Nienarodzeni, ale użyteczni

Posted on 4 kwietnia 2016 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Porządkowanie pojęć

Jak z obrony życia nienarodzonych uczynić narzędzie zwalczania niewygodnej władzy? To proste, scenariusz został już przećwiczony za poprzednich (koalicyjnych) rządów Prawa i Sprawiedliwości.

Główne pytanie dzisiejszej batalii o życie brzmi – a raczej powinno brzmieć – co jest fundamentem postawy obrońców życia? Wiara w Boga, czy humanizm? Jak dotąd, w argumentacji osób duchownych i świeckich domagających się pilnej ochrony życia nienarodzonych „bez kompromisu aborcyjnego”, przebija przede wszystkim etyka humanistyczna. Bronić życia trzeba, głoszą obrońcy życia, bo człowiek jest człowiekiem od momentu poczęcia. Potwierdza to nauka, z nauką się nie dyskutuje. A człowieka nie wolno zabijać. 

Argumentacja ta opiera się na złudzeniu, że da się zrealizować obronę życia w skali ogólnospołecznej odwołując się do „praw człowieka”, z podstawowym prawem, do życia.

Kościół katolicki kierujący się zasadami myślenia realistycznego, według filozofii św. Tomasza, doskonale rozumiał, że człowiek nie dlatego czyni zło, że nie wie, że to coś jest złem. Dziś nastąpiło frontalne odejście od tej filozofii, na rzecz idealizmu heglowskiego i fenomenologii. Dlatego obrońcy życia mogą swobodnie lansować teorię – bez ryzyka, że zostaną przywołani do rzeczywistości przez mądrych duchownych – że system penitencjarny definitywnie poradzi sobie z problemem aborcji, z uwagi na wychowawczą funkcję prawa. Ludzie przestaną zabijać nienarodzone muminki, czy dzieci poczęte z gwałtu, gdy będzie im grozić sankcja karna. Jest to klasyczna utopia. W dodatku bardzo niebezpieczna.

Zapomina się o płaszczyźnie religijnej, a to w sprawach moralnych skutkuje popadnięciem w sprzeczności, z których nie ma wyjścia. Sprzeczności wcześniej czy później stają się zarzewiem konfliktu społecznego.

Odrzucając fundament religijny ignoruje się bowiem prawdę o tym, jaka jest natura ludzka. I jaka jest natura zła. Paradoksalnie, religijną płaszczyznę zagadnienia pomijają nie tylko lewacy, ale właśnie „antyaborcyjna” radykalna prawica.

A tu potrzebna jest po prostu bojaźń Boża. Pojęcie zapomniane i odrzucone, a wręcz wyśmiane w czasach, w których tak powszechne jest oddzielanie miłosierdzia Boga od Jego sprawiedliwości.

Sama świadomość, że ta mała istota jest człowiekiem nie wystarcza, by przestano popełniać wobec niej to największe przestępstwo. Jest to coraz bardziej widoczne, gdy obserwujemy jak podział między zwolennikami a przeciwnikami sankcji karnych wobec aborcji w Polsce pogłębia się (oczywiście, nie bez umiejętnej pracy łopat zawodowych pogłębiaczy, którzy nic nie mają wspólnego z „obroną życia”), pomimo, że wiedzy na ten temat porzybywa i staje sie ona coraz bardziej dostępna. Zwłaszcza, że dziś świadomość ta występuje „w zestawie” z „twardą” ideologią „pełnej wolności”, czyli z ideologią praw człowieka.

Przeświadczenie, że kiedy ludzie zdobędą wreszcie „całkowitą pewność”, że człowiek jest człowiekiem od poczęcia, podporządkują się „dobremu, antyaborcyjnemu ustawodawstwu”, jest naiwnością typową dla współczesnego humanizmu. Wynika ona z infantylnego wyobrażenia – negującego tradycyjną naukę Kościoła o skażeniu natury ludzkiej przez grzech – że potrzeba tylko oświecenia, by ludzie przestali popełniać zło! Taki pogląd lansowali renesansowi i oświeceniowi myśliciele, którzy za punkt honoru stawiali sobie zaprzeczanie nauce Kościoła o człowieku – średniowiecze było, wbrew rozpowszechnianym mitom, daleko bardziej racjonalne; nie idealizowało człowieka – dać ludowi kaganek oświaty, a lud przemieni się w zastęp aniołów. Społeczeństwo „dojrzeje” i zechce stosować się w całej rozciągłości do dobrego, humanitarnego prawa.

A życie jest krótkie. W życiu trzeba nieustannie zmagać się z pokusami, myśleć o jego końcu, o Sądzie – i to jak najwcześniej. O Bożej sprawiedliwości, która obejmuje wszystkie bez wyjątku czyny człowieka, a nawet jego myśli i uczucia. I Kościół o tym nieustannie przypominał przez wszystkie wieki, aż do ostatniego Soboru. Jednym z podstawowych punktów każdego katechizmu była „pamięć o rzeczach ostatecznych” jako najlepszy środek uchronienia się od grzechu, zapanowania nad instynktami. Kościół nie powoływał się ani na odkrycia naukowe, ani na prawa ludzkie. Szanował je, ale nie one dostarczały mu argumentacji. Mówił o zasadach danych przez Boga, niezmiennych i nieprzekraczalnych pod karą wieczną. Prawo w kraju katolickim się do tego w pewnym ograniczonym zakresie dostosowywało.

