Odsłona Gietrzwałdu (IV)

Posted on 4 września 2017 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Ona zmiażdży głowę węża

“…. jesteśmy ludźmi głęboko bezbożnymi, tak bezbożnymi, że niemal nie zdajemy sobie z tego sprawy, podobnie jak ludzie, którzy leżą w rowie każdej nocy, nie zauważając już smrodu swych brudnych i podartych ubrań. Posunąłbym się nawet do twierdzenia, że bezbożność jest zasadniczą cechą współczesnego życia: jego ekonomii, polityki, (…) edukacji, egzystencji niewielkich i porozbijanych rodzin”, pisze współczesny amerykański pisarz i nauczyciel akademicki Anthony M. Esolen.

“Bezbożność jest jak choroba, która rozpoczyna się od postawy względem naszego doczesnego ojca, a kończy na postawie braku uszanowania wobec Boga”. Brakuje nam dziś naturalnej siły, która płynie z cnoty pobożności – cnoty, która nie dotyczy tylko życia religijnego –  także w Polsce.

Stare katechizmy nauczały wymagań, których przyjęcie jest wynikiem praktykowania tej cnoty. Chodzi nie tylko o modlitwę, nie tylko o różaniec i chodzenie do kościoła, ale o wypełnianie obowiązków względem swego ojca, kraju, przodków. Gdy znika pobożność, w tym szerokim znaczeniu słowa, nie rozumiemy, dlaczego mamy szanować naszego ziemskiego ojca, nawet wtedy, gdy jest niedołężny i półprzytomny, dlaczego nie możemy opluwać naszego kraju, szydzić z naszych przodków.

Gietrzwałd w drugiej połowie XIX wieku był miejscem, w którym kwitła naturalna pobożność. Mała parafia – dzięki obecności w niej pasterza dusz – była wspólnotą. Dzieci posiadały rzadki dziś dar:  niewymuszone posłuszeństwo wobec rodziców. Księży i ludzi starszych otaczano szacunkiem. Kultywowano polskie i religijne tradycje, pomimo zaborów i germanizacji. Rodziny nie były rozbite, sąsiadów traktowano jako danych od Boga.

Ale także i tu zdarzały się pijaństwo, kradzieże i nierząd. Tak jak wszędzie, nie była to bowiem wyspa ludzi bezgrzesznych.

Przyjście Matki Bożej w 1877 roku właśnie tu, do polskiej wioski, która nigdy nie znalazła się pod wpływem protestantów  – była częścią “Świętej Warmii”, diecezji, którą władał niegdyś kard. Stanisław Hozjusz, niezwykle pomysłowy i dowcipny “młot na heretyków”, inicjator Soboru Trydenckiego – nie miało w sobie niczego przypadkowego. Tak jak i Jej przyjście do Fatimy, trzydzieści lat później, i do Lourdes w 1858 roku, i do La Salette w 1846 roku. Lourdes należało kiedyś do człowieka, który przyjął religię muzułmańską. W 788 roku nie chciał on uznać władzy Karola Wielkiego, ale na wezwanie biskupa Le Puy – gdzie znajdowało się najstarsze we Francji sanktuarium Maryjne – pojawił się u niego i ujęty jego prośbą przyjął poddanie się “Dziewicy, która jest najczystszą i najpiękniejszą ze wszystkich dziewic, Królowej Niebios”. Ofiarował Jej swoją duszę i ciało wraz ze swoją posiadłością. Na Jej cześć przyjął imię “Lourdus”, po arabsku róża. Maryja objawiła się tam tysiąc siedemdziesiąt lat później, w grocie nad rzeką Gave, ponad łąką, którą niegdyś Jej ofiarowano. Na terytorium, które było Jej prawną własnością.

 

Jean-Francois Millet - Modlitwa

Jean-Francois Millet – Modlitwa

 

Bismarckowi bardzo przypadły do gustu rosyjskie sposoby wypychania Polaków z ziem im zabranych. Wydał rozkaz, że wszyscy poddani austriaccy lub rosyjscy polskiej narodowości, mają się z Wielkopolski wynosić. „(…) trzydzieści tysięcy ludzi musiało porzucić czy ziemię, czy handel, czy obowiązek (sposób do życia, jaki kto miał) – i wynosić się w świat” (prof. Stanisław Tarnowski, rektor UJ). Tych, którzy tego nie czynili, natychmiast aresztowano. To z tego czasu pochodzi brawurowa ucieczka generałowej Władysławowej Zamoyskiej, przez okno swojego zamku w Kórniku, w nocy, by ujść przed więzieniem, a potem jej wielomiesięczna tułaczka po różnych miejscach na terenie zaboru pruskiego i austriackiego – by w końcu osiąść w Zakopanem i tu założyć Szkolę Domowej Pracy Kobiet, odpowiedź tej wielkiej pani na germanizację i rusyfikację prowadzoną planowo na ziemiach polskich.

