O księżniczce, która nie bała się ludzi, psów i koni

Posted on 29 kwietnia 2019 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Rycerze Wielkiej Sprawy

Niektóre sceny z dzieciństwa pamięta się przez całe życie. W mojej pamięci pozostał na zawsze wyjazd z rodzicami do podczęstochowskiej Kruszyny. Kruszyna to zwykła wieś. Niezwykły jest położony nieopodal wsi ogromny, zdziczały park, a w nim – wyłaniający się niespodziewanie z burzy zieleni, po kilometrowym spacerze – ogromny stary pałac. Cały i zdrowy, tylko w przedziwny sposób ogołocony ze wszystkiego, co mogłoby wskazywać, że toczyło się tu kiedyś barwne, pełne przygód, życie historycznego rodu. Pełne przygód, ale i łez wylewanych obficie. Że biegało po jego lśniących posadzkach (wydartych teraz z podłoża do żywego kamienia) blisko pół setki dzieci. Że wychowywało się tutaj, żeniło i umierało kilka pokoleń. Dziedziniec i podwórze pełne były pokrzykiwań służby, rżenia koni, poszczekiwań psów.

Kareta Lubomirskich

Elżbieta z Lubomirskich-Stadnicka (1922-2017), autorka wspomnień, w których ten pałac się pojawia, urodzona w nim, była przekonana, że Matka Boska Częstochowska darzy jej rodzinę szczególnym uczuciem. Nie tylko z powodu ufundowania przez Lubomirskich bramy wiodącej na Jasną Górę i wybudowania połowy klasztoru, ale głównie dlatego, że jej pradziadek, Eugeniusz Lubomirski wraz z żoną osobiście przywiózł z Rzymu koronę dla Maryi i Dzieciątka z Cudownego Obrazu. Koronę ufundował św. Pius X. Elżbieta jako dziecko oglądała w wozowni kruszyńskiego pałacu specjalnie na ten cel obstalowaną karetę. Para małżeńska, wraz ze stangretem i służbą pojechała nią do Wiecznego Miasta. Było to wyróżnienie i honor, nawet jak na tak zasłużony dla Polski, hetmański ród.

Kareta była wyściełana wewnątrz granatowym aksamitem. Przez panoramiczną szybę, w którą wmontowany był rodzaj głośnika można było porozumiewać się ze stangretem. Miała przenośną umywalkę z toaletką i przyborami z kości słoniowej.

Z pałacu w Kruszynie Niemcy podczas wojny wywieźli dwanaście wagonów mebli (ukradli także tekę ze 152 rysunkami Dürera złożoną przez Lubomirskich w Muzeum Ossolińskich we Lwowie – Hitler osobiście wysłał po nią konwojentów). Resztę dzieł sztuki i mebli z Kruszyny zrabowali Sowieci i komuniści o polskich nazwiskach. „Dowiedzieliśmy się kiedyś z gazet, że ogromny obraz Bitwa pod Sztumem, który wisiał u babci, Bierut podarował jakiemuś ministrowi z Belgradu… Rubens nigdy się nie odnalazł, a Tycjan jest w amerykańskim muzeum. Jednak my nigdy nie mieliśmy prawa niczego odzyskać”. Żyrandol ze stoma kryształowymi świecznikami został któregoś dnia uroczyście „zwrócony” przez peerelowskiego urzędnika, tylko dlatego, że nikt nie potrafił go złożyć i zawiesić.

…Godzinami brodziliśmy wśród opadłych liści po przedziwnym parku – lesie. Były wczesne lata siedemdziesiąte. Pachniało jesiennymi ziołami w wysokiej na metr trawie, zbutwiałym drewnem, przemykały pod drzewami sarny i zające. Tajemnicze, szare, głuche mury majestatycznej budowli, otwarta na oścież brama, pustka dokoła potęgowały wrażenie nierealności. Dlaczego moi Rodzice w tych odległych peerelowskich latach przywozili mnie do tego dziwnego miejsca? Tego miałam się tego dowiedzieć dopiero po latach.

 

Pałac Lubomirskich w Kruszynie (lata 30. ub. w.)

 

W tym pałacu przed wojną Elżbieta mieszkała z rodzicami, dziadkami i trójką rodzeństwa. Choć była wesoła, kochała swoich bliskich – a bardzo wcześnie straciła ojca i młodszą siostrę, Różę – lubiła samotność. A także krążenie po wsi, zaglądanie do domów wieśniaków. Kontrast między tym, co tam widziała, a życiem swojej rodziny doprowadzał ją do rozpaczy. Czuła niepokój, czuła jakby jej życie było „życiem na niby”. Miała rozdarte serce.

Po ponad stu pokojach pałacu i po pomieszczeniach gospodarczych w oficynach kręciło się  sześćdziesięcioro służby. Szczególnie malowniczą postacią był opiekun koni cugowych, Kazimierz Wieczorek. Mówił do nich »moje rybeńki«, zaplatał im w kunsztowne sploty ogony i grzywy, dogadzał im posypując smakołyki do paszy. Dzieciom Lubomirskich dawał powozić. Podczas zabaw tanecznych dla służby i pracowników pędził z partnerką z nieprawdopodobną szybkością do końca sali, po czym przed ścianą gwałtownie hamował i zawracał. „Na Boga, przecież on się zabije!”, wykrzykiwał wtedy wuj Elżbiety, Stefan Lubomirski, obserwując tańczących przez okno.

Do ogromnego stołu gospodarze siadali wraz z gromadą rezydentów, dziećmi i ich nauczycielkami. W lecie na aksamitnym trawniku przed frontem pałacu co tydzień wymieniano kompozycję kwiatów, wielobarwne dywany zmieniały się jak w kalejdoskopie. Parę razy w roku wszystkie okna pałacu rozjarzały się światłami, w lasach majątku urządzano wielkie polowanie. Na dziedzińcu i w hallu witano dziesiątki gości, w salonie do późnej nocy rozbrzmiewała muzyka. Na każdym piętrze, w co drugiej niemal sali znajdował się fortepian; ojciec Elżbiety, Władysław Lubomirski, był kompozytorem i pianistą.

