Polonofil

Od czasu rozbiorów Polski Europa jest w stanie grzechu śmiertelnego, zapisał w swoim Dzienniku Paul Claudel (1868 – 1955) pod datą 15 listopada 1908 roku. Pisarz uważał, że dopóki ten grzech nie zostanie odpokutowany nasz kontynent nie zazna spokoju.

Wydaje się, że francuski twórca lepiej rozumiał duchowy dramat współczesnych losów Europy niż niejeden Polak. Pius XII uznawał Claudela za największego pisarza chrześcijańskiej Francji – jego poematy wojenne w wersji scenicznej prezentowane były w Watykanie w czasie okupacji. Po młodości pełnej buntu ten niezwykle płodny pisarz, autor dramatów granych na najlepszych scenach Europy, doznał nawrócenia – w dzień Bożego Narodzenia, w katedrze Notre Dame w Paryżu. Inspiracją jego najznakomitszych dzieł była miłość do córki oficera powstania styczniowego, Władysława Ścibor-Rylskiego, Rosalie Vetch (poznał ją na statku płynącym do Chin w 1904 roku).

Claudel łączył pisanie ze służbą w dyplomacji; był ambasadorem Francji w Japonii, Stanach Zjednoczonych, Brazylii; konsulem w Chinach, Niemczech, Czechach. Czterdzieści cztery lata spędził w podróży. Był przyjacielem Polski.

 

Paul Claudel

 

Wiele uwagi poświęcił naszemu krajowi w Dzienniku, który pisał przez całe życie. Gdy był ambasadorem w Brazylii pod datą 19 sierpnia 1918 zanotował z dumą:„Uzyskuję od rządu brazylijskiego uznanie niepodległości Polski”. Nie zapomniał zapisać, że w Normandii spotkał się z kard. Hlondem, słuchał w Białym Domu koncertu Paderewskiego, wyprawił się z polskim posłem w Japonii, Stanisławem Patkiem na Fudżijamę. W czasie okupacji niemieckiej w Paryżu, gdy był nękany przez gestapo, zawiesił w swoim gabinecie obrazek Matki Bożej Częstochowskiej.

„Piekło zajmuje się wyłącznie sprawdzaniem formuły Islamu”, zapisał w 1923 roku. Co to za formuła? „Nie ma innego Boga niż Bóg radykalnie oddzielony od całej reszty. Islam ogłosił Boga nieprzekraczalnym. Piekło jest weryfikacją Niebytu (po trosze jak Sztuka)”. Tak ten katolik, nie znoszący mętnej nowoczesnej filozofii, rozumiał całkowitą obcość religii islamskiej. Gruntownie poznał Niemcy. Jego intuicje i świadomość głębokiego powinowactwa między islamem a hitleryzmem znalazły odzwierciedlenie na kartach Dziennika. „(…) Doświadczenie przeprowadzane w nieskończoność nad tym wszystkim, co Bogiem nie jest. (…) Może cechować je beznadziejne piękno. W ten sposób dałoby się pogodzić dogmat o udręce Piekła ze Sprawiedliwością, która domaga się nagrody za cnoty przyrodzone. Dusza na wieczność zapatrzona w stworzenie, którego niewystarczalność wieczyście wyjaśnia Bogu”.

Islam czyli podbój

W roku 1925 Claudel jest ambasadorem Japonii. Pod datą 12 listopada zapisuje: „Widziałem się z L. Massignonem. Przypomina mi, co kiedyś napisałem mu o arabskich sufi. Nie miłość, ale żądza, rodzaj żądzy bez miłosierdzia, żądza »ontologiczna«”. (Sufi – od arabskiego słowa suf, szorstka wełna którą okrywali się muzułmańscy asceci). W 1935 roku wszystko jest już dla Claudela jasne. Islam jest w ekspansji. Pod datą 25 maja notuje: „Przemówienie Hitlera. Stwarza w centrum Europy rodzaj islamizmu, wspólnotę, która poczytuje sobie podbój za rodzaj obowiązku religijnego”. (W przemówieniu wygłoszonym 21 maja 1935 roku, Hitler wypowiedział klauzule Traktatu Wersalskiego dotyczące zbrojeń). 29 marca 1936 roku Claudel zanotował: „Hitler uzyskał jednogłośny aplauz Niemiec ogarniętych maligną radości. To islam”. W 1947 roku, na marginesie dzieła Louisa Massignona Troi Prières d`Abraham, Claudel notuje: „Mahomet: Otrzymałem rozkaz, by walczyć z ludźmi dopóki nie wyznają, że nie ma boskości prócz Boga. (…) Islam… jest jak afirmacją Jedności niepojętej, a zarazem nieprzekraczalnego rozdziału między Bogiem a człowiekiem. Negacja możliwości wszelkiego przymierza”. Tak pisze katolik, który przyjmował naukę Kościoła o tym, że istnieją fałszywe religie. I postanowił zrozumieć, czym jest jedna z nich. Niemcy Hitlera uważał za jedyny europejski kraj, którego pogańskie pierwiastki, jakie w nim przetrwały z powodu nie ukończonej chrystianizacji, spowodowały, że gwałtownie, wręcz z entuzjazmem przyjmowano tu ideologię zaszczepioną przez tchnienie islamu. Przerażały go wpływy hitleryzmu, mentalne i duchowe, w jego ojczyźnie podczas okupacji, zwłaszcza gdy wpływom tym ulegali biskupi Kościoła i wojskowi, którzy otwarcie kolaborowali z Niemcami, dając sobie narzucić prymitywny antysemityzm.

