Przypadek Galileusza

Kto dzisiaj, słysząc to imię, oparłby się natrętnym myślom o  zagrożonej przez Kościół swobodzie badań naukowych? Hasło: Galileo Galilei wywołuje natychmiast ciąg skojarzeń: niezłomny obrońca rewolucyjnej teorii Kopernika, ponure czasy inkwizycji, wyrok, zakaz, prześladowanie, uwiąd nauki, triumf instytucji, która zawsze uczonym mówi: „nie”. Tak zostaliśmy wytresowani.

W wydanym niedawno przez „Przegląd Reader`s Digest” „Atlasie Wszechświata dla dzieci” można przeczytać:

„Galileusz przez wiele lat przekonywał Kościół katolicki o słuszności poglądów Kopernika. Ostatecznie został oskarżony o herezję i do końca życia był więźniem inkwizycji”.

Rada Europy przeprowadziła swego czasu ankietę, na którą odpowiadali studenci nauk ścisłych. 37 proc. z nich oświadczyło, że Galileusz był ofiarą tortur, 30 proc uważało, że został żywcem spalony na stosie, a wyrok wydali sędziowie w sutannach. Edukowanie  współczesnego człowieka w kwestii „obskurantyzmu Kościoła” zaczyna się od najmłodszych lat i nie jest wynalazkiem dzisiejszych czasów, lecz trwa od Oświecenia (w Angli zaczęło się wcześniej). Marksizm był szczególnie bogaty w twórcze rozwinięcie oświeceniowych odkryć – przypomnijmy choćby słynny dramat  Bertolda Brechta „Życie Galileusza” z 1939 roku.

Autorem mistyfikacji na temat włoskiego astronoma był dziennikarz Giuseppe Baretti zamieszkały w Londynie, który sam wymyślił przypisywane do dziś Galileuszowi zdanie: „A jednak się kręci !” – Eppur si muove ! W tamtym czasie, w roku 1757, cała Anglia, której król odmówił dwa wieki wcześniej posłuszeństwa papieżowi, i która przyjęła anglikanizm, skwapliwie podchwyciła rewelacje o „męczeństwie” Galileusza, „ofierze Watykanu”. Uznała, że to bezsporny fakt. Fałszywka zaczęła żyć swoim życiem.

O prawdziwym autorze tej wyssanej z palca tezy wspomina Vittorio Messori, ten detektyw i historyk w jednej osobie, erudyta  i miłośnik prawdy, który w swoich książkach niezmordowanie podąża tropem rozlicznych czarnych legend na temat Kościoła. Wydobywa fakty spod zwałów gruzów i śmieci, nawarstwiających się latami, w niezliczonych wydawnictwach, podręcznikach, utworach literackich, dziełach sztuki etc. Ów rzekomy złowrogi trybunał, który sądził  astronoma, to dziesięciu  kardynałów zgromadzonych w dominikańskim klasztorze Santa Maria sopra Minerva, wśród których byli uczeni nie mniej znani i wybitni od Galileusza. Trzech z nich głosowało zresztą za jego uniewinnieniem. Kwestionowano wówczas jeden jedyny argument, który Galileusz przytoczył w swojej pracy – nota bene ogłoszonej wcześniej drukiem za przyzwoleniem władzy kościelnej (wskutek skutecznego podstępu), dopiero później wycofanej z obiegu – iż mianowicie przypływy i odpływy mórz i oceanów określane przez Galileusza mianem „wzburzenia wód”, są rezultatem obrotów kuli ziemskiej. Sędziowie, którzy byli poważnymi ludźmi nauki, uznali go za chybiony i przedstawili tezę prawdziwą – że za ruchami wód stoi przyciąganie Księżyca. Galileusz podczas procesu niemiłosiernie kpił sobie z tej naukowo dowiedzionej prawdy.