 

Róża z Broel-Platerów i Władysław Lubomirski, rodzice Elżbiety

 

A przecież sama Elżbieta była świadkiem ogromnej solidarności swoich bliskich z wszelką ludzką biedą i mądrze okazywanej pomocy. „We wsi, gdzie znałam wszystkich mieszkańców, była ochronka, w której nauczycieli opłacał mój dziadzio… Rólka, moja siostra, zanosiła tam wszystkie swoje zabawki”. Ukochana niania Elżbiety, Marcjanna Chądzyńska, zwana Cinią, była garbuską. Znalazła się w pałacu w Kruszynie po tym, kiedy babcia Elżbiety, Natalia z Zamojskich przejeżdżając powozem przed sąsiednią wieś, dostrzegła grupę dzieci siedzącą w kucki na ziemi wokół czegoś, co wyglądało jak głowa dziewczynki. Istotnie, dziewczynkę zakopano w ziemi, bo ktoś powiedział, że „ziemia wyciąga garby”. Przerażona, półżywa pięciolatka została natychmiast odkopana i wzięta na ręce przez babcię Elżbiety. Na jej prośbę rodzice dziecka oddali ją na wychowanie do pałacu. Pozostała już na zawsze wątła i niziutka, ale wśród Lubomirskich czuła się jak w rodzinie. Została pomocnicą guwernantki, potem opiekunką i główną powiernicą dzieci Lubomirskich. Po wojnie mieszkała z Elżbietą, pomagając w prowadzeniu domu, pielęgnując jej dzieci w chorobie, modląc się za nie. Gdy jeden z synów Elżbiety ciężko zachorował, w jego intencji przez pół roku spała na stole.

 

Elżbieta i Natalia z dziadkami, Stanisławem i Natalią Lubomirskimi

„Nie będę o tym dyskutował”

Jednym z najbliższych Elżbiecie ludzi pracujących w pałacu był Marcin Gąsior. Zaprzyjaźniła się z nim, gdy miała pięć lat. Był odźwiernym wielkiej bramy wjazdowej do parku. „Kiedy tylko mogłam, szłam do niego na rozmowę. Zazwyczaj siedział na krześle przed bramą i drzemał. Przynosiłam mu kwiatki zerwane przy drodze oraz różne smutki do rozpatrzenia. Nieszczęść w tym czasie przytrafiało mi się sporo, jako że nauczycielki były okropne, mama nie miała czasu, dziadzio nie zawsze był w Kruszynie, swoje żale wylewałam więc przed panem Marcinem, który później szedł ze mną, żeby pokazać mi zabitą żmiję lub zaskrońca. Lubił chrząszcze i miał wielką księgę, w której szukaliśmy ich nazw. Tylko gdy opowiadałam mu o Panu Bogu, zawsze odpowiadał: »Za przeproszeniem księżniczki, nie chcę o tym dyskutować«. (…) Dwa razy udaremnił moją ucieczkę z domu. Raz, gdy z walizeczką pełną zapasów zbieranego chleba postanowiłam zobaczyć, co znajduje się za bramą. Drugi raz, gdy byłam już starsza i postanowiłam wyjść za bramę, by poznać ten nieznany, olbrzymi świat… A wtedy on łagodnym głosem zawołał: »Może innym razem będzie łatwiej?«”.

Gdy ciężko zachorował i wszyscy wiedzieli, że umiera, przybiegła do niego, by zaproponować wizytę księdza. Obruszył się tylko, żona z płaczem powiedziała: „Widzi księżniczka, on nie chce Pana Boga ani księdza”. Ale Elżbieta popędziła do zakonników z sąsiedztwa i wybłagała, żeby ktoś z nich przyszedł ze świętymi olejami, „bo jeśli pan Marcin go zobaczy, z pewnością zmieni swoje podejście”. „Tak też się stało. Pan Marcin ujrzawszy księdza, ucieszył się, wyspowiadał, przyjął oleje święte i umarł, jak przystało na chrześcijanina”. Podobna scena miała się powtarzać w życiu bohaterki tej opowieści wiele razy. Po kilkudziesięciu latach, mieszkając we Francji, stała się opiekunką bezdomnych, chorych i umierających.

Czy była to tylko zasługa jej wyjątkowej wrażliwości? Wychowanie w kruszyńskim pałacu było surowe i mądre: dzieci były traktowane przez dorosłych jako istoty rozumne, w dodatku obdarzone doskonałą pamięcią. Nie trzeba było wypowiadać wielu słów, ani powtarzać dwa razy, by przekazać zasady życia, podstawowe prawdy moralne. Przeciwnie, im mniej słów, tym dzieci lepiej rozumiały. Wiedziały, że są traktowane poważnie.

Włóczędzy, Cyganie i stara pijaczka

Włóczędzy, którzy chodzili od dworu do dworu wiedzieli, że tutaj zostaną nakarmieni. „W naszym domu była tak zwana kuchenna, która gotowała tylko dla biednych. Wszyscy mogli tam przyjść. Kiedyś zjawił się jakiś biedny, a kuchenna zamknęła drzwi, bo już było bardzo późno. Zdarzyło się to podczas naszej kolacji. Widziałam, że biedny nic nie dostał i czeka przy drzwiach. Denerwowałam się tym bardzo, zwłaszcza, że wszyscy siedzieli najspokojniej przy stole. Dziadzio zapytał, o co mi chodzi. – O to, że tam stoi biedny i nic nie dostał do jedzenia. – Czemu nie dasz mu czegoś od siebie? – Ale ja nic nie mam – odparłam zdziwiona. – Jak to nie masz? Przecież masz swój talerz zupy. Czemu jej nie oddasz? Wobec tego moja zupa została oddana temu biednemu, a ja obeszłam się smakiem. Zapamiętałam tę lekcję troski o ubogich, jakiej udzielił mi mój dziadzio – raz na zawsze”.

