Ta inna Francja

Posted on 23 października 2021 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Porządkowanie pojęć

Co takiego Unia może zrobić Francji?”, pyta Éric Zemmour, nieoficjalny (jeszcze wciąż) kandydat na prezydenta tego kraju. „Nic nie może zrobić! Francja musi tylko przestać być  tym nieszczęsnym prymusikiem, tym pupilem UE, który ciągle domaga się większej integracji Europy. Niech państwa europejskie przejmą maksimum swoich kompetencji, można to wszystko uczynić bez wychodzenia z UE: Zobaczcie, co robią Polacy!”. 

Słysząc te słowa przypominam sobie Paryż. Paryż z wczesnych lat 90. Tę inna Francję, którą wtedy poznałam.

Jedna z najlepszych dzielnic miasta, XVI – stka. W dziewiętnastowiecznej kamienicy apartament na pierwszym piętrze. Uderzamy mosiężną kołatką w drzwi. Gosposia zaprasza do środka. Przechodzimy przez amfiladę pokoi; każdy jest utrzymany w innej gamie mocno nasyconych kolorów, ściany wyłożone tkaninami, wszystko tu przypomina klejnoty ułożone w szkatułce. W salonie wita nas elegancko ubrana para gospodarzy. Są nie zdawkowo uprzejmi; gosposia wnosi na tacy kieliszki z białym winem z dodatkiem likieru z czarnej porzeczki (Kir Royal). Jak na tę południową porę rozmowa trwa długo, małżonkowie ściskają nam ręce, a naszemu przewodnikowi François serdecznie gratulują: niedawno wziął ślub.  François jest kierowcą w jednym ze Zgromadzeń zakonnych, które w Paryżu ma swój dom generalny; jeszcze kilka lat temu był bezdomnym kloszardem. Jego żona, Antonina, jest Polką, lekarzem stomatologiem; w Paryżu mogła podjąć pracę tylko jako opiekunka starszych osób. Pobrali się po śmierci pierwszej żony François – oboje już dobrze po pięćdziesiątce. Znajome Francuzki z agencji opiekunek uznały za faux pas, że François ożenił się z niezamożną Polką. Kloszard kloszardem, ale to przecież spadkobierca historycznego nazwiska i brat cioteczny gwiazdora Jeana Marais…

 

Ogród Luxemburski w Paryżu

Dzięki protekcji Antoniny razem z moją przyjaciółką Teresą, otrzymałyśmy pokój w jednym z gmachów wspomnianego zakonu. Codziennie rano, gdy wychodzimy zwiedzać Paryż mijamy mieszkających tu ojców. Ubrani po świecku, rozluźnieni, zaaferowani, nie chodzą, ale biegają. Przypominają sportsmenów, nauczycieli w.f., pracowników socjalnych, ale nie zakonników.

Antonina, która wyjechała do Francji tuż przed stanem wojennym i nie mogła już wrócić do Polski zamierza pokazać nam cały polski Paryż. Wyspę św. Ludwika, Bibliotekę Polską, klasztor w Ivry, pokoik Norwida, jego grób na cmentarzu Montmorency.

Jesteśmy we Francji na krótko. Antonina i François zawzięli się, by zawieźć nas na prowincję, gdzie mają przyjaciół, którzy chcieliby poznać przybyszy z Polski. Miejscowość leży w Masywie Centralnym, kilka godzin jazdy samochodem. François prowadzi z widoczną przyjemnością. Chwali fantastycznie gładką i szeroką drogę, prawie pustą o tej porze roku (późny wrzesień). François jest gorącym patriotą. Zanim został kloszardem był jednym z dowódców floty francuskiej w wojnie indochińskiej i bohaterem batalii, którą Sowieci nazywali „brudną wojną”. Gdy wrócił do domu w 1954 roku – domem był stary rodzinny zamek – dowiedział się, że ukochana żona odeszła i jego małżeństwo „nie istnieje”. Dzielny oficer frontowy nie przyjął żadnego z przyznanych mu odznaczeń bojowych. Zmienił tożsamość. Zapadł się pod ziemię. Jego bliscy nie mieli z nim kontaktu przez kilkadziesiąt lat. Tułał się po przeróżnych norach, dworcach i parkach starego Paryża. Rozmowa na ulicy bezdomnego kloszarda z opiekunką staruszków, która nie mogła wrócić do rodzinnego kraju, stała się nieoczekiwanym zwrotem w życiu tych dwojga.