Johann Christian Bendeler - Pejzaż heroiczny

Johann Christian Bendeler – Pejzaż heroiczny

Inkwizytorzy nie domagali się niczego innego, jak eksperymentalnego dowodu na prawdziwość teorii Kopernika, której rzecznikiem był Galileusz. Sto lat później próba dostarczenia takich dowodów została ponowiona; w 1851 roku wielu uczonych uznało, że potwierdza ją „naocznie” wynalezienie wahadła Foucaulta. W 1633 roku, gdy trwał proces Galileusza, Kościół postulował, by astronom przedstawił myśl Kopernika jako nieudowodnioną hipotezę, nie zaś jako absolutny pewnik. Hipotezę, w istocie, w owych warunkach niesprawdzalną.

Messori wykazuje, że Kościół nigdy – ani przed ani po Galileuszu – nie zamierzał w jakikolwiek sposób ograniczać badań naukowych. Był nie tylko ich zwolennikiem, ale niejednokrotnie inspiratorem i twórcą. Kościół był bowiem zawsze zainteresowany prawdą. Tym właśnie zajmowało się od początku swego istnienia Święte Oficjum – ustalaniem stanu faktycznego.

Wyrok, jaki zapadł w sprawie Galileusza, zakaz rozpowszechniania jego tezy, nie przesądzał prawdziwości bądź fałszu teorii Kopernika. Prawdy nie dało się po prostu udowodnić teorią przypływów i odpływów. Napastliwość wobec Kopernika i Galileusza wykazywali wcale nie katolicy, wśród których wielu było życzliwymi recenzentami badań Mikołaja Kopernika, a protestanci, zwłaszcza luteranie, którzy za heliocentryzm prześladowali także swego współwyznawcę, Keplera, do tego stopnia zaszczutego, że musiał  uciekać z Niemiec i chronić się we Francjii. Tymczasem Akademia Papieska przyjęła z wielkimi honorami Galileusza w poczet swoich członków. Kardynałowie nadal życzliwie patronowali jego badaniom, lecz zarazem czuwali, by do obiegu czytelniczego nie przedostawały się dzieła z tezami nie w pełni udokumentowanym. Nauka miała być nauką, a nie nową religią. Teorie naukowe mogą wyrażać prawdy hipotetyczne, ale nie „całą prawdę i tylko prawdę” (do czego zawsze aspirowała teoria ewolucji). Temu właśnie, a nie jakiemukolwiek ograniczaniu wolności myśli służyło potępienie teorii heliocentrycznej.

A co z lochami i torturami, których rzekomo ofiarą był Galileusz? Vittorio Messori wylicza szczegółowo (w tomie „Przemyśleć historię”): przyjechawszy do Rzymu na swój proces astronom „rozlokował się w pięciopokojowym apartamencie z widokiem na Ogrody watykańskie” (na koszt i pod ochroną Stolicy Apostolskiej).

„Po ogłoszeniu wyroku został umieszczony we wspanialej villa Medici na wzgórzu Pincio. Stamtąd skazańca przeniesiono jako gościa do pałacu arcybiskupa Sieny, jednego z wielu wybitnych duchownych, którzy mu dobrze życzyli, pomagali i dodawali odwagi i którym zadedykował swoje dzieła.

Na koniec Galileusz urządził się w bardzo komfortowej willi w Arcetri, o znamiennej nazwie Klejnocik. (…) Wkrótce – zgodnie z jego życzeniem – został zdjęty również zakaz opuszczania willi. Pozostało mu tylko jedno zobowiązanie – odmawianie raz w tygodniu psalmów pokutnych. Tę karę zniesiono faktycznie po trzech latach, lecz dobrowolnie kontynuował ją jako człowiek wierzący. Przez większą zresztą część życia był Galileusz ulubieńcem kolejnych papieży”.

Pod koniec życia napisał: „We wszystkich moich dziełach nikt nie znajdzie choćby najmniejszego cienia rzeczy, które by nie były przepełnione pobożnością i czcią dla Świętego Kościoła”.