 

Elżbieta (pierwsza z prawej, u dołu) z dziadkiem Stanisławem Lubomirskim i z rodzeństwem, Kruszyna, lata 20. ub. w.

 

Nauka pomagania biedniejszym od siebie nie zawsze szła jak z płatka. Elżbieta wpuściła kiedyś do kuchni pałacowej grupę Cyganów i zachęcała ich gorąco, pod nieobecność służby, by zabrali sobie, co im najbardziej przypada do gustu („bo my mamy wszystkiego za dużo”). Ktoś z nich chwycił jakiś rondel, inny się obruszył; niewiele brakowało, wybuchłaby bijatyka. Jeden ze służących pobiegł do Stefana Lubomirskiego wołając, że „księżniczka Elżbieta rozdaje garnki Cyganom”. Nie było żadnej kary tylko wygłoszone poważnym tonem pouczenie dziadka, że rozdawać można tylko to, co jest naszą własnością. „Nie wolno ci dawać tego, co do ciebie nie należy”. I rzeczywiście, niebawem Elżbieta oddała swoją ukochaną kurę, zwaną Złotopiórką, kobiecie w łachmanach. Złotopiórką opiekowała się (oprócz niej miała pod opieką dziesięć kanarków) i kura zawsze z wdzięczności, na powitanie siadała jej na nodze. Widok kobiety spotkanej na podwórzu wstrząsnął Elżbietą. Odbyła z nią długą rozmowę, wyliczając, jak bardzo odmieniłoby się jej życie, gdyby zaczęła sprzedawać jajka kury i zainwestowała z czasem w małą kurzą fermę. Kobieta była entuzjastycznie nastawiona do tej perspektywy. Na nic nie zdały się obcesowe wtargnięcia służącej Marysi: „Proszę księżniczki… To jest pijaczka, często leży w rowie”. Złotopiórka została obficie skropiona łzami pożegnania i oddana. Przy kolacji mama, Róża z Broel-Platerów oznajmiła wszystkim zebranym, że Elżbieta oddała kurę (którą niby to tak bardzo kochała) pijaczce: „A czy wiecie, co się stało z tą Złotopiórką ukochaną? Została zarżnięta, oskubana i sprzedana pani Pieskowej – za wódkę”. „Nie wiem, jakim cudem wtedy nie zemdlałam”, dodaje Elżbieta. Jedno jest pewne, wychowanie w pałacu w Kruszynie to nie było wychowanie bezstresowe.

 

Elżbieta z siostrą Natalią i mamą Różą, tuż przed wybuchem wojny

Przebaczone!

Kruszyna i jej mieszkańcy to nie był zwykły arystokratyczny świat, pełen dystansu do tego, co na zewnątrz. To był świat ludzi, których wysoka duchowa kultura kazała im troszczyć się o los bliźnich. Także i w ten sposób czuli się odpowiedzialni za Polskę. Taki był świat wszystkich katolickich rodzin tej sfery, czego dziś  – nawet w Polsce – nie chce się wiedzieć, nie docenia się i nie rozumie. Wspominając mieszkańców wsi, Elżbieta podkreśla, że jej rodzina była kochana i szanowana przez prostych ludzi „za przystępność i za dobroć”. Odpowiadano respektem, przywiązaniem, serdecznością i lojalnością. Po wojnie, w czasach nędzy, jej siostra Natalia dostała od dawnej służby wyprawkę dla swojego pierworodnego syna. „W 1946 roku przyjechał ktoś do Krakowa, prosząc, by wuj Stefan i mama udali się do Kruszyny i powiedzieli ludziom, że mogą brać ziemię należącą do rodziny. Nikt z chłopów nie chciał jej brać za darmo. Wtedy mama z wujem wybrali się do Kruszyny i mama poprosiła w imieniu dziadzi i rodziny: – Weźcie ziemię, bo inaczej zrobią tu kołchoz, a to będzie gorsze i dla was, i dla wszystkich. Dopiero wówczas mieszkańcy zgodzili się wziąć tę ziemię. Tak było w wielu majątkach”.

 

Róża z Broel Platerów Lubomirska, mama Elżbiety na polowaniu,. lata 30. ub. w.

 

„W naszym domu”, wspomina Elżbieta czas wojny, „znajdowała się wielka, wspólna fotografia Natalii i moja. Było to zdjęcie trzynastolatek ubranych w szkolne mundurki. Po zajęciu pałacu niemiecki oficer zdjął tę fotografię, wyrysował na niej dwa sztylety po naszymi szyjami i dwa pistolety skierowane na nas: jeden ku Natalii, a drugi na mnie. Następnie podpisał (podał cały swój adres) i umieścił napis po niemiecku: »Ja tak zrobię ze wszystkimi dziewczynami polskimi, jak z tymi księżniczkami«. Mama dostała później to zdjęcie. A gdy rozpoczął się proces norymberski, chcieliśmy, żeby je tam posłała na dowód, że ledwo zaborca wszedł do kraju, a już pragnął zabijać dzieci. Nie chciała tego zrobić, powiedziała: »My nie mamy się mścić! Nie zrobimy tego! Już przebaczone!«. Mama była kobietą piękną zewnętrznie i wewnętrznie”.

