym nazwiskiem (na codzień używala pseudonimu Ciocia). To Zofia Kossak była inicjatorka i główną organizatorką łańcucha ludzi dobrej woli, którzy dostarczali uwięzionym na Pawiaku kobietom Komunię św. (Działała tu także Maria Kann, której matka prowadziła aptekę więzienną przy ul. Długiej). Nigdy nie było wpadki. Front Odrodzenia Polski założyła razem z ks. Edmundem Kreuze z parafii św. Krzyża, który był opiekunem duchowym całego tego środowiska. Po jego śmierci w 1943 poświęciła mu przejmujące wspomnienie.

Inny porządek

A jednak w kilkadziesiąt lat po jej śmierci znów pojawiły się oskarżenia – ze strony ludzi, którzy jej postawę w czasie okupacji i w obozie uznali za naganną. Ze strony środowisk czyniących z pamięci o Holocauście nowy rodzaj ideologii, czy wręcz religii zaczęły pojawiać się coraz liczniejsze potępienia jej „antysemityzmu”. Dało o sobie znać zjawisko pomysłowego pomniejszania winy Niemców: relatywizowania zbrodni niemieckich przez próbę utożsamiania z winowajcami także tych, wobec których kręgi „wtajemniczone” zaczęły wysuwać oskarżenia o antysemityzm. Nawet, gdyby była to tylko „zbrodnia” popełniana słowem lub myślą, czy, jak chciał Czesław Miłosz, samym faktem, że się w tych czasach żyło, chcąc nie chcąc, spoglądało się na płonące getto z pozycji człowieka, który chodził jeszcze po ulicy w okupowanym mieście.

Tak łatwo przeinaczono treść Protestu Zofii Kossak z 1942 roku, w którym potępiała milczenie świata wobec zagłady polskich Żydów: „[…] Nie zabierają głosu Anglia ani Ameryka, milczy nawet wpływowe międzynarodowe żydostwo, tak dawniej wyczulone na każdą krzywdę swoich. Milczą i Polacy. […] Ginący Żydzi otoczeni są przez samych umywających ręce Piłatów”.

„Jak zawsze bywa w rewolucjach, jedną religię usiłuje się zastąpić inną, całkowicie sztuczną, naszkicowaną przy biurku przez jakiegoś intelektualistę…” (Vittorio Messori). Wprawiono w ruch machinę pedantycznej pedagogiki podejrzeń. Nie, nie można ujść uważnemu spojrzeniu spod „powieki obrzmiałej jak u patriarchy”. Śledzi ono uważnie każdy ruch, zapamiętuje każde wypowiedziane słowo. Nie ma taryfy ulgowej, nie ma przebaczenia.

„Ta sama kultura, która głosi, że walczy ze wszystkimi dawnymi tabu, tworzy inne, nawet bardziej surowe”, to znów Messori w eseju Nadużycie wolności słowa, „i zabijające każdego, kto nie tylko przekroczy ten krąg, ale nawet się do niego zbliży”.

Ktoś kto wypowiadał słowa krytyczne na temat Żydów – a Zofia Kossak czyniła to nawet w swoim Proteście, w którym walczyła o pomoc dla narodu izraelskiego w imię cywilizacji i kultury chrześcijańskiej, w miłości bliźniego, w imię człowieczeństwa – z definicji nie mógł być kimś dobrym. Jego natura posiada wstydliwy sekret, ohydną plamę, element, który czyni go zepsutym; nie jest taki jak być powinien.

Tak jak nie mógł być kimś „ludzkim”, zdaniem Tadeusza Borowskiego, ktoś kto znalazł się w piekle Oświęcimia. On stawał się tam od razu „gorszym” człowiekiem. Jeśli udawał, że tak nie było, kłamał.

Ten determinizm, tę założoną degradację moralną, nieuchronne osuwanie się na coraz niższe szczeble człowieczeństwa zapowiedział Fryderyk Nietzsche. Dla niego Ewangelia była „wyjaławianiem ludzi”, „pociechą dla słabych”. Ewangelia była największą przeszkodą dla nowego świata, wiara w Boga najokropniejszą przewiną. „Trzeba, żeby Bóg umarł, aby mógł żyć człowiek. Musimy uwolnić się od Nazarejczyka i jego smutku, aby móc odnaleźć radość. Trzeba wziąć znowu w ręce ster naszego przeznaczenia, bezprawnie zabrany przez chrześcijaństwo”, to jego słowa. Tragiczny koniec życia Nietzschego w szaleństwie potwierdza cały sens jego nauk. Tak jak samobójcza śmierć Hitlera, jego gorliwego wyznawcy, pojętnego ucznia, który wcielał je w życie.

A postawa Zofii Kossak-Szczuckiej, która w okupowanej Warszawie potrafiła narażać nawet własne dzieci, by przeprowadzić Żydów w bezpieczne miejsca, gdzie czekały na nich czyjeś współczujące serca, czyjaś realna pomoc i opieka – tak jak postawa tylu tysięcy Polaków ratujących żydowskich braci – nie ma żadnych odpowiedników w świecie niechrześcijańskim. Z niczym nie można jej porównać. Jest wynikiem wiary w Trójcę Świętą. Umocnienie łaską i przyobleczenie się w pancerz odwagi, skoro zaufało się Bogu, jest warunkiem wstępnym, by móc pomagać innym.

