Od „Białej bluzki” do czarnego swetra

Kilka lat temu w Polsce ksiądz katolicki został ukarany przez sąd za to, że publicznie określił, czym jest czyn zwany eufemistycznie aborcją. I z czym takie czyny w Polsce się kojarzą: z prowadzoną planowo, wręcz matematycznie zagładą, z wyrokami na niewinnych ludzi, ze zbrodniami niemieckimi II wojny.

Stroną, która oskarżała księdza była matka dziecka, na którego urodzenie nie chciała się zgodzić. Zażądała pieniędzy od państwa, za to, że przyszło na świat wbrew jej woli, przez co pogorszyło się jej zdrowie. Otrzymała pieniądze mocą wyroku międzynarodowego trybunału. Zgorszona, że ksiądz ocenił jej czyn negatywnie, postanowiła od niego z kolei uzyskać pieniężne zadośćuczynienie, za doznane krzywdy. Otrzymała je.

Gdybyśmy przeczytali taki scenariusz jeszcze dziesięć, dwadzieścia lat temu, wydałby nam się nieprawdopodobny. Takie rzeczy się nie zdarzają. A już na pewno nie w Polsce, nie w kraju Jana Pawła II. A jednak, zdarzyły się.

Demonstracja syfrażystek, pocz. XX w., Stany Zjednoczone

Demonstracja syfrażystek, pocz. XX w., Stany Zjednoczone

Pierwsza przyczyna ma związek z sytuacją kobiety, matki. Bo każda z kobiet, które występują jako bohaterki dramatycznych opowieści, które zapełniają szpalty gazet, czy też procesów, których celem jest dokonanie precedensowego wyłomu w prawie chroniącym życie, jest przecież matką. Przynajmniej przez kilka miesięcy. Matką była, i jest, słynna Jane Roe, ,„ofiara gwałtu” – potem, już po sprawie sądowej, okazało się, że był tylko romans – której proces spowodował zmianę prawa amerykańskiego na takie, które nie chroni już życia.

Matką była 14 – letnia Irlandka, nad którą „zlitował się” sąd, uznając, że „krzywdzi się” tę kobietę – dziecko, gdy twierdzi się, że nie może ona dokonać aborcji na swoim nienarodzonym dziecku.

I setki innych kobiet, które w ciągu ostatnich dwudziestu-trzydziestu lat zdecydowały się wziąć udział w publicznej kampanii na rzecz zmiany ustawodawstwa swoich krajów opowiadając bez wstydu i zażenowania swoje bardzo intymne historie. W tych opowieściach to zawsze one są ofiarami.

Z tym stanowiskiem nie sposób dyskutować. Kobieta, która sama chce zrezygnować ze swojego macierzyństwa, nawet za cenę zabicia własnego dziecka, jest niewątpliwie ofiarą. Ofiarą braku miłości w relacji z mężczyzną, którą zdecydowała się nawiązać, ofiarą niespełnienia oczekiwań, jakie towarzyszyły jej – co jest wielce prawdopodobne – gdy nawiązywała tę relację. Ofiarą potraktowania jej – być może, w wielu przypadkach – przedmiotowo. Ofiarą także własnej głębokiej nie akceptacji mężczyzny, który stał się ojcem jej dziecka. Ofiarą nie akceptacji własnej kobiecości, która w wyniku tych wszystkich przeżyć się w niej zrodziła. Ofiarą nie akceptacji swojej natury, siebie samej wreszcie. Ofiarą głębokiego urazu, wstrząsu, zranienia.

Ale przede wszystkim osoba taka jest ofiarą braku podstawowej umiejętności rozróżnienia pojęć i bytów. Ten brak jest efektem zaniku wiary w Boga bytowego w państwach Europy i Ameryki. Jest ciężkim schorzeniem umysłu.

To wszystko przynosi skutek miedzy innymi w postaci jej agresji. Najpierw wobec mężczyzny, a w rezultacie do poczętego dziecka i do „całego świata”. Do tych, którzy przypominają jej czyn, który popełniła. Księża są tu szczególnie „uprzywilejowani”.

John Everett - Millais - Jezus w domu rodzinnym

John Everett – Millais – Jezus w domu rodzinnym

O. Karol Meissner OSB, zakonnik i lekarz twierdząc, że każda kobieta jest obdarzona wewnętrzną delikatnością uczuć w materii, która dotyczy poczętego życia i życia bezbronnego małego dziecka – tak właśnie jest stworzona przez Boga – nie odkrywa Ameryki, głosi jednak pogląd dziś całkowicie zapomniany. Także pani, której pozew spowodował wyrok na księdza, posiada ową wewnętrzną delikatność uczuć. Skąd jej decyzja? Skąd decyzja przyobleczonych w czarne bluzki i swetry tysięcy kobiet, by wyjść 3 października na ulice i protestować, nie przebierając w słowach, przeciw „nieludzkiemu prawu”, którego widmo ujrzały w postaci projektu sygnowanego przez Ordo iuris? Niewątpliwie autorzy projektu mogli przewidzieć bez większych trudności jego skutki. Perspektywa karania kobiet za decyzję o „usunięciu” dziecka, które się nie narodziło nie należy do propozycji mądrych, uwzględniających kontekst społeczny w naszym kraju, lecz jest wymownym wyrazem ambicji niektórych liderów ruchu „obrony życia”, za plecami których ukrywają się przeciwnicy rządu Prawa i Sprawiedliwości i prezydenta Andrzeja Dudy. Celem tego rodzaju przedsięwzięcia (jak to wykazywałam przed ponad pół rokiem w tekście „Nienarodzeni lecz użyteczni”) było wywołanie sprzyjającej atmosfery dla zmiany władzy w Polsce, być może nawet gwałtownego przewrotu uwiarygodnianego przez rewoltę kobiet w czarnych swetrach i ich „obrońców” ze wszystkich polskich i zagranicznych lewicowych partii, stowarzyszeń, fundacji i komitetów. Są ich setki i nie należą do organizacji szczególnie ubogich. Masowość protestu kobiet w „czarny poniedziałek” potwierdza ten scenariusz. Cenę za ten przewrót zapłaciliby rzecz jasna nienarodzeni.

