Rozmowa na antenie

Posted on 10 stycznia 2015 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Porządkowanie pojęć
Polacy chcą rozmawiać. Jarosław Kaczyński zaproszony w czwartek, 8 stycznia do studia Radia Maryja i TV Trwam także chce rozmawiać. Antena jest otwarta… Jak wygląda ta rozmowa? Czy pan premier, przywódca ideowy i polityczny kilku milionów Polaków może się wypowiedzieć w kwestiach najważniejszych? Czy trudno mu to uczynić, bowiem jest traktowany przez wielu słuchaczy jak „skrzynka skarg i zażaleń”?

Jest porozumienie. Rozmówcy mówią miłe rzeczy. W zasadzie, poza jednym wyjątkiem, nikt nie atakuje prezesa PiS, nikt nie jest niegrzeczny i agresywny. Wielu Polaków, którzy się do Radia Maryja dodzwonili nie szczędzi słów wdzięczności i pokrzepienia. Ale zarazem – w jakimś głębszym, subtelniejszym znaczeniu tego słowa – nie ma pełnego porozumienia.

18

Bo oto wielu ludzi, którzy trafiają na antenę podchodzi do wysokiej klasy polityka jak do kumpla. Do znajomego. Pyta go o sprawy niby ważne, ale jakoś trywialne – tak jak to praktykowane jest w mediach różnego rodzaju od wielu lat. Trywialne nie same w sobie, ale przez kontekst sytuacyjny. Przywykliśmy do tego. Nie widzimy problemu. Słuchacze i widzowie – mimo swojej najlepszej nieraz woli i szczerych uczuć, mimo taktownej postawy prowadzącego redemptorysty – nie mają oporów, by traktować tego, kto ich reprezentuje w sposób roszczeniowy. Jest on dla wielu z nich nich przede wszystkim tym, który ma „załatwiać sprawy”, „nie popełniać błędów”. „Powinien pan załatwić to i to, trzeba się zająć tym i tym…” To maniera nie tylko mediów tzw. toruńskich, ale tu, wobec wieloletniego istnienia Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej przyzwolenie na tego typu zachowania budzić musi zdziwienie. Pan premier jest cierpliwy. A więc mówi nie tylko o węglu i służbie zdrowia, o tanich mieszkaniach dla młodych Polaków, o dramacie i hańbie emigracji, o rozpanoszeniu lokalnych klik, o zaszczuwaniu przez nie ludzi o zacięciu społecznym i o polityce wschodniej… O wszystkim. Mówi jak gospodarz, który naprawdę zna się na tym, co się dzieje w kraju i co ludzi boli.

Wysłuchuje, nie przerywa, jest rzeczowy.

Wszystko niby w porządku. Ale czegoś brak. Brak rewerencji. Brak proporcji. Brak hierarchii. W rezultacie brakuje również harmonii. Skąd to się bierze?

W czasie dyskusji pojawiło się kilka głosów słuchaczy z zagranicy, dla których punktem wyjścia było nie tylko to, co pan premier zrobił i zamierza zrobić dla strajkujących górników, ale polska racja stanu. Ludzie rozumiejący, czym jest racja stanu zachowują się w takich sytuacjach jak ludzie wolni. Człowiek wolny zwracając się do osoby, która ma niekwestionowane zasługi dla Polski, nie rozmawia z nią jak równy z równym. To nie znaczy, że czuje się kimś gorszym. Po prostu jest świadom różnicy. Słuchaczka z Norwegii mówiła mniej więcej tak:

Panie premierze, pan się nie musi uwiarygadniać. My panu ufamy. Pan nie musi przedstawiać rozwiązań w szczegółowych kwestiach politycznych, czy gospodarczych. Wiemy, że pan ma jasny ogląd, pan ujmuje sprawy syntetycznie. Bo pan jest mężem stanu, reprezentuje pan polską rację stanu. To w zupełności wystarczy. Dlatego panu wierzymy.

Portret Bronisława Ryxa, powstańca styczniowego (fot. Walery Rzewuski)

Portret Bronisława Ryxa, powstańca styczniowego (fot. Walery Rzewuski)

Głos słuchaczki z Norwegii wyróżniał się na tle głosów z Polski, które zdawały się realizować – jedne z większą, inne z mniejszą wprawą – postulat nowej kultury i innej mentalności.

Nie ma, tak naprawdę, podpowiadają one, wybitnych jednostek. Uwaga! wszyscy są warci jedni drugich, a nawet – wszyscy są podejrzani. Nie macie być z kogo dumni.

