Rejtan ` 2020

„Ponińskij wezwał straż – to łajdak jakich mało./ Do dalszych spraw polecam z czystym sercem go./ Branickij twarz przy wszystkich dłońmi zakrył całą,/ Szczęsnyj Potockij był zupełnie comme il faut. (…)” Tak, to „Rejtan, czyli raport Ambasadora”. Szesnaście lat po śmierci barda „Solidarności” tej piosenki słucha się, jakby napisano ją przed chwilą. Dwieście lat po śmierci Tadeusza Rejtana, sto pięćdziesiąt po odejściu Jana Matejki (autora obrazu „Rejtan – upadek Polski”), wiersz Kaczmarskiego opisujący historyczną scenę w polskim sejmie przemawia z nadzwyczajną siłą.

 

 

Przenikliwie przedstawia dzisiejszy obraz sceny politycznej Rzeczpospolitej. Tylko Ambasadorów, Szczęsnych Potockich, Ponińskich i Branickich nagle przybyło. Występują na politycznej i medialnej scenie pod innymi nazwiskami i w najróżniejszych barwach, od krwistej czerwieni po biel i błękit. Godłem ich wszystkich jest wyprodukowany kilka lat temu krotochwilny korpulentny orzeł z czekolady, podobny do kury, w towarzystwie różowych baloników. Także „gorszących scen”, „które mają miejsce w polskim sejmie”, o których donosił Ambasador w słynnym raporcie, mamy szczególny urodzaj.

Rejtan – symbol samotnego oporu wobec zdrady króla i większości polskich posłów. Ten polski szlachcic, poseł z Nowogródczyzny, człowiek honoru, w oczywisty sposób kojarzy się dziś z Jarosławem Kaczyńskim. I z tymi wszystkimi, którzy reprezentują sprzeciw wobec metod aktualnej opozycji politycznej. Z postawą ludzi Prawa i Sprawiedliwości, którzy – ku utrapieniu naszych wrogów – pozostali żywi po katastrofie smoleńskiej i działają nadal w polskiej polityce. A Jarosław Kaczyński potrafi każdą „genialną” pułapkę wroga wykorzystać na korzyść Polski (i spowodować, że sami autorzy w nią wpadną), każde zasieki – z gracją – wyminąć… Pozostali żywi, ale traktowani przez ostatnie dziesięć lat jak zwierzyna łowna przez establishment polityczny poprzedniego układu władzy, wysługujące się Ambasadorowi media, czyli większość mediów w Polsce i zagranicą, a nawet przez niektórych dawnych towarzyszy walki – dziś po stronie przeciwników niepodległego polskiego państwa.

 

 

To jednak jest w Polsce istotna nowość. Kiedyś stronnictwo promoskiewskie w naszym kraju było jedno, dobrze widoczne, wyraziste; dziś obserwujemy jego rozliczne większe i mniejsze ośrodki i wypustki, niektóre nawet pozornie odległe od siebie. Przy wszelkich różnicach łączy je brak akceptacji dla Prawa i Sprawiedliwości jako podmiotu politycznego, a wraz z nią negowanie polskiego rządu i polskiego prezydenta. Łączy ich dezawuowanie zasług Lecha Kaczyńskiego i oszczerstwa wobec Jarosława Kaczyńskiego. Ten rozpisany na wiele głosów, brzmień i akordów chór szydzenia, urągania, potępienia i ubolewania rozlega się od lewej do prawej. Ta krytyka nie ma nigdy wymiaru merytorycznego. Jej szczególną cechą jest brak szacunku dla ludzi wielkiego formatu moralnego i intelektualnego w polskiej polityce. Dla osoby byłego premiera i zmarłego prezydenta  i – co szczególnie szokuje, bo tak zupełnie obce jest polskiej kulturze – po tragicznej śmierci tego ostatniego. Lech i Jarosław Kaczyńscy przedstawiani są, na zmianę, jako szaleńcy, którzy porywali się z motyką na słońce, politycy kompletnie nieudolni, kiepscy gracze, którzy nie mieli żadnych sukcesów, przywódcy państwa, którzy nie cieszyli się nigdy autorytetem ani u rodaków ani zagranicą, lub naiwni, bujający w chmurach romantycy owładnięci żałosną manią „antyrosyjskości” (czyli naśladowania marszałka Piłsudskiego w jego polityce wschodniej).

