Polska pod Krzyżem

Posted on 17 września 2019 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Ona zmiażdży głowę węża

Choć Wielki Piątek przypada innego dnia, nasi Rodacy wznieśli ręce do Boga i upadli na kolana pod Krzyżem, 14 września, w Święto Podwyższania Krzyża Świętego. Pod Włocławkiem, w pobliżu tamy na Wiśle, z której oprawcy trzydzieści pięć lat temu zrzucili do wody skatowanego kapłana, bł. księdza Jerzego Popiełuszkę.

Trudno o lepszą datę. Trudno o lepsze miejsce. Bóg wybrał czas, pokazując przez ostatnie tygodnie i miesiące do czego prowadzi bezbożność, apostazja, wyparcie się Boga. Profanacje, pochody, marsze, manifestacje, inscenizacje, transparenty, przemoc, wycia i pogróżki miały za zadanie wywołać szok, przerażenie, wprowadzić ludzi w stan odrętwienia. Tymczasem skutek był przeciwny. Wielka modlitwa kilkudziesięciu tysięcy zebranych na lotnisku w Kruszynie; Msze św., drogi krzyżowe, różaniec setek tysięcy w całej Polsce. Zresztą nie o liczby tu chodzi. Chodzi o to zderzenie. Znieważanie Boga w skali, jakiej jeszcze chyba nigdy w naszym kraju nie było – i reakcja: mocniejsze przywarcie do Boga, ukorzenie się przed Krzyżem, pokuta, błaganie o nawrócenie własne i innych.  Na tym polega wiara. Na tym polega wierność Bogu. To największa broń, najsilniejszy oręż. Broń ludzi mądrych – czyli pokornych. A Kościół katolicki ze swojej istoty jest Kościołem walczącym.

 

Józef Chełmoński – Wielki Piątek

 

„Czy krzyż zabija?”  Niektórzy w naszym kraju odważyli się niecały miesiąc wcześniej stawiać takie pytanie. Kapłan, który 22 sierpnia przeżył trzykrotne uderzenie piorunem pod Giewontem i który udzielał rozgrzeszania poranionym turystom podczas szalejącej tam burzy, dał odpowiedź. Powiedział, że ci, którzy byli najbliżej stalowego krzyża, wbitego w skałę, przeżyli, zginęły osoby, które znajdowały się dalej. On był bardzo blisko. Nie załamał się. Nie przestraszył. Wiedział, co ma robić. Cudownie ocalony od śmierci młody kapłan – trzykrotnie raniony piorunem, przeszyty nim na wskroś, potłuczony i sparaliżowany –  powiedział potem, że swoje cierpienia oddaje za Kościół w Polsce

Być po krzyżem, wybierać krzyż. Nie zapierać się swojego Boga. Zaufać Zbawicielowi. Taką drogą prowadził nas Bóg przez wszystkie te lata – ukazując, tak często na przekór dzisiejszemu nauczaniu najwyższych hierarchów, że najważniejszy jest nie pokój światowy, nie walka z głodem, epidemiami, brakiem wody, zagrożeniami środowiska, nie sprostanie wyzwaniom migracji, tolerancja, wielokulturowość i „dostęp do edukacji i mediów” – ale Prawda o Bogu, którą objawił Zbawiciel, nasz Pan Jezus Chrystus. I której strzeże Jego Kościół. Bóg zna sposób na wszystkie plagi, na wszystkie nieszczęścia. Ale serce i umysł człowieka muszą być wolne dla Boga, by świat pozostał ludzki – istniał dalej na chwałę Stwórcy. Inaczej będzie tylko atrapą, pustą sceną, na której grana będzie okrutna sztuka, gdzie bezbożność i fałszywe kulty, „dobra śmierć”, kazirodztwo, mania seksualna, rozpasana konsumpcja, skrajny egoizm i inne wynaturzenia będą udawać, że przez nie realizuje się najszczytniejszy ideał ludzkości: wolność i godność osoby ludzkiej, która jest rzekomo „święta”. Może robić, co chce.

Biskup Wiesław Mering pod Włocławkiem, w krótkiej nauce na zakończenie wieczornej Drogi Krzyżowej wypowiedział rzadko dziś przywoływaną prawdę o społecznym panowaniu Chrystusa Króla, o Jego prawie do bycia Władcą każdego porządku społecznego. Każdej bez wyjątku społeczności, poczynając od rodziny, skończywszy na państwie. Bez uznania Jego władzy, całe nasze chrześcijaństwo jest tylko sentymentalizmem. Nie ma żadnego sensu, bo pozostajemy tak czy inaczej zniewoleni przez ideologię, która usiłuje wmówić nawet wierzącym, że doczesność jest prawdziwym celem człowieka, że mamy czynić wszystko na rzecz „rozwoju”: ziemskiego szczęścia i pomyślności naszej i przyszłych pokoleń. Biskup przypomniał tradycyjne nauczanie Kościoła, nietknięte przez neomodernizm, wolne od  narzuconych przed kilkudziesięcioma laty fałszywych tez „religii humanistycznej”. Nie ma Miłości bez Prawdy i nie ma Prawdy bez Miłości. Nie ma Kościoła bez bronienia wiecznej, niezmiennej prawdy o Bogu.