Wielka tułaczka i beskidzki azyl

Historia wygnania rodziny z rodzinnego gniazda – do którego już nigdy nie mieli wrócić –  i ucieczki przed Niemcami, na wschód, potem przed Sowietami, ze Lwowa, jest opowieścią tragiczną, pełną nieprawdopodobnych trudów, życia na granicy śmierci, wycieńczenia z chorób i głodu. Tak jak wiele innych kochających się rodzin nie chcieli nigdy się rozdzielać; udało im się wspólnie, po wielu miesiącach, dobrnąć do Krakowa. Stamtąd niedaleko już było do Nawojowej na nowosądecczyźnie, historycznego majątku hrabiów Stadnickich, dalekich kuzynów Lubomirskich. W nawojowskim pałacu dziewiętnastoletnia Elżbieta rozpoczęła nową przygodę młodości, wiążąc się przysięgą wojskową z AK-owskim podziemiem (wcześniej kończąc w ramach tajnych kompletów liceum, zdając maturę i rozpoczynając studia uniwersyteckie). Obsługiwała radiostację, w specjalnym laboratorium w pałacowej piwnicy sporządzała koktajle Mołotowa (nad piwnicą stacjonował Wehrmacht, sygnałem ostrzegawczym, że jakiś Niemiec jest w pobliżu, była staroświecka piosenka śpiewana przez „babcię Stadnicką”, która czuwała na dziedzińcu na stołeczku, przy okienku piwnicy).

Tutaj Elżbieta poznała jedyną miłość swojego życia, jednego z dowódców AK-wskiej partyzantki tego rejonu, zarazem jednego z najdzielniejszych żołnierzy Podziemia, syna właścicieli Nawojowej, Józefa Stadnickiego. Mimo, że zmagał się z ciężkim kalectwem po przejściu choroby Heinego-Medina, poruszał się dzięki specjalnym obręczom i o kulach, dokonywał słynnych na całym Podkarpaciu akcji dywersyjnych, często w pojedynkę. Był przykładem nadludzkiej niemal odwagi. Koordynował pracę szlaku przerzutowego na Węgry oraz łączności zagranicznej. Przez dwa ostatnie lata wojny Józef Stadnicki (ps. „Kazimierz”, „Kobuz”, „Madej”, „Rydwan”) ukrywał się w górach, pozostając komendantem placówki  ZWZ-AK „Narcyz”, w randze porucznika. Jeszcze w czasie wojny została jego żoną, mieli pięcioro dzieci. Jego rodzice, Stefania i Adam darzyli ją przez całe życie wielkim szacunkiem i miłością…

 

Elżbieta Lubomirska-Stadnicka, Nawojowa, lata 40.

 

O ojcu Józefa Elżbieta mówi: „Mój teść, Adam Zbigniew Leon hrabia Stadnicki ze Stadnik herbu Drużyna, był uosobieniem człowieka prostolinijnego, o wielkim sercu. Zaraz po wojnie, gdy cała rodzina była pozbawiona wszystkiego i wywłaszczona, musiał znaleźć sobie miejsce, by moc dalej jakoś żyć… Tuż przed wyrzuceniem nas z Nawojowej, Stefania Stadnicka oznajmiła: – W kasie majątku zostało jeszcze trochę pieniędzy, jakieś osiem tysięcy złotych. Poprosiła, żeby mąż wziął te pieniądze i rozdzielił między wszystkie dzieci… My z Józiem chcieliśmy się udać do Krynicy. Ale Adam Stadnicki oznajmił wtedy żonie: – Nie ma już tych pieniędzy. – Jak to nie ma? Przecież parę dni temu mówiłeś mi, że są w kasie majątku i można je wziąć. – Pieniędzy tych już nie ma – odparł – bo wypłaciłem służbie i gajowym pobory na sześć miesięcy naprzód. – Jak mogłeś to zrobić? – krzyknęła w rozpaczy. – Zrobiłem tak, jak trzeba było – powiedział stanowczym głosem. – Jak to możliwe?! – zaczęła krzyczeć moja teściowa, ogromnie zdenerwowana. Wtedy Adam Stadnicki pierwszy raz podniósł na nią głos, mówiąc: – Przestań krzyczeć. Zrobiłem tak, jak trzeba było zrobić… Moja teściowa cała roztrzęsiona poszła poskarżyć się komuś. Zostaliśmy bez grosza… Po pewnym czasie mój teść pocałował mnie w rękę i powiedział: – Przepraszam, że pozwoliłem sobie krzyknąć na mamusię przy tobie”.

Macie pojęcie, co to ojczyzna?

Osiedlenie się młodej rodziny po wojnie w Krynicy przyniosło kolejne próby. Elżbieta i Józef Stadniccy byli tu traktowani przez władze jako persony non grata. W późnych latach 40. na ulicach miasteczka porozwieszano wielkie afisze z wizerunkiem robotnika, który butem kopał małych pokracznych ludzików opisanych jako „Gestapo, Niemiec, bankier, arystokrata”. Dopiero po śmierci Stalina, po wielu szykanach, pozwolono małżonkom podjąć oficjalnie pracę. Józef zatrudnił się jako księgowy w spółdzielni fotograficznej, Elżbieta w składzie węgla. Wtedy ktoś napisał donos na Józefa, że wykonywał także dorywcze prace dla Kościoła. Istotnie, tak było, „bo kiedy byliśmy strasznie biedni i głodni, pojechałam do Częstochowy, do ojców paulinów: »Wiecie pewnie, ile kościołów ufundowali Lubomirscy? Pomóżcie nam. To nawet jest wasz obowiązek pomóc fundatorom, jak nie mają nic«. Ojcowie paulini od tego czasu przesyłali nam całe paki świętych obrazków do przycinania (…) było co jeść. Mogliśmy też pomóc innym, wziąć dzieci na wychowanie itd.”  I w taki sposób, w ich mieszkaniu w willi „Miła”, oprócz piątki małych Stadnickich wychowało się jeszcze kilkoro przygarniętych dzieci obcych ludzi – w tym dziecko niewidome, i inne, opóźnione w rozwoju – wziętych z powodu sieroctwa, ze skrajnej biedy, z urągających warunków… Miały tu dom, ciepło rodzinne, względny dostatek, opiekę medyczną, mądre wychowanie.