0000 AA aa

„Porządek miłości” jest odmienny i wyższy od każdego innego. Proprium, czyli istota świętości nie zawiera się w dziedzinie politycznej, społecznej czy ekonomicznej, jak przypomina Vittorio Messori. „Jednakże działalność świętych [oraz tych, którzy z nich czerpią dla siebie wzorzec życia – dodajmy] choć wykracza poza czas i zmierza do wieczności – ma swoje skutki także w historii”.

„- Spotkaliśmy się podczas powstania całkiem przypadkowo. Uścisnęliśmy się. Zapytałem, gdzie Witold i Anna [dzieci Zofii]. Powiedziała, że na Starówce. Zrobiło mi się głupio, bo tam już była bardzo ciężka sytuacja. ‚A masz może, Ciociu jakieś wiadomości od nich?’ – zapytałem. Ona odpowiedziała: ‚Nie, ale są pod dobrą opieką’. Głupio zapytałem: ‚Jak to, pod czyją?’. Odpowiedziała: ‚Bożą’. (Władysław Bartoszewski, Wywiad rzeka, Warszawa, 2006) 

 ____

1.) Rada Pomocy Żydom Żegota – utworzona została w konspiracji w grudniu 1942 r. jako ciało społeczne przy Delegaturze Rządu RP na Kraj. Wcześniej, od września, działał Tymczasowy Komitet Pomocy Żydom pod kierownictwem Zofii Kossak. W Radzie znaleźli się przedstawiciele PPS-WRN, RPPS, SL, SD, Bundu, ZKN (Żydowskiego Komitetu Narodowego), FOP (Frontu Odrodzenia Polski), Związku Syndykalistów Polskich, Polskiej Organizacji Demokratycznej.

Żegota udzieliła wsparcia materialnego ok. czterem tysiącom osób, pomagała wyrabiać fałszywe dokumenty, szukała mieszkań i kryjówek dla uciekinierów z gett. Dzięki wysiłkom Ireny Sendlerowej i jej referatu opieką objęto ok. 2,5 tys. żydowskich dzieci wyprowadzonych z warszawskiego getta. Zakończyła działalność w styczniu 1945 r.

2.) Stefan Szczucki – pierwszy mąż Zofii Kossak zmarł w 1921 roku.

3.) Gdy Zofia Kossak z powodu wymogów bezpieczeństwa przeprowadziła się do domu księży misjonarzy prowadzących schronisko dla osób samotnych przy ul. Radnej, ten mały pokój, który zajmowała tam wraz z matką tętnił podobnym intensywnym życiem konspiracyjnym. W szopce wystawionej w mieszkaniu Anny i Romana Lasockich przy Brackiej (Roman był jednym z szefów konspiracyjnej organizacji ziemian Tarcza vel Uprawa) poświęcono Zofii Kossak (ps Ciocia) piosenkę:

 

Mała uliczka, pierwsze piętro

Drzwi na prawo, pokój dwa.

Czy to powszedni dzień czy święto

Tam gości pełno, że aż strach.

Co ich tu ściąga, co pociąga?

Przyjdź tu sam, a powiedz – wiem.

Ta kamienica to tajemnica

A źródło sprawy leży w tem.

 

Tam mieszka Ciocia, najlepsza Ciocia

Tam konspiracji świat ma randez vous

I już od rana elita sama

Gada i gada, i gada tak bez tchu.

Do Cioci biegnie się po informacje,

Ciocia odpowie dlaczego, gdzie i kto,

Ciocia rozstrzygnie, kto ma rację.

Ciocia zaradzi na każde zło.

 

Ten chce najświeższe wiadomości.

Ów to delegat wielki znów.

Tamten dla Fopci przyniósł kości,

Ach, Ciociu, pomóż, poradź, zrób!

Tego trza uczyć na maszynie,

Temu powiedzieć, jak i co.

Ten chce na piątą, ów na dziesiątą.

Wszyscy dlatego, no, że to.

 

Tam mieszka Ciocia… 


 

Źródła:

Mirosława Pałaszewska – Zofia Kossak w latach II wojny światowej, „Niepodległość i Pamięć”, R.II, Nr 3(4), 1995

Anna Szatkowska Był dom… wspomnienia, Kraków 2002

Joanna Jurgała-Jureczka, Zofia Kossak, Opowieść biograficzna, Warszawa 2014

Historia dworu Kossaków – publikacja elektroniczna Fundacji im. Zofii Kossak z Górek Wielkich

Zofia Kossak, Z otchłani, Warszawa, 1958

Vittorio Messori, Przemyśleć historię, Kraków 2002

Możliwość komentowania jest wyłączona.

  • Kalendarium wpisów

    Październik 2017
    N P W Ś C P S
    « wrz    
    1234567
    891011121314
    15161718192021
    22232425262728
    293031