O człowieku, który nie chciał zostać papieżem

Posted on 20 sierpnia 2018 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Porządkowanie pojęć

Kontestacja przez grupę sędziów polskiego prawa, agresywne incydenty na manifestacjach KOD-u. Plugawy język osobistości politycznych, groźby pod adresem sprawujących władzę, straszenie jej zwolenników… Przestępcy i zwyrodnialcy na stanowiskach szefów państw, rozpad rodzin, samotność dzieci zdradzonych przez rodziców i męczeństwo dzieci, które matki wyrzucają ze swych łon, „małżeństwa” w obrębie jednej płci – wszystkie te zjawiska, spotykane dziś na co dzień, mogą wydać się nam czymś niepojętym. Zwłaszcza na tle historii naszego państwa i historii Europy (do schyłku średniowiecza).

Jeśli jednak sądzimy, że to wszystko, co tak gwałtownie na naszych oczach „przyspiesza” zaczęło się w Polsce wraz z rokiem 2016  (a może kilka lat wcześniej, może w 2010?, albo gdy zdradzono Jana Olszewskiego, gdy w nocy z 3 na 4 czerwca dokonano brutalnego zamachu stanu?), mylimy się. Mylimy się nawet, gdyby, naszym zdaniem, zaczęło się to wszystko jeszcze przy pertraktacjach Okrągłego Stołu.., nie!, gdy Stalin i Hitler podali sobie ręce…, gdy zdradzono nas w Jałcie… , gdy Hitler napisał Mein Kampf, a Stalin zagłodził na śmierć trzy miliony Ukraińców i otwierał  psychuszki dla więźniów politycznych.

Popełniamy jednak błąd. „To” zaczęło się dużo wcześniej.

W pierwszych latach XX w. Giuseppe Sarto, papież Pius X, przyszły święty, nie miał złudzeń: tego rodzaju zjawiska w skali masowej (bo odosobnione przypadki istniały zawsze), budzące przerażenie i grozę normalnych ludzi, będą się w Europie nasilać. O ile państwa będą nadal podążały drogą, którą wyznaczyła filozofia oświeceniowa: krok po kroku coraz bardziej odchodzić będą od wiary w Boga, na rzecz humanizmu, „wiary” w człowieka. Począwszy od schyłku XVIII wieku cała Europa drżała w posadach. Włochy były szczególnie dotknięte  kataklizmami, „bo oto wicher historii przywiał najpierw rewolucję francuską, a z nią wielką falę prześladowań Kościoła, potem wojny napoleońskie, w końcu zaś nie wiadomo już który konflikt cesarstwa z papiestwem” przypomina o. Antonio Sicari. Do tego doszły kolejne cykle rewolucji pod hasłem risorgimento, zamieszki i rozboje, do tego susza, głód i epidemie.

Pius X wiedział, że wraz z zanikiem wiary w Objawienie kultura chrześcijańska – a z nią moralność – wyznacznik naszej cywilizacji, będzie stopniowo ustępowała kulturze i moralności pogańskiej. „Jeśli ludzie nie usłyszą o Bogu, sakramentach i życiu wiecznym”, mówił, jeszcze jako biskup Mantui, „wkrótce stracą wszystkie pozytywne uczucia, zarówno obywatelskie, jak i społeczne”. I dodawał: „Większość zła na tym świecie bierze się z pozornego pragnienia poznania Boga i Jego prawd”.

Polska długo uważała siebie za wyłączoną z tej reguły. Polacy czuli się wyjątkiem. „Wszędzie może się coś podobnego z ludźmi dziać, ale nie tu. Polacy tacy nie są i nie będą, mają oparcie w wierze”. Czy było to uzasadnione? Czy nie byliśmy naiwni?

W 1905 roku, dwa lata po wyborze na Stolicą Piotrową, Pius X pisał w liście do biskupów włoskich: „Siła prawdy i moralności nauczanej przez Jezusa Chrystusa jest tak wielka, że wspiera i chroni nawet materialny dobrobyt jednostek, rodzin i całej społeczności ludzkiej”. Był przekonany, że w kulturze naszej cywilizacji nie ma miejsca na fatalizm, pesymizm, na załamywanie rąk. Mówił:  „Nie ma trudności, której nie da się pokonać. Dla tych, którzy pragną i kochają wszystko jest możliwe”. Wiedział jednak lepiej niż ktokolwiek, że ludzkie środki są ograniczone. Że utopie społeczne są niebezpiecznym mitem, trucizną dla umysłów. Wiedział, że odwoływać się trzeba do Tego, który ludzką naturę przewyższa miliony razy, który jest Wszechmocny.

Ten urodzony w biednej rodzinie w północnych Włoszech syn wiejskiego listonosza i szwaczki, już wtedy, na przełomie XIX i XX wieku, widział z niezwykłą ostrością organiczny wręcz związek pomiędzy wiarą ludzi i sytuacją Kościoła w państwie oraz życiem społecznym i politycznym, kondycją społeczeństw, narodów i rodzin. Dziś podobne opinie uważane byłyby za coś „nierealistycznego”, nawet niestosownego, wyraźnie ekscentrycznego. Tak bardzo jesteśmy przyzwyczajeni do nowego języka, uwikłani w jedwabne więzy mowy, która wyszlifowana została do lustrzanej gładkości, ale nie nazywa już rzeczy po imieniu. Rzadko słyszymy nauki, które są jednoznaczne, proste, mocne i dotykają istoty rzeczy. Jasny język prawd moralnych został porzucony na rzecz języka efektownych, dwuznacznych formuł ubranych we wzniosłe określenia. Dominuje „tak, ale…”

 

Giuseppe Sarto jako seminarzysta w Padwie (lata 50. XIX w.)

 

Giuseppe Melchiore Sarto (1835-1914), przyszły św. Pius X, to u schyłku XIX wieku najpierw wikary w małej parafii Tombolo (jego edukacja w seminarium w Padwie była możliwa dzięki stypendium biskupa), potem proboszcz miasteczka Salzano, kanonik i ojciec duchowny seminarium w Trevisio, biskup Mantui, wreszcie patriarcha Wenecji. Wśród katolickiego ludu północnych Włoszech cieszył się sławą gorliwego, bez reszty oddanego ludziom duszpasterza. Przy wielkich zaletach umysłu – błyskotliwej inteligencji, talencie kaznodziejskim (także wyjątkowo pięknym, dźwięcznym głosie), erudycji i wielkiej kulturze, znawstwie muzyki, ujmującym sposobie bycia – był człowiekiem wielkiej pokory i skromności, przyjacielem biedaków, którym bez najmniejszej przesady oddawał ostatnią koszulę. Był tak kochany, że kiedy obejmował tron patriarchy – arcybiskupa Wenecji, miasto zgotowało mu niezwykłą owację. Pałace i większość budynków tonęła w girlandach kwiatów. Gdy wkraczał, spowity w kardynalską purpurę, do łodzi, udekorowanej kwiatami niczym wehikuł młodej pary, jaką po niego przysłano, we wszystkich kościołach zagrzmiały dzwony. Z każdego balkonu, z każdego mostu odezwały się żywiołowe brawa. Giuseppe Sarto stał na dziobie łodzi i błogosławił tłumy. Był rok 1893. „Powinienem być zawstydzony, że  jestem obiektem takich zaszczytów”, mówił w katedrze św. Marka „ale wiem, że to wszystko jest oferowane nie mnie, nędznikowi, lecz Jezusowi Chrystusowi, którego reprezentuję”. Obiecywał ludowi Wenecji miłość i prosił o nią. Nie tę sentymentalną, uczuciową, lecz prawdziwą. Był to we Włoszech czas wielkich starć między rodzącym się kapitalizmem a populizmem i anarchizmem. Nędza dzielnic robotniczych nie była żadną przenośnią. Antyklerykalizm warstw rządzących, pycha burżuazji i pogarda intelektualistów dla Kościoła nie były mitem. W liście do swoich weneckich diecezjan biskup Sarto pisał: „Rozwiązanie tego, jak i wszystkich innych problemów tkwi w Kościele i naukach płynących z Ewangelii”.

