Serce Jezusa, wszelkiej chwały najgodniejsze…

Rozalia Celakówna (1901–1944), krakowska pielęgniarka, uważała samą siebie za istotę najbardziej ułomną moralnie i intelektualnie, najbardziej słabą i nierozumną, jaka tylko może istnieć na ziemi. Wielokrotnie podkreśla to w zapiskach, które sporządzała na prośbę spowiedników. Nie było w tym odrobiny kokieterii. Była bowiem przeciwieństwem tych pewnych siebie istot, które nie znajdują w sobie najmniejszej skazy, a ideałem ich życia jest dbałość o to, by także ich ciało było bez skazy.

Nie miała w życiu innych ambicji poza tą, by zasłużyć na niebo. Delikatność i nieśmiałość szły u niej w parze z siłą, łagodność z wytrwałością. Niziutka i drobna, o wielkich oczach, wypukłym czole i małych ustach przypominała wyglądem dziecko. Całym jej wykształceniem była wiejska szkoła i kursy pielęgniarskie. Umiała jednak słuchać.

Rozalia chciała być we wszystkim podobna do tej jedynej Osoby, którą uważała nie tylko za wzór, ale cel swojego życia. Do Osoby Boga wiszącego na krzyżu. Całe życie cierpiała ponad zwykłą miarę. Uznając prawdziwość jej objawień (kilkanaście lat temu zakończył się proces beatyfikacyjny na szczeblu diecezjalnym) Kościół potwierdził, że Rozalia była mistyczką. Jezus rozmawiał z nią, a ona z Nim.

 

Rozalia Celakówna (druga od lewej) z mamą i rodzeństwem, Jachówka.

 

Oddana swemu zawodowi szpitalna siostra, rodem z Jachówki, wioski pod Makowem Podhalańskim, pracowała w krakowskim szpitalu św. Łazarza na oddziale skórno-wenerycznym. Ten oddział wymagał od personelu wyjątkowej odporności psychicznej. Ale Rozalię zatrudniano tu także przy byle okazji do szorowania podłóg i wynoszenia kubłów – tak dla sportu. Nie protestowała. Brała uciążliwe dyżury nocne, gdy ją poproszono. Ta dziewczyna, a potem kobieta o wrażliwości dziecka, modląca się za swoich chorych – byli to najczęściej chorzy wenerycznie, nierzadko prostytutki – walcząca do końca przy ich łóżku, by nikt na jej dyżurze nie umarł bez sakramentów,  otrzymała pewnego dnia od Boga wyraźne polecenie. Polecenie niepojęte nie tylko dla niej. „Kim ja jestem…” – pisała wstrząśnięta, niemal przerażona ogromem misji. Mimo starań nie była w stanie spełnić tego polecenia za życia. Ani samodzielnie ani z pomocą  spowiednika. Było to dodatkowe cierpienie jej życia, w którym cierpień nie brakowało.

Wszystko jednak zaczęło się nie w Polsce a we Francji. W okresie monarchii absolutnej, w czasach Ludwika XIV. Któż mógł wówczas podejrzewać, że zaniechanie pewnej decyzji przez Króla Słońce, zapatrzonego w gwiazdę swojego nadzwyczajnego ziemskiego powodzenia i przekonanego, że jego panowanie bezapelacyjnie uszczęśliwia poddanych, wywoła potężny kryzys świata chrześcijańskiego.

Jedna z zasad antykryzysowych przedstawionych dwieście lat później przez biskupa Poitiers, kardynała Pie (1815–1880), który oglądał na własne oczy dramatyczne skutki tego kryzysu we Francji, głosi, że Bóg nigdy nie pozostawia samym sobie społeczności i instytucji pogrążonych w kryzysie. Pomoc przychodzi przez pośredników, którzy stają się narzędziem Boga. Narzędzie to w ocenie postronnych jest całkowicie nieodpowiednie. Słabe, niezdarne, żałosne. A jednak Bóg sprawia, że okazuje się de facto silne i skuteczne. Jest to znak, że to nie owo narzędzie, lecz sam Bóg kieruje biegiem wydarzeń. Oto tajemnica wybrania analfabetki i nędzarki w łachmanach Bernadety Soubirous w Lourdes, pasterki Joanny D’Arc, małych dzieci z Fatimy, prostaczków z La Salette i Gietrzwałdu, także i polskiej pielęgniarki Rozalii.

 

Rodzice Rozalii Celakówny z jej siostrami i sąsiadem

 

Chrystus objawiając się Rozalii – w latach przed drugą wojną – wielokrotnie formułował naglące wezwanie, by została przeprowadzona w Polsce Jego intronizacja. Władze państwa, na równi z władzami Kościoła mają uznać Jezusa Chrystusa jako swego Króla. Tego, który ma prawo w naszym kraju nie tylko odbierać najwyższy kult, ale po prostu rządzić. Cóż to miało oznaczać?