Człowiekiem w każdej sytuacji najbardziej „winnym”, największym w Polsce „zbrodniarzem”, „prześladowcą kobiet” będzie zawsze Jarosław Kaczyński. Dla bezkompromisowych „obrońców życia”, którzy chcą widzieć za kratkami także kobiety, pozostanie on symbolem wilka w owczej skórze, któremu zależy tylko na władzy.

Warto przyjrzeć się grupie wykorzystanej modelowo w tym przedsięwzięciu propagandowo-politycznym, kobietom, których emocje miały posłużyć jako siła napędowa pożądanych przez siły opozycyjne zmian układu władzy, potraktowanym – jak zresztą zawsze w tego rodzaju kampaniach – czysto instrumentalnie, jako
„materiał rewolucyjny”.

Zanim prawem chroniącym życie zaczęły rządzić w krajach Zachodu „precedensy”, czyli jeszcze w latach 50. i 60. ubiegłego wieku, kierowało się ono jasnymi normami, normami prawa naturalnego. Odróżniało życie i śmierć. Nie było wątpliwości, co jest czym. Pozbawienie kogoś życia nazywało zabójstwem, nie „realizacją praw”. Od pewnego czasu króluje jednak w tej dziedzinie całkowity pojęciowy zamęt. Podmiotem prawa stała się tylko kobieta – matka, i jej pełna łez i goryczy opowieść. (Potem – jak w przypadku Jane Roe – ta opowieść zmieniła się, z tragicznej, na optymistyczną; pani Roe jest dziś nie tylko szczęśliwą matką dziecka, które mimo wszystko urodziła, ale jedną z najbardziej znanych w Stanach obrończyń życia).

Uczucia kobiet bywają niestabilne. Zmieniają się. Uczuciami tymi niektórym ludziom udaje się łatwo sterować.

Olga Boznańska - W oranżerii

Olga Boznańska – W oranżerii

Kobiety można, w sposób nieskomplikowany – dla znawców zagadnienia – albo utwierdzać w żalu i pretensji do całego świata z powodu jego „nieczułości”, albo dodawać im otuchy i sił, by nie zwątpiły w sens swojego powołania, zagwarantowanego przez samą naturę. Nawet wtedy, gdy wszystko je w środku boli, gdy pali je wstyd, żal, bo zostały odrzucone, zdradzone i czują się bezgranicznie samotne. Gdy utraciły poczucie bezpieczeństwa, gdy nie mają za co żyć.

Właśnie wtedy ze skuteczną pomocą może i powinno przyjść im państwo i Kościół. Organizacje społeczne, ludzie dobrej woli. Pierwszą taką organizacją w Polsce bylo założone przez ks. Stanisława Małkowskiego jeszcze w latach 80. Gaudium vitae. Jego niezwykle skuteczną pomoc przyszłym matkom i ich dzieciom miałam okazję obserwować z bliska i opisywać w raczkującej w tamtych latach prasie katolickiej.

Proces, który przywoływana na początku pani wytoczyła księdzu stanowi przykład do jakiego stopnia udaje się manipulować kobietą. Konfrontacja: kobieta – ksiądz, na którą tak długo w Polsce czekano, bo jej symboliczny wymiar jest nie do przecenienia, przyniosła spodziewany rezultat, przebiegła po myśli tych, którzy nie wahają się, by wykorzystać zmienną emocjonalną naturę kobiet, jako instrument nacisku w celu zmiany prawa, zmiany normy moralnej. Zmiany nastawienia zwykłych ludzi., których emocje innych ludzi z reguły żywo obchodzą.

Od pewnego czasu sądy w wielu krajach zakładają również, że ofiara, która może mówić, ma zawsze rację – w przeciwieństwie do tej, która mówić nie może. Od czasu, gdy precedensy zostały wykorzystane jako kamienie milowe zmian w prawie karnym, sądy kierują się „litością” – ale tylko wobec matek, nie wobec dzieci. Litościwe sądy. A może bardzo dobrze przygotowani politycy i ideolodzy? Ci, którzy nie lubią, gdy księża mają „za dużo do powiedzenia”. Ci, którzy uważają, że Kościołowi, trzeba zamknąć usta. Niech zarobi sobie przy tym trochę jakaś nie najbardziej zdrowa, zbyt stara lub zbyt młoda, w dodatku samotna matka. Jej opowieść zawsze poruszy publiczność. Wzbudzi współczucie, gniew, oburzenie. Wywoła silne uczucia, oddali chłodny namysł. Zrodzi solidarność kobiet, które też nie chcą być matkami, bo w ich sercach jest zbyt wiele goryczy i pretensji do „tego faceta” i do całego świata. Ci zimno kalkulujący ludzie, którzy mają świadomość, jak można zarobić na ludzkich emocjach, ile można osiągnąć w kruszeniu ładu moralnego (a także w zmianie konfiguracji politycznej w danym kraju), wiedzą też dobrze, że tylko prawda jest ciekawa, i dlatego jedynie rzecz   b a r d z o   p o d o b n a   do prawdy, lub stanowiąca jej fragment będzie przykuć uwagę. Taka jak samotność, opuszczenie, gorycz, bieda, zdrada, ból, choroba. Bardzo podobna, ale nie taka sama. Rzecz, opowieść, historia nie będąca pełną prawdą. Pełna prawda mówi o dwóch, nie jednej ofierze.

