Prawo albo odzyskany język

Posted on 7 grudnia 2015 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Porządkowanie pojęć

Jak nie utracić kontaktu z rzeczywistością, czyli o konieczności obrony polskiej racji stanu

Prezydent Andrzej Duda podczas przemówienia w ONZ 28 września br. wymieniając „pojęcia piękne, ważne, aczkolwiek nader kruche, o które musimy dbać, które musimy bez ustanku pielęgnować” mówił o pokoju i prawie. Zachęcał też zdecydowanie przywódców państw, by starali się tworzyć „świat oparty na sile prawa, a nie na prawie siły”. To przemówienie wywarło wrażenie na słuchaczach. Dawno już nikt na tym forum nie przypominał, czym jest prawo, jakie jest jego znaczenie w świecie coraz bardziej rozchwianych norm. W świecie, który godzi się na dwuznaczności, nadużywanie słów, przekręcanie ich znaczenia, odwracanie pojęć.

Nie minęły dwa miesiące, gdy okazało się, że obrona prawa – litery, ale przede wszystkim ducha prawa – może stanowić poważny problem w Polsce.

Konflikt wokół Trybunału Konstytucyjnego zakończył się – na razie – pomyślnie nie tylko dlatego, że nowym sędziom TK wybranym przez sejm pozwolono wejść do gabinetów i dano dostęp do dokumentów, a szef Trybunału milcząco pogodził się z przegraną ugrupowania, które go wyniosło do tej funkcji. Przede wszystkim dlatego, że Prawo i Sprawiedliwość wygrało batalię o jednoznaczność podstawowych pojęć. Jednoznaczność jest w prawie kwestią podstawową. Jest warunkiem, by ustrzec się błędów rozumowania o nieobliczalnych konsekwencjach. „…błąd zawdzięcza swoje powodzenie w wielkiej mierze używaniu terminów o dwuznacznym charakterze, czy raczej – zaszczepianiu nowego znaczenia słowom noszącym dotąd znaczenie odmienne”, pisał jeszcze w XIX wieku ks. Félix Sardá y Salvany. W tej sytuacji „zastawianie sideł na intelektualnego pyszałka i na prostaczka jest równie łatwe”.

Prawo nie jest jakąś chmurą oderwanych od życia definicji unoszącą się nad strukturami państwa, ale podstawą jego działania. Bez prawa – zrozumiałego, logicznego, jasnego, sprawiedliwego – nie istnieje państwo. Jeśli poeta upominał się, po latach okupacji niemieckiej i sowieckiej: „Niech prawo zawsze prawo znaczy, a sprawiedliwość sprawiedliwość”, to nie odnosił się do jakiejś abstrakcji, ale mówił o realnym i konkretnym dobru cywilizacyjnym. Brak tego dobra odczuwany był zawsze w Polsce jako zapaść cywilizacyjna godząca w życie społeczeństwa.

To na wieść, że Sejm Wielki uchwalił w Warszawie Konstytucję 3 Maja, która prawa obywatelskie w Rzeczypospolitej rozszerzała na inne stany, poza szlachtę i duchowieństwo, Katarzyna II podjęła decyzję o rozbiorach Polski – wciągając w to Prusy i Austrię. Decyzja polskiego sejmu tworzyła niespotykaną w Europie sytuację równości wszystkich Polaków wobec prawa. Był to przełom moralno-cywilizacyjny, który zapowiadał epokę ładu opartego o Dekalog; Polska miała do odegrania rolę lidera w tej dziedzinie w świecie zachodnim. To był ten piorun, który raził carycę i zelektryzował przewrotną myśl tej, która trzymała na smyczy filozofów. Poczuła, że imperium carów jest zagrożone, że się chwieje cała jego potęga. Zagraża mu wykwit polskiej kultury prawniczej – prawa uchwalone przez suwerenny parlament wolnych obywateli Rzeczypospolitej. A ona, caryca Wszechrosji, staje przed perspektywą utraty władzy, której imię brzmi samodzierżawie.