„Ażeby widzieć mamy oczy. Ażeby słyszeć – uszy. Ażeby poznawać Boga, który jest Bytem, mamy naszą egzystencję”, pisał w 1929 roku. „Otóż to stanowi cechę charakterystyczną naszego sposobu egzystowania, że jesteśmy  s t w o r z e n i.  Owo poznanie nie jest u nas odpowiedzią zastygłą w formę numeryczną, geometryczną, nieruchomą jak u minerałów i nie jest rozwojem krótkiej frazy melodycznej jak w królestwie roślin lub zwierząt… To jako skutek istota pierwotna poznaje swoją przyczynę. To jako synowie poznajemy naszego ojca… Jest w nas duch, który powiada: Abba! – to znaczy Ojcze! »Bezbożni opowiadali mi przeróżne historie, ale nic takiego, co byłoby jak   t w o j e    p r a w o!«”. To prawo jest unikalne w świecie religii. Nie pozwala zabijać. Nie pozwala nienawidzić. Nie pozwala zniekształcać prawdy. Pozwala i nakazuje jej bronić. Nakazuje miłować. A to oznacza także – nie być naiwnym i nie być słabym. Być odważnym.

Poeta v. ideolog

„W historii nic nie zaczyna się na nowo i wszystko ma ciągłość”, powtarzał często Claudel. Ten artysta o absolutnym wręcz słuchu, jeśli idzie o rozumienie duchowej treści wydarzeń historii, pojmował inaczej niż wielu współczesnych Europejczyków, artystów i myślicieli, istotę dziejów Polski, państwa walczącego z wrogami w imię chrześcijańskich zasad i nie porzucającego ich dla politycznych czy ekonomicznych korzyści. Rozumiał dogłębnie losy Polski także przez świadomość pewnego, aż nazbyt dotkliwego, kontrastu między jej bohaterską postawą, a tym, co przeżywała Francja podczas ostatniej wojny: hańbą zdrady władz politycznych i wojskowych (również niemałej część hierarchii Kościoła). Wśród kolaborantów z hitlerowskimi Niemcami świecił przykładem Charles Maurras, ideolog nacjonalizmu integralnego. Claudel przez ponad trzydzieści lat zmagał się z żywiołem o nazwie Action Française, na której czele stał Maurras.

 

Charles Maurras i aktywiści Action Française na czele manifestacji, Paryż 1927 r.

 

Action Française broniła – jak twierdziła – Francji (i Kościoła), czyniła to pod hasłami antysemickimi i nacjonalistycznymi. Claudel udowadniał w swoich publikacjach i wystąpieniach, że tego typu „obrona” jest teatrem. Nacjonalizm integralny głosił suwerenność nie narodu lecz władzy politycznej, która reprezentuje naród. Naród zostaje zepchnięty do roli niewolników, niezależnie od tego, ile się wygłasza na jego temat wzniosłych słów. Władza świecka – dla Maurrasa i jego zwolenników władza królewska – staje się rodzajem świętości. Ucieleśnia się w niej pokusa bałwochwalstwa. Odrzucone zostają wszelkie instytucje obywatelskie, wszelkie naturalne struktury samorządowe, które miałyby prawo taką władzę kontrolować, a choćby zadawać pytania i oczekiwać odpowiedzi, podpowiadać lepsze rozwiązania, usprawniać styl rządzenia, pośredniczyć między obywatelami a rządzącymi. Władza w tej wizji znajduje się ponad wszystkim. Ale wtedy, wbrew napuszonym deklaracjom, nie istnieje naród, który mógłby powiedzieć o sobie, że jest narodem chrześcijańskim; nie istnieje wspólnota. Istnieje godny pogardy tłum.

Claudel zauważył, że w toku swojej działalności literackiej Maurras, prowadząc systematyczną kampanię ideologiczną zdołał sfanatyzować znaczącą część klas wykształconych we Francji. „Maurras nie taił nigdy, że jego nadzieje na sukces opierają się nie na aprobacie woli narodowej, lecz bądź na przewrocie wewnętrznym, bądź na klęsce, która przyszłaby z zewnątrz… Nadzieje te o mało nie urzeczywistniły się w roku 1940 i straszna to rzecz stwierdzić, że sukces teorii Maurrasa o mało nie zbiegł się z upadkiem naszej ojczyzny…”. W czasie wojny Maurras współpracował aktywnie z niemieckimi władzami okupacyjnymi; donosił też na Claudela do gestapo. Po wojnie został aresztowany i skazany na dożywocie. Usunięto go z Akademii Francuskiej.

 

Charles Maurras na ławie oskarżonych, Lyon, 1945 r.

 

Ideolodzy podobnej orientacji wiedzą o czymś, co być może uchodzi uwadze większości ludzi dobrej woli, przyłączających się – z najlepszymi intencjami – do tego rodzaju formacji: że zabić katolicki naród można tylko w jeden sposób – rozbudzając w nim nienawiść. Jakikolwiek rodzaj nienawiści. Zarażając go nienawiścią np. do przeciwników politycznych, do innowierców, do innych narodów, do cudzoziemców. Claudel widział tę skrywaną głęboko gotowość do nienawiści – czasem wybuchającą niepowstrzymanym strumieniem najcięższych oskarżeń wobec osób sfery publicznej – u ludzi z grupy Maurrasa. Nienawiść w masce uciśnionej niewinności. Nienawiść, pod pozorem szukania jakiegoś nieistniejącego ideału, „czystości”, w imię wyspekulowanego, odwiecznego (rzekomo) „porządku”. To złudne dążenie musi rodzić nieufność i podejrzliwość wobec każdego. Depcze chrześcijańską miłość i miłosierdzie. Nie pozwala wybaczyć krzywd, prawdziwych czy domniemanych, każdego podejrzanego piętnuje jako „obcego”. Wiara przekształca się w ideologię, gdy doczepi się do niej element „poprawiania świata”, reformowania go, „oczyszczania”. (Np. „likwidowania” elementów niepotrzebnych, zbędnych w tym królestwie ludzkiej pychy, przybytku silnej władzy i doskonale zorganizowanego społeczeństwa).