Ze względu na tak charakterystyczną dla niego bezpośredniość oraz natychmiastową gotowość niesienia pomocy  – duchowej czy materialnej – był kimś wyjątkowym pośród włoskich biskupów. A przy tym był prawdziwym obrońcą tradycyjnej nauki Kościoła i jego fundamentalnej pozycji w świecie, już wówczas zagrożonej przez tabuny wytrawnych, pewnych siebie reformatorów inspirowanych przez liberalny protestantyzm. Nie łudził się, że jakiś cudotwórca społeczny, genialny wódz czy polityk potrafi uzdrowić i naprawić rozerwaną przez utratę wiary tkankę społeczną. Że uczyni dla społeczeństw, które pozbawione są azymutu moralnego, coś wielkiego. Dla niego głównym zadaniem była walka „z wielkim błędem naszych czasów, z posadzeniem człowieka na tronie należnym Bogu”. Wiedział, że brak wiary rozkłada każdą, najlepiej nawet zorganizowaną społeczność, powoduje jej gnicie; zabija rodziny. „Teoria rozdziału Kościoła od państwa usuwa Boga z polityki”, przestrzegał. „Usuwa Go z nauki przez podważanie Jego istnienia, ze sztuki – przez niszczącą siłę realizmu, z prawa – przez moralność, którą kierują jedynie zmysły, ze szkół – przez zakaz nauczania religii. Usuwa Go z małżeństw chrześcijańskich, pragnąc pozbawić je łaski płynącej z sakramentów, z chaty biednego chłopa, który zaczyna gardzić Panem, który jako jedyny może uczynić znośnym jego życie. Usuwa Go z pałaców bogaczy, którzy przestają się bać Sądu ostatecznego, a na nim przecież pewnego dnia zostaną poproszeni o rozliczenie własnego życia…”.

Podkreślał zawsze, że świętym obowiązkiem biskupa jest głosić prawdę i bronić jej, objaśniać ją ludziom.  „Odłóżcie na bok te kwieciste i zawile przemowy”, upominał kapłanów, „mówcie do ludzi jasnym i prostym językiem o odwiecznych prawdach wiary i naukach płynących z Ewangelii. Miejcie na uwadze dobro dusz ludzkich, a nie wrażenie, jakie wywołujecie. Ludzie łakną prawdy, dajcie im to, co potrzebne jest dla zbawienia dusz”.

 

Giuseppe Sarto, biskup Mantui

 

Przez całe życie pozostał człowiekiem niezwykle skromnym. Mówił, że urodził się w ubóstwie i pragnąłby żyć i umrzeć jako człowiek ubogi. Nie zezwalał na żadne owacje w bazylice św. Piotra pod swoim adresem, co było zwyczajem podczas uroczystości kościelnych. „Nie może być tak, że w domu Pana oklaskują Jego sługę”, mówił. Nigdy jednak nie pozwolił sobie na oschłość, zamknięcie się w sobie, smutek. Jego współczucie dla ludzkiego cierpienia, natychmiastowe spieszenie z pomocą, pogodne usposobienie – także ogromna miłość i znawstwo muzyki (zwalczał stanowczo popisy wokalne i muzykę operową w kościele na rzecz chorału gregoriańskiego) –  były jednymi ze znaków rozpoznawczych jego pontyfikatu.

Potrafił przenikliwie przewidzieć nieodległą przyszłość. Wiedział, że Kościół musi czynić wszystko, by powstrzymać siły miażdżące życie wspólnoty, materializujące i ateizujące myślenie elit i zwykłych ludzi w świecie katolickim. Czynił to z intelektualną odwagą, dyscypliną i energią. Zacząć jednak musiał od samego Kościoła. „[Pius X] z głębokim wyczuciem obiektywizmu prawdy objawionej, wystąpił przeciwko modernizmowi, który podkopywał same podstawy wiary w prawdę”, tak ks. prałat Walerian Meysztowicz, radca Ambasady RP w Watykanie przed wojną, podsumował jego pontyfikat.

Młot na modernizm i modernistów

Ten łagodny, pełen uroku człowiek okazywał się nieugięty, bezlitosny i twardy, gdy chodziło o demaskowanie kłamstwa  w samym Kościele. Był prawdziwym „młotem na herezje” – i na heretyków. Modernizm, nękający Kościół od paru dziesięcioleci – za sprawą elokwentnych duchownych chodzących w glorii wybitnych kaznodziejów, naukowców, pisarzy, reformatorów, historyków, których twórczość propagowano w eleganckim świecie, oklaskiwano w kręgach wydawców i literatów, nagradzano pochlebstwami w gazetach – nazwał „ściekiem wszystkich herezji” i tępił z żelazną konsekwencją, z niezwykłą surowością. Był świadom jak nikt destrukcyjnej siły złotoustego kłamstwa w Kościele.