Wobec pomysłów Bismarcka Polacy nie byli nigdy bierni. Organizowali się, wymyślali fortele, walczyli. „Nigdy nie stosowałem przeciw Polakom metody ognia i miecza, jak oni na Kresach wschodnich”, bronił się z kolei Bismarck, udając, że z Polakami walczył tylko przy pomocy „prawa i cywilizacji”. Ale nawet sami Niemcy zaczynali mieć dosyć tych „cywilizowanych” metod. Głownie niemieccy katolicy, ale jednym z głównych antagonistów „Żelaznego Kanclerza” stał się także Rudolf C .Virchof, medyk i antropolog, propagujący ideę zjednoczenie Niemiec w oparciu o nurty świeckiej, humanistycznej, ateistycznej kultury, bardzo wtedsy w Niemczech popularnej. Zaniepokojony nieustannym oporem ze strony polskiej społeczności Bismarck doszedł wreszcie do wniosku, że ostatecznie poradzi sobie z Polakami, gdy cała ziemia zaboru pruskiego przejdzie w ręce niemieckie. Pod jego namową Wilhelm I zażądał od sejmu pruskiego stu milion marek „na wykupienie ziemi od Polaków i osadzenie na niej kolonistów Niemców – sposób, który przy naszym lekkomyślnym usposobieniu okazał się niebezpieczny; zadłużeni właściciele ziemscy sprzedawali majątki komisji kolonizacyjnej” (prof. Tarnowski).

„Cała ta arogancka, nadęta junkeria pruska”, tak Polacy z drugiej połowy XIX wieku określali kulturową i polityczną formację popleczników Bismarcka. Grupie tej, ściśle podporządkowanej Kanclerzowi, przypisywano sprawstwo faktu, że wielkie mocarstwa europejskie, Anglia i Francja, wycofały się z poparcia sprawy polskiej w 1863 roku. Obawa Prus, że kraje te czynnie będą wspierać Polaków walczących w powstaniu styczniowym przeciwko Rosji, była czymś jak najbardziej uzasadnionym. Obawiała się też tego poparcia panicznie Rosja „Sumienie ludzkie było wtedy czulsze jak dziś: opinia publiczna w Europie była uczciwsza. Dobre prawo Polski a niegodziwe postępki Rosyi były powszechnie rozumiane i uznane”, zaznacza Tarnowski. „Toteż kiedy powstanie wybuchło, wszyscy ludzie uczciwi życzyli mu dobrze, a objawiali to tak wyraźnie i silnie, że nawet rządy musiały iść za ich głosem”.

 

Powstaniec styczniowy

Powstaniec styczniowy

Francja, Anglia i Austria próbowały stosować presję dyplomatyczną wobec Rosji, adresując do niej noty, których ton był pełen najwyższego niepokoju. „Rosja odpowiedziała hardo, że to jej wewnętrzne sprawy”. Tylko Napoleon III zdobył się na osobistą odezwę do państw europejskich, w której ujął się za sprawą polską.

Celem Bismarcka, wówczas posła pruskiego we Frankfurcie przy Rzeszy Niemieckiej, potem przy dworze rosyjskim w Petersburgu, było wzmocnienie Prus, najmniejszego i najsłabszego państwa wśród pięciu wielkich państw europejskich, jak przypomina prof. Tarnowski, kosztem Austrii, a następnie zjednoczenie Niemiec pod zwierzchnictwem protestanckich Prus. Środkiem do tego była tajna współpraca z Rosją i obietnica poparcia jej interesów w sprawie polskiej, a zarazem wspólna gra przeciw Austrii. Bismarck wywarł skuteczną presję na rząd angielski, wykorzystując zapowiedź odebrania Danii prawa do Szlezwiku i w rezultacie przyłączenia go do Niemiec – dałoby to Niemcom przewagę w rejonie wybrzeży portowych i faktycznie osłabiło hegemonię Anglii na morzach. Anglia wycofała się z poparcia dla Polaków walczących w powstaniu styczniowym, nic na tym zresztą nie zyskując; rok później Prusy wydały wojnę Danii o zamieszkany przez Niemców Szlezwik – i wygrały ją.