Szum bezładnej informacji napływającej zewsząd przedostaje się do naszej świadomości i – nieprzefiltrowany – układa się w pesymistyczne przesłanie: Są tylko sprytniejsi od innych gracze, nie wyłączając tych z opozycji. Wszyscy są tak samo słabi, bo Polacy to szczególnie beznadziejny przypadek. Taki jest leitmotiv . Taki jest lansowany pogląd na świat, nie wyrażany wprost. To rodzaj ukrytej sprężyny, która wydaje zgrzytliwy jęk, jakby ktoś nam stale szeptał do ucha:  Nie ma przywódców. Polityka to brud. Politycy was, Polaków oszukują. Musicie im patrzyć na ręce. Musicie ich besztać, przywoływać do porządku, strofować na każdym kroku… A jeśli nie, to przynajmniej rozliczać z błędów, co tydzień. Jeżeli już chcecie wyrazić wobec nich jakąś sympatię, to poklepcie ich protekcjonalnie po ramieniu. Powiedzcie, że dobrze wyglądają

To obraz myślenia, które szerzy się dziś, także niekiedy za pośrednictwem skądinąd szacownych mediów katolickich. Nie znajduje tu skutecznej przeciwwagi. Prawdziwej, mocnej, na wysokim poziomie merytorycznym odpowiedzi – zapewne bez jakiejś złej woli założycieli. Pojęcie polskiej racji stanu nie jest tu popularne. Nie jest rozumiane. A gdy jest nie rozumiane i pomijane – rozmywa się także patriotyzm.

Przywleczona skądś maniera lekceważenia, czy nawet zwalczania autorytetu odznacza się szczególną bezceremonialnością w odniesieniu do przywódców historycznych. Wybrzmiała – w największych mediach zainstalowanych w naszym kraju – złowieszczym tonem, zwłaszcza na wiosnę i w lecie ubiegłego roku, podczas wyreżyserowanej z wielkim tupetem dyskusji o okolicznościach wybuchu powstania warszawskiego. Tak jak w większości tego rodzaju „medialnych debat” nie chodziło tu wcale o wprowadzenie w obieg jakichś rewelacji historycznych. Jej głębszym celem było dokonanie wyłomu w świadomości Polaków, którzy z reguły o swoich historycznych przywódcach – wojskowych, politycznych – myślą z największym szacunkiem, choć widzą w nich ułomnych ludzi i dostrzegają nieuniknione błędy. Ale ich nie przeceniają. W tej debacie chodziło o to, by zatruć nasze myślenie o własnej historii (który to już raz po 1945 roku!), podsunąć motyw – już nie zdrady nawet historycznych przywódców – ale ich „głupoty”. Bo ten szacunek komuś przeszkadza. Szacunek, który jest przejawem respektowania przez Polaków prawdziwej hierarchii.

Słowo „głupota” i wszelkie pokrewne mu określenia:„kretyn”, „idiota”, „dureń” wobec przywódców państwa i armii było najczęściej pojawiającym się słowem w tekstach publicystów, którzy dali sobie narzucić temat rewizji historii najnowszej. Tak, byśmy zaczęli odczuwać wobec niej wstręt, wstyd, poczucie upokorzenia. Byśmy dali sobie odebrać dumę wobec niej. To się w dużej części udało.

Tuż po wojnie do tworzenia fałszywego obrazu Akowców, powstańców warszawskich i ich dowódców – i wszelkich przedstawicieli przedwojennych elit – przystąpili z namaszczeniem artyści, filmowcy, powieściopisarze. Otwierano dla nich domy pracy twórczej, przydzielano luksusowe mieszkania w najlepszych dzielnicach, przypinano ordery, nagradzano wysokimi nakładami książek. Reżim Józefa Wissarionowicza nie miał w tej dziedzinie węża w kieszeni. Sześćdziesiąt lat później przyszła kolejna fala w wykonaniu publicystów zajmujących się tematyką historyczną.

Ta nowa maniera obchodzenia się z naszą przeszłością – i z ludźmi, którzy biorą odpowiedzialność za los Polski obecnie – jest niebezpieczna, duchowo pustoszy człowieka. Uczy bierności, zamiast konkretnego działania proponuje wieczne dyskusje i spory. Podsuwa fałszywe kryteria.

