Profesor Adam Mickiewicz, eurosceptyk

Posted on 7 marca 2018 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Porządkowanie pojęć

Pokaż mi swoich wrogów, a powiem ci, kim jesteś.  Twórca „Dziadów” wykonał to zadanie z wielką intelektualną maestrią. Ubogi emigrant z dalekiego kraju zyskał we Francji powagę naukowego autorytetu – jako profesor Collège de France, uczelni konkurującej z Sorboną – otrzymując w 1841 roku specjalnie dla siebie utworzoną katedrę literatury słowiańskiej.

Adam Mickiewicz, pocz. lat 40. XIX w.

Adam Mickiewicz, pocz. lat 40. XIX w.

Wykłady w tym miejscu były wielkim wyróżnieniem nie tylko we Francji, ale i na świecie; dla cudzoziemca był to prawdziwy zaszczyt. Oczekiwania wobec Adama Mickiewicza były zaś o wiele większe niż tylko przedstawienie syntezy dziejów literatur słowiańskich, a dzięki temu odkrycie przed francuską publicznością nieznanego słowiańskiego kontynentu. „Jest w najwyższym stopniu konieczne zbadać to, co stanowi o jednorodności istoty ludów, których przeszłość nie jest znana, ale które nie mogą nie wpłynąć na nasz los” – to znamienna wypowiedź we francuskiej Izbie Parów, tuż przed decyzją o utworzeniu katedry. Poeta miał nie lata zadanie: określić istotę słowiańszczyzny. I choć nie był zawodowym uczonym, był w Paryżu, ale i w całej intelektualnej Europie ceniony i podziwiany. „Mógł się słusznie uważać za władcę słowa, jakiego nie miała literatura polska nigdy. Niezwykły dar improwizacji, którym na towarzyskich zebraniach oszałamiał swoich polskich i rosyjskich przyjaciół, miał chyba źródło w pewności siebie, płynącej z uzyskania mistrzostwa w poetyckiej wypowiedzi…” (Maria Dernałowicz). Wydawano w Europie nie tylko jego poezje, prawdziwym „przebojem” stały się we Francji Księgi narodu i pielgrzymstwa polskiego, skąd płynęły nauki moralne nie tylko dla Polaków („O ile powiększycie i polepszycie dusze wasze o tyle polepszycie prawa wasze i powiększycie granice wasze…”- Francuz nie umiałby się wypowiedzieć z większą prostotą i zarazem tak precyzyjnie).

Znany z patriotyzmu, a zarazem z ogromnej wiedzy dotyczącej literatury oraz istoty i sensu dziejów Europy Mickiewicz stał

Ks. Hugues Felicite de Lamennais

Ks. Hugues Felicite de Lamennais

się najlepszym kandydatem na nowo utworzone stanowiska profesora literatury słowiańskiej. Dla Francuzów, ogarniętych gorączką kolejnych odsłon rewolucji, autor „Dziadów” był przedstawicielem narodu, który budził podziw przeciwstawiając się zbrojnie despotycznemu władcy, rzucając wyzwanie politycznemu zniewoleniu. Wśród paryskiej inteligencji nastroje zaś były zdecydowanie polonofilskie; w 1830 i 1831 roku na ulicach śpiewano piosenki J. P. Bérangera o Polsce. („Podajcie mi tylko rękę, Francuzi! Będę ocalony!”, to refren znanej piosenki o ks. Józefie Poniatowskim). Pismo „L Avenir” żądało od władz francuskich, by pomogły militarnie Polsce, zwycięstwo powstania uznawano za punkt honoru całej Europy, a wręcz ludzkości. Cynizm słów ministra spraw zagranicznych Sebastianiniego: „Porządek panuje w Warszawie”, wypowiedzianych tuż po upadku Warszawy oburzył paryżan. Mickiewicz był jednak dość sceptycznie nastawiony do szczerości uczuć Francuzów. Miał natomiast wielką wdzięczność dla wydawcy „L Avenir”, księdza Lamennais – kilkanaście lat później buntownika skonfliktowanego z papieżem, religijnego modernisty i propagatora socjalizmu – wtedy jednak ultramontanina, a przy tym żarliwego obrońcy Polaków, zdruzgotanego papieskim breve z lutego 1831 roku, potępiającym Powstanie Listopadowe. „Jest to jeden Francuz, który szczerze płakał z nami; jego łzy były jedyne, którem widział w Paryżu”, mówił Mickiewicz.