Władza. Rzadko dziś, w dobie partnerstwa i dialogu, braterstwa i równości, kojarzymy to pojęcie z niepodważalną pozycją ojca rodziny, kapitana statku, dowódcy armii, pierwszego pilota czy dyrygenta orkiestry symfonicznej. Z kimś, kto nie odpoczywa, zanim nie wypełni swojej misji. Komu inni muszą być podporządkowani. Muszą uznawać bez zastrzeżeń jego autorytet. Nie mogą się z nim wykłócać i stawiać swoje warunki „w imię demokracji”. Jeśli będzie inaczej, wszystko się rozsypie. A już bardzo rzadko władzę kojarzymy z Kimś, w czyje ręce możemy złożyć całe swoje istnienie. Także cały swój majątek, wszystkie dobra i przyszłość, czyli wieczność. Ciało i duszę. I czuć się pewnie i bezpiecznie.

Rozalia już w bardzo wczesnej młodości pojęła swoim chłopskim, trzymającym się twardej logiki umysłem, że istnieje władza, której całkowite poddanie się jest największym szczęściem człowieka – rzecz dla dzisiejszego człowieka niemal niewyobrażalna. Mamy problemy z władzą, wszelką. Nie uznajemy jej w głębi duszy. Przyjemność sprawia nam wyśmiewanie się z niej, oszukiwanie jej. Uważamy także, że Bóg, który kocha, powinien pozwolić robić nam, co chcemy.

 

Rozalia Celakówna, lata 30., Kraków

Rozalia dogłębnie pojęła, że władza Boga, choć jest duchowa, ma także przywileje władzy królewskiej. Taka jest władza Najświętszego Serca Pana Jezusa. Zadaniem pielęgniarki ze szpitala św. Łazarza stało się krzewienia osobistego ofiarowania się Najświętszemu Sercu Jezusa, a także Intronizacji Chrystusa w naszym kraju.

Być może sto pięćdziesiąt lat po Rewolucji Francuskiej trzeba było być człowiekiem tak prostym jak ona, by zrozumieć, że Bóg właśnie dlatego, że jest Bogiem ma prawo do władania nie tylko duszą człowieka, ale zarządzaniem jego decyzjami oraz wszystkimi należącymi do niego dobrami. Posiada także prawo do władzy nad całym państwem, nad społeczeństwem. Nad wszystkimi wymiarami życia ludzi wierzących. Jego prawa muszą być w państwie zachowane i strzeżone, inaczej władza jest tylko pozorowana. I drży, by lud, idąc za swoimi zachciankami, nie chciał jej co i rusz „odwoływać”. .Krakowska pielęgniarka nie myślała kategoriami państwa wyznaniowego, uznawała tylko prawa, jakie Bóg ma do człowieka, którego stworzył i odkupił na krzyżu, a zatem i do całej rzeczywistości, w której człowiek żyje. Skoro jest Bogiem, prawo to nie może być niczym ograniczone. Żadnymi liberalnymi i ekumenicznymi dwuznacznościami. Królowanie Chrystusa w Polsce, kraju katolickim „od zawsze”, było dla tej najniższej w szpitalnej hierarchii siostry czymś tak naturalnym, jak to, że dzieci się rodzą, zapada zmierzch, pachną kwiaty, przychodzą pociągi.

Odzwierciedleniem i skutkiem królowania Chrystusa powinien być ład rodzinny, ład społeczny, polityczny, ekonomiczny, jeśli los państwa spoczywa w ręku ludzi wierzących. Królowanie Chrystusa miało zacząć być respektowane w Polsce dzięki uroczystemu oficjalnemu aktowi Intronizacji, przeprowadzonemu wspólnie przez prezydenta, rząd i biskupów – a potem objąć wszystkie państwa. Taka była zasadnicza treść objawień, którymi została obdarzona krakowska pielęgniarka o horyzontach intelektualnych wiejskiej rezolutnej dziewczyny – ale przecież duchowo bliska św. Janowi od Krzyża i św. Teresie z Ávila…

Nie sposób przeoczyć faktu, że w swoim środowisku stała się ofiarą prześladowań. Przykrości doznawała nawet od posługujących w szpitalu sióstr zakonnych – i tam, gdzie za marne pieniądze wynajmowała pokój przy ul. Mikołajskiej, dzieląc go z rodzoną siostrą, która brutalnie wytykała jej dziwactwa i dewocję. Zdarzało się to także w parafii, gdzie chodziła się spowiadać. Niezrozumienie, pukanie się w czoło, śmiechy za plecami, fantastyczne wymysły na jej temat, fałszywe oskarżenia ze strony pobożnych pań – to był jej chleb codzienny. A potem – w miarę, jak coraz lepiej znana była jej postawa, drażniąca tak wielu ludzi świętość – krzyki, protesty, intrygi, publiczne wyzywanie od pomylonych, histeryczek, wariatek, odpędzanie od konfesjonałów, zniesławianie. Znęcanie się moralne i fizyczne. To ostatnie przez chorą umysłowo kobietę, która regularnie rzucała się na Rozalię, gdy tylko zobaczyła ją na ulicy, biła ją i katowała.