 

Najświętsze Serce Jezusa – mal. Girolamo Batoni

 

Lekcja wiary, która bez rozumienia Krzyża Chrystusa i bez dźwignięcia swojego krzyża jest niczym. Włączyli się w nią inni uczestnicy Drogi Krzyżowej, ci który z tak wielką pokorą, ze ściśniętym sercem, mówili o swoich nawróceniach, wśród krańcowych doświadczeń życia.

Bogu niech będą dzięki za ten dzień, za modlitwę Polaków. Stat crux dum volvitur orbis! 

_______________

Tego dnia modliłam się z moimi rodakami na krańcach Polski, w małej wiejskiej parafii, prawdopodobnie jednej z najmniejszych w Polsce. Kilkadziesiąt osób w różnym wieku podążało za krzyżem, w procesji, wzdłuż lasu. Na przedzie dwaj kapłani w strojach liturgicznych. Kilka osób o laskach, ktoś z balkonikiem. Młodsi wspierają starszych. Drogę krzyżową prowadzi ksiądz proboszcz. Rozważania są krótkie, ból jest jednak dotkliwy. Nie sposób nie myśleć ze zgrozą o swoich upadkach. Kończymy różańcem na kolanach, w kościele. Tutejszy kościół to świątynia przerobiona z drewnianej cerkwi. Rosjanie zburzyli tu w XIX w.kościół greckokatolicki, jego pozostałością jest murowana kapliczka św. Michała Archanioła. Postawili cerkiew, osadzili ludność prawosławną, sprowadzili mniszki, które miały prowadzić szkołę i rusyfikować katolików. Wiary katolickiej miało tu nie być. Ale Polacy pozostali katolikami, osadzeni tu Rusini także nimi się stali. Po odzyskaniu niepodległości świątynia została rekonsekrowana i zamieniona na kościół katolicki, uzyskała dostojne, harmonijne, pełne ciepła wnętrze.  Stoi wśród starych lip, na polanie pod lasem. Szlachetność nadał jej modrzewiowy szalunek i smukła drewnianą wieżę. Jest piękna.

Tu Komunię św. przyjmuje się tylko na kolanach. Tu wielbi się Matkę Bożą.

Procesja zatrzymała się na rozstaju dróg, pod dużym drewnianym krzyżem z figurą Pana Jezusa. Słońce zachodzi na czystym, różowo fioletowym niebie, krzyż rysuje się na nim ostrą kreską. Przedziwny blask ogarnia wzgórza, pola i las. Jeszcze sto lat temu w tym miejscu stała karczma żydowska; hałaśliwa, rozkołysana, zataczająca się od rana do wieczora. Słynna na całą okolicę. Rozpijano tu miejscowych chłopów. Karczmy już nie ma, jest rumowisko kamieni porośnięte jeżynami, głogiem i tarniną. I ten ogromny krzyż.

Nieopodal przepływa przez las strumyk; jest też źródło zwane „cudownym”. Nad źródłem wznosi się drewniana kapliczka św. Antoniego – z drzwiami, oknami i stryszkiem. Pochodzi z 1802 roku. Ukrywał się tu ranny powstaniec styczniowy. W czasie ostatniej wojny na stryszku mieszkała miejscowa Żydówka, karmiona, odziewana i chroniona przez wieś. Przeżyła wojnę.

Jeden z  przedwojennych proboszczów tej parafii został zamordowany przez Niemców w czasie wojny – strzałem w plecy, a potem w tył głowy – bo nie chciał wydać nazwiska Ukraińca, który – korzystając z opieki okupantów – prześladował go. Zabrał mu też klucze do kościoła, gdzie wtargnęli prawosławni. Ten kapłan Msze św. odprawiał odtąd w kaplicy, którą urządził na plebanii; tu modlił się ze swoimi parafianami. Robił wszystko, by nie antagonizować ludności polskiej i ukraińskiej w tej miejscowości. Nie uląkł się szykan Niemców, nie spełnił żadnego ich żądania. „Posłuszny na głos serca i obowiązku kapłańskiego oddał życie za nieprzyjaciół Ukochanej Ojczyzny”, napisano na jego grobie.

Dużo tych symbolicznych postaci i zdarzeń jak na jedną, tak niewielką parafię… Bo tu jest Polska. Tu klęka się przed krzyżem. Tu ramionami obejmuje się krzyż.

 

Józef Chełmoński – Krzyż przy wiejskiej drodze

 

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.