Na sali renesansowego gmachu Collège de France Mickiewicz olśnił francuską publiczność szerokością horyzontów. Zgromadzili się tu Francuzi, Polacy, Rosjanie i wielu Słowian, ale przybywali także Włosi i Hiszpanie. „Przeszło dziewięćdziesięcioletni Julian Ursyn Niemcewicz przyczłapał ze swą siwą, rozwichrzoną czupryną. Zasiadł obok niego zmęczony i smutny książę Adam Czartoryski, był Montalambert, Faucher, minister Salvandy”, notuje jeden z biografów poety. Przychodził i Słowacki. George Sand, która przyjeżdżała powozem wraz z Chopinem, spóźniona, musiała często stać, bo publiczność tłoczyła się już od rana. „Mało we Francji profesorów i polityków mogłoby iść w porównanie z tym mężem, który posługuje się obcym językiem” , stwierdzał „Courier de France”. „Trzeba słyszeć Adama Mickiewicza, aby pojąć jego ziomków i podzielać sympatię, z jaką słusznie przyjęty został” – wtórował „Le Siécle”.

Paryż witał nowego profesora owacjami na stojąco, publiczność słuchając kolejnych wykładów spieszyła z oddawaniem hołdów należnych poecie i mędrcowi w jednej osobie. „Sądzę, żem oddał przysługę Francji”, bez fałszywej skromności zwierzał się prasie minister Cousin, który wyszarpał od rządu na nową katedrę pięć tysięcy franków.

 

Ogród Luksemburski w Paryżu

Ogród Luksemburski w Paryżu

 

Jednak nawet dla tak znanego twórcy nie było łatwo uzyskać katedrę w Collège de France. Książę Czartoryski uruchomił wszystkie swoje znajomości, dwoił się i troił wielbiciel Mickiewicza Leon Faucher, redaktor opiniotwórczej gazety „Le Courrier Français”, minister oświaty Cousin przekonywał żarliwie premiera Thiersa, nie obyło się bez targów i kłótni. Rok wcześniej Mickiewicz głosił wykłady o literaturze klasycznej na uniwersytecie w Lozannie. Tam pływał swobodnie w dobrze znanej rzece, znajomość literatury klasycznej, wyniesiona z Uniwersytetu Wileńskiego była jego mocną stroną, a jako sumienny profesor przygotowywał wykłady z największą starannością. „Żrę łacinę a pluję francuskim”, pisał do przyjaciół przemęczony, ale szczęśliwy. Gdy uzyskał tytuł profesora nadzwyczajnego Collège de France przyjął to zadanie jako spłatę długu wobec kultury polskiej, a nawet wobec całej słowiańszczyzny. Jego kolegami w uczelni byli historycy Jules Michelet i Edgar Quinet, obaj starali się dawać odpowiedzi na piętrzące się w umysłach francuskich pytania, wątpliwości, nadzieje – mieli świadomość, że „umysł ludzki żyje doktryną i że jasna myśl jest panem zwykłych uczuć” (H. Belloc). Wrzenie intelektualne tamtych czasów przypominało w pewnym stopniu to, z czym mamy dzisiaj do czynienia w Polsce, głęboką świadomość przełomu, dokonującej się zasadniczej zmiany. Nauka ówczesna mocno oddziaływała na tworzące się na bieżąco poglądy i opinie, a obaj historycy – Mickiewicz przyjaźnił się zwłaszcza z Micheletem, mimo wyraźniej różnicy poglądów – mieli temperament polemiczny; Michelet gwałtownie zaprzeczał tradycji myślenia i pisania o historii, którą w języku poprawności politycznej nazwano by myśleniem stereotypami. Podobnie jak Mickiewicz traktował swoje wykłady jako misję („taka katedra nie jest niczym mniej niż urząd, niż kapłaństwo”, mawiał).

Mickiewicz przemawiał po francusku z ogromną erudycyjną swobodą, jak przystało na rasowego intelektualistę, ukazując Polskę zmagającą się na przestrzeni kilku wieków z żywiołami politycznymi i ideowymi, które nie miały w sobie nic zgoła z chrześcijańskiej cywilizacji. Wrażenie na słuchaczach zrobiła zarówno wykwintna francuszczyzna poety, oryginalność jego zapatrywań i wnikliwość jego wiedzy. Mickiewicz był nie tylko świetnym krytykiem i historykiem literatury, był prawdziwym europeistą i politologiem, wytrawnym znawcą dziejów kontynentu; dla wielu słuchaczy stał się kimś w rodzaju proroka.