Gdy chce się „tymi rękami”, bez łaski Boga wybudować królestwo niebieskie, czyli raj na ziemi popełnia się grzech przeciwko Pierwszemu Przykazaniu, popada się w bałwochwalstwo. Na tym polega obłęd ideologii, jakiej hołdował Maurras (u nas jego odbiciem byli w swoim czasie zwolennicy tradycjonalizmu narodowego, m.in. Jędrzej Giertych, choć w wersji nieco złagodzonej polską kulturą). Taką ideologię próbuje się zaaplikować Polakom jeszcze i dziś, poprawioną kosmetycznie i uperfumowaną. „U każdej poszczególnej jednostki niedoskonałość jest doskonałością. Poszukiwanie doskonałości samej w sobie ma coś szatańskiego. Bądźcie doskonali, mówi Ewangelia, ale jak? »Jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski«” (wpis w Dzienniku Claudela z czasów wojny).

 

Paul Claudel

 

Nacjonaliści spod znaku Action Française opowiadali się za ścisłym społecznym porządkiem – wyspekulowanym, nienaturalnym, a zarazem w sposób przemyślny zarekomendowanym wyznawcom. Celem tego specyficznego uporządkowania nie była pomoc komukolwiek w doskonaleniu wewnętrznym, w dojściu do Boga. Celem była potęga świecka, silne państwo prężące muskuły. Silne, nowoczesne, ale… martwe. Bronić Kościoła, katolickości państwa – cokolwiek zwolennicy AF pod tym pojęciem rozumieli – także zamierzali „siłą”: bezwzględnością wobec każdego, kto by stanowił przeszkodę, choćby urojoną. Ci znajdujący się niżej w hierarchii tego ruchu, często szczerzy w swym zaangażowaniu, jakby nie pojmowali, że wszelka nienawiść wobec człowieka, kierowanie się lękiem i uprzedzeniami, wymierzone są przede wszystkim w Boga.

Dlatego „nienawidzić kogoś istniejącego, to chcieć, żeby nie istniał, jeśli to możliwe”, mówił Claudel. A to znieważanie Boga. Plucie Bogu w twarz. „Sartre powiada: Piekło – to inni. A ja powiadam: Nasz Raj to nasi bliźni, oni bowiem trzymają dla nas klucze do Raju”. Paul Claudel ukazywał ideologię Charlesa Maurrasa jako wykwit myśli antykatolickiej i antyfrancuskiej. Ostrzegał przed konsekwencjami, jak mówił, rzekomej rewolucji narodowej, zainaugurowanej przez Vichy, której Maurras dostarczał podstaw ideologicznych i tego, co można by nazwać jej mistyką. Po II wojnie nie chciał objąć fotela w Akademii Francuskiej, o co go proszono, dokąd jej członkiem pozostawał Maurras. Za to wszystko szarpany był przez swego ideowego przeciwnika jeszcze kilka lat po wojnie. Maurras przed swoim uwięzieniem zdążył wytoczyć mu sprawę sądową. Po śmierci Maurrasa w 1952 roku kontynuował ją jego bratanek. Jednym z zarzutów tej rojalistycznej rodziny brzmiał: Claudel miał się kiedyś źle wyrazić o Ludwiku XIV.

Paul Claudel dostrzegał istotne powinowactwo ideowe między filozofami (jak ich nazywano) typu Jean – Paul Sartre i Charles Maurras. Podstawą tego powinowactwa jest ich pogarda dla dzieła Boga, dla stworzenia.

Zerwanie z apostatą

W grudniu 1950 roku Paul Claudel odnotowywał w Dzienniku gwałtowny zwrot w relacjach z księdzem Jean Massin, znanym duszpasterzem inteligencji paryskiej, z którym od wojny łączyła go serdeczna przyjaźń. Historia godna przypomnienia dziś, gdy szerzy się swoista moda na apostazję. Duchowni kuszeni są do wyparcia się wiary apanażami, popularnością, sławą. Każde odezwanie się, a już zwłaszcza osobiste zwierzenie kandydata na apostatę przyjmowane jest jako coś świeżego, oryginalnego i głębokiego. Ludzie, którzy porzucili wiarę, a szczególnie stan kapłański – samego kapłaństwa porzucić się nie da, jest ono niezatartym znamieniem na duszy człowieka – wystawiają się na sprzedaż i stają się bohaterami dnia. Żurnaliści polują na nich jak myśliwi na okazy szczególnie dorodnej fauny. Rzadko jednak słyszy się zdecydowane komentarze do tego typu żałosnych karier. Katolicy wstydliwie odwracają oczy. Króluje pełna hipokryzji delikatność. Bo dziś ważny jest „człowiek i jego godność”.

Paul Claudel nie miał takich problemów. Właśnie zakończyła się wojna. Paryż ogarnięty jest entuzjazmem odzyskanej wolności. 14 lipca 1946 roku Claudel notuje w Dzienniku:  Przepiękny list od księdza Jeana Massin, który chce, żeby go nazywać teraz Janem od Serca Jezusa Ukrzyżowanego. Cierpiał ohydnie, lekarze postawili diagnozę, że jest dotknięty gruźlicą kręgosłupa (…) Pisze, że nigdy nie uzna słowa rezygnacja. Radość i tylko radość. U jego łoża wszelkie rodzaje nawróceń. Piszę do niego. 