Po zakończeniu wojny francusko-pruskiej (1871 rok) Bismarck przystąpił do rozprawy z Kościołem katolickim w Niemczech, ze szczególną jednak zawziętością zwalczał go na ziemiach polskich. Dążył do złamania niezależności Kościoła, by uczynić go uległym narzędziem w ręku pruskiego rządu. Dodatkową motywacją Kanclerza była niechęć do Polaków w zaborze pruskim, głównie do polskich księży.

To na rozkaz Bismarcka dzieci nie mogły uczyć się w szkołach po polsku, także nauka katechizmu miała odbywać się po niemiecku. Rezultat końcowy tych działań, przemyślanych w każdym szczególe, z iście niemiecką precyzją, okazał się jednak co najmniej wątpliwy, z punktu widzenia interesów niemieckich: niebywała solidarność, jaka zapanowała między polską szlachtą, ludnością miejską, rzemieślnikami i chłopstwem, wspieranymi przez duchowieństwo, spowodowała upadek niemieckiej warstwy rzemieślniczej i kupieckiej w Wielkopolsce, zmusiła większość z nich do wyjazdu w głąb Niemiec. Bismarck wpadł we własne sidła, zwrócili się przeciw niemu wszyscy katolicy w Niemczech. Kościołowi nie udało się wprawdzie doprowadzić do powrotu do swoich diecezji wypędzonych hierarchów (m.in. arcybiskupa Mieczysława Ledóchowskiego, prymasa Polski, z Poznania, po dwuletnim więzieniu go – za to, że nie zgodził się, by nauka religii odbywala się w języku niemieckim – który został w Rzymie i któremu przyznano kapelusz kardynalski), ale mianowano następnych. Represje antypolskie trwały jednak nadal. Aż do dymisji Kanclerza.

Kard. Mieczysław Ledóchowskii, Prymas Polski

Kard. Mieczysław Ledóchowskii, Prymas Polski

Dla wielu jego rodaków, szczycących się przeświadczeniem, że Niemcy to naród wyjątkowy, naród filozofów, artystów i poetów, Bismarck był typem mało pociągającym. Zbyt prymitywny, zbyt jednoznaczny; siła, którą reprezentował wydawała się trywialna, a wręcz prostacka.

Jeden ze współczesnych polskich historyków uważa, że stosunek Bismarcka do Kościoła nie był spowodowany jego protestanckimi „negatywnymi emocjami” wobec katolicyzmu, nie był też wynikiem mściwości, bowiem Bismarckowi po prostu kwestie religijne były zupełnie obojętne; pietyzm zainteresował go przelotnie, tylko dlatego, że był wtedy zakochany. Głównym przedmiotem jego kampanii wojennej była tak naprawdę katolicka Bawaria, której odrębność wynikała z wierności Rzymowi. Im mocniej gnieciona, tym silniej rozwijała się tu Katolicka Partia Centrum, z jej nieformalnym szefem, hanowerczykiem, prawnikiem Ludwikiem Windthorstem (zdaniem pisarza i historyka Golo Manna “najgenialniejszym parlamentarzystą, jakiego kiedykolwiek posiadały Niemcy”). Bismarck nie znosił go i traktował jako osobistego wroga. Windthorst odnosił się do Polaków z sympatią i szacunkiem, blisko współpracował z nim w Parlamencie Ferdynand Radziwiłł. “Nienawiść jest równie wielkim bodźcem do życia jak miłość”, pisał Bismarck. „Moje życie utrzymują i upiększają dwie rzeczy: moja żona i Windthorst. Ta pierwsza jest do miłości, ten drugi do nienawiści”.