Jan Matejko - Konstytucja 3 Maja

Jan Matejko – Konstytucja 3 Maja

W Polsce rządzonej przez Prawo i Sprawiedliwość nie udało się na szczęście, podczas kryzysu związanego z powołaniem nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego, wykorzystać podstawowych aktów prawnych Rzeczypospolitej – niestety, niedoskonałych, a nawet z poważnymi brakami – do osłabiania tego, co łączy władzę polityczną i społeczeństwo, słowem do psucia państwa. Wytrawność i precyzja w odczytaniu istotnego sensu tych aktów – zgodnie z duchem praw obowiązujących w cywilizacji łacińskiej i zgodnie z polską racją stanu – pozwoliła Prezydentowi i posłom Prawa i Sprawiedliwości obronić państwo. Obronić niepodważalność władzy jego suwerennych organów. I to jest sukces polityczny rządzących. Doprowadzając do kryzysu wokół TK usiłowano im bowiem po prostu rządzenie uniemożliwić.

Jarosław Kaczyński mówiąc o konflikcie politycznym wokół Trybunału zaznaczył, że spowodowany on został tym, że w parlamencie znaleźli się ludzie „nieodpowiedzialni” albo zupełnie „nieprzygotowani” do tego rodzaju działalności publicznej, jaką prowadzi się w polskim sejmie. Mimo łagodności tych określeń – zwłaszcza wobec coraz bardziej brutalnego języka dyskusji w parlamencie i komentarzy w mediach – trafiają one w sedno.

Ta nieodpowiedzialność ma swoje źródło. Jest nim nie tylko całkowita zależność od linii politycznej obecnej partii opozycyjnej, lęk przed utratą dotychczasowej pozycji i wpływów, ale coraz większe rozpanoszenie się w umysłach ideologii postmodernistycznej, czyli unowocześnionego marksizmu. Ideologia to nic innego jak przyzwolenie na kłamstwo i promowanie kłamstwa. Stopniowo wypiera ona zdolność rozróżniania słów i pojęć, także u przedstawicieli „klasy politycznej” – i co za tym idzie pozbawia ich możliwości rozumienia zjawisk. Takich jak na przykład wygrane z dużą przewagą przez Prawo i Sprawiedliwość wybory prezydenckie i parlamentarne – ewenement w dzisiejszej Europie.

Z tego wynika niezdolność do posługiwania się kategoriami takimi jak racja stanu polskiego państwa, logika arystotelesowska czy zwykły zdrowy rozsądek. Ich miejsce zajmują twory umysłów coraz bardziej „dzikich”, niefrasobliwych i swawolnych.

Uwolnić misia, uwolnić ludzi od władzy!

Obserwując postępy tej ideologii w świecie Marguerite A. Peeters odnotowała zjawisko deprecjonowania norm prawnych – i w rezultacie gwałtownego niszczenia od wewnątrz państw Zachodu – które zakwalifikowała jako „odrzucanie władzy przez przejęcie władzy”. Pisze o jego źródłach:

„Postmodernizm jest reakcją przeciwko wszelkim formom narzucania władzy (męskiej, zachodniej, większości, instytucjonalnej, moralnej, hierarchicznej, religijnej…, ekonomicznej…) W rzeczywistości tworzy on nową formę narzucania, którego dokonują >uciskane mniejszości< – termin ten w pierwszym rzędzie odnosi się do kobiet. Etyka postmodernistyczna uważa wszelką władzę za twór zasadniczo arbitralny. Z tej perspektywy narzucanie komuś jednego punktu widzenia jest traktowane jako przejaw kolonizacji, od której należy ludzi uwolnić, nawet siłą”. (Mieliśmy tego próbki podczas manifestacji zwolenników PO i Nowoczesnej pod gmachem sejmu, czy awantur na sali obrad, gdzie mało co nie doszło do rękoczynów).

„(…) Gdy sprawiedliwość i rozum nie wyznaczają już normy, nie ma innego rozwiązania jak użycie siły, aby zakończyć konflikt. Jeśli brak powszechnych zasad określających to co słuszne, sprawiedliwość staje się kwestią pragmatyki. Taka anarchia rodzi sprzeczność, ponieważ nie ma innych rozwiązań niż użycie siły, co prowadzi do dominacji, poddania i ucisku, a więc dokładnie do tego, czego nierepresywna cywilizacja postmodernistyczna pragnie się pozbyć”.