Jesteśmy na miejscu. Wioska położona jest wśród zalesionych wzgórz. Przyjaciółmi François i Antoniny są miejscowi nauczyciele. Wszystkie domy są tu z kamienia, podobne do siebie. Jednak gdy gospodarze otwierają drzwi swej siedziby i prowadzą do jadalni, obie z Teresą wydajemy okrzyk. Ogromny owalny stół nakryty jest adamaszkowym obrusem. Płoną świece w wysokich srebrnych świecznikach. Wspaniałe bukiety kwiatów i półmiski z owocami ozdabiają stół. Przyjęcie jest na naszą cześć, dwóch kobiet przybyłych całkiem prywatnie z Polski. Wokół stołu gromadzi się około dwudziestu osób – rodzina, znajomi, współpracownicy. Wszyscy chcą poznać młode Polki, które przywiózł przyjaciel z dzieciństwa pani domu. Upadek komunizmu w Polsce, zwycięstwo „Solidarności” jest czymś, co ich obchodzi do żywego.. Przyjęcie typowo francuskie, z bogactwem przystawek (przystawka to amuse-gueule, czyli „bawigęba”), pieczystym i płonącymi naleśnikami na koniec. Prawdziwa “uczta Babette”. Dzięki zachętom pani domu zapominam na chwilę, że mój francuski nie może być specjalnym powodem do dumy i opowiadam, jaka jest sytuacja w Polsce. Teresa jest anglojęzyczna, a we Francji – zwłaszcza na prowincji – angielski nie jest używany. Wszyscy słuchają w skupieniu. Pojawiają się toasty, Vive la Pologne!, Vive la France! Pani domu mówi: „Zawsze słyszałam, że Polacy to dzielni ludzie i bardzo sympatyczni. Teraz wiem, że, to prawda”.

Kapitel, czyli rozmowa 

Rodziny francuskie żyjące w pałacach i zamożnych domach szlacheckich naśladowały w swych obyczajach życie na dworze królewskim. Były z reguły patriarchalne, a stare porzekadło mówiło, że król jest ojcem wszystkich ojców, zaś ojciec – królem wszystkich dzieci – przypominał francuski historyk Jean de Goyard podczas wykładu, którego słuchałam kilka lat później w Krakowie. W takich rodzinach i wśród takich rodzin formy towarzyskie nie służyły komplikowaniu sobie życia, ale wyrażały subtelne odcienie miłości bliźniego. Mówiąc o umiejętności prowadzenia przy stole lekkiej, finezyjnej rozmowy jego rodaków Jean de Goyard dodawał: „Kultura katolicka stopniowo na przestrzeni tysiąca lat zdołała poskromić egoizm w stosunkach towarzyskich; ludzie przestali interesować się wyłącznie sobą, nie mówili już tylko o sobie, zaczęli interesować się innymi. Nabrali zmysłu lekkości i niepospolitości. Rozmowa stała się tradycją chrześcijańską, uczono jej w domu rodzinnym. Niektóre rody zaczęły być znane ze szczególnych talentów do prowadzenia wykwintnej rozmowy i z żywości umysłu, tak jak inni – z dziedziczonej brzydoty czy umiejętności dosiadania konia. Rewolucja francuska zniszczyła sztukę konwersacji. Ponieśliśmy niepowetowaną stratę. Po okresie Terroru Paryż stracił tę słodycz i ogładę, która czyniła to miasto tak czarującym i powabnym przez kilka wieków. Wkrótce cała Francja utraciła umiejętność prowadzenia rozmowy. Ludzie nie potrafili już mówić przyciszonym głosem i przestali słuchać siebie nawzajem”.

 

Ogród Luxemburski, Fontanna Medyceuszy

 

Jean de Goyard podkreślał, że to tradycja katolickich domów w jego ojczyźnie dokonała jedynego w swoim rodzaju połączenia w nierozerwalną całość sztuki kulinarnej, sztuki nakrywania do stołu i sztuki konwersacji. „Ludzie w epoce ancien regime`u traktowali posiłki jako okazję do spotkań, a raczej, powiedziałbym, jako kolumnę, która ma przyjąć kapitel – czyli konwersację. Dlatego właśnie wielkie rodziny szlacheckie prowadziły table ouverte – otwarte stoły: liczni przyjaciele i znajomi mogli się u nich pojawiać bez zapowiedzi w porze przeznaczonej na posiłki”.

Historycy obyczajów podkreślają, że także dawne polskie domy, w których przyjmowano gości celebrowały sztukę rozmowy ze szczególnym pietyzmem.  Rozmowa była ważniejsza niż wystawność stołu, wspaniałość sreber, tańce, polowania i kuligi. Była esencją polskiej gościnności. W czasach Mickiewicza Polaków rozpoznawało się we Francji właśnie po ich „pańskim” sposobie bycia – niezależnie od ich pozycji majątkowej – czyli po naturalnej wytworności obejścia. Jej przedmiotem stawał się także partner konwersacji przy stole.  Stary Wojski z „Pana Tadeusza” całym sobą odczuwał głęboki nietakt towarzyski, gdy milcząco delektowano się  potrawami podczas uczty w Zamku i  „uważając, że tak wszyscy milczą, /Nazwał tę wieczerzę nie polską, a wilczą”. Powtarzał : „Polskę oniemić, jest to Polskę zniemczyć”.