Kim jesteśmy dla Europy my

„Akcent z lekka cudzoziemski dodawał mu jedynie uroku i oryginalności; twarz marzyciela i mistyka, zaorana już zmarszczkami, o zmrużonych oczach i wspaniałej, posiwiałej z gęsta czuprynie… Mówił z mocą, używając dziesiątek malowniczych obrazów, porównań, przenośni. Był poetycki, błyskotliwy, melancholijny i wzniosły”, pisano o nowym wykładowcy Collège de France.

Przez prawie dwa lata (1841-1843) świat literacki, świat historyków, filozofów, dziennikarzy – cała rozdyskutowana inteligencja Paryża – mówił o wykładach; sala uczelni przy Place Marcelin Berhelot pękała w szwach. Wykłady Mickiewicza były nie tylko czymś w rodzaju wielkiej promocji kultury polskiej, prawie w tym kraju nieznanej, a w związku z wydarzeniami światowymi, tak intrygującej, ale dramatycznym rozrachunkiem z Europą, bolesnym, szarpiącym pojedynkiem z tymi, których kochało się jak kocha się rodzonego brata, a którzy okazali się w godzinie próby obcy i obojętni, jak widzowie w operze, gdy główny bohater pada skrytobójczo zamordowany. Motyw zdrady państw Europy w dobie rozbiorów Polski w imię interesów politycznych Mickiewicz uczynił jednym z głównych motywów swoich prelekcji, pokazując, że zgadzając się na rozszarpanie Polski Europa sama wyzuła się ze swojej przynależności do kultury łacińskiej i pożeglowała w krainę utopii.

Mickiewicz postanowił w Paryżu publicznie odpowiedzieć na nurtujące go i wielu jego rodaków pytanie, k i m   właściwie

Joachim Lelewel, profesor historii na Uniwersytecie Wileńskim, nauczyciel i przyjaciel Adama Mickiewicza

Joachim Lelewel, profesor historii na Uniwersytecie Wileńskim, nauczyciel i przyjaciel Adama Mickiewicza

jesteśmy dla Europy, że od tylu lat jesteśmy przez jej polityczne znakomitości wytykani palcami, zniesławiani, pomawiani o najgorsze zbrodnie. C z y m zawiniliśmy wobec świata, my, Polacy?

„Jestem cudzoziemcem, panowie, i trudno mi wysławiać się w mowie, której charakter nie odpowiada w niczym tej, co służy mi zwykle za narząd do wypowiadania myśli… Gdybym miał jedynie na oku własny interes literacki, jedynie me własne dobro jako artysty, moją godność osobistą, zrzekłbym się owego niebezpiecznego zaszczytu, jakim jest przemawianie z tego miejsca”, zaczął swój pierwszy wykład. „Ale względy znacznie ważniejsze przykuły mnie do tej mównicy. Zostałem tu wezwany do zabrania głosu w czasach, gdy słowo jest potęgą, w mieście – mogę to wyznać ja, cudzoziemiec – które jest stolicą słowa. Zasadnicze względy nie mogą mnie więc powstrzymywać”.

Choć w historii Europy i świata wydarzyło się tak wiele od czasu, gdy poeta błyszczał w Paryżu, wnioski, jakimi dzielił się ze słuchaczami są niemal tożsame z tymi, jakie moglibyśmy wysnuć dziś, z perspektywy roku 2018.

W drugim kursie wykładów na paryskiej uczelni przywołał mało dziś znany fakt, kiedy to Fryderyk Wielki, który zainicjował rozbiory Polski, człowiek o dużych ambicjach intelektualnych i artystycznych, meloman (grywał z wielkim upodobaniem na flecie, nawet koncertował) już po pierwszym rozbiorze, „oderwawszy od Polski kilka prowincji, poświęcał jeszcze ostatnie lata swego życia na oczernianie Polaków i naigrawanie się z nich. Ułożył nawet błazeński poemat o nieszczęściach Polski. Mordy i grabieże w czasie konfederacji barskiej zdały się temu królowi stosownym tematem do poematu komicznego”. Caryca Katarzyna nie obnosiła się na zewnątrz ze swoimi uczuciami wobec upadającej Rzeczpospolitej. Równą nienawiść okazywała jednak w listach i prywatnych rozmowach.