Taką historię, podobną do prawdy, opowiadają dziś, jedna przez drugą, niekiedy krzycząc i gwałtownie gestykulując, kobiety w czarnych bluzkach i swetrach, które ruszyły 3 października na Warszawę, Wrocław i Poznań. 

 Kobiety wychodzą na ulicę

 Ósmy marca pierwszego stulecia lat dwutysięcznych dla przyszłych badaczy dziejów Europy będzie zapewne „dniem zamieszek ulicznych, prowadzonych przez grupy kobiet”. Tak jak pierwszy maja z przełomu XIX i XX wieku kojarzy się z odgłosem wielu kroków dudniących na kamiennych brukach wielkich miast, i z tłumem szarych postaci w czapkach zwanych kaszkietami. Robotników, śpiewających bojowe pieśni, odczytujących z kartki odezwy, dźwigających na kijach czerwone płachty i wznoszących w górę zaciśnięte pięści. Twarze dzisiejszych kobiet są tak samo zacięte i pełne gniewu.

Francuskie sufrażystki, lata 20. XX wieku

Francuskie sufrażystki, lata 20. XX wieku

Zwinni i sprytni jak łasice mentorzy, agitatorzy rewolucji o świdrującym spojrzeniu zza okularów w drucianych oprawkach, doskonali znawcy ludzkiej psychiki, upewniali robotników, że na ulicy trzeba „dochodzić swoich praw”, a jeszcze lepiej, gdy będzie się to robić z kijem, pałką czy pepeszą w ręku. Ci, którzy „budzili masy” doskonale wiedzieli, że celem właściwym nie jest dobro jakiejkolwiek grupy społecznej, lecz przewrócenie całego porządku społecznego, zagrabienie cudzej własności, przejęcie władzy. Zapanowanie nad światem. A tego nie da się uczynić bez uprzedniego wyzucia ludzkiego umysłu z pojęcia Boga.

Niestety, choć wszystko się tak pięknie zapowiadało, robotnicy zdradzili. Pierwsza wojna światowa wykazała, że hasło: „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!” nikogo w Europie tak naprawdę nie wzrusza. Lud pracujący miast i wsi bynajmniej nie zbuntował się przeciwko „władcom”, tylko bronił, nie szczędząc krwi, własnych ojczyzn. Robotnicy walczyli przeciwko robotnikom!, czegoś takiego ojcowie marksizmu nie spodziewali się w najczarniejszych snach.

„Gdy nadeszła karta powołania, robotnik, o którym Marks mówił, że nie ma ojczyzny, zidentyfikował się z państwem, a nie ze swoją klasą. Okazał się takim samym członkiem rodziny narodowej, jak każdy inny człowiek”, pisze amerykańska historyczka Barbara Tuchman. „Klasa pracująca poszła na wojnę chętnie, wręcz ochoczo, tak jak klasa średnia, jak klasa wyższa…” „Marksiści wyszli na głupców”, konkluduje Patrick J. Buchanan. „Mityczny proletariat”, tak długo przygotowywany do odegrania swej historycznej roli – obalenia legalnej władzy – we wszystkich krajach Europy, gdzie istniał przemysł, stanął z bronią w ręku na straży swych ojczyzn. Komunistyczne zamachy stanu w Budapeszcie, Monachium, Berlinie skończyły się klęską. Armia Czerwona została powstrzymana przez bohaterstwo Polaków pod Warszawą. Udało się tylko w Rosji, gdzie chrześcijaństwo znajdowało się w rozkładzie, szalały sekty, a władza od stuleci zżerana była przez moralny trąd. Ale i tu, jak przypomina autor „Śmierci Zachodu”, Rosjanie podporządkowali się nowemu reżimowi tylko dlatego, że istniał niespotykany w historii (poza rewolucją francuską) terror. „Sowieci oszukiwali sami siebie. Rosjanie się nie zmienili. Nawet car wzbudzał więcej miłości i lojalności niż znienawidzeni bolszewicy”.

W istocie w kapitalizmie robotnikom nie żyło się tak źle, jak chcieli przekonać świat nauczyciele rewolucji. Tak jak wszyscy normalni ludzie „proletariusze miast i wsi” chcieli się bogacić, mieć domy, rodziny, dzieci. Bezsprzecznie, to „ideały mieszczańskie”, a nie rewolucyjne wypełniały po brzegi serce każdego robotnika. Dwaj ludzie, którzy byli uczniami Marksa potrafili wyciągnąć właściwe wnioski z tego, co się stało. Węgier Gyorgy Lukacs, agent Komintermu, po nieudanej rewolucji ogólnoeuropejskiej jedyne rozwiązanie widział w rewolucyjnej destrukcji społeczeństwa. „Ogólnoświatowa zmiana wartości nie może mieć miejsca bez unicestwienia przez rewolucjonistów starych wartości i stworzenia nowych”. Lukacs został komisarzem do spraw kultury w komunistycznym reżimie Beli Kuna w 1919 roku i wprowadzał w życie idee, które sam określał jako „demoniczne”. Nazwano je „terroryzmem kulturowym”.