Żeby jednak utrzymać siedzibę w starej drewnianej willi małżonkowie musieli stoczyć walkę z miejscową kliką partyjną. Któregoś dnia od znajomego dorożkarza dowiedzieli się, że komuniści naradzają się właśnie w siedzibie gminy jak ich stamtąd ostatecznie wykurzyć. Był środek zimy. Józef natychmiast zadecydował, że muszą tam jechać. „Wyszedł na tych swoich biednych nogach, podpierając się laskami, ja go podtrzymywałam, dorożkarz pomógł nam wejść do sań. Zajechaliśmy przed duży piękny budynek…”  Ktoś usiłował im zagrodzić drogę, ale nie dali się zastraszyć. ”Weszliśmy na pierwsze piętro, Józio z wielkim trudem… Podeszliśmy do olbrzymich drzwi, a on z całej siły uderzył w nie swoją dębową laską.(…) przy stole siedziało kilkanaście osób. Józio podszedł do nich i tą dębową laską mocno uderzył w stół, aż wszystko na nim podskoczyło. – Wy nas sądzicie? – wykrzyknął. – Wy macie coś przeciwko nam? Wy nie pozwalacie nam tutaj mieszkać? A gdzie byliście, kiedy ja, chory, nadstawiałem karku, a mój brat zginął wraz z tysiącami innych ludzi? Gdzie wy wtedy byliście? – Oni milczeli, a Józio mówił dalej: – A moja żona, ma dwadzieścia cztery lata i choć jest księżniczką, nic złego nie zrobiła. Cały czas walił w stół. Ja zawsze byłam w nim zakochana, ale wtedy zakochałam się wprost na śmierć! – Zaraz, my jeszcze nie podjęliśmy decyzji – powiedzieli. – To podejmijcie decyzję teraz, bo ja jestem obywatelem Polski i Polska jest moją ojczyzną. A wasza ojczyzna gdzie jest? Macie pojęcie, co to jest ojczyzna, czy nie? Nadstawialiście karku jak my? Podpisać mi zaraz, że możemy tu zostać! Wszystko podpisali, a my wyszliśmy…  Podczas ciężkich prób i potem, gdy dzieci trochę podrosły, było nam bardzo trudno i wtedy mój mąż zawsze mi mówił: – Pamiętaj, jak tylko trochę się ukłonisz, to szybko ugniesz się aż do ziemi”.

Ten pełen hartu i niezłomnej woli człowiek zginął kilka lat później, w 1960 roku, w wypadku w drodze z Warszawy do Krynicy – pojechał na motorze do Warszawy, by szukać u znajomych lekarzy pomocy dla ciężko chorego syna Andrzeja. Tragiczna śmierć bohatera AK wstrząsnęła nie tylko Elżbietą i jej bliskimi, ale setkami ludzi z okolic, którzy zjawili się tłumnie na pogrzebie. Władze z niepokojem obserwowały patriotyczną manifestację, jaką był niekończący się kondukt żałobny. Wiele mądrych słów pociechy dla wdowy padło tego dnia z ust prymasa Wyszyńskiego. Prymas odprawił Mszę św. za Józefa Stadnickiego u sióstr elżbietanek w Krynicy. W kazaniu relację małżonków porównał do przyjaźni łączącej św. Teresę z Avila i św. Piotra z Alkantary (‚…w tym krótkim czasie zdążyli sobie powiedzieć wszystko, co Bóg chciał, żeby sobie powiedzieli”). Wysłał też do Elżbiety list, pełen ojcowskiej czułości.

Elżbieta została sama z piątką dzieci. Oprócz syna poważnie chorowało wtedy jeszcze troje z nich. Przeniosła się z nimi do Poznania, bo tu słynny chirurg, prof. Dega, zgodził się operować Andrzeja.

W mieście rządzonym przez dwóch komunistów, Jana Szydlaka i Jana Kusiaka, musiała po raz kolejny wcielić w życie rodzinną dewizą, że nie można nigdy bać się ludzi, psów i koni. Długo walczyła o zameldowanie i przydział obiecanego jej mieszkania (w zamian za odebrane w Krynicy) z kliką Kusiaka. Któregoś dnia, wiedząc, że tłem odmowy jest spór między dwoma frakcjami lokalnej partii, wdarła się po prostu, odpychając broniącą drzwi sekretarkę, do jego gabinetu. Stając przed nim krzyknęła mu w twarz coś, czego nikt nigdy by się po niej nie spodziewał: „ – Panie Kusiak, wie pan, co to jest dzika maciora, która ma małe dzieci?! Ona i lwa zagryzie, żeby tylko ich bronić! A ja jestem taka sama! Ja się was nie boję, to wy się mnie bójcie! Muszę tu mieszkać z dziećmi, bo mój syn będzie operowany przez profesora Degę! Po paru dniach dostałam pozwolenie na zameldowanie w Poznaniu. Mówili mi, że jestem jedyną osobą, która wygrała z Kusiakiem”.

Czy zechce pan kupić książkę, monsieur?

Pracując dorywczo jako tłumaczka na targach poznańskich Elżbieta poznała Francuza, dyrektora jednej z firm handlowych, który w pierwszym dniu znajomości zaproponował jej małżeństwo. Uznała ten pomysł za absurdalny, nic ją z tym człowiekiem nie łączyło, nie czuła do niego nawet najmniejszej sympatii. A jednak po jakimś czasie uległa perswazji dalszej rodziny. („Nie bądź głupia, masz już czterdzieści dwa lata. Musisz absolutnie to zrobić, zrobić to dla dzieci, przecież widzisz, co się tutaj dzieje”, słyszała nieustannie od swojego arystokratycznego szwagra). Wzięła ślub z Francuzem… Dla dobra dzieci, którym nie mogła w komunistycznej Polsce zapewnić żadnej przyszłości. Wyjechała do Francji. Chory syn, któremu groziło ciężkie inwalidztwo znalazł tam pomoc, odzyskał sprawność po skomplikowanej operacji i wielomiesięcznej rehabilitacji.