Głowom koronowanym szli w sukurs słynni myśliciele epoki, stojący, jak przypomina Mickiewicz „na czele ruchu europejskiego i będący przedstawicielami materialistycznej filozofii”. Nie mieli żadnych hamulców – tak samo jak, nie przymierzając, dzisiejsi nasi lewaccy, ale też i skrajnie prawicowi krytycy, wykorzystujący znajomości w międzynarodowych politycznych klubach – i „zwalczali Polskę z takąż samą nienawiścią, z takąż samą gwałtownością”. Co takiego uczyniliśmy na przykład Wolterowi, że posunął się nawet do fałszowania naszych dziejów, by usprawiedliwić rozbiory Polski? (Tak samo jak  w XV wieku Jan Falkenberg produkujący na zamówienie Krzyżaków oszczercze satyry, jak Bismarck porównujący Polaków do wilków „które zabija każdy kto może”, jak dzisiejsi autorzy określenia „polskie obozy koncentracyjne”). Wolter stylem to podniosłym, to krotochwilnym winszował królowi pruskiemu, Carycy i rządowi austriackiemu, „że zburzyli to królestwo”; przy każdej okazji zresztą drwił z nas w nastroju iście szampańskim. Potrafił kłamać jak dziś robi to dobrze przeszkolony funkcjonariusz, jak zawodowy aktor. Ludzie o takich zdolnościach zawsze oddawali nieocenione usługi sąsiadującym z naszym krajem imperium. I cieszyli się tam wyjątkowymi względami.

Prezentując politykę rosyjskiego dworu w drugiej połowie XVIII wieku Mickiewicz odmalował portret Aleksego Bestużewa, kanclerza Rosji w XVIII w. Podkreślił tę samą doskonałą znajomość gry, która była tak uderzająca u Woltera, a w której najistotniejsze jest ukrywanie swoich prawdziwych cech i swojej wiedzy. Tak jak „Bolek” przez szereg lat udawał politycznego mędrca, ideowego związkowca, Bestużew z wielkim powodzeniem udawał przygłupa i jąkałę. „W Bestużewie było niezaprzeczalnie coś z chłopa wielkoruskiego”, mówił Mickiewicz 1 lutego 1842 roku, „bo stare rody bojarskie nie posiadały w tym stopniu zmysłu oszukaństwa i przebiegłości. Bestużew, który umiał zupełnie dobrze mówić, udawał jąkałę; potrafił udawać kalectwo poprzez siedemnaście lat. Gdy rozmawiał z posłami zagranicznymi, bełkotał tak, aby go nie można było zrozumieć. Uskarżał się też, że ma tępy słuch i że nie rozumie wszystkich odcieni języka francuskiego, kazał sobie setki i setki razy powtarzać to samo. Miał zwyczaj pisywać noty dyplomatyczne własnoręcznie, w sposób całkowicie nieczytelny; noty mu odsyłano, a on je pokrywał poprawkami, starając się czasem zmienić sens… popadłszy w niełaskę, natychmiast odzyskiwał mowę, słuch i wszystkie zmysły”. (TW „Bolek” także w sposób cudowny ozdrowiał, gdy utracił prestiż i przygasła gwiazda jego popularności. Zrezygnował z okrągłych zdań, stracił zamiłowanie do górnolotnych formuł („My, naród…”), zaczął odzywać się w zwykłym swoim języku, nie szczędząc knajackich zwrotów).

„Oskarżano Woltera”, mówił Mickiewicz w Paryżu 29 czerwca 1841 roku, „że był zaprzedany Rosji; myślę jednak, że jego nienawiść była bezinteresowna, że była logiczna i że jego projekt zagłady Polski wywodził się stąd, skąd i projekt odbudowania królestwa jerozolimskiego”.

