„Tatoliniu! Mamusia jest!”

Posted on 31 grudnia 2018 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Czytając…

Czyli o tym jak Polska szlachecka w duszach nie zginęła

 

„Rano, w dzień powszedni, na Mszy Świętej zamówionej przez Rodziców, zastaliśmy zemdloną młodą wiejska kobietę. W nocy urodziła bliźniaczki, czuła się bardzo chora, mąż nie chciał jechać po księdza, więc przyszła piechotą – przyczołgała się kilka kilometrów, zdaje się, że z Radwana. Zaraz ją Rodzice pozbierali i mama zawiozła ja do nas, do mieszkania »nad panią gospodynią«. Tam przeleżała kilka dni, odkarmiona i obsłużona. Bliźniaczki – wcześniaczki umarły, choć pamiętam jedno takie maleństwo w pokoju naszym, na łóżku. Ale potem znikło. Potrzeby ludzkie były ogromne i nawet my, dzieci, zdawałyśmy sobie sprawę, że jesteśmy uprzywilejowane”  (Z pamiętnika Heleny z Broel-Platerów Mycielskiej).

Ten fragment zapisków Heleny Mycielskiej (1906-2008) odnosi się do czasów, gdy jako dziewczynka, mieszkanka pałacu w Białaczowie (ziemia opoczyńska), otoczona czułością najbliższych i dostatkiem, który dla wielu współczesnych posiadał wszelkie znamiona luksusu, miała przed sobą, jak to się mawia, „wspaniałą przyszłość”. Gwarantowało ją staranne domowe wychowanie, gruntowne wykształcenie, rozmach gospodarczy majątku, pasje rodziców, zwłaszcza ojca, Zygmunta Broel-Platera, jednego z najwybitniejszych społeczników sfery ziemiańsko-arystokratycznej, leśnika z wykształcenia. Jednak ponad połowa jej życia upłynęła w warunkach zgoła odmiennych od tych, których zapowiedź przynosiły obrazy szczęśliwego dzieciństwa i młodości utrwalone we wspomnieniach.

 

Helena Broel-Plater, pocz. lat 30. XX wieku

 

Jedna tylko rzecz nie uległa zmianie: wielka jej wrażliwość na wszystkie sytuacje bólu, nieszczęścia i krzywdy ludzkiej. Nigdy wobec takich sytuacji nie stawała się widzem, nie odchodziła z kamiennym sercem.

Prawie osiemdziesiąt lat później jej syn, ojciec Ludwik Mycielski, benedyktyn, znany rekolekcjonista i pisarz zapisał w swoich notatkach:

„(…) teraz, w lutym 2003 roku odczuwam pragnienie, by jak najszybciej znowu być w Nowej Hucie u mojej dziewięćdziesięciosiedmioletniej matki: by ucałować jej ręce. Naznaczone są miłością naszego Boga. Poważne. Wielkie jak ręce ojca. Muskuły wyrobione pracą na roli, pracą w oborze, dojeniem twardych krów. (…). Palce stworzone do delikatnego pędzla, do klawiatury fortepianu, do delikatnej lutni – są grube, opuchnięte od wielokrotnych odmrożeń przy zimowym wyrębie lasu.

Oczy bystre – choć już nie widzą, inteligencja błyskotliwa, pamięć fenomenalna – pamięć zwłaszcza o aktualnych potrzebach innych: blisko i daleko”.

Lektura niektórych pamiętników Polaków ze sfer ziemiańskich dotyczących ostatnich stu kilkudziesięciu lata przypomina w wielu partiach klasyczny western. Tak jest też i w przypadku wspomnień mało w Polsce znanej bohaterki historii najnowszej, które czytelnik otrzymuje właśnie do rąk. Najistotniejsze zdarzenia dzieją się tu podczas podróży. Przed naszymi oczyma przesuwają się dziesiątki drewnianych i półdrewnianych wozów zaprzężonych w konie, na które w pośpiechu ładuje się odzienie, żywność, część umeblowania. Broń myśliwska wcześniej zostaje zakopana. Cenne przedmioty rozdaje się zaufanej służbie.