Żelazny Kanclerz wiedział jednak wystarczająco dobrze, że oczerniając nasz naród, tak mocno ukształtowany przez katolicyzm, zniesławia kraj, z którego wywodzi się nie tylko wielu wybitnych hierarchów Kościoła, ale ludzi nauki, bohaterów zwycięstw militarnych oraz rzesza artystów podziwianych w krajach Zachodu. Wszyscy byli katolikami. Pogarda Bismarcka dla Polaków brała się jednak stąd, że utożsamiał nasz narodowy charakter – tak jak wielu protestanckich Niemców – ze słabością, nieporządkiem i marzycielstwem. „Gdyby Żydom dano możliwość emigrowania z Poznańskiego w głąb Niemiec, nie skorzystaliby z niej masowo, gdyż beztroska polskiego charakteru w odniesieniu do spraw tego świata uczyniła z Polski eldorado dla Żydów”, mówił na Zjednoczonym Sejmie Pruskim w 1847 roku).

Również Hitlerowi zupełnie nie odpowiadała spokojna koegzystencja na naszych ziemiach katolików i wyznawców judaizmu. Polacy byli zbyt wyraziści, kłuli w oczy, dokuczali swoją innością. Byli ślepi i głusi na rozkazy i polecenia tych, którzy uważali się tu za panów. To musiało boleć. Zdawali się wciąż słuchać innego głosu.

 

Fresk w Sanktuarium w Gietrzwałdzie przedstawiający objawienie Matki Bozej w 1877 r.

Fresk w Sanktuarium w Gietrzwałdzie przedstawiający objawienie Matki Bożej w 1877 r.

Zdaniem wielu Niemców, tak samo jak i Rosjan, katolicyzm Polaków i ich patriotyzm jako jego skutek, to dzikość, nieobliczalność, nieokiełznanie, niedojrzałość i bałagan. To prowokacja. Tak często recenzenci naszych dziejów bywają jednak ofiarami własnych namiętnościami i hołdują naturalistycznym odruchom (Bismarck był znany także ze swego obżarstwa). A mimo to uważają, że polskim katolikom „potrzeba oświecenia” – uporządkowania, uładzenia, przekształcenia. Jakiejś generalnej reformy, naprawy, ujednolicenia, wyprostowania. Polacy są zbyt różnorodni, zbyt wewnętrznie bogaci. Są naprawdę wolni, a to zawsze napawać musi trwogą. Nie wiadomo, co jeszcze wymyślą, do czego dojdą, na co im się szerzej oczy otworzą. Co dostrzegą, z tej swojej dziwnie rozległej perspektywy. Niebezpieczni. Są w stanie rozsadzić każdy porządek cywilny! Potrzebne jest – dla bezpieczeństwa obywateli – którzy pragną porządku (opartego na wizjach Lutra i Hegla) – by wyszli wreszcie z tego stanu harmonii z Bogiem, do jakiego skłania ich wiara. By zrezygnowali z niego – dobrowolnie lub siłą.

 

 

Tą siłą, której Bismarck nie potrafił ani zrozumieć, ani przełamać, była w Polakach ich głęboka pobożność. Oznaczająca szacunek i miłość zarówno do Ojca w niebie, jak i ojców i matek ziemskich, do własnych przodków, do własnego kraju. To z tego powodu młodzi Polacy zawsze gotowi byli chwycić za broń, by walczyć o wolność Ojczyzny. Gdyby nie byli w ciągu wieków zdolni do tej służby, podporządkowania się starym i niezmiennym prawom i obyczajom, nie zachowywali tradycji i języka, ich kraju i ich narodu dawno nie byłoby.

Wszystkich ludzi bezbożnych – także protestantów, którzy jako spadkobiercy Lutra utracili więź z Kościołem – niepokoi w najwyższym stopniu zdolność Polaków do ofiar, w tym do męczeństwa, wcale nie w imię romantycznych porywów, jak zawsze sugerują, lecz w Imię Chrystusa. A ta zdolność wypływa z przyjęcia prawdy o wolności. „Nie można nazwać wolnością stanu, w którym ktoś nie czyni dobra, które mu się podoba, a popełnia zło, którym się brzydzi”, przypomina Nicolas Grou TJ.

Bismarck musiał więc stwierdzać z rezygnacją: „Nie pozostaje nam nic innego, jak ich wytępić”.

„Protestantyzm nie jest w istocie religią, ale filozofią opartą na zasadzie wolnej interpretacji”, pisze ks. Yves le Roux FSSPX. A zasada wolnej interpretacji wyraża „absolutną wyższość rozumu nad wszystkim innym, nawet w sferze religijnej. (…) Rozum może osądzać wszystko, jest bowiem suwerenny i niezależny. W ten sposób rozum staje się źródłem porządku, zamiast być instrumentem nakłaniającym nas do podporządkowania się dyscyplinie danej nam przez Boga”.