Hailaire Belloc (1870-1953)

Hailaire Belloc (1870-1953)

Ten podziw Europejczyków o wybitnych umysłach dla ślepej siły, dla dzikiej furii, z jaką państwa ościenne rzuciły się na Polskę, by ją rozszarpać, świadczy zdaniem Mickiewicza o głębokiej chorobie duchowej, jaka już w tamtej epoce toczyła organizmy państwowe w naszej części świata, tworzące niegdyś christianitas, i przekształcała stopniowo całe ich życie intelektualne i polityczne, pchając je w kierunku kultury i obyczajów Azji. W 1936 roku angielski pisarz historyczny, z pochodzenia Francuz, Hilaire Belloc, przyjaciel Chestertona, któremu twórca ten zawdzięczał nawrócenie, podsumowywał tę tragiczną prawidłowość w dziejach Europy, stawiając podobne jak Mickiewicz tezy: „Nasze pokolenie żyje w świecie, w którym katolicyzm jest jedyną pozytywną siłą, jaka przetrwała, a otacza tę siłę szeroki pas niekatolicki, choć w różnym stopniu solidaryzujący się z katolicyzmem, podczas gdy poza nim mamy do czynienia ze szczątkami filozofii, które skłaniają się ku rozpaczy. Dopiero katolikowi albo przynajmniej człowiekowi, który wie, czym jest katolicyzm (to znaczy człowiekowi znajdującemu się w samym sercu europejskiej tradycji), człowiekowi, który w pełni wie, co zostało porzucone, człowiekowi, który czuje głęboką próżnię i właściwość związanej z tym straty w wyniku reformacji, objawia się pełnia problemu. Wie on, z jaką równowagą, satysfakcją, pełnią wiąże się to, co zostało odrzucone. Jak właściwie mogło do tego dojść, że odrzucono to dla tak groteskowych i małostkowych aberracji, jakim oddawały się różne sekty wraz z jego zniknięciem? Dlaczego dopuszczono do tego, by oczywiste dobro przepadło? (…) w jaki sposób można było w pewnych regionach wykorzenić samą istotę tego, co było właśnie naturą Europy i z pewnością było konieczne dla europejskiej umysłowości; istotę tego, w czym ona się wychowała i w czym była po prostu sobą”. Zarówno Mickiewicz w Paryżu, pomawiany o herezję, jak i obrońca katolicyzmu Belloc w swoich książkach (pisząc o dziejach wielkich herezji) zadawali to samo pytanie, próbowali wyjaśnić jak to możliwe, że doszło do tak zdumiewającej rewolucji i utraty osobowości europejskiej kultury.

Mickiewicz poświęcił w swoich prelekcjach nieco miejsca dwóm jeszcze przedstawicielom ówczesnych elit intelektualnych, Gibbonowi i Heglowi – jego wykładów słuchał w Berlinie – których sposób rozumowania kierował ku propagowaniu despotycznych form rządów, a bezinteresowne uwielbienie ku najbardziej krwawym potęgom. Wymowny jest przykład Edwarda Gibbona, brytyjskiego historyka. „Gibbon, który nie może być pomówiony o osobisty interes w tej sprawie i z pewnością nie otrzymał podarunków od dworu rosyjskiego ani nie miał żadnych stosunków z królem pruskim, podziwia przecież Dżingis-chana i Tamerlana, podziwia system mongolski”, przypominał Mickiewicz, dowodząc zarazem, że po traktacie westfalskim, który kończył rozejmem politycznym wojny religijne, Europa niezwykle szybko przekształcała się politycznie i moralnie, odrzucając stare zasady chrześcijańskie. Tym zaowocowało fatalne w skutkach przyznanie – dla katolika z Polski był to fakt oczywisty – że Kościół katolicki i jego obecni liczni i zjednoczeni przeciwnicy mogą traktować siebie nawzajem jako równe strony przy uznanym rozpadzie Europy, jak ujął to później Belloc.

Polska, ten staroświecki przesąd

Wtedy to „wszystkie oczy obracają się z konieczności na Moskwę, albowiem traktat [westfalski] wypowiada nieśmiało zasady, które już istniały i były w całej pełni realizowane przez gabinet moskiewski. Pomiatanie człowiekiem, pomiatanie wszystkim, co jest opinią, wszystkim, co jest legalnością, siła materialna powołana na najwyższego sędziego we wszystkich sprawach, wszystkie te pojęcia były podstawą potęgi Wielkiego Księstwa Moskiewskiego. Idea mongolska, idea zniszczenia, przewyższała nawet wszelkie idee, które dyplomaci traktatu westfalskiego wysunęli na czoło, także gabinet moskiewski ujrzał się przedstawicielem nowoczesnej polityki europejskiej, opinia filozofów, knowania wszystkich dyplomatów przyzywały go nieuchronnie ku Europie. (…) Od tej chwili Polska, zapomniana całkowicie, ukazuje się politykom europejskim jako jakaś osobliwość, jako staroświecki przesąd rzetelności chrześcijańskiej”.