Taka jest prawda historyczna o „prześladowanym obrońcy rozumu”. Nadal nie jest powszechnie znana.

Czarne legendy żyją długo, bo wielu jest zainteresowanych ich trwaniem.

Efektowny zgon pewnej teorii

Według jakiej zasady filozoficznej należy interpretować wyniki nauk szczegółowych? Oto pytanie. Bez odpowiedzi na nie umysł ludzki jest bezradny. Nauka oderwana od prawdziwej filozofii (czyli od filozofii, która widzi świat i życie jako dzieło Boga), mając miliony możliwości, nie podpowiada właśnie tego rozwiązania, którego człowiek – świadomie, lub podświadomie – szuka. Dlatego wiele jej odkryć grzęźnie na martwym gruncie coraz bardziej hermetycznych i bardziej zawężających się specjalizacji, lub staje się podglebiem  ideologii, które uzurpują sobie prawo do tego, by trząść całą dziedziną poznania.

Mamy tak wiele szczegółowych analiz, które nie dają się – z powodu błędnych założeń – ująć w całościową wizję świata. A przecież nurtuje nas w poznaniu naukowym, tak naprawdę, jedno pytanie – kim jest Bóg? Kim jesteśmy my, jako dzieło  Boga, istoty całkowicie od Niego zależne?

I choćbyśmy się upierali i zarzekali, że interesuje nas coś zupełnie innego, to pytanie wciąż powraca jak bumerang, jak echo, które odbija się od oddalających się bez ustanku granic ludzkiego poznania. Chociażby od ścian jednego tylko atomu, który nie został do końca poznany, mimo, że mija sto lat od czasu ustalenia jego struktury, a jego złożoność przewyższa najśmielsze hipotezy, snute jeszcze niewiele lat temu. A co dopiero mówić o czymś tak nieskończenie niemal skomplikowanym jak jedna komórka żywego organizmu? Co mówić o  człowieku. Kres naukowego poznania wciąż znika z naszego horyzontu. To fakt. Jeśli zapomnimy o porządkującej wyniki badań nauk ścisłych i przyrodniczych nadrzędnej zasadzie, staniemy się ofiarami chaosu poznawczego. A w nim lęgną się ideologie, jak kijanki w podeszczowej kałuży.

Jedna z takich ideologii, która przez pokolenia uchodziła za „teorię naukową” – a ci którzy ją kwestionowali traktowani byli jako „głupi, niedouczeni lub złośliwi” (R.Dawkins) – okazała się bardziej niż inne brzemienna w skutki. W skutki polityczne, kulturowe, nawet religijne. I oto dożywszy sędziwego wieku dobrze ponad stu lat, dogorywa dziś na naszych oczach.

Jan Stanisławski - Bodiaki

Jan Stanisławski – Bodiaki

 

Amerykańscy i francuscy naukowcy (kanadyjski Dalhousie Uniwersity i Uniwersytet Pierre i Marii Curie w Paryżu) wycofali właśnie swe poparcie dla teorii ewolucji, a ściślej rzecz biorąc dla konceptu drzewa filogenetycznego Karola Darwina. Doniósł o tym na stronie tytułowej jeden z numerów naukowego czasopisma „New Scientist”, przyznając, że teorii ewolucji nie da się udowodnić dostępnymi metodami badawczymi, a wręcz przeciwnie, wszystkie poważne badania tak dalece jej przeczą, że zwyczajnie i po prostu trzeba ją odwołać.

Analiza porównawcza sekwencji DNA, RNA i białkowych różnych organizmów, dostępna dziś w bardzo szerokim wachlarzu, rozbiła w pył przypuszczenie, że im dwa gatunki są bardziej spokrewnione, tym ich materiał genetyczny powinien być  bardziej zbliżony. A zatem gatunki roślin i zwierząt nie pochodzą ze „wspólnego pnia”, jak chciał Darwin, lecz powstały niezależnie od siebie.

