Spokojny lot srebrnego Orła*

Posted on 11 listopada 2018 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Rycerze Wielkiej Sprawy

 

Jesteśmy szczęśliwym krajem, bo prawda o naszej historii jest w Polsce znana i szanowana jak na żadnym innym terytorium w czasach nam współczesnych. Tu istnieje żywa pamięć przeszłości, utrwalona nie tylko w historii oficjalnej, także w historii rodzinnej. Historii naszych domowych opowieści, przekazów intymnych, ciepłych, serdecznych.

Przez wiele lat ostatnich pamięć ta była w naszym kraju źle traktowana. A jednak nie udało się jej zakopać pod ziemię ani wystrzelić na księżyc. Przeszłość jest czymś stale obecnym w umysłach Polaków. Nawet jeśli w nieistotnych szczegółach mogą się mylić, nawet jeżeli istnieje w naszym kraju niemała grupa ludzi, która wykazuje niechęć albo całkowitą obojętność wobec niej… Jednak to, że jesteśmy jako Polacy ludźmi tak dzielnymi – a jak dzień dzisiejszy pokazał, także szczęśliwymi – zawdzięczamy przeszłości, z którą wciąż obcujemy.

Nasi potężni sąsiedzi nie mają przeszłości państwowej, z której mogliby być dumni, którą chcieliby ochronić, by nic z niej nie uronić, nie zaprzepaścić. To zastanawiająca wspólna ich cecha. Jeśli ktoś nie szanuje własnej historii, to tak jakby nie szanował ojca i matki. To rodzaj duchowej choroby. Vittorio Messori przypomina, że „powierzchowność postchrześcijańskich ideologii sprawiła, iż uwierzyliśmy, że najgłębsze podziały między ludźmi są spowodowane różnicami o charakterze społecznym, ekonomicznym i politycznym…Ta klasyfikacja jest bez wątpienia bardzo ważna. Lecz ludzie podlegają zupełnie innym rozgraniczeniom: są ludzie zdrowi i ludzie chorzy, istnieją osoby przepełnione radością (lub przynajmniej pełne wewnętrznego pokoju) i osoby pogrążone w rozpaczy. Powodem rozdziału są choroby duszy lub ciała i one stawiają między ludźmi najwyższe mury”. Teza włoskiego pisarza wydawać się może na pierwszy rzut oka nieco naiwna. A jednak to fakt: poważne błędy myślowe, które popełniają ci, którzy hołdują ideologii a nie prawdzie religijnej, historycznej i filozoficznej prowadzą wcześniej czy później do takich skutków. Człowiek jest bowiem całością umysłu i serca, ciała i duszy.

 

Leon Wyczółkowski – Katedra Wawelska

 

Gdy więc myślimy o narodach i społeczeństwach, które nie potrafią zidentyfikować się z własną przeszłością – która jest przecież czymś obiektywnym – mamy do czynienia z ludźmi nie całkiem zdrowymi. Nie koniecznie z własnej winy. Winę ponoszą ci, którzy tak ich historię ukształtowali. „Cześć dla historii Polski i jej znajomość w naszym społeczeństwie jest w dzisiejszym świecie czymś unikalnym”, pisał w 1921 roku G.K. Chesterton w przedmowie do Listów o Polsce Karola Sarolei [1]. „Każdy czyn, dokonany przez Polaków, przemawiał na ich korzyść i przyczyniał się do rozproszenia uprzedzeń, tak rozpowszechnionych, niestety, w prasie i opinii angielskiej. Międzynarodowi politycy oskarżali Polaków o »dzikie pretensje« w stosunku do Prus w sprawie śląskiej. Międzynarodowy trybunał, utworzony przez tych samych polityków i uznany przez nich za nieomylny, przyznał Polakom bezwzględną słuszność. Wykazywano nam, że Polacy są »histerycznymi dziećmi«, pozbawionymi dyscypliny i zmysłu praktycznego, niezdolnymi do wytworzenia żadnej formy bytu poza anarchią. »Histeryczne dzieci« odpowiedziały ważkim argumentem, zadając bolszewikom jedyny istotny cios, jaki ich dosięgnął, i krusząc ich potęgę na polach bitew, podczas gdy my poprzestawaliśmy na zwalczaniu bolszewizmu w artykułach dziennikarskich, pobłażając mu jednocześnie tam, gdzie chodziło o zapewnienie sobie rynków zbytu”.