 

O. Zygmunt (Kazimierz Dobrzycki) OSSPE (1900-1947), ostatni kierownik duchowy Rozalii Celakówny

 

Wreszcie „dobił ją” wybuch wojny. Ofiarowała swoje życie za ojca dr Zygmunta (Kazimierza Dobrzyckiego), paulina, duchowego kierownika, który sprawę Intronizacji Chrystusa potraktował z największą powagą, a wkrótce przekazał generałowi paulinów o. Piusowi Przeździeckiemu. Ofiarę tę złożyła w styczniu 1944 roku, gdy Niemcy aresztowali i wywieźli o. Dobrzyckiego najpierw do więzienia na Montelupich w Krakowie, potem do obozu w Nordhausen. Rozalia Celakówna odeszła w osiem miesięcy później, tak cicho jak żyła, nikomu nieznana, oprócz grona pracowników szpitala, paru księży i najbliższej rodziny, i pragnąca do końca taką pozostać. W przeddzień śmierci powiedziała do swojej przyjaciółki, Anny Polak: „Gdy Ojciec wróci, powiedz mu, że za niego umieram”. W dniu śmierci Rozalii o. Dobrzycki został zwolniony z obozu.

Kardynał August Hlond poznał żądanie, które zostało oznajmione Rozalii. Był przychylny sprawie. Intronizacja Chrystusa Króla. Miała ona uchronić nasz kraj przed karą za grzechy, które obrażają Boga. Wybuch wojny, a potem nastanie komunizmu uniemożliwiły przeprowadzenie Intronizacji.

Właściwe miejsce dla Boga

Wielu ludzi ma trudności z pojmowaniem Boga tylko dlatego, że nie zajmuje On właściwego miejsca w ich hierarchii celów. „Postrzegają Go jako dobrotliwego staruszka, który i tak wpuści wszystkich do nieba, niezależnie od tego, jakie życie prowadzą” – podsumował jeden z biskupów. Ma to konsekwencje, których wagi zdajemy się nie dostrzegać. Dziś, gdy nadszedł czas tryumfu Rozalii i wypełnienia jej misji, wielu ludzi Kościoła zdaje sobie sprawę, że czas nagli, widząc ruinę utopijnego projektu geopolitycznego, w który Kościół zaangażował się po ostatnim Soborze, projektu określanego jako „cywilizacja miłości”. Człowiek wierzący w Chrystusa nie ma już oparcia w niczym, poza Bogiem. Nie istnieje chrześcijańskie społeczeństwo. Jedynym oparciem, jedynym miejscem, gdzie można znaleźć realną pomoc, wręcz ratunek dla członków rozbitych społeczeństw jest Serce Boga-Człowieka. Serce, które nie zniechęca się zdradą człowieka. Ukazujące się jako prawdziwe żywe Ciało – tkanka mięśnia sercowego w agonii – w kościele w Sokółce, tuż przy białoruskiej granicy. A potem w tej samej postaci w Legnicy.

Zanim wybuchła rewolucja we Francji, zwana „wielką” – która obróciła w ruinę tysiące kościołów i klasztorów, zgładziła ogromną część duchowieństwa, starła monarchię, zamordowała króla i jego rodzinę oraz niezliczone rzesze winne po prostu temu, że podlegały „dawnemu porządkowi” – w 1689 roku, w burgundzkim klasztorze w Paray-le-Monial, nikomu nieznana zakonnica, wizytka, córka prowincjonalnego notariusza, Maria Małgorzata Alacoque (1647-1690) otrzymała objawienie. Ujrzała Chrystusa ukazującego  tajemnicę Swego Najświętszego Serca. Tajemnicę, którą jej cichość, pokora i świętość potrafiła pojąć i uszanować.

 

Obraz Serca Pana Jezusa namalowany przez Pompeo Batoniego wg objawień Marii Małgorzaty Alacoque

 

Sam Chrystus poprosił ją, by przekazała Jego pragnienia ustanowienia nabożeństwa do Jego Najświętszego Serca. Zażądał także, by przekazano królowi Francji Ludwikowi XIV, aby poświęcił się Jego Najświętszemu Sercu. Bowiem to Serce „chce zatryumfować nad sercem króla, a poprzez nie nad sercami możnych tego świata” (z listu św. Marii Małgorzaty).