A przecież jako ojciec duchowny kleryków w Treviso pilnował zawsze, by podczas posiłków nie prowadzono dysput na poważne tematy. Gdy komuś wyrwało się np. słowo „logika” musiał opowiedzieć jako rekompensatę jakąś anegdotę lub coś pogodnego i zajmującego. Ten człowiek, „pobłażliwy, gdy w grę wchodził ludzki smutek i cierpienie” w kwestii wiary i Kościoła był wojowniczy i bezkompromisowy. Już w Mantui osobiście katechizował dzieci w katedrze, a rodzice, którzy nie pozwalali uczestniczyć im w tych spotkaniach stawali w obliczu wysokich kar. Gra toczy się o dusze waszych dzieci, napominał ich surowo, dodając, że nie będzie patrzył spokojnie, kiedy dzieciom odmawia się tego, co im się należy z dniem urodzin. „Religia nie boi się nauki”, głosił podczas obchodów trzechsetlecia śmierci św. Alojzego Gonzagi, „chrześcijaństwo nie drży przed dyskusją, lecz przed niewiedzą. Już Tertulian oznajmił cesarzom rzymskim: Nasza wiara wymaga tylko jednego: żeby nie potępiać jej, zanim się jej nie pozna”. Ten przywódca Kościoła, którego zasługą było opracowanie katechizmu, decyzja o wcześniejszej Komunii św. dla dzieci, powołanie Akcji Katolickiej, wyjątkowe poczucie odpowiedzialności moralnej za tych, którzy sprawują władzę w Kościele oraz troska o formację kapłanów, przeszedł do historii głównie jako ten, który nie bał się intelektualnego pojedynku z kłamstwem o Bogu, jakie zaczęło się wdzierać do samego Kościoła. Stanął do konfrontacji z tym wielorakim błędem, hydrą o stu głowach, jak sam go nazywał, wyposażony w męstwo,  precyzję rozróżniania pojęć, głęboką wiedzę filozoficzną i teologiczną, zaczerpniętą z nauczania św. Tomasza z Akwinu. I jeszcze tę niezbędną odwagę, którą wraz z fantazją, subtelną kulturą i poczuciem humoru przypisywano potem jego pochodzeniu. Pochodzeniu, które tak naprawdę stanowiło wielką zagadkę.

 

Giseppe Melchiore Sarto, biskup Wenecji

 

Jaka jest fundamentalna zasada modernizmu? Prymas Belgii, kard. Desidere Mercier, w chwilę po ogłoszeniu przez Piusa X w 1907 roku jego najważniejszej encykliki Pascendi Dominici gregis – o zasadach  modernistów, wyjaśniał w liście pasterskim: „Modernizm nie jest współczesną formą nauki, stąd jego potępienie nie oznacza potępienia nauki, z której jesteśmy tak słusznie dumni, nie oznacza dyskredytowania jej metod, których trzymają się również katoliccy uczeni, uważający za honor jej nauczanie i praktykowanie”. Modernizm to przekonanie, znajdujące łatwy dostęp do umysłów ludzkich ze względu na powszechne pragnienie nowości i upojenie każdą niemal zmianą, „że dusza religijna musi odnajdować w sobie samej, jedynie w sobie, motyw i przedmiot swej wiary. Odrzuca wszelkie objawienie, które mogłoby być wiążące dla sumienia, negując w konsekwencji nauczycielską władzę Kościoła ustanowionego przez Jezusa Chrystusa. Odmawia ponadto ustanowionej z Bożego rozporządzenia hierarchii prawa do rządzenia społecznością chrześcijańską”. A przecież Chrystus nie objawił siebie światu jako filozof, którego nauczanie nie jest pewne! Nie pozostawił swoim uczniom systemu opinii, który mogliby dyskutować i poddawać dalszym modyfikacjom. Modernizm chce za wszelką cenę zaszczepić katolikom pogląd, że wszystko w religii i wierze katolickiej jest płynne i zmienne, wszystko zależy od uwarunkowań ludzkich, społecznych; nawet dogmaty mogą ewoluować, gdyż to nie Bóg, ale sam człowiek – jego przeżycia, uczucia, doświadczenia – są faktycznym źródłem tego, co nazywamy wiarą. Człowiek, tak naprawdę, zgodnie z teorią modernizmu religijnego, zbawia siebie sam. Zarówno władza Kościoła, jak jego nauczanie, nie jest mu do zbawienia potrzebne.

Głosząc te nauki moderniści robili wszystko, by uznać ich za prawowiernych katolików, by mogli pozostać w Kościele; do perfekcji rozwinęli sztukę kamuflażu. To ich zasada główna, ich racja stanu. Nie na zewnątrz, a wewnątrz! – by skutecznie dokonywać destrukcji Kościoła i wiary. Pius X w swej encyklice zdemaskował ich poglądy udowadniając, że inspirowały ich herezje zwalczane przez Kościół na przestrzeni wszystkich wieków jego istnienia. Nazwał ich „wilkami w owczych skórach”. Ujawnił ich złożoną, niezwykle zręczną, subtelną taktykę. Na użytek skutecznego infekowania Kościoła przez modernistyczne idee, modernista przywdziewa maskę filozofa, krytyka, teologa, wierzącego, historyka, reformatora, apologety…

Ekskomunika modernistów ogłoszona przez Pius X w encyklice Pascendi… wywołała oburzenie wśród kościelnych liberałów, nazwano ją „aktem despotyzmu”. Papież zażądał od duchownych wyrzeczenia się modernistycznych poglądów oraz zobowiązał wszystkich kapłanów do składania przysięgi antymodernistycznej. Zażądał po prostu od swoich współbraci w kapłaństwie wierności Bogu, jednoznaczności w działaniu i mowie. „Tak czy nie? Czy wierzysz w Boską władzę Kościoła? Czy przyjmujesz w szczerości serca i pokornie to, co nakazuje on w imieniu Chrystusa? Jeśli tak, oferuje ci on sakramenty i podejmuje się doprowadzić cię bezpiecznie do portu zbawienia. Jeśli nie, wówczas rozmyślnie zrywasz więzy, jakie cię z Kościołem łączyły, zrywasz więź uświęconą przez łaskę. Wobec Boga i własnego sumienia nie należysz już do niego, nie udajesz już, pełen hipokryzji, że jesteś jego członkiem (…) a ponieważ nie może on być miejscem hipokryzji czy świętokradztwa, zmusza cię, jeśli nie pozostawisz mu innego wyboru, do opuszczenia jego szeregów”, podsumowywał przesłanie encykliki kard. Mercier. To uroczyste papieskie: „tak czy nie?” rozległo się  ogromnym echem wśród ludzi Kościoła. Wywołało nawrócenie niektórych, panikę wielu – a przede wszystkim ogromną konsternację w świecie „filozofów” natchnionych naukami myślicieli takich jak Loisy, Döllinger, Tyrrel (a współcześnie: Teilhard de Chardin, Urs von Balthasar, Chenu, Rahner, Congar, Drewerman, Boff…). Cios był niespodziewany. Pius X objawił swoją władzę najwyższego pasterza, władzę Kościoła, który, by głosić czystą, nieskażoną doktrynę wiary katolickiej musi precyzyjnie i konsekwentnie odróżniać prawdę od kłamstwa, półprawdy i błędu. One w Kościele nie mogą mieć żadnych praw.

Nie były to czasy kolegializmu, papież posiadał ogromny autorytet i wielką władzę osobistą, która sprawował w imieniu Chrystusa. Przez tak stanowcze nauki i decyzje zapewniał jedność Kościoła nauczającego; podejmował te kroki ponieważ czuł brzemię odpowiedzialności przed Bogiem jako obdarzony najwyższą na ziemi władzą. Od jego werdyktu nie ma i nie może być odwołania.