Czyli: jak Kali zagarniać całą władzę, wszystkimi środkami, nawet najbardziej drastycznymi, to jest to słuszne, dobre i sprawiedliwe. Jak Kalemu odebrać władzę – bez przemocy, demokratycznie – to jest to ucisk, przemoc i totalitaryzm (hitleryzm, nazizm i stalinizm). Cokolwiek dziwi, że do tego rodzaju rozumowania bez zmrużenia oka przyłączają się dziś najwybitniejsze „autorytety prawnicze” z profesorskimi tytułami.

Przy okazji autorka zwraca uwagę na potęgę sloganów tworzonych bardzo sprawnie przez specjalistów od socjotechniki, które manipulują emocjami odnosząc się do pozornych, akceptowanych przez „ulicę” oczywistości. Jeden z nich to: „Społeczeństwo obywatelskie patrzy na ciebie! (>Civil society is watching you<): ten slogan wymyśliły eko-feministki, aby >pilnować rządów< i wywierać na nie naciski w celu zmobilizowania ich do realizacji >zobowiązań<, które są w istocie programem radykalnych organizacji pozarządowych. Słowa te sugerują, że organizacje pozarządowe są strażnikiem etyki (są >tymi dobrymi<), podczas gdy rządy i sektor biznesu mają tendencję do niewywiązywania się ze swoich obowiązków (to >ci źli<)”.

Tymczasem takie pojęcia jak racja stanu państwa (fr. raison d`État), czyli zasada nadrzędna istnienia i suwerenności państwa, czy prawo nie mogą być niczym zastąpione; nic nie można do nich ani doczepić ani im ująć, żeby państwo mogło, chroniąc je, gwarantować ład społeczny, sens swego istnienia. Prawo jest najcenniejszym instrumentem w ręku państwa. Nie może więc stać się jakąś mgławicą. Jego zapisy nie mogą nie wiadomo co znaczyć, nie można ich dowolnie interpretować, czy tworzyć ze złamaniem reguł logicznego myślenia i sprawiedliwości, czy modyfikować ignorując ustawodawstwo wyższego rzędu.

Gdy 12 maja 2015 r. podczas posiedzenia sejmowej komisji sprawiedliwości jeden z posłów PO wprowadził do projektu ustawy o Trybunale Konstytucyjnym poprawkę, która miała jego partii oraz PSL-owi umożliwić wybór pięciorga sędziów Trybunału z wyprzedzeniem, zaledwie na trzy miesiące przed zakończeniem kadencji, przewodniczącym Trybunału było to jak najbardziej w smak. PiS mógł sobie protestować, że łamane są zapisy konstytucji, nikt tego nie słyszał. Tak właśnie wygląda psucie własnego państwa. Co pozwala wobec tego szefom TK orzekać w Trybunale o zgodności uchwał z konstytucją, skoro sami tworzyli prawo z nią sprzeczne?

Wiadomości, rozkazy i hasła

Przemysław Dakowicz w ostatnim swoim tekście z cyklu „Afazja polska” („Gazeta Polska Codziennie” z ub. tygodnia) przywołuje dzień, gdy pod koniec października 1939 roku Niemcy rozplakatowali w całym Krakowie proklamację Gubernatora Generalnego Hansa Franka (doktora praw!). Na plakatach „(…) mowa jest… o >przywróceniu porządku<, o zakończeniu >epizodu historycznego, za który odpowiedzialność ponosić muszą zarówno zaślepiona klika rządowa byłego kraju polskiego, jak też obłudni podżegacze wojenni z Anglii<. Polska zostaje nazwana >tworem państwowym, który się więcej nie odnowi<.(…) głośniki umieszczone w centralnych punktach miast – >w określonych porach nadawać będą wiadomości, rozkazy i hasła dla Polaków< …”.

Zawieszone w metrze, autobusach, pociągach, tramwajach, na stacjach benzynowych, w barach szybkiej obsługi, w poczekalniach wielkie ekrany, na których co godzinę pojawiają się nowe wiadomości montowane w TVN i podane w odpowiednio gładkiej i niewyszukanej formie, przy pomocy starannie dobranych słów, tylko tych bezpiecznych, z punktu widzenia interesów PO, słów, które polityków PiS i ich zwolenników, czyli kilka milionów Polaków sytuują w kategorii „podludzi” – czy nie przypominają tamtej sytuacji sprzed siedemdziesieciu sześciu lat?