Nasi dzisiejsi krytycy, politycy, premierzy, biurokraci, publicyści, artyści, autorzy filmów i filmików, pamfleciści z zachodnioeuropejskiej prasy i anonimowi hejterzy życzący naszym obecnym władzom wszystkiego najgorszego, zaśmiewający się do łez, gdy czcimy naszego prezydenta i rodaków poległych osiem lat temu pod Smoleńskiem – czym różnią się od tamtych, opisywanych przez poetę w 1841 roku, niezliczonych, popularnych w Paryżu „podrzędnych pisarzy, którzy zapełniali księgarnie wszelkiego rodzaju poematami i Rusjadami”, jak ich nazywa Mickiewicz? „Tych poetów i filozofów niemieckich, włoskich, angielskich i wszelkich innych narodów pociągała jakaś tajemnicza siła, urzekała straszliwa owa potęga objawiająca się w Rosji”, dodaje poeta w jednym z wykładów.

 

PARIS-WITH-NOTRE-_5094a9384f

 

Prelekcje Mickiewicza stały się w Paryżu w 1841 i 1842 roku modne. „Collège de France nie było ściśle uczelnią z egzaminami, studentami, dyplomami. Niskie jego sale, stworzone jeszcze za młodych lat Zygmunta Augusta, gromadziły za to stale dojrzałą, dorosłą publiczność, pragnącą poznać nowe prądy naukowe, ostatnie odkrycia historii czy filozofii i najmodniejszych proroków. Mickiewicz stał się nim od razu, wespół z Quinetem i Micheletem. Wszyscy trzej nie ograniczali się tylko do ściśle wziętej nauki, wylatywali uwagami poza ciasny krąg przedmiotu, robili aktualne dygresje i polityczne aluzje…”, przypomina Ksawery Pruszyński, autor biografii poety.

Wizja degrengolady moralnej Europy przedstawiona przez Mickiewicza w wykładach paryskich nie pozostała bez echa. Wybitny pisarz francuski, Paul Claudel, o którym Pius XII mówił, że jest największym pisarzem Europy chrześcijańskiej, wyraził się sto lat później, że rozbiory Polski są „są grzechem śmiertelnym Europy”. I nasz kontynent nie zazna pokoju dokąd grzech ten nie zostanie odpokutowany. To, co obserwujemy od I wojny światowej aż do dzisiaj może być uznane za spełnianie się tego proroctwa.

Gdy więc od tylu lat słuchamy wygłaszanych na forum Unii Europejskiej gróźb i pouczeń, równie cynicznych, zimnych i bezwzględnych jak komentarze i dowcipy tych, którzy rozszarpywali nasze państwo w XVIII wieku i ich mentorzy, warto pamiętać, kim byliśmy wtedy i kim jesteśmy dla świata dziś. Czy państwa, z których ci komentatorzy pochodzą zabiegają, by mogli w nich wychowywać się, czyli wzrastać duchowo i moralnie młodzi ludzie, pamiętający o celu swojego życia? Prawidłowo rozróżniać rzeczy, nie utracić więzi z tradycją własnego narodu i cywilizacji, z religią, która ją stworzyła, wspierać swój kraj, w godzinie próby umieć poświęcić dla niego wszystko? Czy są to dążenia tych państw, czy to jest ich strategia? Inne są tu priorytety, całkiem odmienne cele.

Nie inaczej było już w czasach, gdy Mickiewicz trudził się w sali wykładowej przy placu Marcelin Berthelot (Francja była tu chwalebnym wyjątkiem), by przedstawić syntezę naszych dziejów, wpisując w nie główne nurty literatury słowiańskiej, która zresztą – nawet wbrew jego pierwotnemu zamysłowi – okazywała się przede wszystkim literaturą polską, bo tak naprawdę to właśnie literatura polska miała coś istotnego Zachodowi do powiedzenia.

 

Sala w College de France, w której wykładał Mickiewicz (fot. z l. 20. XX w.)

Sala w College de France, w której wykładał Mickiewicz (fot. z l. 20. XX w.)

 

Koniec cz. I

(Poszerzona wersja tekstu, który ukazał się w marcowym numerze miesięcznika „Nowe Państwo”).

Możliwość komentowania jest wyłączona.