Tak jak niegdyś donośny dźwięk wszystkich dzwonów Wenecji witał nowego patriarchę, tak teraz sam Giuseppe Sarto uderzył w potężny dzwon. Dzwon bijący na alarm. Zagrożona była nie instytucja Kościoła, nie jakiś szczególny dogmat, ale, jak wykazywał Pius X, sama cnota wiary. „…protestantyzm uczynił pierwszy krok; modernizm – drugi. Następny prowadzi do ateizmu” (Pascendi…., nr 55). Papież wskazywał na istotę zagrożenia, pokazując jak modernizm sączy subiektywną, uczuciową, nie zakorzenioną w zasadach nadprzyrodzoności, religię bez Boga.

„Prawdą jest, że każda herezja atakuje wiarę katolicką przez pośrednie poddawanie w wątpliwość autorytetu objawiającego się Boga. Dlatego, jeśli wierzymy w prawdy objawione (Trójca Święta, Wcielenie, Eucharystię etc.), nie czynimy tego wedle naszego osobistego gustu, kaprysu czy opinii ani dlatego, że prawdy te są dla nas oczywiste. Jedynym prawdziwym motywem, który sprawia, że wierzymy w nie bez cienia wątpliwości, jest właśnie autorytet Boga, który nie może błądzić ani wprowadzić w błąd. Kwestionowanie dogmatu jest równoznaczne z zarzucaniem fałszu Bogu, który objawił nam swe tajemnice, oznacza kwestionowanie jego nieomylności. W tym sensie skutkiem formalnej herezji jest utrata cnoty wiary” (ks. Franciszek Knittel  FSSPX). Modernizm idzie jeszcze dalej, czyni niemożliwym samo istnienie wiary. „W modernizmie wszystko zredukowane jest do wymiaru naturalnego – pisze ten sam autor  – wszystko jest subiektywne, wszystko rodzi się z pragnień pochodzących z głębi świadomości. Już nie ma miejsca na rzeczywistości nadprzyrodzone, tajemnicze, zewnętrzne i obiektywne”. Jako jeden z głównych swych sposobów, by być wiarygodnym jako człowiek Kościoła, modernista zawsze będzie mieszać, „w osobliwy i niebezpieczny sposób”, katolicyzm i racjonalizm.  A zarazem nigdy nie wypowie się w sposób jasny. Będzie kluczył, wzdychał i mącił. Będzie sprawiać wrażenie, że jego doktryna jest czymś niewyraźnym, rozmytym, że brakuje jej spoiwa: „Słuchając ich lub czytając, wydaje się, jakoby byli sami z sobą sprzeczni, chwiejni i niepewni. Tymczasem taktyka ta jest z góry nakreślona, a wypływa z ich założenia, iż wiara i wiedza są sobie zupełnie obce”. Moderniści potrafią udawać dzieci zagubione we mgle, w istocie są przebiegli i odporni na ataki, a przy tym do perfekcji mają opracowaną taktykę manipulowania opinią publiczną. Po publikacji encykliki wielu z nich udało skruszone owieczki, przyczaiło się, przycichło…  Papież, który zamierzał w Kościele i świecie katolickim „wszystko odnowić w Chrystusie” – Omnia instaurare in Christo, był  doskonałym znawcą tej sztuki mimikry.

 

Pius X krótko po wyborze

 

Giuseppe Sarto, pogromca i demaskator modernizmu, pierwszy kanonizowany papież od czasu Piusa V, uzupełniał wiedzę o modernizmie oraz znajdywał remedium dla niego także w dwóch innych wydanych przez siebie dokumentach, Lamentabili sane (lipiec 1907) i Sanctorum antistitum (wrzesień 1910). Wyjaśniał skąd tak szczególne środki bezpieczeństwa jak przysięga antymodernistyczna, ściślejsza kontrola seminariów, wydawnictw, surowość w karach kościelnych. Był świadom, że modernizm nie jest przemijającą modą intelektualną, nurtem historycznym, ale świadomym, obliczonym na pokolenia, działaniem „nieprzyjaciół krzyża Chrystusowego”. W wyniku walki jaką im wydał przycichli. Ukryli się, wielu z nich udało pokorę. Nie zniknęli jednak, nie zaprzestali swojej kreciej działalności. Po śmierci ostatniego papieża, który walczył z modernizmem, Piusa XII, znowu podnieśli głowy.

Polacy zadecydowali

Dziś chętnie podkreśla się, że, „po długim szeregu papieży z wielkich rodów [Pius X] był pierwszym papieżem z ludu; że choć było to w czasie, gdy myślano w całej Europie, by metrykę wysokiego urodzenia zastąpić metryką wysokich studiów – wcale uczonym nie był…” (ks. Walerian Meysztowicz). Zwracano jednak uwagę na niezwykłe okoliczności jego wyboru, o którym zadecydował – de facto – jedyny Polak uczestniczący w konklawe w 1903 roku,  biskup krakowski, kardynał Jan Puzyna. W istocie wybór przyszłego świętego papieża związany był w sposób doniosły ze sprawą Polski.

Dla Polaków był to czas wielkich represji po klęsce obydwu powstań. Elita polityczna i kulturalna Polski znalazła się na Sybirze bądź na emigracji, zakony były rozwiązane, klasztory zamknięte lub oddane prawosławnym, duchowieństwo w wielkiej liczbie na wygnaniu lub w więzieniach. I oto w ciągu zaledwie dwóch tygodni wydarzyły się niezmiernie ważne dla Kościoła i Polski wypadki. „Latem 1903 roku, 20 lipca zmarł Leon XIII, 4 sierpnia obrany został patriarcha Wenecji, kardynał Sarto…”, pisał ks. Meysztowicz. Był to czas, gdy „Mikołaj II prowadził dalej politykę Aleksandra III, dążył do rusyfikacji i przeciągnięcia polskiej ludności na prawosławie. Trwał gwałtowny opór przeciw narzucanemu językowi rosyjskiemu – szczególnie przeciw wprowadzeniu go do Kościoła.. Lud wierzył, że ma w tym oporze poparcie papieża”. I to właśnie wtedy, gdy papież był faktycznie „więźniem w Watykanie”, gdy nie istniało już Państwo Papieskie – podstawa niezależności papiestwa przez wiele stuleci. Wszystkie potęgi polityczne Europy, łącznie z Austrią (trzymaną w szachu przez Włochy, okupanta Państwa Kościelnego), były nastawione antykościelnie. Szczególnego znaczenia nabierało w tym momencie coraz mocniejsze zbliżenie francusko-rosyjskie. Największe szanse na konklawe 1903 roku miał kardynał Mariano Rampolla, sekretarz stanu za poprzedniego pontyfikatu, który w imię zmniejszenia wrogości rządu francuskiego gotów był na ustępstwa Kościoła wobec Rosji, co oznaczało zgodę na obecność języka rosyjskiego w polskich świątyniach. W zamian antyklerykalny francuski rząd Emila Combesa miałby być w swoich zapędach antykościelnych mniej radykalny. Polscy biskupi mieli podstawy, by obawiać się rządów Rampolli. „Obawiano się, że razie jego wyboru Rosja powiększy swe wpływy w Watykanie”, także w sprawie nominacji biskupów, przypomina ks. Meysztowicz. Polacy postanowili działać. Wszystko musiało odbywać się bardzo szybko, liczyły się już nie dni nawet a godziny. Prośba o niedopuszczenie do wyboru Rampolli dotarła z Wilna do Krakowa poprzez Ludwika Zyberk-Platera. Opór jednego uczestnika konklawe nie mógł mieć żadnego znaczenia, ale Polacy wiedzieli, że cesarz Austrii Franciszek Józef posiadał prawo weta w wypadku wyboru papieża, który budziłby jego zastrzeżenia, tzw. prawo ekskluzywny, odziedziczone jeszcze po czasach rzymskich; od XVIII wieku nie stosowane w praktyce.

