„Nieokrzesany język naszych ojców”

Posted on 2 marca 2019 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Rycerze Wielkiej Sprawy

Czy Żołnierze Wyklęci, zwani dziś Niezłomnymi byli rzeczywiście romantycznymi rycerzami czy też ludźmi nadzwyczaj statecznymi, zrównoważonymi umysłowo i psychicznie, głęboko, realistycznie myślącymi?

Mieli oni pewną istotną, a zwykle mniej docenianą i dość rzadko występującą dziś cechę: całkowitą odporność wobec ideologicznych projektów, wszelkich propagandowym utopii. O czymś takim tylko marzyć mogliby ich rówieśnicy z Francji, Belgii, czy Holandii, w latach 40. i 50, ub. wieku, już nie mówiąc o Rosjanach, Niemcach, czy współczesnych Europejczykach. Wiedzieli, że wymyślony za biurkiem ustrój – „najlepszy z ustrojów!” – nie będzie nigdy niczym innym jak negacją rzeczywistości. Wiedzieli o tym nie dlatego, że naczytali się książek, które wykazywały, że komunizm nie stworzy niczego poza iluzją, na jaką nabrać się może tylko motłoch, i poza bezkresnym obszarem nędzy i cierpienia, ale dlatego, że rozumieli, czym jest odebranie człowiekowi własności i zapędzenie go, wbrew jego woli, do fabryk, hut i kopalń. I do więzień i gułagów, gdy będzie stawiał opór.

Komuniści i ich spadkobiercy ideowi – można ich różnie nazywać, ale są nadal pośród nas – wprost wyłazili ze skóry, by stworzyć na użytek szerokich mas wizerunek żołnierza antykomunistycznego Podziemia jako człowieka nieokiełznanych namiętności, szarpanego uczuciami niemal histerycznymi, z których na czoło wysuwała się „nienawiść”. Tymczasem w postawie Żołnierza Wyklętego największą rolę odgrywał rozum i wola.

 

 

To paradoks, ale w poświęceniu się dla Ojczyzny odgrywają one o wiele większą rolę niż uczucia, najbardziej nawet gorące. Żołnierze antykomunistycznego Podziemia po prostu rozpoznali wolnym umysłem, że wolność, niepodległość, sprawiedliwość są tymi wyjątkowymi dobrami, których trzeba bronić, za które warto i należy poświęcać młodość, a nawet życie. Bo one niejako gwarantują, że życie człowieka osiągnie swój cel. Taka jest zasada cywilizacji łacińskiej. Taka jest chrześcijańska tradycja. Taka jest także powinność mężczyzny. Oparta na prawdziwej mądrości, nie na sentymentalizmie.

Komuniści nie mogli ich ścierpieć, bo wiedzieli, że dokąd istnieją obok nich na tym samym terytorium – mówią, wydają odezwy, spotykają się z innymi Polakami, walczą, sprawują rządy w wyzwolonych miasteczkach, czy gminach – dotąd ta najniebezpieczniejsza w ich oczach choroba, jaką jest zdrowy rozsądek, rozum oraz niezłomna wola, nie zostanie pokonana. A zatem sam fundament, na którym oparta jest chrześcijańska cywilizacja, nie zostanie skruszony. Rozum i wola pozwalały zająć stanowisko sprzeciwu wobec bolszewickiego „porządku”, który negował, że człowiekowi jako istocie stworzonej przez Boga właściwa jest pewna godność i świętość. I dlatego ma on prawo do tworzenia takiego społeczeństwa, jakie zapewni mu uszanowanie tej godności. Tylko w ten sposób rozumiane prawa człowieka mają sens. Bolszewicka „równość” całkowicie tej idei zaprzecza. Jedyna prawdziwa równość, jest równością niewidzialną i mistyczną, równością przed Bogiem. Żołnierze Wyklęci byli obrońcami Bożego porządku na ziemi.