Małżeństwo z Francuzem okazało się jednak tragiczną pomyłką, on sam – oszustem, parokrotnym rozwodnikiem. Elżbieta, wyśmiewana i pogardzana przez jego rodzinę (większość z jej członków należała do partii komunistycznej) dochowała mu wierności. Wyciągnęła go ponadto z alkoholizmu, pomagała zmagać się z chorobą psychiczną. Jego patologiczne skąpstwo spowodowało, że musiała szukać pracy, by zarobić na podstawowe utrzymanie – swoje i dzieci. Zaczęła od sprzedawania na ulicy ołówków i kalek, potem proponowała kupno książek chodząc po prywatnych domach w podparyskich dzielnicach, skończyła jako sprzedawczyni eleganckich mebli w Printemps. Musiała jednak zrezygnować z pracy, by podjąć opiekę nad coraz bardziej niedołężnym mężem. W międzyczasie miał wypadek, rozbił głowę, na dwa lata utracił pamięć. Uczyła go wymawiać słowa, przypominała podstawowe fakty z historii i z jego życia. A on, wracając do świadomości, wyznał jej pewnego dnia, że musiał się z nią ożenić, bo zanim jeszcze zobaczył ją w Poznaniu jej postać pojawiała się w jego snach.

Przyjmując wszystkie upokorzenia i udręki, jakich jej nie szczędził, doprowadziła go w końcu do wiary. Na parę tygodni przed jego śmiercią wspólnie się modlili.

…Po latach wyjaśniła się także i moja rodzinna historia związku z Kruszyną – i z Nawojową. Moja śp. Mama pokazała mi zrobioną przez siebie w 1943 roku fotografię. Przedstawia cztery młode, delikatnie uśmiechające się kobiety, siedzące nad brzegiem jeziora, u stóp górskiego pasma, wśród łanu kwitnącej gryki. Scena miała ogromny urok, czuło się echo dawnego polskiego życia, jakby wojna toczyła się gdzieś daleko. Zdjęcie zostało zrobione nad Jeziorem Rożnowskim, niedaleko Nawojowej. Mama wraz z czterema paniami była tego lata gościem pałacu Stadnickich, który przyjmował, oprócz wielu innych osób działających w konspiracji – w ramach podziemnej akcji „Uprawa” vel „Tarcza” – także nauczycieli z Warszawy prowadzących tajne nauczanie, na wakacyjny wypoczynek. Tymi osobami były wtedy właśnie m.in. moja Mama i jej koleżanki z UW. Mama przygotowywała także tego lata do wojennej matury synów Stadnickich (wszyscy byli w partyzantce). Po wojnie, w peerelowskiej szarzyźnie, ta szczególna chwila przeżyta w sercu Beskidów,  pośród ludzi wielkiej szlachetności, oddanych bez reszty Polsce, była pięknym wspomnieniem. Ono zaprowadziło po latach moich Rodziców do zdziczałego parku pod Częstochową, miastem mojego dzieciństwa, gdzie stał wielki stary pałac z wyłupionymi oknami, bez drzwi, posadzek, marmurowych posągów i sztukaterii. Pozbawiony wszystkiego, co mogłoby przypominać jego blask, wielkość i chwałę.

 

Nauczycielki prowadzące w Warszawie tajne nauczanie, podczas wakacji w Nawojowej  (Jezioro Rożnowskie, lipiec 1943 r.), fot. Maria Polak

Żebracy i inni brzydko pachnący bracia

W tym czasie urodzona w nim Elżbieta Lubomirska-Stadnicka, odchowawszy dzieci, które wkrótce założyły rodziny – dwoje z nich wróciło na stałe do Polski – mieszkając na francuskiej prowincji, w miasteczku Château-du-Loir, w pobliżu rodziny jednego ze swoich dzieci, zajęła się tym, co było zawsze jej upragnionym zajęciem, opieką nad biedniejszymi od siebie. Bezdomnymi, chorymi, okaleczonymi, umierającymi, także zdziczałymi od samotności i braku jakiejkolwiek nadziei. Jednocześnie odwiedzała przewlekle chorych, długo przebywających w szpitalu. Starała się mówić im o Bogu, gdy tylko mogła towarzyszyła im przy śmierci. We Francji nie ma kapelanów szpitalnych, świeccy uzyskują specjalne pełnomocnictwo od proboszcza, po odbyciu dwuletniego kursu i zdaniu egzaminu. Ponadto niemal regułą jest, że tu rodziny opuszczają swoich chorych, gdy dowiadują się, że ci wkrótce umrą.

Naczelny duszpasterz diecezji pilnował wprawdzie, by przeszkoleni świeccy pamiętali, że w szpitalu znajdują się „w obszarze laickim, gdzie mówienie o Panu Bogu jest całkowicie zakazane”. Doradzał im też, żeby w kontaktach z chorymi unikać emocjonalnych więzi, zachować jak największy dystans. „Mieliśmy być świadkami cierpienia bez angażującego współczucia”.  Zapytała więc tego duchownego: skoro nie może nawet wymówić słowa Bóg, to po co ma w ogóle tu przychodzić? Nie było odpowiedzi. Przychodziła więc do chorych i mówiła, co chciała. Wiedziała, co trzeba mówić.

Była przerażona, że tak wielu ludzi umiera w kompletnej osamotnieniu. Księża francuscy nie mają dla nich czasu. Typowe zajęcia proboszcza w tym kraju (oprócz odprawiania Mszy św. i organizowania pielgrzymek) to prowadzenie dziecięcej orkiestry i chóru, przewodzenie grupie sportowców, ekipie woluntariuszy. Oprócz tego ksiądz musi umieć naprawić elektryczność, sprzątać u siebie i wokół kościoła, pracować w ogródku, dbać o zakrystię, wydawać co jakiś czas kolację dla świeckich, którzy mu pomagają. Jest zajęty od świtu do nocy. Czy ma w ogóle czas na modlitwę? Jej ostatni proboszcz w Château-du-Loir miał dwadzieścia trzy parafie i do pomocy jednego księdza Koreańczyka, który uczył się języka.