Kardynał Puzyna w drodze do Rzymu zatrzymał się w Wiedniu, gdzie rezydował polski arystokrata, hr. Agenor Gołuchowski, minister spraw zagranicznych Austrii. Możliwość wyboru kardynała Rampolli nie była tu wizją upragnioną, m.in. z powodu osobistej urazy Franciszka Józefa, któremu Rampolla odmawiał katolickiego pogrzebu syna, księcia Rudolfa, który popełnił samobójstwo. Dalszy przebieg wypadków jest znany, gdyż opisał je jeden z francuskich kardynałów. Kard. Puzyna wiadomości o sprzeciwie Franciszka Józefa nie rozgłaszał. Dopiero po ogłoszeniu wyników kolejnego głosowania, gdy Rampolla zdobył większość, wyciągnął i odczytał pismo cesarza.  „Mam zaszczyt – mówił – (…) podać do wiadomości w imieniu oraz na podstawie autorytetu jego Apostolskiego Majestatu Franciszka Józefa (…), że Jego Majestat, zamierzając skorzystać ze starożytnego prawa i przywileju, oznajmia wykluczające weto przeciwko najdostojniejszemu mojemu panu kardynałowi Marianowi Rampolli del Tindaro”. Weto zostało przyjęte przez kardynałów.  W kolejnym glosowaniu zwycięzcą okazał się, cieszący się już wcześniej poparciem wielu kardynałów, Giuseppe Sarto.

Kardynała Puzynę przyjęto w Krakowie kampanią oszczerstw, zarzucano mu wysługiwanie się zaborcy; nazywano pruskim lokajem. (Można odnieść wrażenie, że do dziś podtrzymywana jest jego „czarna legenda”). Fakt, że wykazał się wielką odwagą cywilną podejmując misję dla ratowania wiary i polskości rodaków na ziemiach zagarniętych przez Rosję, musiał pozostać jego najgłębszą tajemnicą. Sytuację utrudniało niezależne i dość harde usposobienie Puzyny, polskiego arystokraty z Kresów, dalekie od układności i póz salonowych, tak typowych dla obyczajów Krakowa. Kardynał nigdy swojego wystąpienia na konklawe nie komentował. Miał tylko kiedyś napomknąć mimochodem: „To raczej ja wykorzystałem Austrię, niż Austria mnie…”.

Giuseppe czy Józef?

„Jedną z pierwszych czynności nowego papieża, zaraz po wyborze, było wydanie motu proprio, które kasowało dotychczasowe prawo cesarskie do sprzeciwu na konklawe. Zupełna zgodność z prawem w postępowaniu kard. Puzyny uzyskała w ten sposób podwójne potwierdzenie: pierwsze, przez przyjęcie weta przez kardynałów, drugie, przez skasowanie istniejącego prawa, na mocy którego Puzyna działał” (W. Meysztowicz).

Sam Giuseppe Sarto płakał, gdy oznajmiono mu wolę współbraci. Prosił, by przestano brać go pod uwagę. „Nie jestem godzien, nie nadaję się, zapomnijcie o mnie…”. „To właśnie to błaganie, jego smutek, głęboka pokora i mądrość sprawiły, że zaczęliśmy poważniej myśleć o jego kandydaturze”, wspominał kard. Gibbons z Baltimore. Zgodził się po niezwykle trudnej walce wewnętrznej. Przyjął wybór jako wolę Bożą. Pierwsze swoje kroki jako papież, jeszcze tego samego dnia, skierował ku łożu umierającego osiemdziesięcioletniego kardynała Herrero y Espinosa z Walencji, który ciężko zachorował kilka dni wcześniej i przyjął już ostatnie namaszczenie. Po wizycie Piusa X natychmiast odzyskał siły, wstał i odprawił Mszę św., po czym wrócił do Hiszpanii. Takie fakty miały się odtąd powtarzać częściej. Sam Pius X nigdy o nich nie chciał mówić i denerwował się, gdy o nich wspominano. Faktem jest, że towarzyszące jego pontyfikatowi niewytłumaczalne wydarzenia były uznane podczas procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego za jeden z dowodów jego świętości. A wtedy obowiązywały bardzo surowe kryteria świętości. (Proces beatyfikacyjny rozpoczął się już w dziesięć lat po jego śmierci. Beatyfikował go (1951r) i kanonizował (1954 r) Pius XII. Był pierwszym kanonizowanym papieżem od 300 lat).

 

Pius X w gronie najbliższych współpracowników

 

Warto podkreślić historyczny paradoks: „Mimo zupełnej legalności w działaniu kardynała Puzyny i mimo faktu, że dzięki niemu został wybrany jeden z największych Papieży XX wieku, św. Pius X, cała opinia świata katolickiego zwróciła się przeciw biskupowi krakowskiemu. Nie znano, nawet w Polsce, właściwych motywów jego działania. Wobec terroru rosyjskiego nikt w Polsce nie mógł się przyznać do udziału w usunięciu kandydatury miłej Rosji. Kardynał Puzyna nie mógł tej sprawy wydać. Znosił w milczeniu powszechne z polskiej strony zarzuty, że dał się użyć za narzędzie niechęci Franciszka Józefa. Kler, kapituła krakowska uważały jego czyn za hańbę na Kościele polskim. Kardynał milczał” (W. Meysztowicz).

Po kardynale Puzynie biskupem, a potem arcybiskupem krakowskim został ks. Adam Sapieha, nazywany księciem metropolitą. Dlaczego właśnie ten młody ksiądz, który znalazł się w Watykanie, w najbliższym otoczeniu Piusa X, jako jeden z „szambelanów czynnych” i był przez niego wyjątkowo lubiany? Ks. Meysztowicz zaznacza, że sam papież „przeprowadzał powierzenie Krakowa Sapieże”. Musiało więc, jego zdaniem „istnieć między świętym papieżem a młodym księdzem jakieś wyczucie wspólnoty w sprawie najistotniejszej: stosunku do Boga. Normalną drogą ówczesnych nominacji, kiedy właściwie nuncjusze decydowali o wyborze, niepospolicie energiczny, gwałtowny nawet Sapieha na pewno biskupem by nie został”.