22 lipca 1947: Od trzynastego Jean Massin może już wstawać i odprawiać mszę, cały opancerzony ogromną skorupą gipsową. Nazywam go Lwem Judy. Pół roku później pisarz przeprowadza z ks. Massin ważną dla siebie rozmowę o swoim dziele Punkt przecięcia. 14 czerwca 1951 notuje: Grom z jasnego nieba! List od ojca de Menasce donosi mi, że ksiądz Massin jakoby opuścił Kościół na czele mniej więcej pięćdziesięciu młodych ludzi, swoich uczniów. Jezus Chrystus ma już być tylko »Boskim prorokiem«. Piszę do niego natarczywy list. 

 

Paul Claudel

 

29 czerwca 1951: [Jean Massin] powiada mi, że już od lipca 1950 roku (niedługo przed ogłoszeniem dogmatu o Wniebowzięciu) nie wierzy w Kościół rzymski. A 24, w dzień św. Jana, kardynał Feltin nakazał mu zaprzestać wszelkiej działalności eklezjastycznej. Powiada mi, że wszystkie Kościoły zdradziły Chrystusa. Odpowiadam mu z miejsca, że z księdzem apostatą zrywam wszelkie stosunki i wszelki kontakt. 15 września Paul Claudel odnotowuje, że od przeoryszy Institution de la Tour otrzymał wyznanie nowej wiary, nazwane szumnie manifestem Jeana Masina […], w którym ów nieszczęśnik zrywa z Kościołem Rzymskim.

Zawsze ta sama ponura historia 

W listopadzie 1951 roku Massin ogłasza we francuskiej prasie swój manifest i staje się z miejsca bohaterem jednodniówek, ulubieńcem ilustrowanych tygodników. Lewicowy Paryż jest zachwycony, fetuje go i świętuje jego „odzyskanie”. 2 stycznia 1952 Claudel zapisuje: Ksiądz Massin…Oglądamy go za stołem, we flanelowej kamizelce, nad butelką wina, towarzyszą mu zazous i cizie. Ma się ożenić z jedną z nich. Maska zezwierzęcona.  „Trzeba mi religii dla dorosłych, a nie dla dzieci”. Kardynał Feltin ogłasza heretykami członków Wspólnoty Nadziei Chrześcijańskiej [tak się nazwala jego grupa – EPP]. Komunikat kardynała Feltin…ogłasza heretykiem, schizmatykiem i ekskomunikuje ipso facto każdą osobę, która należy do Wspólnoty Nadziei Chrześcijańskiej. (…) owa wspólnota „po dociekliwych studiach nad Biblią uznała za swój obowiązek wypowiedzieć posłuszeństwo Kościołowi Rzymskiemu, który jej zdaniem »skaził Objawienie«. Piszę do „Le Monde`u”, żeby odżegnać się od księdza Massin.

(…)„Panna Brigitte Toulemonde i pan Jean Massin z radością zawiadamiają o swoich zaręczynach”. W tym samym numerze „Le Monde`u” Jean Massin odpowiada mi. Zapomina powiedzieć, w jak ohydny sposób mnie zawiódł, nie budząc we mnie żadnych podejrzeń co do zmiany swoich przekonań, nawet kiedy z pełnym doń zaufaniem posyłałem mu młodych ludzi sądząc, że zdołałby im pomóc. (Paul Claudel ma na myśli młodych chłopców stawiających pierwsze kroki w pisarstwie, na których fatalny, deprawujący wpływ wywierała osobowość André Gide`a, zadeklarowanego homoseksualisty, ówczesnego bożyszcza francuskiej młodzieży). 

W tym samym dniu Claudel zauważył w Dzienniku: Żaden Anglik się nie dziwi, że ta poczciwa kobiecinka, Elżbieta, jest – tak zwaną – głową (head) Commonwealthu i „obrońcą wiary” (!?) z tytułu nadanego niegdyś przez Papieża temu Neronowi, herezjarsze, Henrykowi VIII. 1 kwietnia tego samego roku Claudel poświęcił wpis w Dzienniku polskiej królowej Jadwidze. Nazywał ją świętą (pół wieku przed kanonizacją). Pokazał jak wyrzeczenie się miłości do mężczyzny zaowocowało chrztem Litwy. 29 czerwca: Rocznica apostazji nieszczęsnego Massina. Obecnie żonaty. Był kaleką, zwichnęła go możliwość miłości kobiety.  9 lutego 1954 roku osiemdziesięciosześcioletni pisarz odnotowuje: Jean Massin stał się agnostykiem, jego grupa się rozproszyła, on zaś trudni się tłumaczeniami, by zarobić na chleb… Diabeł nie musiał wysilać wyobraźni. Zawsze ta sama ponura historia.

Nie do zatarcia 

Paul Claudel zareagował także z typową dla siebie bezkompromisowością na fakt ukazania się w wydawnictwie Gallimarda (z którego właścicielem łączyła go przyjaźń, przez lata wydawał tu swoje utwory) książek J. P. Sartre`a i Luisa-Férdinanda Céline`a zawierających bluźnierstwa. Claudel natychmiast wysyła do Gastona Gallimarda list: Mój drogi Gastonie, Przeczytałem właśnie w „Les Nouvelles Littéraires” artykuł Roberta Kempa…. Znakomitego tego człowieka, który oświadcza przecież, iż świętoszkiem nie jest, zemdliło z przyczyny dwóch książek, jednej Céline`a, drugiej – Sartre`a. Ta ostatnia nosi tytuł „Saint Genet, comédien et martyr”, autor zaś przedstawiając nam to indywiduum do admiracji, aplikuje mu ze smakiem, który oceniasz zapewne, teksty św. Teresy i św. Jana od Krzyża. Oba te dziełka ukazały się ponoć u Ciebie. Chciałbym wierzyć, że przyniosą Ci pieniądze. Na nieszczęście nie długo będziesz radował się nimi i, czy to jest przyjemne czy nie, rychło nadejdzie moment, w którym będziesz musiał zdać z nich rachunek. Póki co, nie wiem, czy ucieszysz się na myśl, że kiedy te książki wpadną w ręce Twoim wnukom i prawnukom, zobaczą oni na okładce wielkimi literami wydrukowane nazwisko swego dziadka. Nie do zatarcia. Przesyłam Ci zasmucony ukłon. .

