Niezasłużenie gorąca dyskusja

Posted on 16 października 2018 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Porządkowanie pojęć

W dyskusjach na temat pewnego głośnego ostatnio filmu pojawiły się po stronie prawicowej dwa stanowiska.

Pierwsze, to żarliwe bronienie księży przed napastliwością typowego produktu propagandy antykatolickiej (uprawianej od lat przez pismo, którego tytułu nie warto przytaczać, a które było odpowiedzią pionu propagandy KC na odrodzenie moralne w czasach „Solidarności”). Księży trzeba zawsze bronić, bo są oskarżani kłamliwie i tendencyjnie. Stalin też stawiał na film; propaganda tego rodzaju bywa skuteczniejsza niż inne, sieje zamęt i rozpala emocje, obraz wyolbrzymionych wad duchowieństwa zapada mocniej niż najostrzejsze słowa. W oczach naiwnych i dalekich od Kościoła widzów czyni potwory moralne z tych, którzy poświęcili się Bogu i są najbardziej narażeni na ataki złego ducha. Polscy kapłani w swej przeważającej większości – jakiś margines jest zawsze, ale pozostaje marginesem – są w porządku, jeśli jest tu jakiś problem, to w głowach autorów filmu.

Druga postawa, to przyznanie, że „problem istnieje, choć został przerysowany”. Autorzy filmu pokazali karykaturę rzeczywistości. Nadali rangę powszechności zjawiskom realnym: bolesnym, drażniącym i niepokojącym; ciążącym nad coraz bardziej gorzką opinią świeckich na temat Kościoła. Powstało szkaradzieństwo wprawdzie, z którym nie sposób polemizować, ze względu na niskie motywacje i metody, jakimi się posłużono, ale dyskutować „o problemie złych księży” wypada, a nawet trzeba i warto. Trzeba wyważać racje, argumentować i wziąć się za „konstruktywną krytykę” duchowieństwa z innych, przychylnych Kościołowi pozycji. Ważniejsze zresztą niż przekroczenia zasad moralnych w sferze obyczajowej, co jest zasadniczym tematem filmu, są odejścia duchowieństwa od nauczania jasnej, pewnej i niezmiennej prawdy katolickiej na rzecz płytkiej, mętnej i schlebiającej liberalnemu obrazowi człowieka i świata gędźby, zwanej „nową ewangelizacją”.

Obie postawy moim zdaniem są sztuczne i nie sięgają istoty rzeczy. Obie wskazują, że ich rzecznicy dali się sprowokować autorom brukowego produktu. Jednego z tych, których siła leży w tym, że jego twórcy nie mieli zahamowań, by odrzucić normę kulturową; głośno i publicznie szydzą z zasad, na których się opiera współżycie społeczne w naszej części świata. Tak samo jak bohaterowie „Biesów” Dostojewskiego. I nie tylko znajdują chętnych, którzy pragną ich spektakl obejrzeć, ale jeszcze długo go przeżywają i namiętnie o nim dyskutują. Fałsz tkwi w samej metodzie, której celem jest, by Polacy zaczęli spierać się do upadłego o stopień „prawdziwości” przedstawionych realiów Kościoła, by skakali sobie do oczu dowodząc „trafności” lub „chybienia” diagnozy reżysera, przytaczając niezliczone fakty, stwierdzone naocznie, osobiście, i zasłyszane opinie. Słowem, by przyjęli fałszywe reguły gry: nie tylko fałszywą konwencję, ale starannie obmyślaną rolę, którą im w tym scenariuszu przypisano: rolę uczestników Wielkiej Obmowy. „Wy, widzowie, jesteście w porządku, wy macie prawo, by osądzić księży. Wysilcie się trochę i dolejcie oliwy do ognia, który wam przygotowaliśmy. „Oni”, „tamci”, których pokazaliśmy, może w sposób przerysowany, są „źli”. Macie prawo ich kopnąć, opluć ich, tak jak my czynimy to z przyjemnością, korzystając z wolności słowa, z praw człowieka, z naszej zachcianki, która nazywamy kulturą, twórczością artystyczną”. (Ilu gorliwych krytyków filmu, także z prawicowych mediów, zastrzegało się, że choć film to ohyda, „gra aktorów jest na dobrym poziomie”!).

Ta pułapka bywa tym skuteczniejsza, że bazuje na naszej pysze i próżności. „Daj się człowieku wciągnąć, a będziesz panem sytuacji. Nie mogliście dotąd rozmawiać o problemie ludzi Kościoła? Mieliście zawsze kluski w gębie? Wydawało wam się, że nie wypada, że o księżach można tylko dobrze, tylko półgębkiem? No to teraz można! Drzwi otwarte, zapraszamy! Pokażcie teraz, co czujecie, co przeżywacie, przecież „oni” są tacy cyniczni, zakłamani, wyrachowani, zdeprawowani. Pozwólcie sobie na chwilę odreagowania. Dobrze wam to zrobi”.