Być może istniał jeszcze inny motyw związku tych dwóch kapłanów. Z materiałów ks. dr Józefa Umińskiego, zmarłego w 1954 r. historyka Kościoła*), wynika, że w biografii Giuseppe Sarto są liczne wątki związane z Polską. „(…)wkrótce po swym wyniesieniu na stolicę Piotrową wielki ten „odnowiciel wszystkiego w Chrystusie”, jeden z największych reformatorów i uświęcicieli życia kościelnego w dziejach chrześcijaństwa, „papież Eucharystii”, Pius X, urodzony w r. 1835 jako syn ubogiego i skromnego pracownika w małej mieścinie północno-włoskiej Riese, wyniósł w r. 1905 na ołtarze Ślązaka, męczennika za wiarę z początków XVII w., urodzonego w Cieszynie, bł. Melchiora Grodzieckiego”, pisał ks. Umiński w artykule opublikowanym w 1957 roku w „Katoliku”. Warto tu przypomnieć, że papież na drugie imię miał Melchior, a kult o. Melchiora Grodzieckiego był bardzo żywy na Śląsku i Morawach – pomimo wielu prób zablokowania go, nawet przez władze kościelne – gdzie znajdowały się jego relikwie. „Rok później”, pisze ks. Umiński, „wystosował na ręce prymasa Polski, arcybiskupa gnieźnieńskiego i poznańskiego, ks. Stablewskiego, serdecznie napisany list, którym podniósł i pokrzepił ducha narodu polskiego, a jeszcze trzy lata później, co również nie powinno być dla nas obojętne, kanonizował pracującego niegdyś także w Warszawie Morawianina, św. Klemensa Marię Hofbauera (Dworzaka)”. W przypisie autor podaje także, że „jedną z pierwszych czynności papieskich Piusa X, podjętych zaraz w 1903 r., był osobisty jego bardzo czynny udział w procesie beatyfikacyjnym znanego nam z historii Jana III Sobieskiego i odsieczy wiedeńskiej o. Marka d’Aviano. Sam papież przewodniczył trybunałowi procesowemu i zadawał od siebie pytania…”

Ks. Umiński przytacza także opinię niektórych, „z różnych powodów mniej życzliwych Piusowi X, kół włoskich i nie włoskich” jakoby Pius X był „kimś obcym między papieżami” oraz odznaczał się „przeciętną inteligencją”. Autor, który był wytrawnym znawcą i badaczem dziejów Kościoła, zaznacza, że „na Śląsku istnieje opinia, że ojciec papieża pochodził ze Śląska Opolskiego [konkretnie z Boguszyc w pobliżu podgliwickiego miasteczka Toszek – przyp. EPP], nazywał się Krawiec [po włosko: Sarto], a jako młodzieniec w czasie wojny napoleońskiej, chroniąc się przed pańszczyzną [w owych czasach zbieganie młodych wieśniaków śląskich przed pańszczyzną do północnych Włoch było zjawiskiem bardzo częstym – uwaga autora w przypisie], czy też przed wzięciem do pruskiego wojska, zbiegł do północnych Włoch i zmieniwszy nazwisko na włoski jego odpowiednik: Sarto, pozostał tam na stałe”. W czasach panowania w Niemczech Hitlera, gdy władze żądały od osób zajmujących stanowiska publiczne i ubiegających się o dyplomy wyższych uczelni „dowodów aryjskości”, gwałtownie szukano w księgach parafialnych i przetrząsano rodzinne dokumenty, czyniła to także część zgermanizowanej gałęzi rodu Krawiec. „Między innymi dość często wtedy rozprawiano o owym rzekomo polskim pochodzeniu Piusa X w ulubionym miejscu pielgrzymek śląskich, klasztorze OO. Franciszkanów na Górze św. Anny, i w domu macierzystym założonego przez Edmunda Bojanowskiego zakonu śląskich sióstr Służebniczek NMP w Porębie, z tej głównie przyczyny, że obydwa te domy zakonne znajdują się w sąsiedztwie wsi Dolna (powiat Strzelce Wielkie), która jest jednym z miejsc zamieszkania części owych >krewnych< papieskich, a także dlatego, że i między Służebniczkami były owe >krewne<”.

 

św. Pius X w ostatnich latach pontyfikatu

 

Ks. Umiński dwukrotnie widział z bliska Piusa X. „…i obydwa razy uderzał mnie jakiś inny, aniżeli u Włochów, wyraz jego oczu, mało włoska cera i rysy twarzy a także jakiś inny układ czaszki. Obecnie… mimo woli nasuwa się myśl, czy przypadkiem nie mieli jednak racji ci, którzy mu zarzucali „obcość typu”, a to nie tyle z powodu jego niezwykłej prostoty w obcowaniu ze światem i odmiennej postawy duchowej, o które im zapewne chodziło, ile raczej z przyczyny jego pół-obcego, w tym wypadku pół-słowiańskiego, pochodzenia”. Choć ks. Umiński pozostał sceptyczny, hipotezy, która wydała mu się „zbyt korzystną, aby była prawdziwa” nie potrafił jednak odrzucić, tym bardziej, że oficjalne biografie papieża podają, że jego ojciec urodził się około 1793, a ożenił z dwudziestoletnią Włoszką, mając już lat 40, w r. 1833. „Ten dość późny, jak na wiejskie stosunki włoskie ożenek daje sporo do myślenia. Wcale również nie włoską, a za to jakże zgodną z praktykami ludu śląskiego, wydaje się prostota sióstr papieskich, które mieszkając tak długo przy swym wielkim bracie nigdy ani przez moment nie pomyślały, aby się wyzbyć swego wieśniaczego charakteru”.

 

Siostry Piusa X, Anna, Maria i Róża (Rzym)

 

Grzegorz Wierzchołowski w swoim artykule w „Gazecie Polskiej” z roku 2008 uzupełniał te informacje podając „reakcję świętego papieża na przybycie do Watykanu grupy 50 polskich unitów, którzy w wyniku prześladowań politycznych przedarli się nielegalnie przez granicę i opuścili rodzinne strony. Giuseppe Sarto, ku zdziwieniu uczestników audiencji, ucałował ranę jednego z nich i powiedział: >Powtórzcie braciom waszym, że Ojciec Święty pamięta o was, modli się za was i pragnie gorąco spotkać się z wami w niebie<. Fakty te są o tyle zastanawiające, że o większości z nich w oficjalnych biografiach św. Piusa X w ogóle się nie wspomina”. Dość osobliwym jest także fakt braku metryki urodzenia ojca papieża w Riese w tamtejszych księgach parafialnych. [Z przypisu w tekście ks. Umińskiego: „Ostrożność kazałaby tu postawić sobie pytanie, czy przypadkiem odnośna księga [metrykalna] nie została celowo wyłączona i zniszczona”].