Żeby w pełni docenić wartość trzech uzupełniających się składników przyjęcia w rodzinnym domu, konwersacji, starannie nakrytego stołu i posiłku, trzeba być katolikiem, zaznacza Jean de Goyard, „ponieważ bez łaski to otwarcie duszy na kurtuazję, na grzeczność, gościnność, życzliwość, nie trwałoby długo. Cechy te mają źródło w miłosierdziu i w katolickim podejściu do miłosierdzia; mają źródło w miłości Boga. W miarę jak rozpanoszyło się ateistyczne oświecenie i naturalizm, uroki dawnego życia zastąpione zostały głównie przez czysto zewnętrzny sposób przyjmowania gości i powoli przestały odpowiadać na odruch serca i duszy”.

Okiem licealisty

„Francuzi jawią się nam jako ludzie beztroscy, nieco lekkomyślni, poza tym świetnie znający się na kuchni i dobrym winie, a także wielce szykowni”, pisał w latach dwutysięcznych nasz syn, uczeń francuskiej szkoły katolickiej (jednej z tych tradycyjnych) w liście do domu. „Taki obraz Francuzów wyłania się z filmów i powieści…. Ale jest to zarazem naród bardzo rodzinny. Nie wyrzekli się rodzinnych obyczajów pod presją nowoczesnego świata. Miałem okazję przyjrzeć się kilku rodzinom moich kolegów. Byłem zbudowany, bo każdego wieczora odmawia się tu różaniec. Domownicy bez przynaglania odrywali się od zajęć. Buduje to silną więź w rodzinie – tego właśnie doświadczyłem w tych domach – i daje poczucie stałości, niezmienności. Również wspólny wieczorny posiłek to specjalna pora. W domach, w których byłem, wieczór to nie jest czas, gdy wszyscy chcą oglądać telewizję, czy sprawdzać nowości na tablecie. W pełni poświęca się ten czas bliskim, są wspólne żarty, nawet i piosenki. W rodzinie Maxa zostałem w czasie kolacji uraczony piosenkami marynarskimi w wykonaniu pana domu i jego najmłodszej córeczki. Byłem też na zaręczynach siostry mojego przyjaciela Jacquesa i uczestniczyłem w biesiadzie trwającej do wczesnego ranka. Najpierw była Msza, w domu młoda para otrzymała od każdego z gości prezenty, a potem uczta, której główną atrakcją były toasty, żarty i anegdoty. Rodzina ta znała mnie od niedawna, ale uważali mnie za specjalnego gościa, bo jestem z Polski. Wszystkim gościom zaoferowano nocleg; cały dom oddano do ich dyspozycji. Nigdy nie spotkałem się z podobną gościnnością…”.

Wieśniak zdradzony

Następnego dnia po uroczystej biesiadzie w Masywie Centralnym mieliśmy razem z naszymi nowymi przyjaciółmi iść na niedzielną Mszę. Nasi gospodarze byli jednak wyraźnie zakłopotani, a nawet skonsternowani. Tutejszy ksiądz daje swoim stylem życia najgorszy z możliwych przykładów. Przy ołtarzu w starym kamiennym kościele zobaczyłam opalonego wysportowanego mężczyznę, który podczas ofiary Mszy św. rozdawał nie wiedzieć czemu wszystkim wokół promienne uśmiechy.

François jest prawdziwym dżentelmenem. Jest dyskretny, uprzejmy, zapobiegliwie troskliwy wobec swoich gości. Gdy przemierzaliśmy prowincjonalne drogi centralnej Francji i zatrzymywaliśmy się w przydrożnych karczmach, on zawsze znikał na zapleczu na dobry kwadrans, by omówić z właścicielami – swoimi starymi znajomymi – szczegóły menu, dobór przystawek i win. Dopiero po tych ustaleniach podsuwał Teresie i mnie propozycje dań. Choć ten dawny wojskowy pochodził ze starej arystokracji przypominał z wyglądu francuskiego rolnika. Siwa broda okalała okrągłą ogorzałą twarz. Nosił obszerne ubrania z grubych materiałów. Patrząc na jego z lekka wytartą kurtkę z granatowej wełny, szorstką od wilgoci, wysłużone, starannie podzelowane buty oraz dalekie od najnowszej mody rękawiczki spostrzega się upodobanie do rzeczy ponadczasowych,  wygodnych i „porządnych”, których nie zmienia się co sezon, lecz przez lata dba o nie, wietrzy się i łata, przyszywa guziki i wyczesuje mole.