Szokujących zachowań duchowieństwa francuskiego Elżbieta doświadczyła jeszcze dużo wcześniej, będąc przez jakiś czas w Loynie, jako tercjarka zakonu dominikańskiego, gdy jej wspólnotę odwiedził pewien słynny dominikanin, teolog. „Przyszedł do nas rano, kiedy jedliśmy śniadanie… W pewnej chwili przesunął rękę po brudnym stole, gdzie stało jeszcze jedzenie, żeby zrobić trochę miejsca, i powiedział: – A teraz odprawimy Mszę Świętą – Mieliśmy pozostać na swoich miejscach, tak jak siedzieliśmy. Potem dodał: – Ponieważ nasze rozmowy mogą służyć za Ewangelię, możemy przejść do Ofiarowania. Wino nalał do kubka, chleb był na stole – w ten sposób odprawił konsekrację – a my spożyliśmy po kawałku chleba. Zakończył wszystko pobłogosławieniem. Byłam wstrząśnięta i chciało mi się płakać. (…) W tym czasie nastąpiły masowe wystąpienia z zakonów. Wszystko ogarnął całkowity chaos”. Powiedziała temu dominikaninowi, że w Polsce taka Msza byłaby czymś niewyobrażalnym. „Dlatego nigdy tam nie pojadę”, odparł.

Będąc w Paryżu i szukając konfesjonału ze spowiednikiem, w przeddzień pierwszego piątku miesiąca, Elżbieta natknęła się w jakiejś zakrystii na mężczyznę w garniturze. Był to kapłan. Pragnienie spowiedzi pierwszopiątkowej uznał za dziwactwo; nie mieściło mu się w głowie, że ktoś, kto nie znajduje się w niebezpieczeństwie śmierci chce się spowiadać.

Wkrótce Elżbieta zaczęła także przyjmować w swoimi niewielkim mieszkaniu w Château-du-Loir ludzi potrzebujących noclegu, czy jakiejś doraźnej pomocy, czasem tylko zwyczajnej rozmowy, zjedzenia czegoś, ogrzania się, wypicia kawy.  Mieszkanie było w bloku przeznaczonym dla ludzi najuboższych, mocno zawilgocone, co rano trzeba było usuwać z podłogi obrzydliwe gołe ślimaki, żeby się nie poślizgnąć, ale Elżbieta lubiła je. Lubiła też swoich sąsiadów. „Nie wiem, jak to się stało, ale po pół roku przychodziło do mnie siedem czy osiem osób dziennie. Wszyscy bardzo serdeczni, ale też bardzo nieszczęśliwi i najczęściej pijani już od rana. Niektórzy co jakiś czas trafiali do więzienia, więc do tych pisałam czule listy”.

„Pewnego dnia przyszedł do mnie młody, piękny, bardzo wysoki mężczyzna z prośba o nocleg. Przyjęłam go i zaprosiłam na kolację, podczas której opowiadał mi o Allachu, próbując mnie nawrócić…  W nocy obudziłam się, czując, że ktoś nade mną stoi. Zapaliłam lampkę i zobaczyłam, że on ma nóż w ręku. Wtedy postawił mnie przed wyborem: – Uwierzysz w Allacha i porzucisz Chrystusa, a jak nie to zginiesz! – zagroził mi po pijanemu. Złapałam się za gardło i głosem osłabionym od strachu zawołałam: – Nie, nie, nie! Ale boli mnie gardło i nie mogę mówić. – To mleka z miodem trzeba się napić – odpowiedział wtedy bardzo przytomnie. – W takim razie idź i mi je zagrzej – poprosiłam go skwapliwie. Ku mojemu zdumieniu natychmiast pobiegł do kuchni. Pozwoliło mi to na uzyskanie pewnej nad nim przewagi, bo mogłam się już podnieść i włożyć ubranie. W kuchni zobaczyłam dwie puste butelki po winie… Mleko pomogło na tyle, że przestał mi grozić nożem. Wtedy zapytałam, co znaczą te puste butelki. A on na to: – Kupujesz najtańsze wino. – To po co wypiłeś drugą butelkę, skoro pierwsza była niedobra? Groza minęła, wrócił dobry humor…”

Po latach stukania do drzwi różnych instytucji doprowadziła do tego, że w jej miasteczku powstał dobrze zorganizowany i wyposażony dom dla ludzi ulicy. „… zetknęłam się z ludźmi, którzy naprawdę nie mieli nic. Może ich największym ubóstwem było to, że sami siebie uważali za szmaty. Dlatego właśnie się nimi zajęłam… Postanowiłam ich kochać, szanować, i słuchać, a oprócz tego także i nakarmić. (…) Nędzę można przeżyć, ale nie w samotności, poniżeniu i nienawiści do siebie, bo to prowadzi do rozpaczy”.

Gdzie tych ludzi znajdowała i przedstawiała im swoją ofertę? W publicznych toaletach, gdzie spali odurzeni alkoholem, na terenie miejskich śmietników. Elżbieta nigdy takich osób się nie bała, nie bała się też swoich reakcji, na agresję, wulgarność, choroby, brud. „Czasem żartowałam, że może otrzymałam dar oswajania dzikich zwierząt. Po upływie miesiąca okazało się, że mój lokal jest tak samo znany jak inne bary, tylko bez licencji alkoholowych. W końcu doszło do tego, że nieznani ludzie krzyczeli za mną na ulicy: »Elizabeth, czy to ty«? Kiedy zaczęłam urządzać wspólne wigilie, zawsze robiłam bardzo ładne zaproszenia drukowane na specjalnych kartonikach. Wiedziałam, że takie zaproszenie jest lepsze niż befsztyk. (…) Dopiero wiele lat później zrozumiałam, że tak naprawdę nie mogę być uboga w porównaniu z ludźmi naprawdę dotkniętymi ubóstwem, ja i tak pozostanę bogata dzięki temu, co otrzymałam, dzięki wierze, wychowaniu, wykształceniu, kulturze i miłości, jakiej doznałam od wielu osób”. Pomagał jej pewien mieszkaniec Château-du-Loir – członek miejscowej mafii – który przynosił ogromne kartony pełne dobrej jakości jedzenia dla jej podopiecznych. „Jak pójdziesz do nieba, powiedz, że za tobą idzie taki mały człowieczek, który nie wierzy w Pana Boga, ale zapala mu świece”, poprosił kiedyś.