Grzegorz Wierzchołowski cytuje opinię jednego z anglosaskich publicystów, która wyjaśniałaby to zacieranie ewentualnych polskich korzeni papieża: „Gdy jednak [w 1903 roku] do Austrii dotarła wiadomość, że wybrany na papieża dzięki Puzynie kardynał Giuseppe Sarto jest polskiego pochodzenia – w Wiedniu zapanowała panika… Natychmiast przystąpiono do niszczenia wszelkich dokumentów, których ujawnienie mogłoby wywołać wśród Polaków niebezpieczny entuzjazm”.

 

św. Pius X (fot. Giuseppe Felici)

 

Trop biskupa Gawliny

„Jedną z przesłanek, przemawiającą za autentycznością całości rodowodu Krawców”, dodaje autor tekstu, „jest kwestia zasygnalizowana przez biskupa Józefa Gawlinę  w liście wysłanym z katowickiej kurii do kardynała Augusta Hlonda z 25 kwietnia 1937 r. (opublikowanym dopiero niedawno)”.

Najdostojniejszy Księże Kardynale Prymasie! Sprawa pochodzenia górnośląskiego Piusa X staje się verisimilima ( łac. prawdopodobna). Ks. Emil Szramek zwrócił się do Płużnicy Wielkiej z prośbą o bliższe szczegóły, co do matki o. Leopolda Moczygemby. Otrzymał odpowiedź, że nazywała się Ewa z domu Krawiec. Równocześnie proboszcz od siebie pisał ks. Szramkowi, że od dawna krążą pogłoski, jakoby to była ciotka Piusa X. Przypomina sobie ks. Szramek sam, że jego proboszcz ks. Józef Gregor, historyk, mówiąc o Moczygembie, wspomniał o pewnym wuju o. Moczygemby, kanoniku czy biskupie w Mantui, którego tenże często odwiedzał. Podobno uchodził wiadomy Krawiec w 1812 roku, uchylając się przed poborem do wojska, ożenił się w Riese dosyć późno, gdy się zaaklimatyzował. Ks. Szramek zresztą Eminencji wszystko dokładnie opisze. Warto by zwrócić się do proboszcza w Riese o badania metrykalne... [Ks. Emil Szramek to znany śląski bibliofil i człowiek nauki, późniejszy błogosławiony, zamordowany przez Niemców w Dachau strumieniami lodowatej wody w izbie chorych w 1942 roku – EPP].

 

Rodzice św. Piusa X, Małgorzata z d. Sanson i Giovanni Sarto (Jan Krawiec) wg współczesnej grafiki Jamesa Gaina

 

„Dlaczego postać Ewy Krawiec – siostry domniemanego papieża – jest taka ważna? Według rodowodu boguszyckich Krawców, w lutym 1816 r. wyszła ona w rodzinnej wsi za mąż za niejakiego Moczygembę. Jej synem był Leopold Bonawentura Moczygemba (1824 -1891) – znany kapłan katolicki, pionier polskiego osadnictwa w USA. W 1854 r. ks. Moczygemba sprowadził do Teksasu grupę 150 Ślązaków (w tym kilku Krawców) z podgliwickich Boguszyc, Żędowic, Wielkiej Płużnicy i innych pobliskich wsi, którzy założyli na obcym lądzie takie miejscowości jak Panna Maria czy Cestohova. Jak potwierdzają wszelkie możliwe źródła – rodziny Moczygemby i Krawców były niezwykle pobożne, szczególną czcią obdarzając Matkę Boską. I tu dochodzimy do sedna sygnalizowanej przez biskupa Gawlinę przesłanki.

Ks. Moczygemba – człowiek nadzwyczaj religijny i inteligentny (znał biegle siedem języków) – bardzo często jeździł do Włoch. W wieku 19 lat właśnie w Italii przywdział franciszkański habit, cztery lata później (25 lipca 1847 r.) został tam wyświęcony na księdza. Z amerykańskich źródeł dowiedzieć się można, że pierwsze lata swojej posługi spędził w północnych Włoszech – a więc tam, gdzie od 1813 do 1853 r. mieszkać miał jego szwagier [pomyłka autora – jego wuj – EPP] Jan Krawiec (Sarto), rzekomy ojciec przyszłego papieża. W 1869 r. ks. Moczygemba był spowiednikiem w Rzymie podczas I Soboru Watykańskiego, a w 1870 r. – naocznym świadkiem ogłoszenia dogmatu o nieomylności papieża.

Co łączyło ks. Moczygembę z Włochami, że wyjechał już tam jako nastolatek? W notatkach z jego życiorysu istnieje zapis, że w ostatnich latach życia „o. Leopold podczas swych podróży do Rzymu przebywał u wuja kanonika w Mantui”. Przypomnijmy więc, że od 1884 r. biskupem Mantui był nie kto inny jak Giuseppe Sarto – jego domniemany brat cioteczny [nie wuj! – przyp. EPP], przyszły święty… O rzymskich podróżach patriarchy amerykańskiej Polonii do „wuja, kanonika czy biskupa w Mantui” wspominał także ks. Józef Gregor (1857-1926), znany górnośląski kapłan. W świetle tych ustaleń całkowicie inaczej wygląda informacja, że to właśnie Giuseppe Sarto – czyli papież Pius X – mianował pierwszych polskich biskupów dla Polaków, którzy osiedlili się w USA” (Grzegorz Wierzchołowski, „Gazeta Polska”, 2008).

Trudno też pojąć, dlaczego ten oficjalnie uznawany za Włocha od pokoleń (ostatnio Watykan podał oficjalne dementi w sprawie domniemanych polskich korzeni Piusa X; ma ono przeciąć wszelkie dywagacje na ten temat) odznaczał się tak mało włoskim typem urody. Był blondynem o niebieskich oczach i dość okrągłej twarzy.

W listopadzie 1906 roku w paryskiej Izbie Deputowanych niejaki Viviani „wystąpił z apologią dechrystianizacji, jaka ogarnęła ówczesną Francję, gdzie ustanawiano prawa wrogie Kościołowi, zamykano klasztory i domagano się zdecydowanego rozdziału Kościoła od państwa. Z żarem i dumą głosił: >Oderwaliśmy sumienia ludzkie od wiary. Uciśnionych biedaków, którzy zginali kolana uciemiężeni codziennymi trudami, my podźwignęliśmy na nogi, bo powiedzieliśmy im, że tam, za chmurami nie ma nic, że wszystko to tylko mrzonki. I razem z nimi wspólnie jednym wspaniałym gestem pogasiliśmy w niebie światła, których nikt już nie zapali<„. Rok później Pius X, Józef Melchior Sarto ogłosił swoją wielką encyklikę Pascendi Dominici gregis.