Obaj nasi sąsiedzi, zza granicy wschodniej i zachodniej, pomimo ponawianych wciąż wysiłków, nic nie osiągną tak dobrze nam znanymi metodami. Usiłują wciąż wylansować zupełnie inną historię Polski (przytrafiło się to nawet doradcom politycznym papieża Franciszka, w którego komentarz do niedawnej podróży do krajów bałtyckich wpleciony został wątek zniekształcający historię naszych relacji z Litwą). Jest to, trzeba przyznać, zajęcie żałosne, cel chybiony.

Te złośliwe szkiełka

Tak naprawdę naszym sąsiadom na Wschodzie i Zachodzie przeszkadza   c a ł a  polska historia, od 966 roku: uwiera ich ona, boli i stale dręczy. „Nazywano niegdyś Petrograd, noszący do niedawna znamienne miano Petersburga, oknem, wybitym na Zachód”, przypomina Chesterton. „Można by z równą słusznością powiedzieć, że Berlin był dotychczas jedynym oknem, patrzącym na Wschód. Innymi słowy, narody zachodnie, a szczególnie ludy, trudniące się handlem, jak Amerykanie i Anglicy, patrzyły dotychczas na wschodnią Europę poprzez okulary niemieckiego profesora. A te złośliwe szkiełka miały tę właściwość, że o ile niekiedy powiększały świadomie Rosję, o tyle Polskę ukazywały zawsze w dziwnie umniejszonej postaci” .

 

Wojciech Kossak – Józef Piłsudski na Kasztance

 

Gdy długo żyje się w kłamstwie, gdy umysł człowieka osaczony jest przez ideologię lub fałszywą religię, a jedno nie istnieje bez drugiego, pojawia się syndrom panicznego lęku przed prawdą. Mamy z tym wciąż do czynienia. Miał z tym do czynienia premier Mateusz Morawiecki (ze strony wpływowych środowisk w Stanach Zjednoczonych) przy okazji nowelizacji ustawy o IPN. Szefa rządu próbowano zniesławiać, szantażować, straszyć – ale dostawano zawsze tę samą godną odpowiedź. Gdy w przekazie prawdy historycznej rządzący nie zmieniają nawet przecinka możemy być spokojni o los naszego kraju.

Istnieje też pewna historyczna prawidłowość kształtująca nasze relacje ze Stanami Zjednoczonymi. To nie  kaprys losu, niezrozumiała aberracja historii, że dziś ten odległy kraj okazuje się naszym sojusznikiem; jego strategiczne cele gwarantują nasze bezpieczeństwo militarne. Rzadko się przywołuje fakt, że konstytucja Stanów Zjednoczonych – tak jak Konstytucja 3 Maja – zawiera odwołanie do wolności człowieka, która jest nie tyle „prawem”, które może on sobie sam przyznać, co wypływa z faktu, że został on stworzony przez Boga jako ktoś wolny. Różnica, która zmienia wszystko! To nie człowiek sam udziela sobie tego prawa, bo jest taki wielki i wspaniały, ale człowiek powinien je przyjąć i respektować, bo pochodzi ono od Boga, który jest ponad nim i od którego jest on całkowicie zależny. Niezależność od Boga jest fikcją ideologiczną.

Wiele razy Polaków uderzał ten inny odcień wolności amerykańskiej, tak bardzo odmiennej od tej, która ufundowana została na zdobyczach Rewolucji francuskiej, i to on właśnie powodował, że intuicyjnie odczuwaliśmy wobec Amerykanów bliskość trudną do ujęcia w kategorie polityczne, wspólnotę moralną, postrzeganą jako coś obiektywnie nas łączącego.