Przybycie Matki Bożej w 1877 do Gietrzwałdu i ukazanie się wiejskim dzieciom ujawniło przy okazji prawdę, jak bardzo umysł niemiecki jest chory.

 

Sanktuarium w Gietrzwałdzie

Sanktuarium w Gietrzwałdzie

Nie jest wykluczone, że Bismarck, który pod koniec życia egzystował w przepychu, ale i w poczuciu klęski, zdawał sobie z tego sprawę. Nadal uwielbiany przez społeczeństwo, odczuwał jednak dotkliwie niechęć cesarza i jego otoczenia. Ci, na których zależało mu najbardziej zaczęli okazywać mu lekceważenie, pomniejszali jego osiągnięcia, bywali małoduszni i złośliwi. W tym czasie Kanclerz mógł tylko pisać wspomnienia, zajmować się ustawianiem nagrobków swoich nadzwyczajnych psów i niezrównanego konia Schmetterlinga w parku przy pałacu w Warcino oraz pilnować właściwej temperatury wokół trumny żony, by nie rozkładało się jej ciało.

Nie jest bezpiecznie wpatrywać się w ziemskie piękno, piękno stworzeń, przypomina kard. John Henry Newman. Dla naszego rozumu, jak i serca, dla naszej zdolności kontaktowania się z rzeczywistością jest konieczne uznawanie Rzeczywistości, tej ponadmaterialnej.  Najlepszym, najskuteczniejszym i najprostszym sposobem, by to osiągnąć jest kontemplowanie piękna i harmonii istniejących w Matce Boga, Niepokalanie Poczętej. Właśnie po to, byśmy się nie zachwiali, nie upadli, by nasze umysły się nie zdeprawowały. Byśmy nie zaczęli brać za rzeczywistość i prawdę tego, co jest wytworem naszego umysłu lub tego, co jest tylko materialne i przemijające.

Pruski dryl, pruska dyscyplina, „prawo i cywilizacja”, w wydaniu bismarckowskim, były właśnie wytworem „wyzwolonego” umysłu. Oderwane zarówno od chrześcijańskich jak naturalnych podstaw, były jedynie skutkiem zastępczych potrzeb, poszukiwań umysłu, który uwolnił sam siebie od Boskiego prawa. Pragnął ziemskiego tylko, materialnego ładu, satysfakcji, jakie płyną ze skuteczności, sprawności, obliczalności, podporządkowania. Bismarck, z całą przenikliwością, w jaki jego umysł został wyposażony, i w czym pomogło mu wykształcenie i późniejsze nieustanne ćwiczenia w politycznych i dyplomatycznych grach, fortelach, jakie wciąż obmyślał, nie był w stanie tego dostrzec. Aż do później starości.

 

Otto von Bismarck z żoną, Johanną z Puttkamerów

Otto von Bismarck z żoną, Johanną z Puttkamerów

Choć ostatnie lata życia spędzał w Warcino, na ziemi słupskiej, zmarł w innym swoim domu, we Friedrichsruh, w 1895 roku. Czy jednak rzeczywiście w smutku i rozgoryczeniu – po śmierci żony i przymusowej izolacji od wielkiej polityki, której poświęcił życie? Część źródeł historycznych podaje, z dozą ostrożności, że ten, który przez niemal całe dorosłe życie walczył z największym swoim wrogiem, Kościołem katolickim, umarł jako katolik. Jakie są na to dowody?