 

Św. Melchior Grodziecki (1584-1619), męczennik, urodzony na Śląsku, patron Józefa Melchiora Sarto, św. Piusa X

 

Jego odchodzenie z tego świata w obliczu początku wielkiej wojny, której wybuchowi nie był w stanie zapobiec, było pełne udręki, poczucia, że świat okazał się głuchy na jego wezwania – ale zarazem i świadomości, jaką mają wielcy ludzie wiary, prawdziwi realiści, prawdziwi święci, że jeśli świat nie ulega zagładzie i nie rozpada się na kawałki to tylko dzięki temu, że istnieje Kościół. Kościół zaś nie rozpada się tylko dlatego, że jest w nim obecny Chrystus. Był 20 sierpnia 1914 roku…

W 1863 ks. Bronisław Markiewicz, późniejszy święty, przepowiedział wybór polskiego papieża („…najwięcej zaś was, Polacy, Pan Bóg wyniesie, gdy dacie światu wielkiego Papieża” (B. Markiewicz, Bój bezkrwawy). W cztery lata i dwa miesiące po śmierci Piusa X, Polska została wskrzeszona. Mimo woli przypomina się tu także Juliusz Słowacki i jego słynny wiersz z 1848 roku, w którym „Pan Bóg uderza w ogromny dzwon, /Dla słowiańskiego oto Papieża / Otwarty tron (…)”. I dalej: „ (…) Wszelką z ran świata wyrzuci zgniłość,/ Robactwo – gad/, Zdrowie przyniesie – rozpali miłość/ I zbawi świat. /Wnętrza kościołów on powymiata/, Oczyści sień/, Boga pokaże w twórczości świata/, Jasno jak dzień”.

 

Pius X w swoim gabinecie, 1904 r. Nie jest wykluczone, że figurka na stole przedstawia św. Melchiora Grodzieckiego, męczennika za wiarę, bohatera kontrreformacji (choć może to być również statuetka św. Jana Marii Vianney`a) (fot. Karl Bensinger).

 

Słowacki mówi, że wszystko co w naszej rzeczywistości społecznej, także w Polsce, jest czymś niepokojącym, a wręcz dzikim i wariackim, ekstremalnym, nonsensownym, złowieszczym i zbrodniczym, posiada swoje źródło. Jest nim zapominanie o potrzebach ludzkiej duszy. I to, że wierzący nie pamiętają w co wierzą, dlaczego wierzą i jakie obowiązki nakłada na nich fakt, że są ochrzczeni, ten „uroczysty ślub względem Boga i bliźniego”. Każdego dnia swojej posługi przypominał o tym wielki święty Kościoła, Pius X. Jego Pascendi Dominici gregis,  encyklika o zasadach modernistów, która skutek wiąże z przyczyną, nie tylko nie utraciła ani joty ze swej aktualności, ale napisana została jakby specjalnie dla naszego pokolenia. Dla dzisiejszych katolików – przez naszego rodaka. Dla dodania im odwagi. I przez nich – przez nas – powinna być z wielką wdzięcznością przyjęta i z uwagą odczytana.

_________

 

Nieco rozszerzona wersja tekstu, który ukazał się we wrześniowym numerze miesięcznika „Nowe Państwo”

__________

źródła:

Ks. Walerian Meysztowicz, Gawędy o czasach i ludziach, Warszawa, 2008

Frances Alice Forbes, Dobry pasterz, Sandomierz 2013

Desidere kard. Mercier, Potępienie modernizmu (List pasterski na Wielki Post 1908), tłum. Tomasz Maszczyk, „Zawsze Wierni”, listopad 2007

Ks. Francois Knittel FSSPX, „Pascendi Dominici gregis o taktyce modernistów”, tłum. Tomasz Maszczyk, „Zawsze Wierni”, grudzień 2004

 

*) Ks. dr Józef Umiński od 1930 r. był kierownikiem Katedry Historii Kościoła w Polsce i na Rusi na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. W 1937 został mianowany profesorem zwyczajnym Historii Kościoła w Polsce i na Rusi UJK. 17 września 1939, wyjechał ze Lwowa do Warszawy. Po wojnie mieszkał na Dolnym Śląsku, był proboszczem  w Szczawnie-Zdroju. Wykładał historię Kościoła we wrocławskim seminarium duchownym (lata 19481952). Opublikował m.in. dwutomowy podręcznik Historia Kościoła, a także książkę Kryzysy Kościoła Katolickiego (1947 r.). [Za: Wikipedia]

____

 

 

List Czytelnika

„Cieszę się i dziękuję, że zaczęła Pani okres powakacyjny wysokim „C”. To co kilka lat temu jeszcze wydawałoby się ciekawą rozprawą nt. kulisów wyboru papieża i mieszania się w te sprawy wielu mocarstw (vide jak sprawa kardynała Kakowskiego chociażby) – to wszystko dzisiaj odsłania raczej, tak aktualny i upiorny wir, w który wpadł Kościół – bo prorocze przestrogi tego „polskiego papieża” (ciekawe rozszerzenie tego wątku, znałem to kwestię pobieżnie) sprawdzają się w tragiczny sposób na naszych oczach. Dawne knowania  mocarstw wydają się  być niewinną igraszką w porównaniu z dzisiejszymi czasami, gdzie wrogowie Kościoła knują w samym Jego środku. Mafia St. Gallen (kard. Daneels)  która starała się uniemożliwić wybór Ratzingera w 2005 roku dopięła w końcu swego wyborem Jorge Bergoglio. No i trafnie ocenia Pani dalsze przyczyny rzeczywistości politycznej .
Niewielu rozumie dziś tragiczną i coraz bardziej samotną walkę pokolenia Piusów z dziedzictwem Rewolucji francuskiej. Od „Instaurare omnia in Christo” Piusa X do  Quas Primas i Mortalium animos Piusa XI, trwała nieustanna walka o ocalenie społeczeństw poprzez oddanie ich pod władzę Chrystusa Króla zdetronizowanego po rewolucji. Tak, to prawda, dzisiejsze „Chcemy Barabasza” tłuszczy na Krakowskim Przedmieściu w 2010 roku nie wzięło się znikąd, trzeba było wchłonąć najpierw pogardę wobec Kościoła i jego Praw, żeby wyrosła tak niewiarygodna pogarda wobec niepodległości. Dzisiejsza erozja znaczenia słów takich jak „Konstytucja” wieszana ostatnia jako T-shirt nawet na krzyżu – (jak można bronić Konstytucji współdziałając w planie UE zniszczenia państw narodowych?), lub „małżeństwo” do którego prawa roszczą sobie nawet osoby LGBT zaprzeczające wprost świętości jako celu małżeństwa. To wszystko nabrało pędu w czasach Piusa X, eksplodowało rewolucją bolszewicką, by w formie „błędów Rosji” rozlać się po najdalsze zakątki świata. Święty Pius X widział to i skutecznie, jak na swoje możliwości, temu przeciwdziałał… Chwała mu za to, a Pani dziękuję za podniesienie tego katolickiego sztandaru. Tym bardziej, z obecny papież nie pozostawia nam już powoli miejsca na letniość… Co tylko potwierdza słuszność tez Piusa X.
Z Bogiem
Józef Gorczański, 21 sierpnia 2018″
Dziękuję, Panie Józefie! 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.