 

 

Zdrowy rozsądek zaś podpowiadał, że ten porządek oparty być musi na suwerennych rządach i prywatnej własności. Tylko człowiek wyposażony choćby w najdrobniejszą własność potrafi rozstrzygać o własnym losie. Taki człowiek jest rzeczywiście zewnętrznie wolny. To nie przypadek, że Żołnierzom Wyklętym pomagali, z narażeniem własnego życia, polscy chłopi, drobni właściciele ziemscy.

Takich ludzi opisywał Chesterton, jeden z nielicznych Europejczyków, którzy kochali Polaków właśnie z powodu owych cech.

„Mentalność takich ludzi ma swoje typowe wady, ale przynajmniej nie trzeba ich nigdy nakłaniać, ani przymuszać, by sami rozstrzygali o własnym losie. Ktoś, kto niepodzielnie panuje na własnej ziemi nie ma oporów, by przybyć na zjazd królów. Jego wyobrażenia o ludzkiej godności nie są stłamszone przez świadomość, że on sam stanowi tylko maleńki trybik w gigantycznej machinie masowej produkcji. Nie przytłacza go poczucie, że jest całkowicie zależny od przerastających go okoliczności, o których decydują bogatsi niż on. Ma oczywiście swoje własne kłopoty z pracą czy pogodą, i musi sobie radzić samodzielnie i niezależnie, samodzielne; niezależne decyzje nie są dla niego czymś niepojętym. I nic lepiej nie oddaje jego nastawienia niż słowa, które padają, kiedy razem z sąsiadami szykuje się do bitwy przeciw najeźdźcy. Król mówi do szeregów: »Z Bożą pomocą, bohaterowie!«  Oni zaś odpowiadają: »Z Bożą pomocą!«”.

 

 

To pamięć, jakże realistyczna, o tej nadzwyczajnej, jeśli idzie o rozmach, o skalę poświęcenia i ryzyka – choć przecież całkowicie naturalnej – solidarności tysięcy Polaków, rolników, z żołnierzami Podziemia antykomunistycznego, pomogła a wręcz nakazała Władysławowi Gomułce w 1956 roku zachować wobec „towarzyszy sowieckich” przytomny opór, zupełnie nie przystający do postawy partyjnego aparatczyka. I nie dopuścić w rezultacie do interwencji zbrojnej na terenie Polski. Gomułka wiedział dobrze, że to Podziemie, które wrzało w latach 40. może się w Polsce w każdej chwili odrodzić. [1] To oni, Wyklęci i ich opiekunowie z wiosek, przysiółków, leśniczówek, miasteczek nas w istocie wtedy obronili przed terrorem, jaki Sowieci zaprowadzili na Węgrzech, i pozwolili na złapanie „drugiego oddechu” w czasach PRL-u.

Dlatego komuniści dosłownie rwali sobie włosy z głowy, co by tu wymyślić, by obrzydzić Polakom pamięć o naszych niezłomnych braciach. Do dziś w niejednej chorej wyobraźni przetrwał jakiś niejasny obraz zakrwawionego, dyszącego zemstą szaleńca tułającego się z bronią po bezdrożach i leśnych ostępach jak bezpański pies. To ten, którego rzekomo „wypluło”, „wyrzekło się” „społeczeństwo socjalistyczne”, bo jego „świadomość” była na „wyższym poziomie”. Dziś nawet nie brakuje usłużnych zamaszystych piór, które na każde zamówienie gorliwie przyczernią wizerunek Żołnierzy Niezłomnych, tak jak kiedyś Powstańców warszawskich. A coraz liczniej ujawniane fakty, zdjęcia, dokumenty pokazują rzekome „bandy” jako świetnie zorganizowane ugrupowania młodych ludzi. Porządnie umundurowanych, dbających o schludność, nawet o elegancję, gdy warunki na to pozwalały. Kultura osobista, kunszt wojskowy, horyzonty intelektualne,sytuują ich wśród prawdziwych elit.

To nie młodzieńcze namiętności, uczuciowy zryw i bunt dostarczały im głównych motywacji, ale lojalność i poczucie obowiązku, które jako ludzie rozumni, stateczni i wolni odbierali jako swoją powinność wobec wspólnoty. Wszyscy ludzie normalni takie postawy uznają za przyzwoitość i bohaterstwo; wszyscy szaleńcy lub półszaleńcy za pomyłkę, zgubną naiwność, niebezpieczną anarchię, wreszcie zagrożenie.