Co się na nie składało? Przede wszystkim radykalny program edukacji seksualnej w szkołach. Dzieci uczono tego, czego dziś uczą je wszystkie media: o tym, że religia nie ma sensu, rodzina to przeżytek, monogamia to bzdura, natomiast wolna miłość to nie tylko ich podstawowe prawo, ale wręcz obowiązek. Według tego schematu edukowano także węgierskie kobiety.

Demonstracja kobiet w Paryżu 1936

Demonstracja kobiet w Paryżu 1936

Drugim pojętnym uczniem Marksa był Antonio Gramsci, komunista włoski, człowiek wyjątkowo bystry, który realia ojczyzny proletariatu poznał osobiście i był przerażony. Nie terrorem i zbrodnią szalejącymi w Związku Sowieckim, ale kompletnym brakiem szans takiej rewolucji na przeszłość. Widział na własne oczy, że „bolszewizm nie działa”; powiązany sznurkami i najeżony bagnetami tworzy tylko atrapę silnego państwa. Nie ma dla niego miejsca w umysłach ludzkich, przestraszonych i udręczonych nową rzeczywistością. Gramsci pisał po powrocie z Rosji: ”Cywilizowany świat został dokładnie nasączony chrześcijaństwem przez 2000 lat i reżim ugruntowany w wierze i wartościach chrześcijańskich nie może zostać odrzucony, zanim korzenie te nie zostaną odcięte”.

Cel został więc wytyczony jasno: dechrystianizacja Zachodu. Zaś środkiem miała być rewolucja w kulturze, rewolucja sięgająca źródeł duchowych Europejczyków, „długi marsz” przez instytucje: sztuki piękne i dramat, film, uniwersytety, seminaria, media, szkoły, urzędy. Objęty nim miał zostać także Kościół katolicki. 

Dziś pewna grupa kobiet – która sama rezygnują z przywileju, by uznawać je za panie – wylega na ulice w oparach swądu, rodem z „Biesów”. Daje się wykorzystać tak samo jak niegdyś robotnicy wykorzystywani byli przez cynicznych manipulatorów, kopie Stawroginów, Szygalewów i Piotrów Wierchowieńskich.

Jako „materiał rewolucyjny” wykorzystuje się także ludzi o „odmiennej orientacji seksualnej”, by wmówić im, że są „ofiarami przemocy” ze strony tych, którzy tej orientacji nie podzielają. Traktuje się ich jak niewolników, wprzęgając cynicznie w „wyzwoleńczy marsz”, by „zdobyć barykady”, obalić znienawidzoną twierdzę ładu moralnego i prawnego oraz źródło wszelkiego ucisku: rodzinę. Pokonać tę ostatnią fortecę chrześcijaństwa, która ostała się po dezintegracji Kościoła katolickiego, państwa i kultury.

Wielka Brytania 1913,

Wielka Brytania 1913,

Dzisiejszy świat, jak ujął to jeden z duchownych, wywiera ciągły, nieugięty nacisk w tej dziedzinie, także na katolików. Dwadzieścia cztery godziny na dobę. Siedem dni w tygodniu. Przez niszczenie niewinności dzieci i dorosłych, spychanie na margines Boga. „Ludzie nie rozumieją już, że walka toczy się o zbawienie duszy każdego z nich, bowiem z Boga zrobiono >równego gościa< i nikt dzisiaj nie trafia do piekła”. Ludzie nie są w stanie bronić wiary, której nie rozumieją.

„Dlatego uważam – dodaje ten duchowny – że ogrom kryzysu, także w Kościele, wymaga wielkiej dawki miłosierdzia i współczucia, tyle, ile to możliwe, a z każdym dniem coraz więcej”.

Matka Boża Fatimska ukazując dzieciom w 1917 roku Świętą Rodziną dała jednak zapowiedź, że twierdza jaką jest rodzina nie zostanie zdobyta. Kobiety, które wychodzą na ulicę łudzone są, że w tym szturmie – w którym biorą odwet za swoje zranione uczucia, niespełnione nadzieje, brak odpowiedzi ze strony mężczyzny na ich potrzebę bezpieczeństwa i wierności – potrzebne są ich kobiece demonstracje, ich okrzyki, nienaturalnie chrapliwe, „męskie”, niekiedy wulgarne gesty, i transparenty z obscenicznymi hasłami, ich ponure dowcipy i przekleństwa, tak jak kiedyś potrzebne były pięści robotników i bagnety nędzarzy przybranych w wojskowe szynele.

By twierdza jaką jest rodzina trwała wystarczy wiara w Boga. Pewność, jaką ona niesie, że nie zostaliśmy stworzeni tylko do przemijającego szczęścia, czy spokoju tu, na ziemi, ale dla celu, który nie jest ziemski lecz nadprzyrodzony. Cel nadprzyrodzony jest nieskończenie większy niż najpiękniejsze marzenie, nawet tak skądinąd naturalne jak to o harmonii, współpracy, lojalności i nieprzemijającej fascynacji między kobietą a mężczyzną na ziemi. Wystarczy płynąca z tej wiary ufność, wierność, zawierzenie, a dziś także wynagrodzenie Sercu Niepokalanej zniewag, które są Jej wyrządzane, o co sama poprosiła w Fatimie.

Jak dotrzeć z tym przesłaniem do demonstrantek w czarnych swetrach?