Jean Raspail, kreśląc w powieści „Pierścień Rybaka” hipotetyczne dzieje ostatnich papieży z linii aviniońskiej, osnuwa historię jednego z nich na tle pejzażu zdegradowanego dziś, a niegdyś najpotężniejszego rolniczego mocarstwa Europy, jakim obok Polski była Francja. Jego bohater, który przemierza kraj pieszo, „zostawiając po sobie ślad widoczny tylko z Góry”, spiesząc ku Rzymowi, by dać Głowie Kościoła, „zagrożonego przez dwie sprzysiężone siły”, specjalne ostrzeżenie, przypomina, wypisz wymaluj, mojego przyjaciela z Paryża. Obaj są w typie ludzi, jakich wielu jeszcze przed paroma dziesiątkami lat kręciło się po drogach Francji, najmując się do pracy sezonowej w kwitnących, drobnych gospodarstwach i winnicach. “Ziemia zdradzała wieśniaków, którzy umierali, nie pozostawiając następców i zabierając pamięć do grobu. Stodoły i szałasy pasterskie (…) pozawalały się, a gdy nawet się zdarzało, że jakiś dom znowu ożywał – to już za sprawą obcych przybyszów, ignorantów bez duszy i przeszłości. Zamykały się ostatnie oberże, gdzie na piecu, w rogu, zawsze stała gęsta, dymiąca zupa dla sezonowych robotników…”. Znamienne są losy miasteczka Senez w Górnej Prowansji, ”…życie tam jakby zamarło (…) Z dwóch tysięcy mieszkańców pozostało stu dwudziestu jeden. Tylko w centrum miasteczka zachowało się jeszcze około czterdziestu domów. Reszta zrównała się z ziemią; mała Pompeja, choć obeszło się bez wulkanu, nie był potrzebny żaden wybuch, żadne strumienie lawy. Wystarczyła planowa zagłada świata rolniczego. Od zakończenia wojny Senez straciło pocztę, kilka kawiarni, biuro notarialne, prawie wszystkich gospodarzy (z wyjątkiem jednego), warsztaty rzemieślnicze, probostwo, posterunek żandarmerii”, wylicza pisarz, przytaczając jedną z setek autentycznych historii miejsc, których już prawie nie ma, bo przestano tam uprawiać ziemię, zgodnie z odwiecznymi regułami rzemiosła i sztuki rolniczej.

 

Okolice Avinionu

Szaty Dom Gerarda

Benedykt XVI w czasie swej podróży do Francji sprawował Mszę w szatach należących do zmarłego kilkanaście lat temu opata klasztoru w Le Barroux, Dom Gerarda Calvet. Kim był ten benedyktyn? Jego biografia powinna wejść na trwałe do historii posoborowych przemian Kościoła.  W trzydzieści lat po wstąpieniu do benedyktynów, w 1970 roku, zmuszony był opuścić swą  „radykalnie uwspółcześniającą się i laicyzującą wspólnotę monastyczną”, jak eufemistycznie to kiedyś określono. Wybrał samotność, by nadal żyć według reguły benedyktyńskiej; modlić się w ciszy, odprawiać tradycyjną Mszę i pracować. Jak to wyglądało w praktyce? Trzeba sobie wyobrazić krajobraz południa Francji, z miasteczkami rozrzuconymi wśród wzgórz pokrytych winnicami, a na ich obrzeżach ruiny niegdyś kwitnących klasztorów i kościołów, których wnętrza ogołocono ze wszystkich posągów i obrazów świętych, gdzie dziś nie stawia się kwiatów, nie zapala świec i nikt od dawna nie słyszał dzwonów. Dom Gerard zamieszkał w Bedoin, w ruinach  klasztoru przylegającego do opuszczonej romańskiej kaplicy św. Marii Magdaleny. Zamieszkać w ruinach mógł tylko mistyk lub człowiek chory. Chory, a więc niebezpieczny. Tak uważało wielu, także w Kościele. Istotnie, „choroba”  francuskiego benedyktyna  zaczęła się niebezpiecznie szerzyć. Już po kilku dniach w ruinach rozlegały się donośne echa kroków jego współbrata, dwudziestoletniego Dominique, dla którego także esencją życia zakonnego była wierność regule św. Benedykta. Po paru latach w klasztorze, którego celami były teraz przyczepy campingowe mieszkało już jedenastu mnichów. Wierność regule stała się jednak „winą” i aktem oskarżenia zarazem. Klasztor został zamknięty.  W 1978 roku  Dom Gerard Calvet w sąsiednim Le Barroux, rozpoczął budowę nowego klasztoru, którego architekturę sam obmyślił inspirując się romańskimi świątyniami Francji. Jak zwykle bywa w takich przypadkach, gdy nie ma nic poza modlitwą i własną świętością oraz gotowością do pracy, środki znalazły się bardzo szybko. Niezbyt bogaci i zupełnie nie wpływowi ludzie potrafią być naprawdę hojni. I znów – niczym w powieści quasi-kryminalnej, gdzie ściganym jest bosonogi zakonnik w brązowym habicie, policjantami – ci, którzy dbają, by Kościół „nadążał za duchem czasu” – władze diecezji aviniońskiej próbowały zablokować sprzedaż ziemi pod budowę opactwa.  Nieoczekiwanie figla spłatał socjalistyczny mer miasta, zadowolony, że swoim upartym „non” dla blokady, może pomieszać szyki biskupowi. Klasztor  w Le Barrroux został w 1989 roku opactwem podlegającym bezpośrednio papieżowi, zaś sam Dom Gerard pierwszym opatem klasztoru św. Magdaleny (godność otrzymał od Jana Pawła II).