Artur Grottger, malarz - kronikarz powstania styczniowego

Artur Grottger, malarz – kronikarz powstania styczniowego

Przy pozorach „demokracji” jest to w istocie zanegowanie naturalnego porządku. Naturalny porządek podkreśla różnice i ma charakter hierarchiczny. Jeżeli nie traktuje się serio hierarchii w społeczeństwie, staje się ono podatne na samodestrukcję. Łatwo wzniecić w nim antagonizmy, z byle powodu rozpalić do białości emocje. Przez nieustanne wzajemne oskarżenia i podejrzliwość zasiać anarchię i chaos. „Stawiać na równość to niszczyć życie społeczne”, przestrzegał prof. Adrien Loubier. „Grupa >równych< rozprawiaczy nie jest żadną społecznością, jest antyspołecznością. (…) uznawanie rzeczywistości powinno prowadzić do uznania nierówności: raz, że one istnieją naprawdę, po wtóre, że są one prawdziwym dobrodziejstwem”.

Tym co zapewnia społeczeństwu spoistość i siłę jest właśnie hierarchiczny ład. Jest ktoś na górze, i ten ktoś ma większe kompetencje i większą odpowiedzialność; jest przywódcą, ufa się mu, obdarza szacunkiem. Zwłaszcza, gdy ten ktoś wie, że nam nim jest Sędzia Sprawiedliwy wszystkich jego uczynków. I jest ktoś poniżej. Ci, którzy czerpią siły i wzorce patrząc na tego, kto jest na górze. Wspierają go, pomagają mu – dla dobra wszystkich.

Wykorzystać każdego człowieka jak rzecz, to istota kultury turańskiej i bizantyńskiej. Z niej również wynika ten pełen pogardy i lekceważenia ton w stosunku do tego, kto jest prawdziwym przywódcą, ton jaki obserwujemy mediach. Kultura ta rodzi nową, bardzo rozpowszechnioną dziś mentalność, odległą od tej, która była przez stulecia czymś dla Polaków naturalnym. Dzięki wierze, wykształceniu, obyciu i kulturze rozumieliśmy znaczenie hierarchii prawdziwej.

Stąd tak rozpowszechniona dziś roszczeniowość – często nie wyrażana wprost – w najlepszym razie protekcjonalne poklepywanie po ramieniu Jarosława Kaczyńskiego, przebijające nawet w mediach oficjalnie mu życzliwych, jak Radio Maryja i TV Trwam.

„Niech pan nam załatwi …” „Niech pan się weźmie do roboty”. Patrz pan, górnicy strajkują… Zobacz pan, ludzie są biedni… Emerytury… , szpitale, przychodnie… Pani z Norwegii powiedziała: Dość. My od pana oczekujemy wielkiej wizji. Wielkiej wizji Polski. Bo pan ją ma…

Nie dlatego, że pani ta lekceważy te wszystkie problemy. Dlatego, że rozumie, czym jest polska racja stanu. I kim jest ten, który ją wyraża, mąż stanu.

 

Antoni Kozakiewcz, malarz, powstaniec styczniowy

Antoni Kozakiewcz, malarz, powstaniec styczniowy

 

„Polityka wizerunkowa”, czyli rasowy podrzutek

Od jakiegoś czasu w „mediach toruńskich” pojawia się regularnie to określenie: „polityka wizerunkowa”, „wizerunek”. (To smutne, jak łatwo także ludzie Kościoła upatrują w tym jakiś niesłychanie ważny warunek skutecznej polityki). Ktoś ze słuchaczy czwartkowego programu podniósł „kwestię wizerunku Prawa i Sprawiedliwości”. Był rozgoryczony, że jest ona traktowana w partii Jarosława Kaczyńskiego po macoszemu.

Prezes PiS nie odrzucił tematu. Zapytał tylko, czy to jest pierwszoplanowe zagadnienie. Nie przyjął płaszczyzny rozumowania, na której stwierdza się stanowczo (ja jako specjalista od wizerunku…), że jego partia „przegrywa wizerunkowo”. Bo to wymysł, bluff, który istotną różnicę między politykami, ich zasadami i programami sprowadza do pytania: „Który przystojniejszy?”, „Który lepiej wypadł?”