Ta podróż to najczęściej ucieczka. Wszędzie czyhają zasadzki, piętrzą się przeszkody, przybywa prześladowców. Wokół płoną dwory i wsie, miasta są sterroryzowane, drogi niebezpieczne, obok taborów cwałują rasowe konie, lub zostały one z konieczności zaprzężone do jednego z wozów. Dopiero co urodzone dzieci płaczą w objęciach matek i opiekunek. Mężczyźni zawsze bronią swoich – najczęściej z powodzeniem, bo są ludźmi odważnymi, zaprawionymi w walce. Potrafią też porozumieć się z okupantem w ich języku – zaskakując wrogów z Zachodu literacką niemczyzną – rozładować podbramkową sytuację nieoczekiwanym żartem, przestraszyć natrętów lub agresorów albo ośmieszyć ich tak, że im w pięty idzie. Wreszcie hojnie nieraz wspomóc biedniejszych od siebie uciekinierów.

Takich podróży – których opis jest niczym scenariusz dla polskiego „westernu” – z licznymi dziećmi, coraz skromniejszym dobytkiem i topniejącym w oczach inwentarzem było w życiu rodziny Heleny z Broel-Platerów i Ludwika Mycielskich, na przestrzeni lat 1939-1953 osiemnaście. Podróżowali przymusowo, nierzadko na bardzo duży dystans, między dawną Galicją a Ziemiami Odzyskanymi, Olsztyńskiem. Tak było tuż po wojnie. Pomiędzy podróżami – rozsiane na pograniczu stref okupacyjnych i w pobliżu frontu przejściowe siedziby. Czy to, jak w czasie wojny, jeszcze magnackie – choć już wyziębione z powodu braku opału, ogołocone z cennych przedmiotów i zabytkowych mebli, z reguły też przeludnione, ciasne, bo choć rezydowały w nich niemieckie sztaby, okupacyjni administratorzy, przygarniały też licznych uciekinierów – czy to prowizoryczne, krótkotrwałe, po wojnie coraz skromniejsze, w wiejskich chatach. I nieustannie – aż do połowy lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku – zagrożone nagłym wtargnięciem obcych, z powodu policyjnego donosu czy intrygi lokalnego aparatczyka, i koniecznością ruszenia znów w nieznane.

To co najbardziej przy opisie tych quasi-westernowych przygód uderza, to pogoda ducha autorki, płynąca z niezachwianej wiary w dobroć Boga. A wraz z nią zdolność do dostrzegania nie tylko szlachetności wielu spotykanych podczas drogi dobrodziejów – przyjaciół, ale i spontanicznych ratowników, „mężów opatrznościowych” – ale przede wszystkim, iskry Bożego przeznaczenia. Stałe, niezmienne przeświadczenie, które pomaga znieść każdą stratę, każde rozstanie, każdą uciążliwość: „widocznie tak musiało być”. I płynący stąd spokój.

„Kiedy Panu Bogu nie dajemy szans, On dla przeprowadzenia swojej zbawczej woli używa ludzi – niekiedy ludzi bez serca, zaślepionych w swej nienawiści, złych. Gdyby nie ci ludzie, co dziś byłoby z naszymi dziećmi? Czy pozostając w Bukach [gdzie Ludwik Mycielski był leśniczym i skąd Mycielskich brutalnie wyrzucił ubowiec, który upatrzył sobie leśniczówkę jako locum dla siebie – EPP] bylibyśmy w stanie tak je wspierać, żeby zdobyły wykształcenie? (…) Czy pozostając w Bukach, Staś zostałby benedyktynem?”

 

Staś Mycielski (przyszły o. Ludwik, benedyktyn), 1944 r.

 

Autorka wspomnień potrafi dostrzec niezamierzony komizmu wielu sytuacji – mimo upływu lat ma poczucie humoru młodej dziewczyny, co zawsze jest owocem wolnego ducha. I szerszy ich kontekst, którego rozpoznanie pozwala utrzymać równowagę psychiczną pośród szalejących katastrof, doświadczeń nieraz krańcowych.