Droga francuskiej świętej podobna była poniekąd do tego, co spotykało Rozalię. Zakonnice z jej klasztoru przez dłuższy czas uważały ją za pomyloną, egzaltowaną fantastkę, bo czyż komuś tak miernemu, zwykłemu, pospolitemu – noszącemu w dodatku zabawne nazwisko (po polsku „Alacoque” znaczy „Jak Kogut”) – jak ta prowincjuszka, może objawiać się sam Pan Nieba i Ziemi?

W 1684 roku zakończyły się udręki Małgorzaty Marii związane z jej życiem wewnętrznym i niezrozumieniem jej misji w klasztorze. Jednak propagowanie nowego nabożeństwa budziło wciąż wyjątkowy sprzeciw. Wpływowi wówczas we Francji janseniści nie wahali się brutalnie oskarżać jego krzewicieli o herezję. Milczała Stolica Apostolska. Sceptyczne nastawienie Ojca Świętego zmienił radykalnie memoriał wysłany w 1765 r. przez  polskich biskupów. Klemens XIII najpierw zezwolił, by święto ku czci Najświętszego Serca Pana Jezusa mogło być obchodzona przez zakon wizytek, a zaraz potem – przez  Kościół w Polsce.  W 1856 roku inny „propolski” papież  Pius IX dał święto to całemu Kościołowi.

 

 

Zlecone za pośrednictwem Marii Małgorzaty żądanie Pana Jezusa wobec króla Francji było jasne. Uprzywilejowani pozycją społeczną w samym centrum chrześcijaństwa sięgnęli po władzę absolutną, myląc swoją misję polityczną z religijną, a państwo – własność Boga, ze swoją własnością. Bóg zażądał w tym miejscu publicznego hołdu i zawierzenia Francji opiece Najświętszego Serca. Jego symbol miał być przedstawiony na wszystkich sztandarach armii i na każdej sztuce broni królestwa. Król Francji miał ufundować kościół ku czci Najświętszego Serca i szerzyć prawa Chrystusa w całej Europie. Stało się jednak inaczej. Żądanie Boga nie zostało wypełnione. Być może dlatego, że jezuici, którym została powierzona misja przekonania króla o konieczności potraktowania objawień z największą powagą, z różnych powodów zwlekali z jej podjęciem.

W rezultacie człowiek poczuł się w Europie bogiem i zaczął wykrzykiwać pod niebiosa swoje prawa. Po dwóch stuleciach miejsce dla religii znalazło się tylko w ramach traktowania jej jako jednego z wielu rodzajów humanizmu. Transcendentny cel człowieka został całkowicie zanegowany. Przekształcony na modłę liberalną świat dopuścił, by zniknęła wizja ostatecznego celu człowieka, a on sam „zamknął się w absolutnej przyziemności”. Epokę upadku rozumu i moralności jak na ironię nazwano oświeceniem. Zakon Jezuitów został rozwiązany, ogromny majątek przejęty – wyjątkiem było terytorium Rosji, gdzie jezuici mogli względnie spokojnie prowadzić działalność misyjną; Katarzyna II potrafiła z wielką zręcznością wykorzystać ich do swoich celów.

Gdy w Polsce rozpoczęły się rozbiory, Francja spłynęła krwią. Nastała era rewolucji trwająca, z niewielkimi przerwami, do dziś. W roku 1789, gdy wybuchła rewolucja we Francji, upływało dokładnie sto lat od czasu, jak Chrystus Pan skierował swoje orędzie za pośrednictwem francuskiej zakonnicy do Króla Słońce. Jego wnuk Ludwik XVI wydrapał na ścianie celi więzienia Temple, w którym czekał na wyrok śmierci, akt ofiarowania Bogu Francji i siebie. Było już jednak za późno. Dwudziestego pierwszego stycznia 1793 roku został ścięty.

 

Bazylika Najświętszego Serca Pana Jezusa w Paray-le-Monial

 

Uznanie Boga za Króla. Podporządkowanie się państwa Jego prawu. Bronienie przez rządzących Jego praw. Dziewięć piątków, pięć sobót. Modlitwa, pokuta, jałmużna i post. Pan Bóg nie wymaga od nas niczego ponad nasze siły. Tylko swoich wybranych prowadzi drogą cierpienia, czasem niewyobrażalnego, by zbliżyć ich jak najbardziej do siebie. Z miłości, którą pojmują w pełni tylko nieliczni, czystego serca.

__________________

Możliwość komentowania jest wyłączona.