Oto w tym samym czasie, gdy Żelazny Kanclerz uzgadnia i zatwierdza zastosowanie najskuteczniejszych jego zdaniem, brutalnych środków przeciw wierze i kulturze Polaków, w małej polskiej wiosce, na terenie Prus Wschodnich, dwóm polskim dziewczynkom z ubogich chłopskich rodzin sto sześćdziesiąt razy ukazuje się Matka Boża, w całym swym majestacie i królewskim splendorze. Przychodzi jako Królowa Aniołów. Głosi niewykształconym istotom z odległego krańca niemieckiego cesarstwa, które dla świata pruskich junkrów były po prostu śmieciem, orędzie w języku polskim, oficjalnie przez władze zakazanym. Mówi o konieczności odmawiania różańca, o błogosławionych skutkach wytrwałej modlitwy, o tym, że o ile kapłani będą Jej wierni, będzie zawsze przy nich. Potwierdzeniem prawdziwości objawień jest niezliczona ilość cudów. Z nadzwyczajną starannością opisał objawienia i wszystkie związane z nimi fakty proboszcz Gietrzwałdu. Mimo zajadle antypolskiej atmosfery w całym państwie pruskim, ten zapomniany dziś człowiek, który uczył dzieci katechizmu po polsku i po polsku głosił kazania, potrafił nie tylko modlić się, ale i cierpieć za swoich parafian. W broszurze poświęconej objawieniom (wydanej za pozwoleniem władzy duchownej i świeckiej w 1883 roku, dostępnej przy sanktuarium w Gietrzwałdzie), przypomina wydarzenia, których był świadkiem:

„Było to po południu dnia 27-go Czerwca, prawie w tym samym czasie, kiedy w Gietrzwałdzie rozpoczął się z Justyną egzamin w katechizmie, że Kanclerz cesarstwa niemieckiego przyjmował u siebie w Kissingen kilkunastu pastorów protestanckich z Wyrtembergii, i podług niezaprzeczonych doniesień dziennikarskich wykładał im, jak się mają rzeczy z zjawieniami Matki Boskiej, i jaki związek zdaniem jego coraz silniej podnoszący się w prowincjach wschodnich, szczególnie w Poznańskiem, polonizm ma z Kulturkampfem, czyli walką rządu z Kościołem. W tych walkach, rzekł wówczas dosłownie (podług doniesienia Bükhelera) ważne zadanie mają szkoły. Przeciw takim rzeczom, jakie się dzieją w Marpingen [miejsce rzekomych objawień w Niemczech, nie uznanych jednak przez Kościół – EPP] i w Lourdes, nie wskóramy nic innemi środkami, a zgoła nic żandarmami, ale tylko przez szkołę będzie można im zaradzić. Temi słowy, chociaż mimo swej wiedzy i woli, wskazał Kanclerz na uderzający związek wypadków zaszłych w dni 11-go Lutego 1858, 3-go Lipca 1876 i 27-go Czerwca 1877 w Lourdes, Marpingen i Gietrzwałdzie, u francuzkich, niemieckich i polskich tak nazwanych dzieci Maryi, a tak od początku zwróciła się powszechna uwaga od zdarzeń na zachodniej granicy do zajść rozpoczynających się na ostatnim wschodnim krańcu państwa niemieckiego. Wśród takich okoliczności nie było potrzeba gazet, aby wiadomość o objawieniach Gietrzwałdzkich roznieść po krajach niemieckich, polskich i dalej. Rzeczywiście też najprzód nieprzyjazne katolikom gazety już w pierwszych tygodniach wiadomość o zajściach tych rozniosły i całą tę rzecz pogardą, szyderstwem, kłamstwem i oszczerstwem wszelkich uwag; gazeta Warmińska np. wyjąwszy kilka przestróg, zalecających ostrożność i odpychających zarzut oszukaństwa, dopiero dnia 4-go Września zaczęła o tem pisać a więc wtenczas dopiero, kiedy już tysiące pielgrzymów z Gietrzwałdu do domów było popowracało […]” (zachowano pisownię oryginalną).

 

Widok Gietrzwałdu

Widok Gietrzwałdu

 

Wiele może dziś wskazywać na to, że Żelazny Kanclerz zawdzięczał swoją przemianę pod koniec życia osobistemu wpływowi Matki Bożej. „To był dla Bismarcka cios z samego nieba”, podaje jeden ze znawców historii objawień, kapłan katolicki z Wielkopolski (nazwisko na jego prośbę zostanie tu pominięte) . ”On doskonale rozumiał wymowę wydarzeń. Z początku nie chciał ich przyjąć do wiadomości. Protestował. Przyjął jednak – niestety, dopiero po torturach, jakie zadawali jego ludzie podczas przesłuchań dziewczynkom, które widziały Matkę Bożą. W dokumencie z czasów pełni władzy Bismarcka, wydanym dwukrotnie drukiem (ostatni raz w 1883 roku), autorstwa ks. A. Weichsla, wyeksponowany jest wierny obraz objawień: Matka Boża siedząca na tronie z koroną nad głową, podtrzymywaną przez aniołów. Widok Maryi w królewskim majestacie – taka ukazała się już w pierwszych trzech dniach objawień, o czym Bismarck został bez wątpienia jak najszybciej przez policję poinformowany – był dla niego czymś przerażającym, wstrząsającym. I nadzwyczaj wprost niewygodnym. Przekazana została bowiem prawda o godności Najświętszej Maryi Panny jako Królowej, która do głębi go upokarzała”.