„Schorzenie sprowadza się do opinii, że nie ma jednej obiektywnej prawdy, całkowicie wykluczającej błąd. Na przykład mogę wierzyć, iż dwa plus dwa daje cztery, ale mogę też sądzić, że daje pięć lub sześć, lub nawet sześćset tysięcy. Prawdą jest to, co tworzy mój umysł. Jednak umysł został stworzony dla poznania obiektywnej prawdy, tak jak płuca stworzone są dla tlenu, więc jak płuca bez tlenu są śmiertelnie chore, tak też umysł bez obiektywnej prawdy umiera”. 

Jeśli nie ma prawdy, są tylko opinie. Różne. Nie ma jednak rozróżnienia, co jest czym. Nie istnieją kryteria pozwalające dokonać rozróżnień. Nie ma więc zbrodni. Nie ma grzechu. Nie ma sankcji. Jest tylko przeżycie. Jest rozpacz, samotność, żal. Przeżyć swoje życie wygodnie, bez rozczarowań – oto cel niejednej, niejednego z nas, gdy znika perspektywa nadprzyrodzona. Gdy śmierć jest końcem wszystkiego, co człowiek swoim umysłem jest w stanie ogarnąć.

Subtelny odcień szarości

Niemcy przeżyły dramat nazizmu. Po wojnie próbowano nazizm z ludzkich umysłów wykorzenić. W jaki sposób? Za zgodą kanclerza Adenauera zaprowadzono ideologię Nowej Lewicy do wszystkich instytucji państwowych, szkół, uczelni, teatrów, rządowej prasy i radia. To miało być najlepsze lekarstwo na nazizm. A zatem nie tylko żadne oczyszczenie sfery publicznej nie nastąpiło, ale zarażono społeczeństwo nową chorobą, kolejną wyniszczającą ideologią.

W Polsce nie przeprowadzono dekomunizacji. Żadnego oficjalnego rozliczenia z marksizmem i ze spustoszeniami, jakich w życiu umysłowym Polaków i w funkcjonowaniu państwa dokonał sowietyzm. Zamiast dekomunizacji pojawiła się wkrótce subtelniejsza, humanistyczna odmiana marksizmu, ideologia praw człowieka.

„System”, mówił G. K. Chesterton, „istnieje tylko w ludzkich umysłach. A jeśli w ludzkich umysłach zagnieździ się podły system, jest to oznaka, że coś bardzo podłego stało się z ich umysłem”.

Jean-Etienne Liotard - Czekoladziarka

Jean-Etienne Liotard – Czekoladziarka

Takim systemem jest każda ideologia. Niszczy to co jest prawdziwe. Prawdziwa jest całkowita zależność człowieka od Boga. Prawdziwe jest uznanie przez państwo praw Boga. Prawdziwe jest życie duchowe człowieka oparte o znajomość i rozumienie prawd wiary, miłość Boga. I zarazem utożsamienie się z losem własnej Ojczyzny, z jej kulturą. A także odpowiedzialność obywateli za jej przyszłość. Tych dwóch nurtów: życia duchowego i społecznego rozdzielić się nie da, bo łączą w jedną całość wiarę i miłość. Ideologia praw człowieka rozrywa tę całość. Kwestionuje i podważa zależność człowieka od Boga, urąga miłości wobec bliźnich. Pluje na wspólnotę ludzka zwaną ojczyzną. Niszczy wszelkie zakorzenienie, wszelką więź.

Jakie jest dziś najbardziej rozpowszechnione wyobrażenie o naszym miejscu wobec Boga? Jeśli nawet nie czujemy się bogami, to w każdym razie nasze usytuowanie wobec Stwórcy i Zbawiciela, nasze obowiązki wobec Niego niewiele nas obchodzą. Nie znamy ich. „Tak jak oddychać możemy tylko czystym powietrzem, tak też łącznikiem między nami a Panem Bogiem może być tylko prawda” (ks. Aleksander Woźny). 

Wobec ideologii, która podnosi kłamstwo do rangi obowiązującego dogmatu trzeba zachować się przytomnie i godnie. Okazać stanowczy opór. Ideologię usiłuje się nam dziś narzucić – tak jak trucizny duchowe w czasach zaborów, i jak te rozsiewane w czasach PRL – nie tak drastycznymi środkami, ale o wiele skuteczniej, próbując zmylić nas, oszukać, uwieść, byśmy nie dostrzegli metody, która odcina umysł od przedmiotu poznania. Z jednej strony np. wciskając, pod hasłami „różnorodności” to co określa się mianem gender i zarazem rozbudzając histerię strachu przed genderyzmem. Z drugiej niejako zmuszając nas, byśmy zaczęli się posługiwać sztucznymi pojęciami: „praw rodziny”, „praw dziecka”, „praw pacjenta”, „praw natury”, „praw ziemi”, biologii, anatomii, płci etc. 

W ten sposób staniemy się niepostrzeżenie zakładnikami nowej ideologii, która zgrabnie, choć w sposób nie dla wszystkich widoczny, zastępuje zużytą marksistowską gędźbę. Nie wychodząc ani milimetrem poza jej pryncypia.

Podrzutek genderyzmu, warto zauważyć, pojawia się w specyficznym momencie: gdy Rosja, ostoja pokoju światowego, gwarant dobrostanu całej niemal ludzkości i krzewiciel praw człowieka – ostatnio też, samotny szaniec oporu przed homoideologią, jak głosi pewna reprezentacja środowisk prawicowych – pokazuje całe swoje uzębienie, bynajmniej nie w szerokim uśmiechu. A jednak wielu ludzi w Polsce oburza się dziś moralnie, że można tak prostacko „złej” Rosji przeciwstawiać„dobrą” Ukrainę. Jakież to prymitywnie czarno-białe.

