Rozmowa w kawiarni

Siedzę w kawiarni, jest koniec maja, sobota. Kawiarnia jest mała, przez oszklone ściany widać perspektywę uliczki wysadzanej drzewami; łagodnym łukiem pomyka w dół. Krzesła i stoliki mają nogi jak pajęczynki.

Przy stoliku obok siada dwoje ludzi. Mężczyzna zbliżający się do wieku średniego i starsza pani. Syn zaprosił matkę. Jest wobec niej uprzejmy, choć nie nadskakujący. Potrafi słuchać. A ją ciekawi, co on ma do powiedzenia. Rozmawiając patrzą na siebie.

Kawiarnia na Mantmartre

Kawiarnia na Mantmartre

Lubię popatrywać na ludzi, którzy siebie nawzajem słuchają; wiadomo, że jest między nimi prawdziwa więź.

W kawiarni jest jednak tak mało miejsca, że chcąc nie chcąc słyszę każde słowo rozmowy.

W pewnej chwili pojawia się wątek polityczny.

— Wiesz, mamo, będzie tak jak zawsze. Za pięć lat będą pluć na niego i domagać się, żeby ustąpił. Im każda władza przeszkadza. Polacy są niereformowalni.

Starsza pani jakby nie całkiem zrozumiała.

— Bo to są nieudacznicy. Dla nieudanego życia, dla porażek, zawodów trzeba uzasadnienia zewnętrznego. Dlatego będą przy każdej okazji szarpać tych na górze.

Starsza pani wciąż jakby nie wszystko rozumie.

Mężczyzna odchyla się nieco w tył, mówi dobitnie, gestykulując. Opowiada o koledze z pracy.

— Ten wierzący, wiesz. On mi zawsze powtarza: Pamiętaj, ci, którym w życiu coś nie wychodzi muszą mieć kogoś na kogo można wszystko zwalić. I ciągle go oskarżać, a potem lansować kogoś nowego, w kim upatrują nadzieję, że wreszcie coś się w ich życiu zmieni. Ale nic się nie zmieni, bo przyczyna jest w nich. Taki mamy naród. Wieczne pretensje, żale i frustracja.

Starsza pani milknie. Patrzę na tego mężczyznę. Dopiero teraz dostrzegam zmęczenie na jego twarzy.

Matka proponuje coś synowi. Chyba chodzi o rodzinną uroczystość.

— Mamo, wybacz, nie dam rady. Ty wiesz, przychodzę z pracy o ósmej, jestem wykończony. Mogę tylko zwalić się jak kłoda przed telewizorem. Nie mam siły

To nie są wykręty. Ten człowiek patrzy jej w oczy. On po prostu nie ma siły. Praca. Starał się nie mówić… Ale przecież to cała gwarancja jakości życia. Spokój i pewność. Na ten sukces harował tyle lat. Gdyby ktoś mu powiedział, że jest niewolnikiem? Ha, ha, ha! A to dopiero dowcip.

Starsza pani pozwala sobie na tonację bardzo dyskretnej skargi. Tak by jej zależało… Ten jeden raz. Nie naciska jednak. Kontroluje swoje emocje. Wie, że sprawa jest przesądzona.

Odchodzą od stolika. Mężczyzna podaje jej płaszcz. Kobieta z pewnym wysiłkiem stara się trzymać prosto. Wsiadają do bardzo dobrego sportowego samochodu. Dwie sylwetki o nieco sztywnych ruchach. Czuje się napięcie.  

Claude Monet Camille Monet w oknie. Argeteuil 1873

Claude Monet Camille Monet w oknie. Argeteuil 1873

Większość podziałów w naszym społeczeństwie jest narzucona, wykreowana – mówił Antoni Macierewicz w Krakowie 30 maja, na konferencji pt. Co dalej z Polską? – Sięgnięto po narzędzia socjotechniczne, najbardziej raniące naszą duszę, żeby rozbić jedność, żeby ją naruszyć trzeba było użyć takich właśnie środków… Bo tak wielka siła tkwi w polskości.

Słuchając przypomniałam sobie ludzi z kawiarni. Tu były w użyciu także wyjątkowo starannie dobrane narzędzia. Ktoś tego mężczyznę pozbawił nadziei, jeszcze zanim stał się przystawką do swojego biurka. I stanowiska, zapewne nie najniższego. Ci, którzy mają nadzieję to dzieci w jego oczach. Niepoważni. To oburzające, że sa w stanie gardzić twardymi realiami życia! Nie rozumieją, że porządek musi być. Biurko nie może stać na chwiejącej się posadzce. Na ziemi, w której już widać pęknięcia. Już coś rozsadza pieknie ułożoną posadzkę z włoskiego marmuru. Spory wokół władzy, jakieś polityczne roszczenia nie służą uczciwej pracy – od ósmej do ósmej.