 

Opactwo św. Magdaleny w Le Barroux

 

Dziś Le Barroux jest jednym z najbardziej obleganych miejsc odnowy religijnej Francji w duchu Tradycji, ośrodkiem naukowym i wydawniczym. Rekolekcje przed konklawe odprawiał tu kardynał Ratzinger. Benedyktyni modlą się tu tak jak modlili się przed wiekami i pracują tak jak niegdyś – przy uprawie winorośli, wytwarzaniu serów. Nie zajmują się handlem, restauratorstwem, ani nie pozwalają, by miejsca służące modlitwie były traktowane jak atrakcja turystyczna. Miłość do dawnej liturgii łączyła Dom Gerarda z Josephem Ratzingerem, wielokrotnym gościem klasztoru św. Magdaleny. Benedykt XVI zachęcający do otwarcia się duchowieństwa wobec dawnych form liturgicznych,  zwłaszcza zaś do większej czci dla Najświętszego Sakramentu – zapewne wielokrotnie powtarzał sobie słowa opata: „O, liturgio – czuła i godna szacunku. Łagodnie obejmujesz biedne ludzkie ciało utworzone z błota, a przeznaczone dla światłości. Kościół katolicki, matka i nauczycielka, wie lepiej od człowieka, jaka jest jego prawdziwa natura, skąd pochodzi i dokąd zdąża””.

Szaty Dom Gerarda nałożone przez Ojca Świętego we Francji to subtelny gest zwracający nas ku rozumieniu świętej liturgii, ku pełniejszemu odczytaniu jej bogactwa. Nie sposób ukryć, że odrodzenie Kościoła, odrodzenie w duchu powrotu do Tradycji katolickiej zaczęło się we Francji.

Jednak o. Calvet  w pewnym momencie ugiął się pod naciskami z Rzymu – które musiały nadciągnąć, jako cena za ustępstwa – i porzucił swoją deklarowaną wcześniej tak często wierność Mszy wszech czasów. Już w 1995 r. koncelebrował z Ojcem Świętym “w duchu pokoju i jedności” posoborową Mszę. W jego opactwie oba ryty są dziś równouprawnione.

Arcybiskup

Tym, który wspierał Dom Geralda w czasie jego samotnej walki był arcybiskup Marcel Lefebvre. W zupełności świadom był tego kardynał Ratzinger, który w wielu sprawach pozostawał antagonistą Arcybiskupa, ale zarazem po cichu starał się być jego opiekunem i protektorem w Watykanie, zwłaszcza w latach osiemdziesiątych. Rozumiał absurdalność stawianych mu zarzutów. A jako papież uznał, że ekskomunika nałożona przez Jana Pawła II na Arcybiskupa i jego czterech biskupów pomocniczych jest nieważna. To Marcel Lefebvre udzielał świeceń kolejnym benedyktynom Tradycji, gdy biskup diecezjalny w Avinionie miał dla nich jedynie słowa potępienia.

O uznaniu dla Arcybiskupa wśród francuskich katolików, już od początku lat 70. – gdy  założył międzynarodowe seminarium w szwajcarskiej wiosce Écône, formujące i kształcące kapłanów w duchu Tradycji, określane przez francuskich biskupów mianem „dzikiego”, i Bractwo św. Piusa X  – świadczy list premiera Jacquesa Chiraca, pełen wykwintnej, rzadko dziś spotykanej w publicznych wypowiedziach, uprzejmości. Arcybiskup był już wówczas zasuspendowany *) – po wyświęceniu w Écône pierwszej grupy księży i po bezkompromisowej krytyce, jakiej poddał Nową Mszę, Novus Ordo Missae (prosząc wcześniej bezskutecznie Pawła VI, by zezwolił na swobodne odprawianie przez księży Bractwa Mszy trydenckiej).

Premier Francji zaniepokojony szybko rosnącym aplauzem jego rodaków dla Arcybiskupa, popieraniem go w środowiskach literackich, artystycznych i akademickich, próbował zaradzić podziałom wśród katolików widząc w nich zagrożenie przy kolejnych wyborach. Rozumiał jednak, że ma do czynienia z postacią wyjątkową, nie mieszczącą się w żadnych schematach. Obawiając się kontrowersji w stosunkach z Watykanem, pisał z kurtuazją w otwartym liście do Arcybiskupa: „Chrześcijańska Francja, na mocy pradawnego przywileju ciesząca się mianem najstarszej córki Kościoła, w przeszłości potrafiła dać dowody swego niezmiennego przywiązania do następcy św. Piotra. (…) Ufamy, że geniusz  Ekscelencji umożliwi znalezienie słów pojednania. Jakże piękny będzie to przykład ze strony Księdza Arcybiskupa, w czasach, gdy wierność jest bez ustanku wyszydzana, a prawdziwa miłość w tak tragiczny sposób okaleczana. Walka Waszej Ekscelencji  na rzecz wiary i Kościoła zyska w ten sposób znamię autentyczności, których źródłem jest absolutna prawość w postępowaniu i zgoda na poświęcenie”. 