Wojna zastała Mycielskich w rodzinnym majątku, Boryniczach, siedzibie ordynacji, pod Lwowem. Rychło zaczęły się poważne choroby dzieci – skutek wycieńczenia, zakończone jednak zawsze odzyskaniem zdrowia. Dwukrotne aresztowanie męża Ludwika Mycielskiego przez Niemców skończyło się jego uwolnieniem. Uniknięcie losu wielu ziemian na terenach pogranicza polsko-ukraińskiego (biorąc pod uwagę dzisiejsze granice), okrutnych mordów lub zsyłki w głąb Sowietów, było także znakiem, że podejmując swoją tułaczkę – a bohaterowie tej opowieści nigdy nie brali pod uwagę opuszczenia Polski – mogli liczyć na specjalną ochronę.

Jednym z ratujących dzieci Mycielskich przed bandami grasującymi w okolicy Borynicz na początku wojny był Ukrainiec Nykoła Onim, mąż służącej Mycielskich oraz jego krewny – „inteligentny chłop”, zaznacza autorka, który od razu dostrzegł historyczne podobieństwo sytuacji uciekinierów z realiami ukrywania dzieci rodzin arystokratycznych na wsi we Francji, podczas rewolucji. „Ów gospodarz i jego żona najserdeczniej się nimi zajęli, jakoby swymi krewnymi, którzy przyjechali ze Lwowa. Dzieci nasze spały z nimi razem w łóżkach”.

Rzecz szczególna, ratowali Mycielskich z różnych opresji nawet ludzie w hitlerowskich mundurach. „Ofiarowałam mu [austriackiemu lekarzowi wojskowemu, który uratował życie półtorarocznego syna chorego na krwawą dyzenterię – EPP] złoty dukat węgierski z Matką Boską, który miałam przy bransoletce”, wspomina autorka. Wśród pomagających był wcielony do Gestapo Czech, nazwiskiem Benesch, konsekwentnie podejmujący ryzyko aresztowania dla ocalenia życia Ludwika Mycielskiego.

Interesujące są zresztą uwagi autorki na temat Niemców w mundurach hitlerowskich. Mieli wyraźną słabość do arystokracji. Z tego powodu wiele typowo „pańskich” zachowań Polaków, które w innych okolicznościach spowodowałyby niechybną śmierć lub wysłanie do obozu, uchodziło. Wyrąbana prosto w oczy prawda, zresztą nienaganną niemczyzną, zwaną Hochdeutsch, robiła na Niemcach prawie zawsze lepsze wrażenie niż błaganie o litość, czy bierne podporządkowywanie się. Taka postawa rodziców hartowała też dzieci, które stawały się zdolne do godnego przejścia ciężkich prób.

Oto w jaki sposób kilkuletnia Hania Mycielska przekazała list od Heleny ojcu, trzymanemu w przemyskim więzieniu przez Gestapo (m.in. za ukrywanie Żydów i pomoc AK-owskiej partyzantce): „Szła niby to ze szkoły z tornistrem na plecach. Na rogu ulicy, gdzie mnie opuściła, rozwiązała sobie bucik, po drodze oparła nogę o jakiś murek, rzekomo by go sobie związać, ale noga jej się zsunęła, natomiast schodki Gestapo akurat jej się nadały do tego manewru. Tam z wielkimi emocjami pochyliła się aż do szpary, wrzuciła pakiecik z grypsem do Taty i z papierosami i zapałkami dla współwięźniów. Nie wiem, co w tym z musu wąskim pakieciku mogło się jeszcze zmieścić, ale gdy zobaczyła, jak mi opowiedziała, oczy Taty, powiedziała wyraźnym szeptem: »Tatoliniu, Mamusia jest obok, robi co może, by Tatę stąd wyciągnąć. Ryś jest w dobrym leczeniu [akurat chorował poważnie na zapalenie opon mózgowych – EPP]. Kochamy Tatę«. Po czym spotkałam ją i wyściskałam za ten jej wyczyn na przeciwległym rogu ulicy, skąd już przemknęłyśmy się do Sióstr Felicjanek, do Rysia, szczęśliwie bez »zahaczki«”.