Nadzieja. Pojęcie zbyt abstrakcyjne dla trybiku w wielkiej fabryce dochodu, perfekcyjnie zorganizowanej. On nie oderwie się za nic w świecie od swojego ekranu. Został doskonale oszlifowany, jest całkowicie przystosowany. Nie wyrwą go z tej sterylnej kuli, gdzie posila się codziennie twardym spojrzeniem szefa. (Te oczy znają wszystkie jego słabości i wszystkie jego „mocne strony”, przenikają go na wskroś.) Gdzie jest pokorny jak wszyscy. Fantastycznie udający luz i wesołość, gdy w regularnych odstępach odreagowują codzienne napięcie. To chyba jasne, że rozrywki muszą być ekstremalne.

Swoje zdanie zawsze zatrzymuje dla siebie.

Nasi rodacy z wielkich korporacji.

Ciekawy argument o „wierzącym koledze”, który w sprzeciwie wobec politycznych hochsztaplerów i notorycznych kłamców doszukuje się symptomów nieuprawnionego moralnie buntu „rewolucjonistów”. Bo ludziom korporacji, niezależnie czy są „wierzący” – a słowo to może dziś oznaczać bardzo różne rzeczy – czy nie, tak naprawdę nie chodzi nigdy o racje polityczne. Nie rozumieją pojęcia racji stanu państwa, w którym żyją. Chodzi im o podporządkowanie w imię podporządkowania. Pozornego spokoju. „Ekonomicznej stabilności”. Mentalność niewolników można najłatwiej narzucić metodami marchewki. Jest ci dobrze, siedź cicho, bo ci zabierzemy twoją miskę.

Stąd nonszalancja, gładkość wymowy, z jaką wypowiadają pełne wyższości sądy o tych „którym w życiu nie wyszło”. Oburzają ich metody. To uliczne i medialne wichrzycielstwo mącące uczciwym ludziom codzienny rytuał, spokojne cieszenie się ciężko okupionym, wymagającym prawdziwych wyrzeczeń dobrobytem. Te obszarpane biało czerwone flagi wywlekane regularnie w tłum. Ten wojowniczy nastrój. A tu pokój jest potrzebny.

Ludziom korporacji trudno zrozumieć w czasach, gdy hasło o nadrzędności idei pokoju pada z najwyższych ambon, że pokój i wojna mogą mieć znaczenie podwójne. Zwłaszcza w kraju takim jak ten, gdzie życie duchowe nie umarło.

„Przede wszystkim – pisze ks.R.H. Benson, nawrócony pastor anglikański, w Paradoksach katolicyzmu (1911 r.) – jaki był rzeczywiście bezpośredni, natychmiastowy wpływ życia i osobowości Jezusa Chrystusa na społeczeństwo, w którym żył, jeśli nie waśnie, rozlew krwi i nieszczęście, które zarzuca się jego Kościołowi? To właśnie z tego powodu wydano go w ręce Piłata. Podburza naród. Siebie podaje za Króla. Jest kontrowersyjnym demagogiem, nielojalnym obywatelem, zagrożeniem dla rzymskiego pokoju.

I rzeczywiście wydaje się, że istnieje usprawiedliwienie dla tych oskarżeń. To nie język współczesnego „humanitarysty”, tolerancyjnego „chrześcijanina”, któremu jest wszystko jedno spływał z Boskich warg Jezusa Chrystusa. Idźcie i powiedzcie temu lisowi, wykrzykuje o władcy swego ludu. Podobni jesteście do grobów pobielanych, które z zewnątrz wyglądają pięknie, lecz wewnątrz pełne są kości trupich i wszelkiego plugastwa. Obłudnicy! Takiego języka używa w stosunku do przedstawicieli religii Izraela. Czy to sposób mówienia, jaki słyszymy z ust współczesnych przywódców religijnych? Czy język taki jak ten byłby choć przez chwilę tolerowany przez współczesny, humanitarny kler?”

Paradoks wydarzeń w Polsce w latach 2010-2015 to głównie fakt, że to co spowodowało rysującą się dziś wyraźnie na horyzoncie zmianę władzy politycznej, ale też zmianę nastawienia wielu Polaków do swojego własnego życia, do przeszłości, do życia duszy, co odrodziło poczucie odpowiedzialności wobec innych ludzi, co obudziło nadzieję na odrodzenie wspólnoty, to – jeśli by użyć określeń z języka pojęć politycznych – kontrrewolucja, a nie rewolucja.

Pracownicy korporacji będą być może ostatnimi, którzy to zrozumieją. Są zbyt zmęczeni. Zbyt smutni.

Claude Monet - W ogrodzie

Claude Monet – W ogrodzie

Cdn

 

 

 

 

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.

  • Kalendarium wpisów

    Kwiecień 2018
    N P W Ś C P S
    « mar    
    1234567
    891011121314
    15161718192021
    22232425262728
    2930