Ludzie oderwani od rzeczywistości nie rozumieją już znaczenia bardzo wielu słów. Łatwo natomiast przyjmują spreparowane wiadomości, rozkazy i hasła.

Jan Matejko - Kazanie Piotra Skargi

Jan Matejko – Kazanie Piotra Skargi

Dlatego tak ważne jest precyzowanie znaczeń. Język prawniczy to nie tylko język służący do wymieniania numerów paragrafów i kodeksów, to język nazywania bytów. Żeby można było coś osądzić, zaklasyfikować, trzeba to najpierw precyzyjnie nazwać. „Pomyłki” w tym względzie nie są tylko „mylną interpretacją” prawa, norm, nie zamykają się w obrębie akademicko pojmowanej teorii, ale są czymś bardziej fundamentalnym – brakiem odniesienia do bytów, nie uznawania ich. Skoro nie uznaje się jako takiego samego podmiotu prawa partii konkurencyjnej, to oznacza, że przedstawiciele PO i PSL próbują „wyjąć spod prawa” innych Polaków, przedstawicieli PiS, zastosować wobec nich inny tryb, inne reguły niż te, które konstytucja przewiduje dla wszystkich. Prawo przestaje  być powszechne. A to oznacza, że ma się trudności z uznaniem bytowości innych ludzi. Przypisuje się ich istnieniu inne, mniejsze znaczenie, niż istnieniu własnemu i własnej pozycji w społeczeństwie. System prawny zaczyna rozmontowywać pogarda i nienawiść. Ideologia zawiesza reguły myślenia i zasady działania. Na tym polega neomarksizm wcielony w ideę państwową i jego współczesna odmiana – postmodernizm.

Spór dotyczący Trybunału Konstytucyjnego jest dlatego tak ważny, że dotyczy znaczenia słów, a zatem i bytów. Pozwala też zrozumieć – gdy uczciwie się go przedstawi – istotę pojęć podstawowych dla bytu państwa. Pozwala mieć nadzieję, że Polska, ten „twór państwowy, który się więcej nie odnowi”, jak chciał  dr praw Hans Frank, jak chcieli Niemcy i Sowieci podczas wojny, a Sowieci także po wojnie, wyjdzie obronną ręką z pułapek zastawionych tak niedawno przez ludzi kompletnie nieodpowiedzialnych, którzy reprezentowali nas w najwyższych organach władzy naszego państwa.

Te same słowa, odmienne znaczenia

Istota obecnego kryzysu wokół TK polega także na tym, że lewicowi liberałowie posługują się prawniczą terminologią, ale nadają jej nowe znaczenie. Twierdzi się, że dokumenty prawne mają inną treść niż tę, która jest zapisana w języku praw. Dlaczego możliwe są tego rodzaju nadużycia? Dlatego, że pewne słowa i pojęcia, np. racja stanu, nadrzędny interes państwa, sprawiedliwość, prawo naturalne zniknęły z obiegu, zostały zatarte w świadomości; od dawno nie przywoływały ich największe tuby informacyjne i środowiska opiniotwórcze. Mają też miejsce znamienne transpozycje semantyczne, na przykład władzę nazywa się służbą, dziennikarzy wyrazicielami opinii społecznej; promuje się też terminy, które wyrażają zupełnie nowe idee, najczęściej są to poprawno-polityczne zaklęcia, takie jak „pluralizm”, „prawo wyboru”, „kultura pokoju”, „różnorodność kulturowa”, „różne formy rodziny”, „równość płci”, Popularność zdobywają pojęcia, których nigdy nie było w oficjalnym języku polityki i prawa, a posługują się nimi przedstawiciele państw i różnych organizacji także na forum międzynarodowym – np. słowo „dialog” zastępuje obronę suwerenności, „pluralizm opinii”, „różne opcje światopoglądowe” rację stanu.