Dziś jest odwrotnie.

Gentile da Fabriano - Maryja z Dzieciątkiem

Gentile da Fabriano – Maryja z Dzieciątkiem

Duchowni nie wpadali na pomysł, że trzeba ludziom rozdawać kopie odlewu małych stópek nienarodzonego dziecka, by oni, wpatrując się w nie, doznawali  wzruszenia i zmieniali swoje życie. Mówili im o Bogu i o tym, że nie można lekceważyć Jego praw, narażać się na Jego gniew.

Czy nie dlatego, że nauczanie Kościoła zaczęło być coraz powszechniej kwestionowane już w XVIII i XIX wieku – nawet w samym Kościele, za sprawą teologów modernistów, wspartych na Kartezjuszu i mętnych niemieckich filozofach – i zastępowane niezobowiązującymi opiniami, humanistycznymi teoriami i literackimi impresjami, mała Hiacynta, Łucja i Franciszek w Portugalii, na początku ubiegłego wieku zostali  przez Matkę Bożą obdarzeni wizją piekła? Nie symboliczną – realistyczną. I usłyszeli, że najwięcej ludzi trafia do oceanu ognia z powodu grzechów zwanych cielesnymi. „Padali tam jak deszcz”, mówiła potem Hiacynta.

Czy jednak o tej wizji, o realnym istnieniu piekła, co głosi każdy katechizm, ktoś nam przypomina? Czy nie usiłuje się wziąć to pojęcie w nawias, opatrzyć je cudzysłowem? Czy nie jest tak, że oddzielanie Miłosierdzia od Sprawiedliwości skutkuje lekceważeniem kar i zapominaniem o nieodzowności pokuty? A o tej konieczności mówiła właśnie Matka Boża w Fatimie. Prosiła o nią, alarmowała. Były ważne powody Jej interwencji. Odstępowano w świecie chrześcijańskim od prawdy o Bogu., fałszowano ją na różne sposoby. Jedyny raz w objawieniach Maryjnych został też wtedy przywołany byt polityczny, Rosja. Matka Boża poprosiła o poświęcenie Rosji Jej Niepokalanemu Sercu, wyjaśniając szczegółowo, jak ma się to odbyć.

Czy przesłanie fatimskie nie zostało dziś zapomniane? A nawet – mówiąc wprost – zignorowane?

Czy wobec wymowy tych faktów nie należy głęboko wątpić, że wprowadzenie restrykcyjnego prawa wobec aborcji zagwarantuje dziś w Polsce powszechną moralność?

Nie łudźmy się, dokąd będzie istniało „zapotrzebowanie” na bezkarność procederu aborcyjnego, dokąd część Polaków będzie dawała sobie nań przyzwolenie, dotąd sprawa antyaborcyjnego prawa będzie bezwzględnie wykorzystywana w walce politycznej. Jako jedna z najefektywniejszych broni „podpalania” społeczeństwa, rozniecania krańcowych emocji, wszczynania kryzysu zaufania do władz. Będzie narzędziem szantażu wobec ekipy rządzącej, która chce się odwoływać do katolików i zabiega o ich poparcie.

W ramach przygotowań do stulecia objawień w Fatimie wypada nazwać to zjawisko jego prawdziwym imieniem.

Ludzie nie popadają w grzech aborcji dlatego, że nie wiedzą co robią i kim jest owo „coś”, co unicestwiają, ale dlatego, że Boga się nie boją. Nie przypomina im się o piekle. Ten przerażający obraz, który przyprawiał o takie męki dzieci z Fatimy, coraz rzadziej staje dziś ludziom przed oczyma. Nie jest nigdy przywoływany w czasie dyskusji, jakie inicjują obrońcy życia w sprawie dopuszczalności aborcji. A przecież grzech aborcji z reguły nie istnieje bez wykroczeń przeciw dwóm innym przykazaniom.

Czy często słyszeliśmy w ostatnim dwudziestoleciu przestrogi przed pornografią, przed życiem bez ślubu, przed rozwodami? Nie podnoszenie tych tematów jakoś specjalnie nie niepokoiło wielu tych, którzy dziś domagają się zaostrzenia sankcji prawnych wobec procederu aborcji. To wprost niewiarygodne. Logika została zawieszona na kołku. Proceder zabijania nienarodzonych został wyrwany z szerokiego kontekstu moralnego, którego źródła tkwią nie tylko permisywizmie, ale i w kryzysie Kościoła, i  uznany za samoistne wyizolowane zjawisko. Czy w ramach przygotowań do stulecia objawień w Fatimie nie warto o tym zaniechaniu przypominać i zdać sobie gruntownie sprawę z jego przyczyn?