Współczesna propaganda sąsiada ze Wschodu stara się obrzydzić nam Stany Zjednoczone i ukazać to społeczeństwo jako źródło najgorszych patologii, chorego liberalizmu. Nie jest to nic nowego. Od czasu I wojny światowej Stany wkroczyły do historii politycznej Europy w sposób zdecydowany, jako poważny czynnik regulujący bieg spraw, gdy grożą one destabilizacją Zachodu. Przypomnijmy: rząd USA wysłał wtedy do walki prawie cztery miliony Amerykanów (dziesięć milionów znalazło się w służbach pomocniczych i w zaopatrzeniu frontu). Wypuszczono też obligacje na sumę 21 miliardów dolarów, by sfinansować potrzeby wojska. Te sumy warto przypominać, bo pokazują one, na jaką skalę USA angażowały się w tę światową wojnę. Nie były to działania symboliczne. Nie chodziło o deklaracje, nie tworzono propagandy. Ale co istotniejsze, zanim decyzja ta została podjęta, społeczeństwo tego kraju musiało dobrze zrozumieć jej moralny sens, musiało się z nim utożsamić; nie był to dyktat władz narzucony Amerykanom wbrew ich woli, z nonszalancją i lekceważeniem ich rozumienia wydarzeń światowych. Taka jest różnica między Ameryką a Rosją i Niemcami.

 

Rotmistrz Witold Pilecki prowadzi defiladę 11 Listopada w Lidzie (l. 30.)

 

Po drugiej wojnie światowej armia amerykańska była na wszelkie możliwe sposoby oczerniana przez Rosję, która doskonale zdawała sobie sprawę, że amerykański patriotyzm wyraża się właśnie w szacunku i wdzięczności wobec własnych żołnierzy – tak jak w Polsce żołnierz jest w tym kraju przede wszystkim obrońcą ojczyzny – wielkie zasługi ma tu kinematografia, która (począwszy od lat 50. biegłego wieku) pozostaje orężem walki politycznej i nawet filmy powstające w USA (warto przypomnieć Czerwone Hollywood Jacka Kwiecińskiego) potrafiły być jadowicie antyamerykańskie i prokomunistyczne. Nie mówiąc już o książkach i prasie. (Podczas wojny w Wietnamie „The Tablet” zamieścił relację jednego z duchownych, który miotał najgorsze oskarżenia wobec lotnictwa amerykańskiego, które rzekomo spuszcza bomby na kościoły w Wietnamie Północnym i zabija modlących się ludzi. Tę prymitywną propagandę zdemaskował w swoich publikacjach Michael Davies, żołnierz angielski dobrze znający realia wojny z prosowieckimi oddziałami w Azji i na Bliskim Wschodzie, ochotnik w wojnie z komunistyczną partyzantką na Malajach, późniejszy znany pisarz i obrońca Kościoła, przyjaciel kard. Ratzingera). Wielokrotnie jednak w produktach sztuki filmowej, reportażach i powieściach wydawanych na całym świecie powraca obraz cynicznych, wyzutych z chrześcijańskich uczuć i miłosierdzia względem bliźnich Amerykanów, którzy nie dość, że na pasku rodzimych Żydów, to jeszcze zaprzedani są masonerii.

To nie przypadek, że antysemityzm rodzący zbrodnie na ludziach miał swoją ojczyznę w państwach, których władza odznaczała się nieludzkim traktowaniem własnego społeczeństwa, czynieniem z niego narodu niewolników – w Rosji carskiej, Rosji bolszewickiej oraz w protestanckich Niemczech (pierwszym antysemitą w tym kraju był nie Hitler a Luter). Dla tego rodzaju władzy było czymś dogodnym wylansować grupę „jeszcze gorszych”, by zwalić na nią całą winę za zniewolenie, którego doświadczają jej poddani. Dziś „antysemityzm Polaków” starają się propagować właśnie oba te kraje, a „antylitewskość” tradycyjnie Rosja. W dobie głębokiego kryzysu, jaki jest ich udziałem, jest to dość rozpaczliwe chwytanie się brzytwy.

 

Warszawa, 10 listopada 2018. Uroczyste odsłonięcie pomnika prezydenta Lecha Kaczyńskiego (fot. Radek Pietruszka/PAP)

 

W kości starej Europy wstępuje nowa nadzieja

Czy jednak któryś z narodów, których przedstawiciele prześcigają się w zniesławianiu Polaków mógłby nam powiedzieć w oczy: „Patrzcie na nas, naśladujcie nas! Możemy być dla was wzorem! Nasza historia jest piękna i budująca, nawet jeżeli składa się z wielu cierpień i klęsk. Nasz naród jest narodem wielu świętych i bohaterów. Idźcie naszą drogą!”?