Gdy komuniści wprowadzili w Polsce stan wojenny przysłała z Francji kilkadziesiąt ciężarówek z pomocą dla internowanych i ich rodzin; sama także przyjeżdżała z darami od Francuzów, którzy wobec Polaków mieli wielki gest. Podczas jednego z tych licznych wypadów, gdy odwiedziła rodzinę w Krakowie i wybierała się akurat na Mszę św. w intencji Grzegorza Przemyka, zobaczyła, wśród tłumu młodzieży na ulicy Panny Marii, rozbawioną grupę ludzi przed wystawą nowootwartego sklepu Benettona. „Podeszłam, by sprawdzić, co się dzieje, i zobaczyłam, że w wielkim oknie wystawowym siedzi zupełnie naga dziewczyna, która ma na głowie welon zakonnicy, a w ręku książeczkę do nabożeństw. Tego się nigdy w Polsce nie widziało… Opanował mnie święty gniew. Wpadłam jak bomba do sklepu, zwymyślałam przestraszonych sprzedawców, dopadłam kobiety na wystawie i zaczęłam krzyczeć: »Co pani robi?!« Chwyciłam ją za głowę, zdarłam welon, a potem wyrwałam książeczkę, którą trzymała w ręku. Zwymyślałam tam wszystkich, a Benettona najbardziej. Ludzie w środku zamarli. Jak to możliwe, żeby zachodnie firmy wchodzące na nasz rynek uwłaczały naszemu narodowi i świętościom przez niego wyznawanym? Jak można uwłaczać siostrom karmelitankom?… Do tej dziewczyny powiedziałam: – Rozumiem, że chcesz zarobić, ale nie bierz do tego książeczki do nabożeństwa i welonu zakonnicy… Tłum zaczął napierać zewsząd, obserwując, co się dzieje. Dziewczyna ku radości ulicy wstała i uciekła. Kiedy już wyszłam przed sklep, krzyknęłam gromko do tłumu: – Macie też na co patrzeć, jak za chwilę Msza św., bo Przemyka zabili!…Po drugiej stronie ulicy w sklepie z oknem wystawowym była taka sama scena, tyle że z odzieżą męska, ale stamtąd już nagi mężczyzna zniknął”. Natychmiast ruszyła ze skargą na posterunek milicji. Próbowano ją wyśmiać. Zadzwoniła do rodziny krakowskich aptekarzy Kochów, właścicieli kamienicy ze sklepem (wymówili lokal Benettonowi), szturmowała pałac arcybiskupi. Cały Kraków już o niej wiedział.

Strach zamyka okna i drzwi

Swoim dzieciom i wnukom Elżbieta powtarzała nie raz, że człowiek nigdy nie może się bać. „Nie bać się być człowiekiem, nie bać się śmierci, nie bać się życia… Moi znajomi z Château bali się poniżenia, ale czym ono właściwie jest? Nadepnięciem na własną godność… Nikt z nas i z generacji mojej mamy nie bał się poniżenia… „. Strach jest czymś głęboko nieludzkim, ale jest też czymś nieuczciwym – wobec Boga. Nie tylko zatrzaskuje na głucho okna i drzwi domów, zamyka przede wszystkim serca.

Gdy ukończyła dziewięćdziesiąt lat ograniczyła swoją pomoc chorym i umierającym z powodu częściowego paraliżu, ale jej nie przerwała. Zamieszkała wtedy z rodziną swojej córki Julity, w opuszczonym przez mnichów, odremontowanym przez nich, opactwie cysterskim Clarté Dieu. Najpiękniejszym darem dla niej samej w jej starości był fakt, że wciąż mogła – dzięki zaufaniu proboszcza – roznosić chorym Komunię św., tym w szpitalu i tym leżącym w domach. Jeden z jej podopiecznych – nazywa go w swoich wspomnieniach przyjacielem – powiedział jej pewnego razu: „Ja tej nocy umrę. – Po czym otworzył szafkę nocną, wyjął krzyż z uszkodzoną plastikową pasją i mówił dalej: – To jest krzyż, który kocham, należał kiedyś do mojej żony. On nawet nie jest z drewna i cały połamany. Po mojej śmierci na pewno znajdzie się w śmieciach, dlatego daję ci go, żeby pozostał w uszanowaniu”.

Czyż można przeoczyć głęboką symboliczną wymowę tej sceny? Czy nie jest tak, że Francja, niegdyś ostoja katolicyzmu w Europie, przekazuje dziś symbolicznie Polsce nadłamany Krzyż – po to, by został otoczony czcią, by go nie znieważono. By był kochany…

Bohaterka tej opowieści – której wszystkie wydarzenia i osoby są prawdziwe – zmarła w listopadzie 2017 roku we Francji. Jak powiedziała jej wnuczka w mowie pożegnalnej: „Więcej świętych moja rodzina nie znała”.

_____________

 

Elżbieta Lubomirska-Stadnicka, Na krawędzi epok 1922-2017, współpraca Agnieszka Przychodnia, Rosikon Press, Warszawa 2019

Tekst opublikowany w majowym numerze miesięcznika „Nowe Państwo” (w nieco skróconej wersji).

 

Polecam relację z prezentacji książki nagraną kilka tygodni temu w Warszawie, w siedzibie IPN (Przystanek historia). O książce i autorce mówią: Marcin Schrimer, prezes Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego, Janusz Rosikoń, wydawca, dr Paweł Skibiński, historyk oraz ks. Krzysztof Małachowski, przyjaciel rodziny Stadnickich. Fragmenty czyta wnuczka Elżbiety Stadnickiej, p. Taida Meredith.

 

 

 

 

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.