Ludwik Mycielski został uwolniony po miesiącu. Gestapowscy nie zdołali udowodnić mu winy; jednej z kuzynek Mycielskich, która miała obywatelstwo węgierskie, Marii z d. Esterhazy Mycielskiej, udało się ich obłaskawić, za pomocą gęsi i wieprzowiny. „Maryszka! Ta to miała odwagę i dobroć niespożytą. Wyciągnęła z więzienia chłopa Grochulę i innych. Jeździła rzemiennym dyszlem od Przemyśla do Jarosławia i niejeden więzień wykupiony jej prowiantem unikał obozu śmierci. Byłam z nią, gdy przyprowadzili bladego i wycieńczonego Tatolinia„. Bezinteresownym obrońcą i przyjacielem okazał się także Czech w mundurze niemieckim; przekazywał aresztowanemu listy od żony, zignorował donos do Gestapo, o tym, że „Pan hrabia ma schowaną broń”, który miał przesądzić o karze śmierci.

Autorka wspomnień pisanych dla dzieci i wnuków zwyczajem polskich matron, które zdają sobie sprawę z tego, jak bezcennym skarbem jest świadomość własnej przeszłości w kolejnych pokoleniach, jest wyczulona na wszystkie „cudowne interwencje”, którym poświęca zawsze krótki passus, jakby dziękczynny akt strzelisty, nie rozgadując się zbytnio, bo przecież pisze dla tych, z którymi rozumie się wpół słowa. Warto zacytować tutaj dwa, skrótowo przywoływane wydarzenia, gdy musiała sprostać wyzwaniom, od których, zgodnie z kodeksem zachowań rodzinnych, nie było żadnej wymówki.

Oto pierwsze tygodnie wojny:

Naścia Somek za (półgłówkiem) bogatym Kosteckim z Ostrowa była wtedy naszą praczką i służącą i ona to dostała za zadanie zapakować do kufra »co lepsze rzeczy« z naszych szaf. (…) Ja jakoś nie miałam czasu tym się zająć. Zachodziłam do »chatek fornalskich« i do wsi – próbując uspokajać, i poszłam z kilkoma kobietami pieszo siedem kilometrów do naszej parafii w Brzozowcach. Było to miasteczko czysto polskie z pięknym barokowym kościołem. Śpiewałyśmy po drodze »Śliczna Matko Miasta Lwowa, Maryjo«. Brzmiało to tragicznie. Lwów był bombardowany”.   

Obrazek z roku 1942, z Przemyśla (Ludwik Mycielski znalazł się tam w szpitalu, po tym jak koń w majątku kuzynów w Nienadowej wyrwał mu rękę w stawie ramienia; Helena często go odwiedzała):

Raz, przechodząc przez plac na Zasaniu zauważyłam kilku oficerów niemieckich, uderzających z cynicznym śmiechem w pomnik bohatera Legionów, Lisa-Kuli. Był odlany z brązu. Ludzie przystawali oniemiali z wrażenia czując, że ten zabytek, z którego byli dumni, padnie ofiarą nienieckiej zachłanności. Przekonałam się wtedy, że niespodziewanym gestem można ludzi »zastrzelić«, jak to robili owi Niemcy. Jakoż przy następnych odwiedzinach Taty, był to chyba czerwiec, piękna pogoda, ubrałam się w jedyną elegancką suknię, jaka mi została z Borynicz, kapelusz panama od sióstr Taty i postanowiłam… O Boże! Drżę dotąd ze strachu, ale czułam, że nie mogę inaczej, że trzeba ludziom podnieść zupełnie upadłego ducha. Kto to zrobi jak nie ja, dzięki mojej prezencji, która, zauważyłam, że na Niemcach robi wrażenie?! Wstąpiłam do apteki, zażyłam waleriany, kupiłam bukiet, duży, czerwonych i białych goździków i dalejże, w samo południe, na plac na Zasaniu pod ów pomnik. Tak, ale wszystkie ulice dochodzące do placu były obstawione wartownikami wojskowymi w hełmach i z karabinami. Bo właśnie mieli walić ów pomnik. (…) Ale jak rzucić ten bukiet o kolorach narodowych na pożegnanie Lisowi Kuli? Platforemka wąska, można się skompromitować nie umiejąc jak ja w ogóle coś rzucić i trafić, jak to potrafiłby każdy chłopiec. Idę ja spokojnie po tych schodach, a serce mam w gardle. Aniele Stróżu!!!… Nie, nikt nic nie zauważa. I hop! Poleciał mój bukiet w górę, jak mi się zdawało ze trzy metry i, o radości, osiadł ślicznie na platforemce. Teraz już tylko zejść spokojnie, o! jakbym na przykład wychodziła ze sklepu. (…) Podobno mój bukiet paradował jeszcze kilka dni pod nogami Lisa Kuli, zanim przenieśli rusztowanie i pracę burzycielską na tę stronę. Bez rusztowania dostępu tam nie było”.