Popularność Arcybiskupa jednak rosła, w miarę jak stawał się coraz lepiej znany z bezkompromisowości w obronie wiary. A tym była w pierwszym rzędzie obrona starej Mszy. Marcel Lefebvre był tym hierarchą, który jako pierwszy wyciągnął praktyczne wnioski z  tego, co w istocie dokonało się podczas ostatniego Soboru. Przyjął  jako wskazanie dla siebie tzw. “Krótką analizę krytyczną NOM” – posoborowej liturgii Mszy nakazanej duchowieństwu przez Pawła VI  – autorstwa kardynałów Ottavianiego i Bacciego, dwóch największych autorytetów w dziedzinie dogmatyki i liturgii. Hierarchowie ci pisali w owym dokumencie (u schyłku lat 60.): “Wszystkie te zmiany [w nowej liturgii] nie są niczym innym, jak prowokacyjnym podkreśleniem cichego odrzucenia wiary w dogmat rzeczywistej obecności. (…) Nowa liturgia bardzo ucieszy wszystkie grupy stojące na krawędzi apostazji, które pustoszą Kościół, zatruwając jego organizm i atakując jedność doktrynalną, liturgiczną, moralną i dyscyplinarną, pośród duchowego kryzysu bez precedensu w historii“.

Biskupi francuscy, choć nie szczędzili szykan i słów uroczystego oburzenia wobec abp. Lefebrvre i nieustannie przestrzegali przed nim swoich wiernych, byli bezradni wobec fenomenu coraz większego uznania dla tego człowieka czynu i wyjątkowej odwagi ze strony zwykłych katolików. Nikt też nie potrafił udaremnić ofiarowania Bractwu św. Piusa X pięknej świątyni w centrum stolicy – Saint Nicolas du Chardonnet przy Rue des Bernardines. Jednego z nielicznych kościołów Paryża, który nie został zniszczony podczas rewolucji, a po II Soborze nie ukryto tu gdzieś w bocznej nawie tabernakulum – czy nawet nie wyniesiono go – nie usunięto figur i posągów świętych, nie wyrzucono kamiennego ołtarza, nie porąbano balasków.  Dziś modlą się tu, bez najmniejszej przesady, tłumy Paryżan i przybyszy z całego świata, w tym wielu Polaków. Odprawiana jest tylko Msza trydencka.

 

Wnętrze kościoła Saint Nicolas du Chardonnet

Głęboko na prowincji

Gdy nasz syn uczęszczał jeszcze do szkoły w Polsce (katolickiej), uczniowie, którzy się garbili słyszeli nieraz połajankę od jednego z nauczycieli: „Nie garb się, bo wyglądasz jak małpa!”. W szkole francuskiej nasz syn usłyszał pewnego razu pytanie od nauczyciela w-f, emerytowanego kaprala armii, pana Poireau: ”Joseph! Dlaczego nie jesteś dumny, że jesteś Polakiem?” „Co! Ja nie jestem dumny?!…”. „To dlaczego się garbisz?”. Zaś jego nauczyciel francuskiego, który opracował dla tego jedynego w szkole Polaka indywidualny program nauki, omawiał z nim na lekcjach tematy zaczerpnięte z polskiej historii i kultury, których był znawcą: sylwetki twórców lwowskiej szkoły matematyki, nieznane epizody z życia Tadeusza Kościuszki, jakim człowiekiem był książę Józef Poniatowski… – i wiele innych. Ten muzyk i historyk-amator uczył się też prywatnie polskiego; polska klasyka i albumy z fotografiami naszych zabytków były w jego bibliotece szczególnie wyeksponowane.

To zapewne nie przypadek, że szkoła znajdowała się daleko od Paryża, na terenie prowincji, którą władał w XVIII wieku, w drugiej połowie życia król polski Stanisław Leszczyński (księstwo Lotaryngii), ojciec królowej Francji Marii, żony Ludwika XV. Bogate i rozległe księstwo było darem monarchy francuskiego dla zięcia. Do dziś Stanisław Leszczyński zwany jest w Lotaryngii „dobrym i mądrym władcą” i „królem filozofem”. Pamięta się, że założył w Nancy słynną uczelnię, że był na wielką skalę mecenasem sztuki i nauki, że rządził sprawiedliwie. Kościół, Notre-Dame de Bon Secours w Nancy, którego był fundatorem został zniszczony podczas rewolucji, a szczątki królewskie tego gorliwego katolika i obrońcy wiary dwukrotnie sprofanowano.