W tym samym czasie sędziwy Claudel toczy ostre ideowe potyczki wokół przyznanej jego dwóm rodakom literackiej nagrody Nobla, wówczas jeszcze tak nie ośmieszonej jak dziś, uznawanej za wielki honor. Ukazywał drugie dno tych laurów. Choć nazwisko Claudel miało wielki blask zawistnicy niezmiennie przypisywali mu niskie motywacje, szydzili z jego „zazdrości”. 6 i 7 listopada 1952 roku to dni, w których Francja jest zelektryzowana faktem przyznania nagrody Nobla pisarzowi Francois Mauriac[1]. Dostojny laureat już następnego dnia, jak nie omieszka zjadliwie zauważyć Claudel, puszcza się na pochwały Gide`a – pisarza[2]. Claudel jest proszony przez  prestiżową gazetę o artykuł o twórczości Mauriaka; odmawia, … powiadając, że nie mogę zapomnieć wyboru, jakim Akademia szwedzka wyróżniła tamtą paskudną osobistość. [A. Gide otrzymał Nagrodę Nobla w 1947 roku- EPP] (…) Francois Mauriac oświadcza, że jest   n a d   w y r a z   dumny, ponieważ otrzymał tę samą nagrodę co André Gide.

Claudel miał dane, jako najsłynniejszy wówczas pisarz francuski, by otrzymać Nagrodę Nobla; dla kręgów postępowych nie do strawienia był jego katolicyzm. Pisze do Mauriaka, prosząc, by nie czynił sobie żadnych wyrzutów w związku z utrąceniem jego kandydatury: Jestem, by tak rzec, skreślony z fundacji. Powody są Ci znane. 5 listopada 1953 Claudel notuje: Pozycja ateistów jest mniej więcej taka sama jak owego więźnia, o którym opowiada Alphonse Allais: umarł z głodu i desperacji, ponieważ nie przyszło mu do głowy, żeby pociągnąć ku sobie drzwi celi, zamiast je pchać.

 

Paul Claudel (w kapeluszu, w środku) ze znajomymi, Paryż, lata 40.

 

Paul Claudel – człowiek pełen prostoty, choć o potężnym umyśle. Po burzliwym okresie uczuciowej namiętności wobec Rosalie ze Ścibor-Rylskich Vetch, troskliwy ojciec licznej rodziny, dla której zakupił zameczek w Brangues w Delfinacie; tam wychowywały się i kształciły się pod opieką domowych nauczycieli jego wnuki.  Zawodowy dyplomata, a niezdolny do posługiwania się sztuką uników i kłamstewek, umizgów wobec silniejszych i wyżej postawionych, czy też do rozsądnych kompromisów, gdy chodziło o prawdę. Narażał się politykom, biskupom i lewicującym prorokom postępu w Kościele, ryzykował, że przestanie się podobać prasie. Niemcy odmówiły rządowi Francji przyjęcia Claudela jako ambasadora, ponieważ nazwał kiedyś Goethego „wielkim uroczystym osłem”. We własnej ojczyźnie rzucano na niego kalumnie, był zniesławiany, upokarzany i przemilczany wtedy, gdy wydawał swe największe dzieła. Zyskał sobie jednak miłość i szacunek tysięcy  rodaków, nawrócił setki ludzi z protestantyzmu. Wśród nawróconych był Henri Bergson, z pochodzenia polski Żyd.

Spostrzega samego siebie

Czy na przykładzie Claudela można określić, na czym polega podobieństwo Polaków i Francuzów?

Francuzi tak jak i my lubią siedzieć przy stole z przyjaciółmi, jeść i gawędzić. Są weseli i dowcipni. Bywają subtelnie złośliwi. Mają dystans do siebie. Potrafią się śmiać z siebie samych, bez rozgoryczenia.

Surrealiści to głupcy, którzy starają się uchodzić za wariatów, zapisał Claudel na jednej ze stron Dziennika. To zdanie przypomina się, gdy patrzy się na współczesną sztukę. Od surrealizmu przeszła do postmodernizmu albo do prymitywizmu. Już nie razi porządnych mieszczan, jak było to w czasach impresjonistów we Francji. Poraża wszystkich. Wali młotem. Wymierza ciosy obuchem. Dlaczego forma jest tak zniekształcona, a treści tak zamazane? To samo dzieje się ze sztuką sakralną.

Chodzi o istnienie, o byt. Człowiek, który stawia się w miejscu Boga zaprzecza swemu istnieniu.  Jest tylko jedno zło: przestać istnieć. Zło jest zaprzestaniem istnienia. Spostrzega samego siebie, gdy tymczasem wcześniej widział tylko Boga [poznanie w raju przez pierwszych rodziców] (…) Zjadł nie tylko miąższ, lecz i nasienie, poznanie całego smaku, wszelkiej rzeczy względem samego siebie (notatka w Dzienniku).  Gdy Ewa w raju zjada owoc przestaje uważać Boga za cel, za cel uważa samą siebie…, przypomina Claudel.  Z chwilą, gdy człowiek spożył wiedzę, umrze, bo spostrzeże swój wstyd (…), to, przez co jest wieczny, przez kogo istnieje tylko czas jakiś.