 

Pułkownik Leopold Lis-Kula

 

Helena Mycielska była w tym czasie „mężem zaufania” Rady Głównej Opiekuńczej (RGO) i współpracowała przy organizowaniu pomocy żywnościowej dla najbardziej dotkniętych wojenną biedą. Prowadzące „tanią kuchnię” Siostry Rodziny Marii utrzymywane były przez rodziców jej męża.

W miarę jak topniała w oczach brylantowa riwiera (rodzaj ozdobnej kolii), którą autorka wspomnień nałożyła pod bieliźniany pasek podczas ucieczki z Borynicz, przybywało ludzi pomagających im i modlących się za nich. (Podczas krótkiego wypadu do Lwowa, podczas wojny niemiecko-sowieckiej Helena Mycielska odnalazła przy katedrze ormiańskiej matkę swojego zamordowanego przez Niemców spowiednika. Dwa brylanciki wydłubane z broszki zapewniły jej opał na zimę). Warto dodać, że w najtrudniejszych latach powojennych Mycielscy otrzymywali pomoc m.in. od byłych pracowników ordynacji Borynicze pod Lwowem; jeden z nich, zesłany przez bolszewików do Kazachstanu, zdołał przedostać się na Zachód i z Londynu, przesyłał dawnym chlebodawcom paczki żywnościowe. Cieszyli się też autentyczną przyjaźnią prostych ludzi, pracowników lasu, rolników z sąsiedztwa, gdy niedawny ordynat na Boryniczach otrzymał od władz PRL na krótki czas posadę leśniczego w Bukach, w Olsztyńskiem, a jego żona własnoręcznie uprawiała niewielki kawałek ziemi należący do leśnictwa i zajmowała się inwentarzem.

 

Włodzimierz Tetmajer – Różaniec we dworze

 

Małżonkowie Helena i Ludwik Mycielscy nigdy nie odpowiadali nienawiścią na nienawiść. Przeciwnie, klękając razem z dziećmi do wieczornej modlitwy wymieniali nazwiska swoich prześladowców, prosząc o ich nawrócenie. Lista się wydłużała, ale oni nigdy nie stali się narzędziami zła. Gdy ktoś im groził, Helena Mycielska potrafiła z powagą i spokojem przestrzegać, by nie robiono nikomu z rodziny krzywdy, bo to kończyło się często dla sprawców jakimś nagłym nieszczęściem.

Rok po roku, miesiąc po miesiącu Mycielscy, niegdyś jedna z najpotężniejszych finansowo w Galicji rodzin (ziemianie i przemysłowcy zarazem, właściciele fabryki broni i fabryki żarówek we Lwowie), ogołacana jest ze wszystkiego. Po wojnie pozbawiona własnego domu. Okradana niekiedy nawet przez tych, których ratowała od głodu i bezdomności przyjmując ich pod swój prowizoryczny dach. Po latach tułaczki nie uległ zmianie kodeks zasad życiowych rodziny, tak jak stoi w herbie rodu Platerów: Melior Mors Macula – Śmierć lepsza od skazy. Przy każdym życiowym potrzasku towarzyszyło bohaterom tej wędrówki błogosławieństwo – znak Krzyża kogoś kochającego i współczującego, modlitwa rodziców za dzieci i dzieci za rodziców, szept matki: „Boże, ufam Tobie”.