I oto ta okropna Polska, ta zakała na drodze do zbudowania wszechpotężnego imperium Moskwy i Berlina, która wreszcie, na oczach współczesnych pokoleń, w latach dwutysięcznych, dźwignęła się z porozbiorowych zniszczeń i z komunistycznej nędzy, stała się w 2018 roku znów, jak w XVI i XVII wieku, wyzwaniem dla świata. Jej białoczerwona flaga, jak podkreślił dziś prezydent Andrzej Duda nigdy nie będzie ani biała ani czerwona. Polska okazała się burzycielem mitów o osiągnięciu trwałej potęgi państw na fundamencie kłamstwa. A także tchórzostwa, chciwości, zbrodni, przemocy i niesprawiedliwości. Przykład naszej determinacji, polskie sukcesy polityczne ostatnich trzech lat, wpływ moralny polskich przywódców politycznych na inne społeczeństwa, a przede wszystkim wiara Polaków i przywódców naszego państwa, budzą prawdziwą trwogę, histeryczny strach tam, gdzie siłę czerpie się z ludzkiego upadku.

Historia Polski jest tak przez naszych politycznych sąsiadów nie lubiana, bo jest historią piękną, porywającą. Dominuje w niej etos bohaterstwa, altruizmu, odwagi, nadziei, fantazji… Wreszcie, to coś nie przewidywalnego, coś, co zawsze zaskakuje. Słowem, wszystko to, co u normalnego człowieka wypływa z wiary, z pojmowania, że cel ludzkiego istnienia znajduje się poza nami. Poza „tu i teraz”. Prawda ma dla człowieka niewysłowiony, nigdy nie przemijający urok. Tak jesteśmy zbudowani, tak stworzeni, nie zmieni się to nigdy. Stworzono nas nie dla kłamstwa, ale dla prawdy. Obcowanie z nią czyni nas lepszymi, mądrzejszymi, doskonalszymi. Ona daje ludziom i narodom prawdziwe skrzydła i – poczucie bezpieczeństwa, jakiego nie zapewnią arsenały najnowocześniejszych broni.

 

Michał Elwiro Andriolli – Polonez, ilustracja do „Pana Tadeusza”

 

„Cnoty, kiełkujące w Polsce, wybijają się powoli na powierzchnię życia”, pisał w 1921 roku G. K. Chesterton, „cnoty polskiego chłopa i polskiego patrioty. Instynktem, wyrosłym na gruncie historycznego doświadczenia, przeczuwamy bliskość chwili, w której one wyzwolą się całkowicie. W kości starej Europy nowa wstępuje nadzieja. Polska posiadła wszystkie dane, aby osiągnąć wielkość tym żywotniejszą, że nie płynącą już z tragedii. Wierzymy, że oczy przyszłych jej pokoleń będą mogły oderwać się od złowrogich pól bitew, zasłanych zwłokami cesarskich sępów, co niegdyś rozrywały jej ciało, i śledzić spokojnie lot srebrnego Orła, wzbijającego się coraz wyżej w niebieskie przestworza”.

 

_______

 

Arka

 

 

z iluż to blizn zrosło się w jedno brzemię polskie
z ran jarzmo słodkie ojczyzna co jest jak zdrowie
źródła bijące z tłoczni Krzyża skąd ów testament
tak ziemia obrosła wiarą białym po wieki łanem

 

a srebrną burzą skrzydła husarii obszyte i siodła
Królowa Polski dotąd lśni złotem w chorągwiach
Baranka krwią obmywa się niezłomna tęsknota
i z płócien całunu tkana jest biała szata godowa

 

imion pieczęcie złożone są w ziemi pod sercem
niechaj i żywi nie zginą w świecie i poniewierce
zapełnia się Arka pokoleń obietnicą daną ludowi
jeśli wierność okaże i posłuszność Królowi

 

Wojciech Miotke, 10 listopada 2018

 

 

 

 

_________

[1] Prof. Karol Sarolea (1870 – 1953) – belgijski pisarz i wykładowca Uniwersytetu w Edynburgu. Jego zbiór esejów poświęconych Polsce poprzedził wstępem Prymas Belgii, kard. Desidere Mercier i G.K. Chesterton. (Wszystkie cytaty G. K. Chestertona umieszczone w tekście pochodzą ze wstępu do tej książki. Tłum. Jadwiga Sienkiewiczówna).

______

  • Tekst jest zmienioną i uaktualnioną wersją wpisu „Nasz najlepszy sojusznik” (opublikowanego w lutym br.)

Możliwość komentowania jest wyłączona.