 

Paul Claudel pod koniec życia przed swoim domem w Brangues

 

Kiedy poznanie Boga jest zniekształcone, nieuchronnie zdeformowany zostaje język, w którym się do Niego zwracamy. Ale także i język, w którym mówimy o Jego dziele, o stworzeniu. I język, którym mówimy ze sobą. Forma artystyczna – niegdyś doskonała albo zmierzająca ku doskonałości – staje się kaleka, niewyraźna, mętna. Kształt rozpływa się, przedmiot traci swoją wagę, rozpada się. Język większości współczesnych artystów to wystudiowany język wtórnych analfabetów. W betonowej dżungli wielkiego miasta czują się jak u siebie, w buszu… Podobnie rzecz się ma z językiem współczesnej sztuki sakralnej (poza wyjątkami), która rezygnuje ze związku z filozoficzną i religijną prawdą o Bogu. Dobrze zjawisko to pokazują także dziwactwa i wynaturzenia współczesnej liturgii. W zamian odnotowane zostają (tak w sztuce jak w liturgii) nieustające oferty świata. Ciągły kontakt ze światem, gorąca linia:  zawartość tygodników, kanały TV, dowcipy z radia, krzykliwość reklam, wulgarność anonsów. Być wciąż czymś zajętym, oglądać coś nowego, ekscytującego, ekstremalnego; być bezbarwnym turystą, widzem, konsumentem, komentatorem – to aktualna propozycja dla tych, którzy zajęci byli niegdyś kontemplowaniem Boga.

Być w tyglu nieustannej aktywności, nieustannego dziania się. Patrzeć na widowiska, na spektakle, gesty, naśladować je. Widzieć tylko aktorów poprzebieranych wciąż w nowe stroje. Udawać razem z nimi. Dziwować się. Lekceważyć swoje istnienie. Zabijać się… Bóg nie ma żadnych ofert. Mówi: „Jeżeli chcesz…” On sam człowiekowi wystarcza. Mieć Boga, poznawać Go i wielbić, to mieć nieustający kontakt ze światłością. W niej odpoczywa umysł i serce. Nawrócony w Boże Narodzenie 1886 roku Paul Claudel był już w pierwszej połowie ub. wieku świadomy nawałnicy zniekształceń nadciągającej na nasz świat duchowy. Świat katolickiej kultury i cywilizacji.

Początkiem wszystkiego jest poczucie absolutnie szczere, ściśle określone i pozytywne mojej  n i c o ś c i   i  nieobecności we mnie wszelkich przymiotów. Głęboka tajemnica! Tylko wśród tej nicości Chrystus przyjdzie do nas, zapisał Claudel w Dzienniku. O tym mówi jasno tradycyjna nauka i liturgia Kościoła. O tym mówi także wygląd średniowiecznych katedr. A jednak od początków dziejów Kościoła – tak jak od początku świata – kiełkowała w niektórych umysłach idea: być jak Bóg… Kto szydzi, ten jest bliski zgrzytania zębami, przestrzegał Claudel. Kto natrząsa się z tych pradawnych prawd, jakimi żyją ludzie poczciwi, przypomina właściciela burdelu, który wyśmiewa starą wieśniaczkę. Pomysł, by określić świat stworzony przez Boga jako miejsce, gdzie trzeba przeprowadzić korektę, gdzie nie wszystko jest doskonałe, lecz może dopiero stać się czymś takim na drodze ewolucji, postępu, reformy, jest szyderstwem z Boga. Wszak to nie przyroda ewoluuje, to Bóg rozwija swój zamysł we wszystkich szczegółach, jak zauważa pisarz. Podobnie szyderczy jest pomysł, by uznać, że dogmaty Kościoła ewoluują. Że można je dowolnie zmieniać, modyfikować, przycinać. Dla podkreślenia własnej świetności, dla uczczenia własnego rozumu, dla zaspokojenia rozszalałej wyobraźni.

Dlaczego ludzie są dziś tak bierni, obojętni, apatyczni i zmęczeni?

— zastanawiała się przed kilku laty moja znajoma. A ktoś z moich przyjaciół w przygnębieniu oczekiwał – było to jeszcze na początku lat 90. – na nieuchronne, jego zdaniem, w miarę postępów transformacji, i odpowiadającej jej kultury, zaaplikowanie u nas czegoś, co kojarzyło mu się z przytłaczającą pustką. Z nudą, jaka ogarnęła wcześniej ludzi wygodnie żyjących w krajach Zachodu, nudą przyprawiającą o ból zębów, głowy, o prawdziwe nudności. Podobną do waty cukrowej zapychającej usta, niszczącej wszelkie przejawy żywotności. Ta nuda dziś to także zalew słów pozbawionych znaczenia.

Żaden błąd trwały nie jest. Wśród milionów trudności, kruczków, sofizmatów, matactw i kłamstw, najmniejsza prawda i tak pozostaje w całości tym, czym była – Claudel zawsze podkreśla wagę cywilizacyjnego doświadczenia, łacińskiej kultury, filozofii realistycznej. Ale z tym musi iść w parze czujność rozumu. Wszelka rutyna jest wrogiem prawdy. Porządek hierarchiczny jest jasny. Najpierw Bóg, potem człowiek. Najpierw Słowo, Słowo, które jest Bogiem. Potem – nieskończenie długo potem – nieporadne słowo człowieka. Nigdy nie może dojść do jego skrzyżowania ze Słowem Boga. Autorytet człowieka i instytucji można nadużyć, łatwo go wykorzystać przeciwko prawdzie. Ta pokusa zawsze towarzyszyła ludzkości. Dziś, dzięki znajomości technik oddziaływania na ludzkie masy, ucieleśnienie tej pokusy jest z dużym powodzeniem i bardzo szeroko praktykowane. Jego owocem jest infantylność ludzi i całych społeczności.