Ideologia praw człowieka nie kojarzy się z niczym podłym. Przeciwnie. Jest na oko niezwykle przyjazna. Bezpieczna.

Franz - Xawer Simm - Koronczarka

Franz – Xawer Simm – Koronczarka

Skoro broni się praw człowieka, broni się człowieka. Czyż może być większe dobro niż człowiek? Broni się dobra. Stąd urodzaj, wręcz bogactwo różnego rodzaju praw. Kobiet, niepełnosprawnych, uchodźców, mniejszości, orientacji (odmiennych). Odmienne orientacje – to prawdziwy językowy majstersztyk, brzmi ciepło i świeżo zarazem. Intrygująco. Apologeci praw człowieka robią wszystko, by nadać polor prostackim zasadom, by nie zauważono (tak od razu) jaskrawej sprzeczności: bo jak pogodzić obronę praw dzieci nienarodzonych i praw kobiet? Na przykład do aborcji. Praw prostytutek („kobiet pracujących”) i praw małżonków? Praw rodziny naturalnej i praw osób tej samej płci (do małżeństwa cywilnego, do posiadania dzieci, co przecież jest pragnieniem całkiem niewinnym). Praw dziecka i praw rodziców. Praw ucznia i praw nauczyciela. Idiotyzm rośnie w oczach jak ciasto drożdżowe, które wylewa się z dzieży z sykiem pękających bąbelków.

Dlatego kolejne, wprowadzane już dziś pod rozwagę parlamentów Europy i świata przez neomarksistowskich intelektualistów, ludzi o pokojowym usposobieniu, w rodzaju refleksyjnych buddystów, ceniących pełen najtkliwszych uczuć i zarazem naukowej powagi stosunek do natury, są prawa zwierząt. Krowy mają być święte nie tylko w Indiach. Za nimi czekają w kolejce prawa roślin i skamienielin.

Naprzeciw tego ujawniają się dziś w Polsce dobrze zorganizowane grupy oporu. Ci, którzy uważają, że cena, jaką jest obalenie władzy politycznej (która spoczywa dziś w rękach ludzi wierzących) nie jest zbyt wygórowana, by jednym cięciem „odpowiednich ustaw” przywrócić w Polsce „całkowicie i bez reszty” ład moralny. A potem to już niech się pali! Restrykcje prawne za uśmiercanie dzieci nienarodzonych mają być lekiem „na całe liberalne zło”. Pozwolą opamiętać się wszystkim, kobietom, mężczyznom, politykom (pokonanym). Poprowadzą ku świetlanej przyszłości. Zaprowadzą porządek. Wszędzie będzie czysto.

Każda utopia jest niebezpieczna.

Współczesne umysły są bardzo chore, bowiem umiera wiara w Boga. Gdy umiera wiara, w miejsce żywego bliskiego intymnego kontaktu z Osobą Boga, z Matką Boga i rzeszą najbliższych Powierników i Przyjaciół człowieka – świętych i Aniołów, podsuwa się nam całą kolekcję biurokratycznych wytworów, zimnych, bezdusznych abstrakcyjnych praw. Człowiek, który ma prawa, ale utracił Boga, odczuwa niepokój. Dzień chorych, Dzień świętości życia… – nawet w Kościele te dziwne nazwy, które zrodziła ideologia praw, pojawiają się przed nazwami świąt Maryjnych. Przed świętami Patronów, świętych i męczenników. A niekiedy je zastępują. Światowy Dzień Pokoju, Światowy Dzień Ochrony Środowiska, wciskają się tam, gdzie zawsze głoszono, że prawdziwy pokój jest darem Boga, gdzie nie ma nic, ponad miłość – nie uczucie, ale postawę, wolny wybór Boga i Jego praw… Wieje chłodem, mróz ściska serce człowieka. Dzień Ochrony Strefy Ozonowej (oczywiście światowy) nie rozwieje lodowatych podmuchów, które walą z Północy.

Franz-Xawier Simm - Moja córka

Franz-Xawier Simm – Moja córka

Sytuacja, z jaką mamy do czynienia na katolickim do niedawna kontynencie zrodziła pilne zapotrzebowanie na nową, całkowicie świeżą i nie zużytą ideologię.

Moneta Absolutna

Józef Mackiewicz, emigracyjny pisarz, w ten właśnie sposób nazwał hasło pokoju. Kto jej [monety absolutnej – EPP] nie posiada, nie ma nic do gadania w tym świecie.

Pokój, czyli – wedle sarkastycznych słów jednego z przedstawicieli Kurii rzymskiej w epoce rozpoczynającej pontyfikat Jana XXII – zgodne porozumienie między tymi, którzy nie zwalczają komunizmu, a tymi, którzy go propagują.

W ujęciu Mackiewicza, pokój, z najwyższej cnoty zostaje wyśrubowany do pojęcia Dobra Absolutnego; nabiera cech niemal ekstazy religijnej, zastępuje świadectwo dobromyślności politycznej, społecznej, artystycznej, literackiej, towarzyskiej. Dziś podobny wysoki awans spotkał prawa człowieka, najwyższe dobro ludzkości, która zapomniała o takim „drobiazgu” jak Bóg, Stworzyciel i Zbawca. Jak przykazania i prawa Ewangelii: Boga będziesz słuchał, Bogu będziesz służył. Człowieka będziesz kochał jak samego siebie, ale nigdy nie mocniej niż Boga. Wtedy nie zginiesz.