Jednak po „wyzwoleniu”, bogactwo duchowe wyniesione z domu i niesione przez nich przez wojenne lata – bogactwo kultury, szlachetności, wzajemnej ofiarnej miłości małżonków, rodziców i dzieci, a nade wszystko niezłomnej wiary i nigdy nie odrzuconych zasad moralnych, a także licznych talentów, wykształcenia, stałej dyspozycji, by służyć mocniej od siebie dotkniętym biedą – wlewa się z głośnym szumem w koleiny rzeczywistości peerelowskiej. Wypełnia szczelnie wszystkie możliwe zagłębienia, znajduje boczne, nie odkryte jeszcze koryta, rozlewa się po nieznanych terytoriach, tworzy przyjazne jeziorka, czy raczej oazy innego sposobu życia. Życia zupełnie na przekór zaplanowanego w detalach schematu, który miał wchłonąć mieszkańców socjalistycznej Polski. Jego warunkiem miało być zniszczenie wszystkiego, co przypomina „pańską Polskę”, jak zadecydował Stalin.

 

Ślub Heleny z Broel-Platerów i Ludwika Mycielskiego, Warszawa 1931

 

Mycielscy należeli właśnie do tych wyjątków. Nigdy się nie przystosowali. Żyli tak jak chcieli, płacąc wysoką cenę pogardy, ostracyzmu społecznego ze strony grup, które dały się duchowo sterroryzować komunistom, ubóstwa i wczesnego rozdzielenia z dziećmi. Dwie córki i dwóch synów w bardzo młodym wieku musiało uczyć się poza miejscem zamieszkania rodziców. Z powodu grożących im represji córka Maria i syn Jacek znaleźli się dość wcześnie na emigracji. Wszyscy, za wyjątkiem Stanisława, założyli rodziny i, śladem rodziców, angażowali się społecznie i patriotycznie. Stanisław został benedyktynem – ojciec Ludwik Mycielski OSB – najpierw w opactwie tynieckim, potem w Lubiniu i wreszcie w Biskupowie na Opolszczyźnie, który to klasztor założył. Helena Mycielska zamieszkała wraz z mężem najpierw w Bytomiu, potem w Nowej Hucie i podjęła jako woluntariuszka pracę katechetki przy parafii, zawsze też angażując się w pomoc ludziom starszym, zagubionym, wyobcowanym i potrzebującym wsparcia. Przez wiele lat z własnej inicjatywy katechizowała i otaczała opieką duchową rodziny Cyganów. W 1998 roku Ojciec Święty w uznaniu jej dokonań dla bliźnich i Kościoła uhonorował ją Orderem Św. Sylwestra.

Pamiętnik Heleny Mycielskiej, z pietyzmem opracowany redakcyjnie przez trójkę jej dzieci – Marię Mycielską, Stanisława – o. Ludwika OSB i Jacka Mycielskiego, zachwyca nie tylko potoczystą narracją, „kresowym” bogactwem języka, humorem, ale i subtelnym kobiecym realizmem. Nie ma przeładowania drobiazgowymi opisami, są lekkie muśnięcia pióra, doskonale, czasem przez poetycki skrót, malujące realia życia pod dwoma okupacjami.

Z nich wyłania się także interesująca wstępna partia pamiętnika – panorama życia zamożnej rodziny arystokratycznej Broel-Platerów – rodziców Heleny Mycielskiej, właścicieli Białaczowa – o tradycjach intelektualnych, artystycznych i społecznikowskich sięgających XIX wieku. Świat przedstawiony przez utalentowaną muzycznie i wykształconą plastycznie na Sorbonie i w Warszawie arystokratkę, która w drugiej połowie życia musiała uprawiać ziemię i karmić bydło, sprzedawać na targu drób z własnej hodowli, być ogrodniczką, dojarką, kucharką, praczką, jest kopalnią wiedzy historycznej, zwłaszcza dla czytelników młodszych pokoleń. Rzadko się pamięta, że w warunkach wojennych i powojennych jedni Polacy ratowali drugich od śmierci czasem także najzwyczajniejszym noclegiem pod własnym dachem, często we własnym łóżku, paroma litrami mleka, garścią kartofli. Refleks i pomysłowość były nieoszacowanej wartości.