W języku, który niewolę nazywa „wolnością”, gwałt „sprawiedliwością”, bezprawie „prawem”, nie ma innych nazw dla bohaterstwa, wierności, patriotyzmu i odwagi. Najnowsze fabryki zbitek słownych produkują wiele szeleszczących kłamstw w tym nowym języku, byle tylko zadrwić z przyzwoitości, wykpić odwagę, ukryć zbrodnię, usprawiedliwić kolejną przerażającą herezję lub wylansować nową, wariacką, infantylną utopię.

Gdy przestajemy używać rozumu nowa moralność, która w istocie jest niemoralnością, ma się dobrze. Stajemy się zależni od eufemizmów, które krok po kroku wmawiają nam, aż do skutku, że czarne jest białe.  Ilekroć ogłasza się którąś z tych „przerażających herezji”, jak mawiał Chesterton, wymyśla się dla niej nową nazwę. Nazwę „starannie dobraną tak, aby była przyjemna dla ucha; na tej zasadzie Furie nazwano Eumenidami. Są to zawsze nazwy pochlebne – i zawsze bzdurne. Na przykład termin »kontrola urodzin« to kompletny nonsens. Od początku świata ludzie stosowali kontrolę urodzeń – także wtedy, gdy byli takimi dziwakami, że pozwalali, by cały proces kończył się urodzeniem. Metody tej kontroli były znane od niepamiętnych czasów, nawet gdy przybierały postać tak dzisiaj niepojętą i szokującą, jak samokontrola. Ludziom współczesnym chodzi w gruncie rzeczy nie o kontrolę urodzeń, lecz o zapobieganie urodzeniom”. Tak samo jest z eutanazją, rzekomo „dobrą śmiercią”, i dziesiątkami a może już setkami innych fałszerstw, które dostarczają rozleniwionym umysłom uładzonej fikcji. Usprawiedliwia się wszystko i propaguje się każdą dewiację, byle tylko nazwa była odpowiednio łagodna, chwytliwa, a nawet wzruszająca. „Polonez równości” jest jednym z  najlepszych przykładów tej metody, to istny semantyczny majstersztyk.

Nasze czasy, jak stwierdzał z goryczą Chesterton, są czasami nie odwagi, lecz reklamy. Uprawia się ją publicznie, lecz nie w publicznym interesie. Jest to nic innego jak sztuka pochlebstw wobec ruchów ideologicznych czy bogatych firm, które na każdej ludzkiej słabości, na każdej moralnej chorobie czy psychicznym odchyleniu usiłują zarobić. Spece od reklamy zawsze wymyślą jakąś „przyjemną nazwę dla nieprzyjemnych spraw”.

Chesterton powtarzał, że od tych silących się na atrakcyjność, przymilnych, czasem luksusowo opakowanych kłamstw, które wciskają się w nasz codzienny język, a które są niczym innym jak prostacką reklamą złej moralności, sto razy woli „nieokrzesany język naszych ojców”. Ideologia zwycięża, gdy nie nazywa się rzeczy właściwym jej imieniem.

_______________

 

[1] Mówi o tym m.in. świadek tych wydarzeń, Jan Olszewski w mojej książce Prosto w oczy.

Myślę, że Chruszczow się cofnął w momencie uświadomienia sobie konsekwencji doprowadzenia interwencji do końca. W czasie ich rozmowy czołgi jechały już na Warszawę. Wszystko wskazuje na to, że Gomułka zagrał va banque – jeżeli się nie godzicie, nikt nie przyjmuje żadnej odpowiedzialności za to, co się stanie. Tak, jak w przypadku Węgier, Rosjanie nie cofnęli się przed interwencją, w przypadku Polski – nie zdecydowali się na nią”. (Rozdział Gomułka, str. 87 – 88)

Możliwość komentowania jest wyłączona.