Ludzie żyjący w czasach odległych, wtedy, gdy Europa była naprawdę chrześcijańska, w średniowieczu, nie daliby się na to nabrać. Wtedy także nie wszyscy księża byli święci. Wady ludzkie i słabości były rozpowszechnione plus minus tak jak i dzisiaj. A jednak ludzie wiedzieli, że jest absurdem gorszenie się postawą innych ludzi, nawet duchownych. Wszyscy są grzesznikami, święcenia nie gwarantują pozbycia się przez człowieka jego przykrych cech i nie czynią z ludzi aniołów. Nie to jest ich istotą (istniały przecież nawet przy klasztorach więzienia dla księży, biskupi i przeorowie nie obawiali się wymierzania im kar). Istotą jest to, że kapłan jest jedynym człowiekiem, który może sprowadzić Boga na ziemię. Jego moc nie jest mocą ludzką.

Drogi polne i ulice miast zapełniały procesje pokutników. Szlaki pielgrzymie nie zarastały nigdy trawą, tysiące spieszyły do grobów męczenników. Do sanktuariów i katedr podążano, by wysłuchać Mszy, odbyć spowiedź sakramentalną, dać sobie nałożyć pokutę. Mieć szansę, dzięki posłudze kapłana, by uzyskać przebaczenie Boga i by za swój upadek już tu, na ziemi zapłacić, wynagrodzić Bogu i bliźniemu, bo zapłata po śmierci może okazać się całkowitą katastrofą. Dlatego mury katedr ozdabiały nie tylko figury świętych, apostołów, męczenników, ale i wyobrażenia diabłów, złych duchów, które szkodzą człowiekowi. Były one przestrogą. Na malowidłach w bazylikach i sanktuariach pojawiały się wizje piekła i sceny Sądu Ostatecznego. Grzech nazywano grzechem, karę wieczną karą wieczną, wyrok potępienia wyrokiem potępienia. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wierzył w wizję szczęśliwej ludzkości połączonej ideałami, które później stały się hasłami Rewolucji francuskiej. W kościołach kaznodzieje powtarzali – nie bojąc się „banału” i posądzenia o zbyt nikły „intelektualizm” nauk –  prawdę o piekle, czyśćcu i nie udawali, że wszystkie upadki, które się człowiekowi przydarzają przykrywa „Boże miłosierdzie”. Nie udawali, że ludzie tak naprawdę są co najwyżej „pogubieni”, a grzech jest wewnętrzną sprawą ich sumienia (nie ma też żadnych skutków społecznych).

W kościołach niemal słychać było odgłosy bitwy (pomimo wielkiej ciszy…). Prawdy wiary były głoszone „bez znieczulenia”, jak najdosadniej, by człowiek miał szansę za życia ze złej drogi nawrócić. Nie warto idealizować tej epoki (jak i też żadnej), ale pewne jest, że ludzie średniowiecza mieli wiarę, patrzyli więc częściej w górę, niż na siebie nawzajem. A księża wiedzieli, że najważniejsze jest uwierzenie Bogu, a nie „kochanie Boga”. Miłość jest niczym, gdy nie wie się od Kogo ona pochodzi i ile kosztuje samego Boga.

I to jest prawda, której zabrakło w dyskusji na temat filmu (którego nazwę, powtórzmy, należy pominąć, w myśl ewangelicznej zasady „niech umarli grzebią swoich umarłych”). Jak pisał Vittorio Messori, powołując się na znanego mariologia: „Dlaczego wszechmocne słowo Króla Wszechświata przekazywane jest przez tak nędznych i kruchych pośredników [przykładem zacytowanym w tekście są apostołowie – EPP]? Otóż dlatego, że w ten właśnie sposób Bóg ukazuje człowiekowi swoją delikatność. Uczynił go wolnym, nie chce naruszać jego wolności, nie chce go do niczego przymuszać (tak jak czynią to ziemscy dyktatorzy)… W swoich działaniach nie chce człowieka sterroryzować, uwieść czy nakłaniać do czegokolwiek siłą, bo to jest broń Antychrysta, lecz przemawia do jego wnętrza, posługując się osobami, które >wedle ciała< nie są nikim ważnym. Bo Bóg ukazuje się ludzkości na sposób ludzki”. Czy Apostołowie byli postaciami jakichś supermanów? Czy św. Piotr – Skała, był wzorem odwagi, prawdomówności i wielkoduszności w każdym calu w każdym momencie swego życia? Czy potrafił czarować głosem, przykuwać uwagę wykwintnością obejścia, nienagannym strojem, imponującym wyglądem?