To  teoria Darwina stała się w ciągu niewielu lat od jej sformułowania podstawową zasadą rozumienia historii życia na ziemi. Wzniecała najbardziej zasadnicze spory, budziła sprzeciw Kościoła i równie gorący entuzjazm jego przeciwników, zniewalała swoją prostotą i przejrzystością, tak że często nie wnikano nawet w dowody, na których się opierała lub naciągano je niemiłosiernie, by pasowały do załozeń Darwina. Ponieważ wyjaśniała „wszystko”  – jak powstawały gatunki roślin i zwierząt, jakie jest pochodzenie człowieka –  powoływano się na nią we wszystkich tych okolicznościach, gdy brak naukowej pewności chciało się nadsztukować uproszczonym efekciarstwem.

Była na swój sposób „genialna” w swej spójności – w ten sposób określał ją m.in. ks. prof. Tadeusz Guz, który zawsze  ją demaskował. Łudziła płynnym wewnętrznie, przemawiającym do wyobraźni konceptem, zbudowanym dzięki spekulacjom myślowym. Teoria ewolucji stała się przede wszystkim probierzem poprawności politycznej, uniwersalnym „mieczem sprawiedliwości” oddzielającym tych co idą z postępem od osobników wstecznych i zahukanych, którym wystarczają „stare prawdy”, którzy dystansują się do piany „nowoczesności”.

„Nowoczesność” zaś podpowiada: „Słuchaj, człowieku: o ile nie jesteś starym durniem, który niczego nie rozumie, to wiedz, że świat, ty sam oraz każda roślina i zwierzę powstały z jednego atomu”. Pan Bóg – Stwórca wszystkich rzeczy  – w ich najbardziej doskonałej formie – oraz ostateczny cel  człowieka i świata, został w ten sposób sprowadzony do enigmatycznego Wielkiego Wybuchu czy pierwszego Tchnienia Życia. Stał się zaledwie Kimś, kto uruchomił sam mechanizm, zaś jego skutki – materia żywa i nieożywiona – są w myśl poglądów ewolucjonistów dziełem zasady nieustannej zmienności i nadal jej podlegają.

Następstwa odwrotu świata nauki od teorii ewolucji będą z pewnością ogromne. Nic też nie wskazuje na to, że jej zwolennicy od razu złożą broń; będą się jeszcze długo i zaciekle bronić ogłaszając rewelacje o kolejnych (tym razem „autentycznych”) wykopaliskach, szantażując opinię publiczną zręcznym sylogizmem („jeśli ktoś swoją niewiarę w ewolucję wiąże z religią, to tym samym kompromituje religię w oczach ludzi” itd.), powtarzanym bezkrytycznie przez wielu (także w mediach katolickich), od czasu, gdy ogłosił ją w prasie znany w świecie naukowiec.

Problem jest bowiem w tym, że nie tylko nauka rozwija się dziś w tempie gigantycznym, weryfikując stare teorie, ale też dobiega kresu epoka ideologii.

Marksiści próbujący odgrzewać stare mity, tym razem na skalę całego świata i przemycając je do kultury masowej, tylko przyspieszają jej zgon Ku temu zmierza cała rzeczywistość, w sposób nie zawsze dostrzegalny dla oczu niektórych katolików, a nawet ludzi  zawodowo tłumaczących Boga i świat.

„Tylko pewni teologowie, którzy niedawno odkryli świat, są zaniepokojeni ideą nadążania za duchem czasów. Ona jednak podąża innymi drogami, niż ci gorliwcy sobie wyobrażają”, jak mawiał włoski filozof Ganni Vattima (ulubiony myśliciel Vittorio Messoriego).

Peter Bruegel - Ślepcy

Peter Bruegel – Ślepcy

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.

  • Kalendarium wpisów

    Styczeń 2018
    N P W Ś C P S
    « gru    
     123456
    78910111213
    14151617181920
    21222324252627
    28293031