Dla osób infantylnych i społeczeństw infantylnych rzeczywistość jest niczym zastawiony wszelkim dobrem stół.  Ugina się on pod przystawkami, daniami głównymi i deserami. Czego tam nie ma! Wystarczy sięgnąć. Wszystko pyszne, wszystko bawi i podnieca. Wszystko jednak w bezładzie, utytłane w sosach, porozrzucane, ponadgryzane. Szybko okazuje się, że jedzenie tak wymieszane nie zaspokaja głodu, nie sprawia przyjemności, przyprawia o mdłości, odbiera apetyt.

Dziś wielu ludzi wybiera coś nie wiedząc, dlaczego. Nie wie też, po co. Proponowane jest im wiele rzeczy, wiele dóbr. Asortyment szeroki jak nigdy. Wszystkie jednak z tego samego poziomu. Wszystko się tu miesza i potęguje chaos w umyśle. Ponieważ wybór świadomy i logiczny stał się niemożliwy, spryciarze uczą się, jeden od drugiego, jak podejść człowieka, by sięgnął po tę właśnie rzecz, którą zamierzają mu sprzedać. Z korzyścią dla siebie. Z jego stratą.

Aż do „nadczłowieka”

Te wszystkie zjawiska mają wspólny mianownik. Pan, na którego widok wiemy od razu, że nie znać go wcześniej było błędem niewybaczalnym – tak o Chrystusie mówi Claudel. Rozpoznać Chrystusa nie jest trudno, gdy jest się z narodu katolickiego, który ma historię tysiącletnią jak Polska i tysiąc pięćsetletnią jak Francja. Nie można się tylko dać zastraszyć temu, kto chciałby być jak Bóg, a może być tylko małpą Boga. I trzeba mieć pokorę. Pokory uczy nas nasza Królowa. Ona jest największą specjalistką, rzec by można, od radzenia sobie z błędem. Przy Niej kłamstwo pęka jak stara purchawka trącona nogą, z dymem i smrodem.

Katedry średniowieczne nie przypominały kamiennego kręgu. Wspinały się, wyżej i wyżej. Jeszcze smuklej, jeszcze bardziej strzeliście! Sama obecność w nich człowieka prowadziła go ku Bogu. System wartości, który ma charakter horyzontalny nie skłania człowieka do działania, przeciwnie – blokuje działanie człowieka, niszczy jego twórczość. Jeśli wszystkie dobra znajdują się na tym samym poziomie, nie są uporządkowane hierarchicznie, żadne nie znajduje się na szczycie, to jesteśmy w pułapce. Nie mamy ruchu. Pułapkę można nazwać bardzo pięknie: cywilizacją miłości, królestwem praw człowieka… Jeśli jednak nie potrafimy wybrać, która z proponowanych wartości, które z dóbr jest cenniejsze, musimy trwać w bierności, celować na oślep. Wtedy człowiek nie może myśleć twórczo, przeżywać swojego życia celowo. Jest smutny i zgorzkniały, choć na zewnątrz – wiecznie pożądający rozrywek, skłonny do zabawy, stale uśmiechnięty .

Znajoma, która drżała dwadzieścia lat temu przed nadciągającą na Polskę nawałnicę nudy, duchowego i intelektualnego rozleniwienia i wyjałowienia, oraz pani, którą przed kilku laty przerażała bierność Polaków, zwłaszcza młodych, to osoby, które nie opychają się bagietkami, choć bagietki są smaczne, miękkie, puszyste, tanie; dostępne na każdym rogu i zawsze ładnie zapakowane. Wolą czarny chleb. Rozmowa z nimi sprawia radość. Są pogodne i wesołe, choć nie ubywa im lat. Chodzą wyprostowane, patrzą w obłoki, oglądają wierzchołki drzew. Gdy proszony obiad okazuje się nudny, zajmują się z miejsca pomocą gospodarzom przy podawaniu do stołu, niańczeniem dzieci i sprzątaniem, podśpiewując przy tym

 

Zameczek Paula Claudela w Brangues, w Delfinacie

 

Gdy człowiek stawia siebie w miejsce Boga, pozostawia tych, którzy mu wierzą w bardzo niezręcznej sytuacji. Muszą wziąć jego pychę za miłość do nich. Jest im jednak wstyd, bo czują fałsz i nie chcą patrzeć jemu i sobie w oczy. Niektóre wady, zauważa Claudel, dają o sobie znać czynami oddzielnymi i ściśle określonymi, na przykład łakomstwem, rozpustą, przypływami gniewu. Ale pycha to rodzaj stanu nieprzerwanego, permanentnego, to habitus, który przejawia się irytacją na to, co mu się sprzeciwia, bądź uciechą z tego, co mu sprzyja. Przypomina instynkt samozachowawczy. Antyreligijna i antyspołeczna. Może dlatego, im więcej z najwyższych ambon mówi się o pokoju, tym bardziej ludzie są zdenerwowani, a wręcz wściekli na siebie. Czy absurdalne wywyższenie człowieka może zrodzić coś innego? A wszystko to zawsze pod hasłami postępu, rozwoju, ewolucji, edukacji, godności człowieka i jego rzekomo najważniejszych na świecie praw. Claudel dostrzegł niebezpieczeństwo już w I połowie XX wieku. Przyjęcie horyzontalnego systemu wartości przez człowieka oznacza nade wszystko: coraz mniej Boga. Coraz mniej rozumienia, co jest czym. Coraz mniej pokarmu dla duszy, coraz więcej człowieka biologicznego. Aż do nadczłowieka, no bo przecież ktoś musi znaleźć się nad… – by możliwe było jakiekolwiek działanie..