Jan Matejko - Kościuszko pod Racławicami

Jan Matejko – Kościuszko pod Racławicami

Maniera posługiwania się tradycyjnymi terminami, ale w różnym, a nawet przeciwstawnym znaczeniu praktycznie blokuje możliwość prowadzenie jakiejkolwiek poważnej dyskusji. O tym właśnie wspominał Jarosław Kaczyński w swoim powściągliwym komentarzu do sporu o Trybunał. To co określało się jako „ducha” polskiego prawa próbuje się dziś naginać do poprawno-politycznej wersji prawa międzynarodowego, pełnego nowomowy i dwuznacznych sformułowań, które odcyfrowywać należy dobierając właściwy ideologiczny „klucz”. Nadrzędną zasadą jest bowiem, by nic nie było jednoznaczne.

Semantyczną konsekwencją takiego podejścia jest ambiwalencja znaczeń, obejmująca „wszystkie możliwości interpretacji”. „Nowe paradygmaty – mówi Marguerite A. Peeters – mogą odnosić się do wszystkich i każdej z osobna, w zależności od ideologicznego nastawienia (patrzenia przez pryzmat liberalizmu, socjalizmu, chrześcijańskiej demokracji, ekologii, hedonizmu, indywidualizmu, sekularyzmu…), czy też strategicznych potrzeb interpretatora”.

Niespójność, niechęć do przypisywania słowom jasnej, jednoznacznej, wyłącznej treści jest główną zasadą postmodernizmu.„Postmodernizm w praktyce”, pisze autorka, „dopuszcza istnienie nie tylko różnorodnych, ale wręcz sprzecznych ze sobą interpretacji słów”. Z kolei moralny relatywizm „nadaje prawa obywatelskie jedynie samemu sobie. Bardzo często czyni ze swych zasad prawo, któremu należy się podporządkować”.

Eksperci czyli rzecznicy mniejszości

Jeden z klasycznych przykładów posmodernizmu w obszrze polityki to dyskryminacja większości – dziś z tego typu praktyką mamy często do czynienia. „Zakaz dyskryminacji (włączenie mniejszości) został narzucony do tego stopnia, że większość jest de facto wyłączona i nie jest już poważnie brana pod uwagę w podejmowaniu decyzji. Rządzą nami eksperci będący rzecznikami mniejszości” M. Peeters). Taką rolę usiłowali niedawno odegrać, z kamiennymi twarzami, sędziowie TK mianowani przez koalicję PO -PSL.

A jednak polscy prawnicy – posłowie PiS doprowadzili podczas konfliktu o Trybunał do triumfu jednoznaczności, stosując w swojej argumentacji zasady arystotelesowskiej logiki, zasadę tożsamości oraz podstawowe reguły prawa rzymskiego. Coś co jest czymś nie może być czymś innym. Sędzia Trybunału nie może być jednocześnie sędzią we własnej sprawie. Jeśli skład Trybunału ma być reprezentatywny dla konfiguracji politycznej w sejmie i senacie, nie może być zdominowany przez znajdujące się w mniejszości ugrupowanie. Obalony został również niepisany „dogmat”, a raczej prawo kaduka, że władzę ma ten, kto ma media. Ocalona została praworządność, o którą upominał się w siedzibie ONZ we wrześniu tego roku prezydent Andrzej Duda.

Porzucenie języka tradycyjnych, dobrze zdefiniowanych pojęć na rzecz dwuznacznych i niejasnych sformułowań zawsze owocuje rozchwianiem norm i budzi pokusę nadużywania prawa. Pozwala na rozliczne nadinterpretacje, do czego skłania też oczywiście wadliwość niektórych aktów prawnych.

W ten sposób wywiera się negatywny wpływ na naturę, a nawet na samą istotę prawa, które konstytuuje strukturę państwa. Językowe potworki rodzą zawsze chaos pojęciowy, wywołują zamęt w głowach.

W Polsce na przełomie listopada i grudnia tego roku nie udało się wykorzystać prawa do niszczenia ładu państwowego. To naprawdę wielkie zwycięstwo. Nie zdołali zniszczyć go ludzie, którzy nie rozumieją znaczenia słów i ignorują ducha praw Rzeczypospolitej, opartego o normy chrześcijańskie. Przeciwnie – wydaje się, że przybyło trochę tych, którzy gwałtownie odtwarzają w pamięci ich prawdziwe znaczenia. (Przekonamy się, czy jednym z nich będzie sędzia Rzepliński).