Lorenzo Lotto - Anioł (fragment fresku)

Lorenzo Lotto – Anioł (fragment fresku)

Ileż to panegiryków poświęcono prawom człowieka w piśmiennictwie katolickim epoki, jaka została zapoczątkowana mniej więcej czterdzieści kilka lat temu. Ile grzmiących i pobożnych zarazem wywiadów, felietonów, debat i paneli, ciętych polemik i powalających swoją nieodpartością słusznych zachęt, by przeciwstawić się wszystkiemu, co „godzi w prawa człowieka”. Zagrożone. Nie docenione. Gwałcone. Za mało miłowane.

Cynizm staje się jeszcze bardziej ukryty i wyrafinowany. Natura ludzka bowiem się nie zmienia. Jeśli Boga nie ma, tak jak orzekli rewolucjoniści we Francji w 1789 roku, a w XX wieku naziści i marksiści pospołu, jeśli można Go zlekceważyć, jeśli rządy, prezydenci i sejmy mają Go za nic, jeśli konkordaty nie chronią wiary katolickiego społeczeństwa, to sumienia nie są w stanie działać. Umierają. Humanizm nigdy nikogo nie powstrzymał przed najgorszą zbrodnią. Nikogo też nie zbawi. Dyszące prawami człowieka konstytucje i ustawy oraz konkordaty zapewniające całkowitą „wolność religijną” zapewniają też swobodną rzeź niewiniątek w łonie matek. Oraz całkowitą obojętność wobec jakiejkolwiek zbrodni popełnianej w imię ideologii. Antykoncepcja, na którą faktyczne przyzwolenie dała szeroko propagowana w Kościele po ostatnim soborze tzw. naturalna metoda regulacji poczęć, prowadzi prostą drogą do aborcji. Dowodem jest sytuacja demograficzna w państwach Europy Zachodniej, które jako pierwsze poddały się szantażowi teorii, że w imię „samorealizacji kobiety”, „szczęścia małżonków”, ich „wspólnoty”, dzieci może się rodzić tylko tyle, ile będzie to odpowiednie, by zachować pełny „pakiet wygód”, bez których wspólne życie staje się przecież nie do zniesienia. Bo najważniejsze jest szczęście rodzinne.

Franz-Xawier Simm - Portret kobiety

Franz-Xawier Simm – Portret kobiety

Hasło: „Precz z wojną, chcemy pokoju!” lat 60. i 70. ubiegłego wieku było takim samym kamuflażem jak w obecnej epoce prawa człowieka. Rosja z mistrzostwem wykorzystała dla swoich celów nerwową licytację w dążeniu pierwszej dziesiątki państw świata do pokoju za wszelką cenę. „Odtąd >walka o pokój<, >akcje pokojowe< itp., poparte licznymi >kongresami pokoju< obediencji komunistycznej”, pisał Mackiewicz, „stały się notorycznym sloganem interesów międzynarodowego komunizmu. (…) konformistyczna opinia ustanowiła pogląd, że nie należy, i nie wolno nawet, wyzwalać nikogo spod systemu komunistycznego, gdyż byłaby to agresja w stosunku do państw >Światowego Systemu Socjalistycznego< uznanych de jure i de facto przez świat zachodni, jako państwa suwerenne; a także agresja względem uzgodnionego przez wszystkich status quo. Należy nie wyzwalać, lecz współżyć…” Wyłomu w tym myśleniu dokonał dopiero prezydent Ronald Reagan.

Dla kobiet demonstrujących w Warszawie w „czarny poniedziałek” agresorem są ci, którzy „żądają”, by rodziły, nie zabijały dzieci. Agresorem jest ten, kto łamie zasadę pokojowej koegzystencji. To była podstawa psychologicznej przewagi Związku Sowieckiego aż po epokę Ronalda Reagana. Swoisty wieloletni seans hipnotyczny, który pozwalał poruszać się niby na jawie, a naprawdę we śnie. W błogim śnie o powszechnym bezpieczeństwie. Czuwał i nie spał tylko ten, kto uzbrojony we wszelkie wojenne akcesoria, musiał ten pokój utrzymać. (Dlatego tak łatwo pokazać dziś niektórym ludziom Ukraińców walczących o swój kraj jako niebezpiecznych wichrzycieli, elementy skrajne, buntownicze, z nożem zębach. Może opanowane nazistowskim resentymentem?).

Lewica intelektualna świata zachodniego odegrała w tej sprawie rolę znamienitą. W Polsce jej rola nadal jest niemała. Na równi z elitą skrajnie prawicową. „Polskie >elity< [po 2010 roku – EPP] nie były w stanie określić sytuacji przyjaciel – wróg. Zamiast tego uznały za stosowne przytulać się z Putinem, wysyłać mu listy dziękczynne oraz biegać, by zapalać światełka na grobach okupantów z Armii Czerwonej. Wszystko, byle nie stawić czoła rzeczywistości i nadal móc straszyć reakcyjną prawicą…” Autor tych słów, publicysta „Gazety Codziennej”, zatrzymuje się jednak w punkcie, który jest kluczowy. „Nie stawianie czoła rzeczywistości” to nie tylko konsekwencja taktyki, której efektem jest festiwal umizgów do Wielkiego Brata. To także wykreślenie z konstytucji państwa praw Boga. Sprowadzenie religii i wiary do sfery czysto prywatnej. Równia pochyła. 