Karykaturalne przedstawianie ludzi Kościoła w propagandowych filmach, jakich nie powstydziłaby się kinematografia sowiecka w latach pięćdziesiątych ub. wieku, jak ostatnie dokonanie głośnego reżysera, jest możliwe tylko dlatego, że współczesny wychowanek Kościoła „odnowionego” po ostatnim Soborze, nie rozumie pojęcia grzechu. Nie przyjmuje do wiadomości, że podlegamy mu wszyscy bez wyjątku. (Dlatego niektórzy kapłani, którzy wzięli udział w tej rozemocjonowanej dyskusji, być może bez własnej chęci, może przez pewne roztargnienie, które też jest rodzajem ułomności, stali się więźniami swojego społeczno-kulturowego wizerunku.)

Niegdyś, gdy uznawaliśmy, iż przedmiotem wiary jest Rzeczywistość obiektywna, nie subiektywna, nie musieliśmy nieustannie osądzać i „poprawiać” naszych bliźnich, by czuć się „sprawiedliwymi”. Dziś jesteśmy pod silną presją „nierzeczywistości”, wydani na żer tym, którzy wiedzą jak głęboką duchową, intelektualną i psychiczną pułapką stanowi wyobrażenie, że „wszystko od nas zależy”, że możemy dowolnie kształtować swój los, że bliźnim należy się przede wszystkim garść brutalnych (lub słodko-kwaśnych) pouczeń zamiast dobrego przykładu. Gdy umiera moralność katolicka, oparta o zasady wiary i o surowy, trzeźwy sąd rozumu, który nakazuje zła i grzechu doszukiwać się przede wszystkim w sobie, panoszy się moralizatorstwo. Żerowisko dla wszelkiego rodzaju antykatolickiej histerii – i antypolskiej propagandy. Zapominamy o „Ojcze Nasz”, o prośbie, by Bóg odpuścił „nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. A wtedy chrześcijaństwo jest rzeczywiście zagrożone.

 

Fresk Andrea Mantegna w rzymskim kościele Matki Bożej Zwycięskiej

 

Zapominamy, że rzucanie podejrzenia na innych, jako sprawców najgorszych naszych nieszczęść – a nawet na samego Boga, jak przydarzyło się to w Raju – jest specjalnością pewnego jegomościa, często przybierającego wygląd płaski, śliski, połyskliwy i wijący się….

By Polska prawdziwie odrodziła się, korzystając z daru niepodległości, ten rodzaj kultury, który jest w istocie prymitywną propagandą, choć realizowaną najnowocześniejszymi środkami i posiadającym pozory sztuki, obiektywizmu, odwagi, musi ustąpić kulturze wysokiej, w jakiej wzrastały pokolenia naszych przodków, kulturze kształtującej prawe umysły i serca ludzkie. W jaki sposób doprowadzić do upadku zainteresowania kulturą prymitywną na rzecz wysokiej, która będzie się mogła także wypowiedzieć w sprawie Kościoła, tak jak wypowiadać się powinien człowiek wierzący, bronić prawdy godziwymi środkami, to odrębny temat. Podjęcie go jest jednak czymś nieodzownym. Jest jednym z warunków utrzymania naszej niepodległości.

To, co wydaje się „obroną prawdy” oczom źle wykształconych, naiwnych i łatwowiernych widzów w tego typu pseudorealistycznych obrazach, jest w istocie wyrafinowanym atakiem na nią. Szukajmy więc proporcji, właściwej selekcji i odpowiedniego tonu, by mówić prawdę o Kościele, o duchowieństwie, o kapłanach. Historia polskiego Kościoła jest pełna przykładów poświęcenia, szlachetności, heroicznej wiary. Prawdziwej świętości. Dzięki nim myślimy także o sobie samych jako o katolikach i o Polakach z dumą – i ze szczerą wdzięcznością o naszych duchowych przewodnikach. I to myślenie jest uznane przez naszych wrogów za skrajnie niebezpieczne.

Tak jak pisałam  w jednym z poprzednich tekstów: Sowieci zawsze chcieli Polski zatomizowanych, wrogo do siebie nastawionych jednostek. Polski donosicieli, zawistników i tchórzy. Polski ludzi chorobliwie podejrzliwych wobec siebie nawzajem. Polski ludzi patrzących na siebie spode łba. Polski ludzi nie ufających swoim kapłanom, mającej ich za zdrajców, sprzedawczyków i tchórzy. Polski nie rozumiejącej sensu prawdziwej hierarchii, walczącej z autorytetem Kościoła. Polski obywateli przerażonych, spodziewających się wszystkiego najgorszego po kolejnym dniu, kolejnym roku. Polski nienawidzącej swoich rządzących. Polski zatrzaśniętych na głucho drzwi domów.