Dziś, gdy słyszymy Érica Zemmoura, który mówiąc o konieczności „odbicia” Francji z rąk liberałów i spod dyktatu Komisji Europejskiej powołuje się tyle razy na przykład Polski, mimo woli przypominają się słowa Tymona Terleckiego z 1940 roku (po rozejmie z Niemcami): „Mimo wszystko jestem frankofilem”.

„W tym «mimo wszystko» obok racji europejskiej zawiera się osobna racja polska. To, co zaszło w czerwcu, nie przekreśla pamięci zbiorowej, w której polskie jest francuskie i francuskie jest polskie… my i oni jesteśmy skazani na siebie, jak jest się skazanym na miłość i nienawiść. Od stuleci nie możemy uciec od nienawiści germańskiego plemienia, drapieżnego i nikczemnego. Nie możemy uchylić się od miłości, jakakolwiek była, chłodna, intelektualna, jak w mózgach dyplomatów: Jeana de Montluca, Colberta, Vergenessa, Choiseula, gorąca i patetyczna, jak w słowach Montalemberta: «Bądź pozdrowiona droga i szlachetna Polsko, Niobe narodów…», jak w wierszach Victora Hugo, Alfreda de Vigny`ego, Bérangera i Delavigne`a… I to nazwanie «druga ojczyzna» wyszło z ust Francuzów…”.

„Zawsze walczyliśmy wspólnie, nigdy przeciwko sobie”, dodaje ten emigracyjny pisarz i historyk literatury. „Nie da się zmienić tego porządku i tego przymusu: droga do wolnej Polski prowadzi przez wolną Francję, przez nasze na niej cmentarze i nasze pobojowiska”.

Pod niebem Paryża

Nie trudno zauważyć – tak dziś, jak i wówczas, gdy odwiedzałam to miasto – Paryżanie żyją na ulicy – i z ulicy. Tu szukają szczęścia. Na ulicy, po której  przesuwają się setki tysięcy osób pragnących zanurzyć się właśnie w tę atmosferę, wtopić się w scenerię przyćmionych lamp, okrągłych stolików i wyplatanych krzesełek pod parasolami. Te wszystkie „Złote Butelki”, „Aksamitne Otomany”, „Szmaragdowe Papugi”, “Purpurowe Wachlarze”, „Komody Babuni”, “Skrzypiące Schodki” i wraz z nimi setki rekwizytów wplecionych w owalne stylizowane szyldy kafejek, przytulnych restauracji i bistro… Czarują umiejętnie tym, co kiedyś znaleźć można było w domach rodzinnych.  Dziś domy te zostały jakby pocięte na kawałki i rozrzucone po ulicach Paryża. Kawiarnie, niczym makiety w studio filmowym wabią stylowymi dekoracjami, obfitymi kwiatami zwisającymi ze skrzynek na parapetach aż na chodnik. Ma tu wszędzie pachnieć i szeleścić jak w tajemniczym ogrodzie. Ktoś gra na skrzypcach, gdzieś sączy się delikatny dźwięk pianina. Francuzi to artyści, mistrzowie nastrojów.  Dekoratorzy próbują odtworzyć epokę, w której istniały jeszcze prawdziwe domy. Wnętrza pełne drobiazgów, rodzinnych fotografii – nie trzeba było szukać ich namiastki na ulicznym targowisku. Ktoś czekał tu zawsze z obiadem, na środku jadalni stał stół nakryty obrusem i w żadnym kącie nie straszył ołtarz z telewizorem. Ludzie z kawiarni Paryża przypominają duże dzieci, które utraciły dom. Pachną samotnością. Tęsknią za nim i są gotowe płacić – kartą czy gotówką – za złudzenie odzyskania go choćby na chwilę.

Ale w Paryżu można też wejść do kaplicy Sainte – Chapelle, miniatury średniowiecznej katedry z XIII wieku, z witrażami wysokimi na dwie kondygnacje. To arcydzieło gotyku wzniósł Ludwik IX, król Francji (panujący w latach 1226 -1270), przyszły święty, patron Francji – żeby móc upaść na twarz przed relikwiami Krzyża Świętego i Koroną Cierniową Chrystusa sprowadzonymi z Ziemi Świętej. Relikwie wykupił za cenę trzykrotnie przewyższającą koszt wzniesienia Sainte – Chapelle. W czasie rewolucji zdołano je ukryć, nie podzieliły losu innych relikwii i przedmiotów kultu z francuskich katedr – zbezczeszczonych, ogołoconych, sprofanowanych. Okradziono też Sainte – Chapelle. Sam złoty relikwiarz, w którym złożona była Korona Cierniowa i fragment Krzyża Świętego został wówczas stopiony. Miało nie być śladu po kulcie dawnego władcy Francji. Ocalone relikwie przechowywano w skarbcu katedry Notre – Dame – aż do dnia jej pożaru.