„Pokój gwarantuje status quo, otwiera on jednocześnie maksymalne korzyści i perspektywy dla pokojowej infiltracji komunistycznej, a co za tym idzie, opanowanie świata bez wojny (…) W istocie więc to, czego pragną przywódcy Bloku Komunistycznego [dziś Rosji – EPP] pod mianem >Pokoju<, to raczej: SPOKÓJ. Wewnętrzny Spokój, niezbędny im dla utrzymania ludzi w ryzach ustroju komunistycznego. Podobnie, jak pierwszym warunkiem regulaminowego funkcjonowania więzienia musi być przede wszystkim panujący w nim – spokój”. Kobiety, które wyległy na ulice Warszawy także żądają niczego innego jak „spokoju”: „Odczepcie się od nas, od naszych ciał, od naszych wnętrzności. Wara od nich, chcemy w spokoju robić z nimi to, co nam się podoba”.

O co toczy się gra

Nic się od tego czasu nie zmieniło. Koalicja międzynarodowa, która pozostawia Ukrainę samej sobie, jest tą samą, jaka istniała we wrześniu`39 przeciw Polsce. Ta znów nie różni się niczym od tej, jaka zawiązała się w przededniu rozbioru Polski oraz istniała nieprzerwanie w epoce zaborów.

Ale oto w tym samym czasie, gdy Krym przejmowany był przez Wielkiego Brata, siedem parafii polskich na Krymie, cały dekanat oddał się Niepokalanemu Sercu Maryi. Następnie Ukraina została przez metropolitę Lwowa, abp. Mokrzyckiego i wszystkich biskupów katolickich tego kraju poświęcona Niepokalanemu Sercu Matki Boga.

Matka Boska Niepokalana w ogrodzie oo. Cystersów w Krakowie

Matka Boska Niepokalana w ogrodzie oo. Cystersów w Krakowie

Ktoś jednak rozumie, o co toczy się gra.

cdn.

P.S.

Mądry, pełen delikatności i taktu tekst poświęcony sprawie protestów kobiet napisał pan Jerzy Binkowski, pisarz i poeta, autor felietonów na portalu Solidarni 2010 („Moja Droga, a w czarną ubrana bluzeczkę”). Autor chciał dotrzeć do osób ciężko poranionych i intelektualnie pogubionych (nie zawsze z własnej winy). Oto fragment: 

„(…) Można być genialnym muzykiem a mieć trudności językowe. Można być matematykiem bez szczególnych zdolności empatii i wyobraźni. Siebie umieszczam w kategorii szczególnych talentów inteligencji intra-personalnej, natomiast jestem pozbawiony najdrobniejszych talentów matematycznych i przestrzennych. Są Osoby z dużymi dyspozycjami kinestetycznymi i muzycznymi. Kiedy więc piszę, że „czarnoponiedziałkowy” problem nie jest kwestią sporu między Kobietami i Prawem, natomiast jest kwestią inteligencji, nie chcę Cię obrażać. Proszę Cię o wycofanie się z wszelkich podejrzeń, że chcę Cię obrazić. Powtarzam: nasze stanowiska są według mnie wtórne wobec naszego „wyposażenia” w wielorakie inteligencje i najczęściej nie jest to dowodem, że ktoś jedynie ma rację. Nawiasem mówiąc, jestem w stanie zrozumieć radykalność postulatów radykalnych obrońców życia, i właśnie je popieram. Rozumiem także tych, którzy chcą prawnej zgody na zabijanie dzieci nienarodzonych, którzy uzasadniają swoje stanowiska tak, jak różnie uzasadniają. 

I jeszcze jeden wątek: moralnym obowiązkiem człowieka jest podporządkowanie się ZASADZIE prawa do życia. ZASADA, według Amerykanina S. Coveya jest czymś niedyskutowalnym, z czym się trzeba pogodzić, jak godzimy się na prawo przyciągania ziemi (…). Nieuwzględnienie tych bezdyskusyjnych faktów wprowadza w nasze życie sporo kłopotów. 

Mądrze jest uwzględnić dynamikę biologiczną ciała w procesie zainicjowania ŻYCIA, gdy w miłosnym uniesieniu zewrze się ciepło i bliskość KOBIETY i MĘŻCZYZNY. Normalną konsekwencją aktywności seksualnej jest możliwość, że Kobiece i Męskie zrodzi ŻYCIE.

Kto Tobie zabroni być szczęśliwą z tego powodu, że urodzisz dziecko? Gdy nie będziesz chciała wychować swego dziecka, możesz je przekazać do „Okna Życia”, bez jakichkolwiek problemów administracyjnych i najważniejsze: nie doprowadzisz tym do zagrożenia własnego zdrowia zarówno fizycznego jak i psychicznego, gdy podejmiesz decyzję o morderstwie. Szukanie rozwiązań opiekuńczych dla MATKI i OJCA, którzy nie chcą lub za trudnym okaże się opieka nad swoim dzieckiem, jest zadaniem NAS WSZYSTKICH, także Państwa, Kościoła, społeczności lokalnych (samorząd) i sąsiedzkich Jeżeli się dziecko unicestwi (żeby nie pisać jeszcze raz: zamorduje) – pozornie nie ma problemu. Oprócz niepokoju sumienia i niekiedy rozpaczy. Psychologiczna przestrzeń życiowa robi się wtedy rzeczywiście CZARNA. (…)”.

Całość:

 

 

   

 

 

 

 

 

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.

  • Kalendarium wpisów

    Listopad 2017
    N P W Ś C P S
    « paź    
     1234
    567891011
    12131415161718
    19202122232425
    2627282930