Jan Matejko - Dzwon Zygmunta (fragment)

Jan Matejko – Dzwon Zygmunta (fragment)

Trzeba przypomnieć, Kto jest źródłem prawa. Skąd pochodzi prawo naturalne, na którym opiera się wszelkie ustawodawstwo prawne w naszej cywilizacji. Jaki ład, jaki fundament odzwierciedlają ludzkie prawa w naszym obszarze cywilizacyjnym – o ile nie są zniszczone przez neomarksizm.

„Powód, dla którego dwa plus dwa równa się cztery istnieje nie tylko dziś lub jutro”, pisze ks. John Jenkins: „Jest tak, ponieważ dla Boga dwa plus dwa równa się cztery. Prawo natury jest wieczne właśnie dlatego, że Bóg jest wieczny. Stwarzając wszechświat Bóg narzucił mu niezmienne prawa przez sam fakt, że Bóg, podobnie jak każdy byt rozumny myśli, by dokonać jakiegoś aktu. (…) Nieskończona Mądrość w sposób konieczny stwarza w sposób racjonalny i uporządkowany”.

Prawo moralne nie istnieje samo dla siebie. Jest ono dane człowiekowi w konkretnym celu. Niebagatelnym. Podstawowym – nigdy nie podlegającym jakimkolwiek poprawkom i korektom.

„(…) Wieczne prawa natury są jak gdyby pieczęcią wieczności Boga odciśniętą na rzeczach podlegających zmianie. (…) Niebo i ziemia mogą przeminąć, jednak umysł Boga pozostaje zawsze taki sam. Bóg przemówił do nas w Osobie Chrystusa Pana. Niebo i ziemia mogą przeminąć, ale Jego słowa nie przeminą”.*)

W Polsce nie ma przyzwolenia społecznego na łamanie i nadużywanie prawa, bo nie ma przyzwolenie na nadużywanie podstawowych słów i zniekształcanie ich treści. „Bóg” znaczy wciąż Trójca Święta (a nie „kosmiczny Chrystus” – emanacja zbiorowej ludzkości, czy synteza różnych bożków). „Ojciec” znaczy wciąż ojciec, „matka” matka. „Małżeństwo” nie jest „związkiem partnerskim”, „rodzina” nie jest „wielokulturową wspólnotą”, w której celebruje się „różnorodność płci” i „płeć kulturową”. Tu wciąż aktualne jest prawo moralne. Przypomnijmy: Mieszko I tworząc podwaliny naszej państwowości ustanowił teokrację.

Jest jeden podstawowy warunek, które spełniać musi państwo katolickie: „Jeżeli poza własną suwerennością uznają ono suwerenność Boga, jeżeli wyznaje, że ich władza pochodzi od Niego, jeżeli podporządkowują się nienaruszalnym normom prawa chrześcijańskiego…” (ks. F. S. y Salvany). Dlatego prezydent Andrzej Duda mówił w swoim pierwszym przemówieniu w ONZ o znaczeniu praworządności jako fundamencie cywilizacji. Jednym z jej warunków jest to, że nie można być sędzią we własnej sprawie. I że w przypadku sporu prawnego trzeba wysłuchać każdej ze stron konfliktu. Że sprawiedliwość jest nadrzędną zasadą prawa. Ludzie z PO, z Nowoczesnej próbują te reguły złamać. Nie pasują im, bo nie pasuje im ta cywilizacja. Wolą tę, którą najtrafniej opisał Henryk Sienkiewicz  w „W pustyni i w puszczy” portretując Kalego.

Nasza cywilizacja jest rzeczywiście wymagająca. Choć nigdy nie zagwarantuje idealnego ustroju, przeżywa wstrząsy i kryzysy, daje jednak ochronę ludziom, którzy żyją uczciwie, nie trudnią się zawodowo kłamstwem, nie próbują zbijać interesów na zdradzie i oszustwie. Nie kierują się zemstą. Nie chcą zamieniać innych w niewolników. Poważnie traktują swoje obowiązki stanu.


*) Ks. John Jenkins FSSPX: Pierwsza niedziela Adwentu: Wieczność Boga (Zawsze Wierni, listopad-grudzień 2015)

Marguerite A. Peeters, Globalizacja zachodniej rewolucji kulturowej. Kluczowe pojęcia, mechanizmy działania, Warszawa 2010

Możliwość komentowania jest wyłączona.