 

Wnętrze pałacu Broel-Platerów w Białaczowie (lata międzywojenne)

 

Już pierwszego roku wojny Helena Mycielska mieszkając jeszcze z dziećmi w rodzinnym Białaczowie – gdzie wnętrza wspaniałego klasycystycznego pałacu Broel-Platerów okupował grubiański Oberleiter Wabnitz z psychopatyczną folksdeutcherką Wiktorią – zarabiała na wyżywienie rodziny ucierając na tarce ziemniaki i wypłukując z nich krochmal, który suszyła, by uzyskać mąkę ziemniaczaną. „Wypiekałam też alberty-herbatniki i sprzedawaliśmy to w Opocznie”.

Pamiętnik Heleny Mycielskiej jest wielkim hymnem na cześć wspólnoty wiary, która pozwala pokonać wszelkie uprzedzenia i bez buntu przyjąć cierpienie, oraz potęgi duchowej polskiej kultury katolickiej. Hymnem pokazującym moc tego nieustannego przekazywania sobie przez rodaków cennych dóbr duchowych (i materialnych, gdy życie czyjeś miały ratować), pośpiesznie, z rąk do rąk. „Tamta Polska” nie była taka rozgadana jak dziś. Liczył się konkret. On był sprawdzianem postawy moralnej. Ludzie rozumieli się doskonale bez słów. Nie tracili czasu, spieszyli się, by być czynnymi, potrzebnymi innym. Kochali.

„Jest nas pięcioro dzieci Ludwika i Heleny z Broel-Platerów Mycielskich. I to dla nas pisany był ten pamiętnik, do nas skierowane były liczne w nim inwokacje Autorki”, wyjaśnił  we wstępie do książki najmłodszy z rodzeństwa, Jacek Mycielski. „Nadszedł jednak czas, w którym wypada nam podzielić się z innymi jej przekazem życiowych doświadczeń pośród doznanych klęsk, ale przecież i wielkich zwycięstw. […] Uważam, że mieliśmy wyjątkowych Rodziców i zawsze pełne miłości domy, w których przyszło nam mieszkać. A heroiczne dzieje naszego kraju i fakt bycia Polakiem mogą być powodem do dumy”.

Bohaterowie tej opowieści, skreślonej piórem spadkobierczyni tradycji starego rodu, udowodnili, że czymś daleko cenniejszym i bardziej twórczym niż arystokratyzm praw jest arystokratyzm obowiązków. Gdy miejsce urodzenia i szczęśliwego dzieciństwa Heleny Mycielskiej, zagrabiony przez komunistów pałac w Białaczowie stał się domem opieki dla ludzi starych i ciężko chorych (po odbudowie ze stanu dewastacji), patronowała nowym mieszkańcom pałacu do końca swych lat, sama mieszkając od 1968 roku w małym mieszkanku w bloku. Gdy odchodziła, mijał 103 rok jej życia.

Może więc należałoby skorygować uwagę wstępną, o podobieństwach tych wspomnień ze scenariuszem westernu? Może raczej pierwowzorem każdej prawdziwej opowieści tułaczej w naszej części świata, na polskiej ziemi, jest ucieczka z Betlejem? Samotne przedzieranie się kochającej się Rodziny przez pustynię do Egiptu? A potem powrót – równie trudny, wręcz heroiczny, najeżony niebezpieczeństwami, ogromnym ryzykiem – do Nazaretu?

_________

 

Helena z Broel-Platerów Mycielska, Pośród klęsk i zwycięstw, Rosikon Press, Warszawa 2018

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.