Pokój! Pokój za wszelką cenę

Takie jest hasło dnia. Maska uśmiechu przylepionego do twarzy nazwana zostaje miłością – nie bez związku z pokojem. Pan Bóg pokazuje jednak, czym jest to coś, górnolotnie i pochopnie nazwane cywilizacją miłości. Miała być pełnia pokoju i miłości. A jest?… Ludzkość znajduje jedność tylko w Bogu. Wszystko, cokolwiek w nią [jedność] uderzy, składa świadectwo dzieląc się, mówił Claudel

Claudel zapisał w Dzienniku myśl Sołowiowa: Bóg czyni się człowiekiem w momencie, kiedy człowiek wraz z Cezarem czyni się Bogiem. Dziś ponownie człowiek pragnie się uczynić Bogiem. Przylepia mu się uśmiech i ogłasza „symbolem pokoju” – dla całego świata. Ale niby dlaczego pokój, skąd pokój, skoro nikt już nie pamięta, kim jest Bóg? Chrystus na krzyżu wznosi ramiona do Boga i otwiera je człowiekowi, prziypomina pisarz. Katedra pomaga wznosić duszę do Boga. Kamienny krąg, budowla przypominająca basen lub salę konferencyjną, gdzie w centrum znajdują się ławki, żadnego wznoszenia nie ułatwi. Centralne miejsce w świątyni dla ławek i przyobleczonych w purpurę tronów? Jak Bogu oddawać należną Mu cześć w takim miejscu?

23 kwietnia 1953 roku Claudel notuje: W nasze serca Ewangelia ma wkraczać całkiem nago, nie kłaniając się nikomu, nie licząc się z nikim, ktokolwiek by to był, ma wkraczać boso, żeby nic nie mąciło kontaktu, bez sakiewki, to znaczy bez nadziei na wynagrodzenie, bez worka, czyli myśli o tym, żebyśmy zachowali coś z naszego dawnego stanu. (…) Bóg płaci swoją walutą, to znaczy wiecznością. (…) Co zaś do protestantów, żydów i pogan, oni również, chcą czy nie chcą, otrzymają zapłatę, na jaką zasłużą, w większości wypadków na tym świecie. Receperunt mercedes suam. To, co posiali na ziemi, zbiorą na ziemi

 

Najświętsze Serce Jezusa – mal. Girolamo Batoni

 

Czy to nie zdumiewające, że pierwsze objawienie Serca Jezusowego miało miejsce we Francji, sto lat przed rewolucją, w Paray – le – Monial, a wraz z nim, żądanie, by Francja oddała się Najświętszemu Sercu; drugie zaś – w Polsce, tuż przed ostatnią wojną, gdy Europa, a wraz z nią cały świat, chorowała już ciężko; śmiertelna gorączka ogarnęła Rosję i całe Niemcy… Czy z powodu owego grzechu śmiertelnego, o którym pisał Claudel?

Niepozorną zakonnicę z klasztoru na północy Francji, Marię Małgorzatę Alacoque, Chrystus prosił, by dotarła do Króla Słońce, by Francję obronić mógł przed wrogami duszy symbol Jego Najświętszego Serca. Pielęgniarkę z Krakowa, Rozalię Celakównę – którą pomiatano, upokarzano na wszelkie sposoby w jej miejscu pracy, robiono z niej sprzątaczkę, przypisywano chorobę psychiczną – Chrystus osobiście poprosił, by Polska przeprowadziła Intronizację Jego Serca. By nasz kraj przyjął Go jako Króla, który tu będzie niepodzielnie panował.

Jest w tym tajemnica. Kto ją zrozumie…

___________

Cytaty za: Paul Claudel: Dziennik 1904-1955. Wybór, przekład i słowo wstępne Juliana Rogozińskiego, Warszawa1977. 

[1] François Mauriac – pisarz bliski protestantyzmowi, po drugiej wojnie skłaniający się ku marksizmowi kulturowemu w ówczesnym, jeszcze soft wydaniu.

[2] André Gide – autor m.in. Immoralisty, Lochów Watykanu, prekursor ruchu homoseksualistów we Francji, sympatyzujący otwarcie przez pewien czas z komunizmem sowieckim. Komentarz Claudela nt. przyznania mu nagrody szwedzkiej Akademii: André Gide otrzymuje literacką nagrodę Nobla. Oto hołd oddany moralności przez protestantyzm (po dyplomie doktora honoris causa uniwersytetu w Oxwordzie). 4 800 000 franków. (…) O szóstej herbata u pani Carasso. Szwedzki attaché kulturalny, wykrygowany i wesolutki, podchodzi do mnie i pyta, czy cieszę się z przyznania nagrody Nobla [Gide`owi]. Krew mnie zalewa i mówię mu, co myślę. (Dziennik, 1947 r.) W innym miejscu Dziennika: Opaska na ohydnej książce, w której André Gide opowiada o swoich wyczynach pederasty: „Nagroda Nobla, 1947”.

_____________

Nieco krótsza wersja tekstu opublikowana została w tegorocznym lipcowo – sierpniowym numerze miesięcznika „Nowe Państwo”

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.