Józef Śmiechowski - jeden z dowódców powstania styczniowego w powiecie rawskim

Józef Śmiechowski – jeden z dowódców powstania styczniowego w powiecie rawskim

„Wizerunek” bliski jest kategorii „interesu”, które to określenie także coraz częściej straszy w katolickiej rozgłośni. Trąbienie o „interesach”,  „wizerunku”, „grze wizerunkowej” podważa podejście do polityki oparte na rozumie. Na wysiłku zrozumienia, czym jest racja stanu – a bez posługiwania się tą kategorią nie może być mowy o uprawianiu polityki i sensownej ocenie polityków. Wprowadzanie tych określeń infantylizuje opinię, a działalność polityczną prowadzoną w skrajnie trudnych warunkach przez ludzi opozycji sprowadza do teatrzyku, który daje spektakle. „Ten lepiej grał”, „tamten był atrakcyjniejszy”, „tego zjadła trema”…

„Interes” – jakiejś grupy zawodowej, pokoleniowej etc. – myli rolę męża stanu z rolą człowieka, który ma pozałatwiać różne sprawy partykularnym grupom. „Lepszy polityk” to ten, który szybciej coś załatwi. „Czy pan już był na Śląsku? Czy rozmawiał pan z górnikami? Czy pan widział gazoport?” Tak, Jarosław Kaczyński był… A gdyby nie dotknął, nie rozmawiał byłby kiepskim politykiem? Czy nie myli się wyobraźni politycznej, mądrości, rozwagi i poczucia odpowiedzialności z aktywizmem?

Atmosfera wokół ludzi tej klasy co gość Radia Maryja, tworzona przez media i przyjmowana bezkrytycznie przez ich odbiorców prowadzi do wyeliminowania realistycznego spojrzenia na sytuację kraju i nas samych. Realistycznego a nie naturalistycznego. Atmosfera ta bywa męcząca dla obu stron. Wszystkich stawia w fałszywej sytuacji. Męża stanu zmusza do nieustannego „uwiarygadniania się”, tłumaczenia się z „wpadek”. Publiczność – słuchaczy, wyborców – sytuuje nie w roli obywateli, czyli współodpowiedzialnych, ale klientów. Wiecznie niezadowolonych, że „towar nie taki”.  Widzów premiery wściekłych, że „artysta się zbłaźnił”, a miał wszystkich rozśmieszyć do łez (albo doprowadzić do płaczu ).

Zamiast współodpowiedzialnymi stajemy się biernym roszczeniowym tłumem. Ćwiczymy się w zadawaniu „niewygodnych”, miałkich przypadkowych pytań. To klasyczny przykład trybalizmu, myślenia kategorią „interesu”.

Zapominamy o tym, co to duma. Duma, że jesteśmy Polakami. Zdrowa duma z tego, że jesteśmy ludźmi wierzącymi. I że Bóg dał nam dobro tak dziś rzadkie: kogoś, komu możemy zaufać.

Realistyczne spojrzenie niesie odpowiedź na pytania: Kim jestem? Do czego zostałem powołany? Kim jesteśmy jako naród istniejący między Rosją a Niemcami? Jakie są nasze cywilizacyjne zadania? Kim jest ten, kogo – jeśli rozum mi to dyktuje – uważam za przywódcę? Jaki jest fundament naszego myślenia o przyszłości? W jakim miejscu historii się znajdujemy? Jak w wydarzeniach, które przeżywamy dostrzec ciągłość historyczną? Istotę rzeczy, czyli prawdę. Zachować odpowiedni ton, proporcje, dokonać właściwej selekcji…

Płk. Apolinary Kurowski, powstaniec styczniowy

Płk. Apolinary Kurowski, powstaniec styczniowy

Bez tego zabrniemy w bezpłodne gadulstwo. Utracimy okazję, by rozmowa z ważnym politykiem była wydarzeniem intelektualnym, wznoszącym jej uczestników na wysoki poziom, inspirującym, przynoszącym okazję dla szlifowania własnej moralnej postawy. Budzącym nadzieję.

Gdy zadamy sobie na serio pytanie, kim jest ten, kogo postrzegam jako męża stanu, komu przypada w udziale zmierzyć się z zadaniem odzyskania suwerenności, wtedy dopiero będziemy chcieli postawić inne pytanie: jaki jest ten człowiek? W jaki sposób możemy mu pomóc?

Dostrzeżenie jakościowej różnicy między: „kim jest?” a „jaki jest?” może uchronić przed niebezpieczeństwem pychy. Może stanowić zachętę do działania.

Mediom katolickim potrzebny jest powrót do myślenia realistycznego. Do myślenia orzucającego idealizm, prymitywny pragmatyzm i trybalizm. Myślenia, które prezentuje dystans do nadmiernej demokracji. Bo ona – przy pozorach otwartości – zamyka możliwość poważnej rozmowy, zaniża poziom każdej debaty. Wtedy audycje polityczne, spotkania z politykami nie będą przypominały wertowania „książki skarg i zażaleń”. Będą rzeczową rozmową o Polsce, Polakach i tym co najważniejsze, o polskiej racji stanu.

 

 

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.