Taka Polska przez pewien czas istniała. Dziś prawie nie ma po niej śladu. Może dlatego, że kościoły zawsze były w Polsce pełne – choć miały być puste. I nie brakowało powołań. Owszem, taka Polska wraca podczas manifestacji Obywateli RP, czy innych tego rodzaju subkultur. Pojawia się niekiedy w rozmowach, gdy słyszymy, że „oni” znowu chcą oszukać naród (nigdy nie wiadomo konkretnie, kim są „oni”; w domyśle można umieścić dowolną grupę społeczną eksponowaną ze względu na rolę publiczną). Wraca w produktach tego rodzaju jak film, który wywołał w Polsce – zupełnie niezasłużenie – burzliwą dyskusję. Wraca jednak tylko incydentalnie, spłoszona, niepewna, jak zostanie przyjęta, czy ktoś jej od razu nie wyrzuci za drzwi, nie wyśmieje. Nie wzruszy ramionami, nie ziewnie i nie odwróci wzroku.

________

 

List Czytelnika

 

„Rzeczywiście nie wiemy co począć z tym „Klerem” i popadamy w skrajne emocje, co zresztą było jednym z celów taktycznych p. Smarzowskiego. Chaos, w którym łatwiej będzie zadać śmiertelny sztych. Nawet nie zauważamy, że zaprzeczając liczbom winnych kapłanów dostarczamy i tak amunicji o „zbrodniczym przesądzie” Kościoła jako całości. W najlepszym bowiem przypadku pozwoli się nam zachować kapłaństwo pozbawione waloru celibatu, jako źródła pedofilii, jednak w dalszej perspektywie nie będzie i tak możliwe utrzymanie tej „ciemnoty” i „zabobonu”. To jest ta sama pułapka, w która wpadła burżuazja francuska w przeddzień rewolucji. Rola sędziego nad losem monarchii (Stany Generalne) tylko uczyniła gwałtownymi  podsycane wcześniej emocje motłochu paryskiego. Zanim się zorientujemy dostarczymy argumentów w kwestii „wagi społecznego problemu”, którym żyją wierni „także w Polsce”, zdradzani przez swych kapłanów. W kolejce czekają równie nośne emocjonalnie problemy jak chociażby nierówność płci („żony bądźcie poddane mężom” ). „Cahier de doléances” (listy skarg) o których pisałem w jednym z wierszy, były taką właśnie benzyną rozlaną na społeczeństwo, które urabiali encyklopedyści, i mniej jawnie członkowie lóż.

Właśnie zasądzony dla Chrystusowców wyrok miliona złotych jest właśnie prowokacją (przy całym szacunku dla ofiary) obliczoną na podział wspólnoty („Mam płacić za zboczeńców?”). 

Kościół niestety w całym tym zamęcie przestaje być busolą, widać wyraźnie, że od czasów Soboru rezygnujemy z korony Chrystusowej na rzecz egalitaryzmu pozostałych „denominacji” dla niepoznaki nazywanej dialogiem. W tym celu zglajszachtowaliśmy najpierw liturgię, teraz wytarzaliśmy w błocie nauczanie moralne, i doszliśmy do tego, że dżumę pedofilii leczymy cholerą homoseksualizmu. Kolejny Synod jest tego dowodem. Nie ratujemy Kościoła powrotem  do niezmiennych zasad opartych o nawrócenie wypływające z uświadomienia sobie konsekwencji grzechu, lecz próbujemy „ucieczki do przodu” czyli jeszcze mocniej realizujemy scenariusz przypodobania się światu. Odcinamy się od „błędów Kościoła” jak burżuazja francuska odcięła się od monarchii. Ale scenariusz „reformy” zarówno wówczas , jak i obecnie, pisze ktoś inny. I tak jak wówczas celem nie były reformy monarchii, tylko dekapitacja króla jako Bożego pomazańca, tak i dzisiaj nie chodzi o reformę Kościoła tylko o Jego zniszczenie. Stany Generalne nie zreformowały monarchii, a za demokracją w Kościele, jako równoważnika Ecclesia docens kryje się zwykła pycha, najlepsze narzędzie szatana i wrogów Kościoła”.

 

Wojciech Miotke

Możliwość komentowania jest wyłączona.