 

Sainte-Chapelle

 

Sainte – Chapelle ukryta jest skutecznie za banalnymi XIX-wiecznymi murami Pałacu Sprawiedliwości i jego przyległości; na frontonie pałacu widnieje dumne: Liberté, Egalité, Fraternité.

Nieopodal tego gmachu, na murku okalającym fontannę leżał pewnego jesiennego dnia François przykryty gazetą, gdy podeszła do niego objuczona torbami Antonina i zapytała dziwną francuszczyzną z polskim akcentem, czy jadł już śniadanie i czy nie jest głodny.

W państwach, gdzie przetrwały rodzinne domy, w których ocalały jeszcze stoły, uchowały się dobre obyczaje, nie będzie potrzeby manifestowania czegokolwiek na ulicy. Wśród krzyków, żądań i wznoszonych pięści. Podmieniając dom na kawiarnię, królestwo matki na królestwo boginki (intelektualistki, kobiety z barykad…), świętość rodziny na blichtr wielkiego miasta, barbarzyńca wykonał pierwszy krok.

Tymon Terlecki w 1940 roku wyznawał:  ”… żałuję ledwo tkniętego ogniem Paryża bardziej niż czarnych rumowisk Warszawy. Bo nad nim, który był miastem światła, trwa ciemność, bo nad nią, jedyną z wszystkich miast Europy, świeci aureola”.

„Nie znam narodu”, dodawał jednak ten emigracyjny myśliciel, „w którym by współistniał w takim samym natężeniu i w takiej harmonii talent do szczęścia i talent do wielkości (…) Są we Francji siły odwieczne i niezmożone. Jest katolicyzm, nieprzejednanie antytotalistyczny, od mgra Baudrillarta i Maritaina aż do naiwnych daudetowskich proboszczów z Cucugnan. Jest instynkt wolności. Jest gallicki duch konstrukcji, ten, z którego na Isle de France narodził się gotyk. Duch, który budował, nie burzył”.

Tak, i może dlatego właśnie ciemność nad Paryżem – w przededniu francuskich wyborów – wobec kompromitacji naiwnego mitu o wspólnocie europejskiej bez Boga, zdaje się dziś ustępować.

__________

*) Na temat suspensy nałożonej na abp. Marcela Lefebvre – i w ogóle na temat precedensu suspendowania księży, tylko dlatego, że pozostali wierni Mszy trydenckiej – warto przytoczyć słowa amerykańskiego księdza Paula Wickensa:  “Arcybiskup Lefebvre powiedział, że moderniści posługują się posłuszeństwem względem przełożonych dla propagowania nieposłuszeństwa względem Boga.  Używają małego wytrychu: «Musisz być posłuszny swojemu biskupowi». Jakie to prawo? Jakie prawo Kościoła mówi, że jeśli odprawiasz starą Mszę, popełniasz grzesz śmiertelny? Nie sądzę, by takie było! Jeśli  [ich zdaniem] nie ma w ogóle czegoś takiego jak grzech, na jakiej podstawie twierdzi się, że grzechem jest odprawianie tradycyjnej Mszy?

Kiedy mój biskup zasuspendował mnie, nie ogłosiłem tego faktu, ponieważ ludzie pomyśleliby, że zrobiłem coś złego. Pojechałem do specjalisty od prawa kanonicznego w kurii i powiedziałem: «Czyż nie jest prawdą, że cenzura – taka jak ekskomunika czy suspensa – jest dodatkową karą Kościoła, nakładaną za popełniany grzech ciężki, aby podkreślić jego powagę? Jaki ciężki grzech popełniłem?». «Nie popełnił ksiądz żadnego grzechu» – odpowiedział. «Musiałem popełnić grzech śmiertelny, powszedni albo w ogóle zrobić coś złego, by zaciągnąć tak nadzwyczajną karę». «Nie widzę w księdza postępowaniu żadnego grzechu» – brzmiała odpowiedź. To jak dowcip! Oni bawią się słowami….”

(Za: “Gdzie jest Twoja Msza, Kapłanie?“, tłum. Tomasz Maszczyk, Te Deum 2005).

________

Komentarz Czytelnika

Dziękuję za jakże bogaty i osobiście  udokumentowany opis starej Francji. Można też powiedzieć, że francuskim interrexem, tym który przechował katolicyzm ( i w tym znaczeniu związany z nim monarchizm) Francji, był “kamień odrzucony”, czyli abp Lefebvre.

Śledzę także wypowiedzi Érica Zemmoura i cieszę się że od wielkości Francji utożsamianej z potęgą Napoleona, przechodzi na pozycje prawicowe, bez domieszki rewolucji. W tym upatruję głębszego przesłania poparcia dla Polski…

W. M.

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.