Wszystko wskazuje na to, że Bismarck zaakceptował objawienia i przekazywane wówczas orędzie Królowej nieba. Ostatniego dnia objawień miał miejsce jeszcze jeden znak. Tego dnia Matka Boża pobłogosławiła wzniesioną na Jej życzenie przez parafian z Gietrzwałdu kapliczkę z Jej figurą. Ten dzień, 16 września 1877 roku, był dniem uroczystości Jej chwalebnego Imienia, ustanowionej – po zwycięstwie Jana III Sobieskiego nad islamem pod Wiedniem (12 września 1683) – przez papieża Innocentego XI. Jak pisze ks. Augustyn Weichsel, ta „jedna z nowszych uroczystości Matki Boskiej jest zarazem historyczną pamiątką cudownej mocy świętego Imienia Bogarodzicy, a zarazem niezwykłej jedności i zgody dwóch chrześcijańskich narodów [Polaków i Austriaków] w walce przeciw wrogowi Chrześcijaństwa”. I tu niemiecki ksiądz przypomina coś, o czym dziś niezbyt często się pamięta, „król Jan III Sobieski Imię Maryi wyznaczył za hasło wojenne”.

Polska, której po trzydziestu latach zwrócona została wolność – zgodnie z obietnicą daną przez Matkę Bożą w Gietrzwałdzie – podczas ostatniej wojny, dzięki wierności swojej Królowej, ratując tysiące Żydów, wzniosła się na sam szczyt miłości chrześcijańskiej, wbrew rachubom wrogów wiary.

Hitler rozpoczął politykę, w rezultacie której najwięcej ofiar niemieckich zbrodni, zaraz po Żydach, stanowią Polacy. Stąd właśnie biorą się tak liczne próby manipulowania polską historią. Jest ona zbyt mocnym dowodem w sprawie istoty wolności.

Cześć, jaką zobowiązani jesteśmy jako wierzący oddawać Bogu, polega „na uznaniu, że Bóg jest wszystkim, że oprócz Niego wszystko jest niczym”. Tego uczy, z niezrównaną delikatnością, ale i stanowczością zarazem, przestrzegając przed błędami, wahaniami i niedowiarstwem, Królowa Nieba. Dlatego trzeba przed Bogiem ukorzyć rozum, poddać Mu się we wszystkim, tak jak potrafią to czynić dzieci. O to Bóg jest zazdrosny. O taką cześć. „Kto Mu tego odmawia, narusza Jego najwyższe prawa; przywłaszcza sobie niezależność w tym, co stanowi najwyższy przymiot człowieka – to jest w rozumie – postępuje tak, jakby te dary nie były mu dane przez Boga i jakby mógł ich używać niezależnie od Jego woli. To jest czyn szalony, Bogu wyrządzający zniewagę, a dla człowieka będący źródłem wszystkich jego błędów” (o. Nicolas Grou SJ).

Tak postępował Bismarck przez wszystkie lata swojej zawrotnej kariery w państwie pruskim, błyszcząc zręcznością i czarując na salonach europejskich bon motami.

„Historia narodów pogańskich przypomina posępny cyrk, gdzie zbrodnie i kary odradzają się w nieskończoność, jedne z drugich” (Paul Claudel). Oprócz narodów pogańskich istnieją także te, które wybrały neopogaństwo. Ich losy są podobne. Polska to życie pomiędzy Rosją a Niemcami. Między schizmą a protestantyzmem. Polacy pierwsi w Europie pojęli absurd wojowania w sprawach wiary orężem, które zawsze okazywało się nieskuteczne. Maryja uczyła ich czegoś innego. Różaniec jest także bronią. Najskuteczniejszą. Nie razi ona jednak człowieka, lecz jego największego wroga.

 

0 A aa klon


Zakończenie wkrótce

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.