Do tego zestawu pretensji i insynuacji prezentowanego przez szeroki wachlarz ludzi lewicy i skrajnej prawicy, niektórzy publicyści, którzy uchodzą za prawicowych, zaledwie parę miesięcy po tragedii smoleńskiej dorzucali jeszcze inny epitet. Że Lech Kaczyński był mianowicie „tchórzem”, bowiem zabrakło mu odwagi, by nie podpisać Traktatu Lizbońskiego. Pomijano milczeniem fakt, że prezydent zwlekał z podpisaniem Traktatu dokąd tylko mógł, a jednocześnie realizował ambitną politykę wschodnią, upatrując bez porównania większe zagrożenie dla nas z tamtej strony, niż ze strony brukselskiego socjalistycznego molocha, słonia na glinianych nogach, i jego traktatów. Historia ostatnich lat (i ostatnich tygodni) przyznała mu rację.

Ta metoda bywa propagandowo skuteczna, bo jej istotą jest zrównywanie moralne oponentów politycznych i insynuowanie  – u tak ustawionych sobie ludzi PiS – patologicznej potrzeby bezwzględnej walki o władzę dla samej tylko władzy (warto zapytać swoją drogą, czy w USA też przypina się Republikanom łatkę z tego powodu, że „walczą o władzę”). Swego czasu pojawiła się nawet teza, że „im większe poparcie dla tych dwóch liderów [Kaczyńskiego i Tuska – EPP], tym większa awantura w Polsce”, bo obaj są „nastawieni na konflikt”. Nie ważne, że tylko jedna z tych dwu partii kierowała się polską racją stanu, ważne, że tworzyły one – rzekomo wspólnie, ręka w rękę! – „oligarchię partyjną”, bo finansował je budżet państwa.

 

 

Już w pół roku po Smoleńsku część antypisowskiej prawicy recenzowała obecność partii Jarosława Kaczyńskiego na scenie politycznej jako tragiczne nieporozumienie. Dziś ta recenzja zyskuje status „pragmatycznej oceny” rządów Prawa i Sprawiedliwości przez całą opozycję, jako rządów fatalnych, szkodliwych i nieudolnych.

Czy coś z tego można zrozumieć? Można. Tyle samo, ile zrozumiał Tadeusz Rejtan, skromny szlachcic, poseł na sejm świadomy odpowiedzialności jaka ciąży na nim wobec Rzeczypospolitej, rzucający się 21 kwietnia 1773 roku w drzwiach sali sejmowej na ziemię, by własnym ciałem przeszkodzić podpisaniu traktatu rozbiorowego. (A dziś Rejtanem w sali sejmowej okazał się Jarosław Kaczyński, tyle tylko, że nie musiał uciekać się do tak dramatycznych gestów, a zarazem jego opór wobec zdrajców okazał się skuteczny). Tyle, ile zrozumiał malujący tę scenę Jan Matejko, artysta nie bardzo uczony, bez żadnych doktoratów. Tyle, ile dotarło do Jacka Kaczmarskiego – nie koniecznie intelektualisty, zaledwie zwykłego absolwenta UW – gdy swoim ostrym piórem zapisywał słynne zwrotki „Raportu Ambasadora”:

 

 „…Koszulę z piersi zdarł, zupełnie jak w teatrze,

Polacy – czuły naród – dali nabrać się:

Niektórzy w krzyk, że już nie mogą na to patrzeć,

Inni zdobyli się na litościwą łzę.

Tyle hałasu trudno sobie wyobrazić,

Wzniesione ręce, z głów powyrywany kłak,

Ksiądz Prymas siedział bokiem, nie widziałem twarzy,

 Evidemment nie było mu to wszystko w smak…

 

Ponińskij wezwał straż – to łajdak jakich mało.

 Do dalszych spraw polecam z czystym sercem go.

Branickij twarz przy wszystkich dłońmi zakrył całą,

Szczęsnyj Potockij był zupełnie comme il faut. (…)

W tym zamieszaniu spadły pisma i układy.

„Zdrajcy!”, krzyczano, lecz do kogo, trudno rzec.

Polityk przecież w ogóle nie zna słowa ”zdrada” –

A politycznych obyczajów trzeba strzec…”

 

 

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.