Nie ma się co łudzić. Ludzie nie wyrzekną się dostępności aborcji „z litości” nad nienarodzonymi, bo człowiek, który jest tak nieustannie stymulowany w kierunku swobody obyczajowej i żyje w religijnej próżni znajdzie w swoim sumieniu tysiące powodów relatywizowania zła, którego jest sprawcą. Będzie wypierał je ze świadomości, głuszył działalnością charytatywną, tłumił aktywizmem społecznym, tłumaczył się przed sobą, że jest „niedojrzały” do rodzicielstwa, albo „nie stać go” (dziś, gdy działa już program 500+ będzie to z pewnością trudniejsze).

Notorycznie myli się przy tej okazji dwa porządki: prawny i moralny. Prawo nie gwarantuje moralności. Oczywiście, może jej w pewnych warunkach pomóc.

Jeśli jednak w społeczeństwie nie odrodzi się wiara w Boga, który jest nie tylko miłosierny, ale sprawiedliwy, podziemie aborcyjne będzie się szerzyć tym bardziej, im bardziej restrykcyjne będzie prawo.

Wielu komentatorów ze strony katolickiej widzi następujący ciąg ewolucyjny: poprawa bytu Polaków (rozpoczęta w epoce transformacji!)  m u s i   zaowocować poprawą świadomości, a ona z kolei – poprawą ustawodawstwa. Jest to rozumowanie marksistowskie. „Byt określa świadomość”. Człowiek „z natury dobry” staje się jeszcze „lepszy”, kiedy mu się lepiej powodzi. W tym języku nie ma w ogóle miejsca na pojęcia religijne. Nie istnieje wymiar nadprzyrodzony.

Nie chce się też dostrzec, że od tamtego czasu (od lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku) uległa erozji w Polsce religijność, osłabła wiara. Człowiek niewierzący lub religijnie letni zawsze znajdzie dla swoich czynów usprawiedliwienie.

To nie świeccy powinni w wolnym kraju grać główne skrzypce w obronie życia, choć oczywiście działalność wielu szlachetnych osób jest tu godna wielkiego uznania. To zadanie dla Kościoła. Kościół ma umacniać wiarę w Boga. Ma do tego wszelkie narzędzia, dane mu przez Boga, gdy tylko zdecyduje się odejść od idealizmu i modernizmu, od schlebiania swoim owieczkom i narzucania postawy uczuciowej, stawiania na aktywizm i lansowania „charyzmatyków” z ich masowymi widowiskami  „zasypiania w Duchu św.”, zamiast porządkowania religijnego myślenia wiernych.

Simone Martini - Zwiastowanie

Simone Martini – Zwiastowanie

Natomiast państwo jest, zgodnie z konstytucją i konkordatem – na którego ostateczny kształt wpływ decydujący miała dyplomacja watykańska – neutralne światopoglądowo.

Kościół tym bardziej powinien pomóc ludziom w Polsce wrócić do zapomnianych prawd wiary. Do prawdy o grzechu, sądzie, karze. O piekle i czyśćcu. To nie są wymysły dawnej epoki. To są podstawowe prawdy katechizmowe wynikające z dogmatów. One pomogą szybciej niż wszystkie ruchy antyaborcyjne razem wzięte, wsparte o restrykcyjne prawo, uporać się ze złem zabijania nienarodzonych dzieci. Gdy ludzie to sobie przypomną, wezmą się po prostu w garść.

Tymczasem słyszymy zewsząd zapewnienia: „Miłosierdzie Boże przyniesie realne owoce jak zbudujemy cywilizację miłości”. Ale cywilizacja miłości to czysto utopijny postulat, co widać jak na dłoni! Przede wszystkim dlatego, że natura ludzka – jak głosił zawsze Kościół – nie jest bynajmniej okazem zdrowia od pewnego tragicznego wydarzenia w Raju, gdy chodziliśmy przyobleczeni tylko w szatę piękna naszych ciał.  Wydarzenia, które obudziło w człowieku nieprzezwyciężoną pychę i nieposłuszeństwo Bogu.

Prawa antyaborcyjnego nie uda się nigdzie, pod żadną szerokością geograficzną, w sposób idealny przestrzegać bez przebudowy ludzkich dusz. Wprowadzenie go teraz będzie miało natychmiastowe skutki wprost przeciwne do zakładanych przez prawdziwych obrońców życia. Kościół dawniej – przed 1965 rokiem – nie szczędził słów, by dobitnie to stwierdzić, nazywając naszą naturę po grzechu pierworodnym „skażoną”, „zmienną”, „skłonną do zła”, „cielesną”, „zmysłową”, a nawet „upadłą”. Potrzebującą pilnie pomocy. I tę pomoc otrzymywała ona przez sakramenty Kościoła i nieustanną zachętę ze strony duchowieństwa do wytrwałej pracy nad sobą. Jest co robić! Dziś – przeciwnie – niektórzy hierarchowie (w Polsce na szczęście nieliczni) nie mają wprost słów, by określić, jak bardzo człowiek jest, z natury swej, chodzącą doskonałością. „Świętość osoby ludzkiej” i „nieograniczona godność człowieka” to tylko skromne przykłady tej retoryki optymistów wychowanych na soborowych deklaracjach, które odrzuciły realistyczną prawdę o człowieku i zaczęły tworzyć literacki słownik pobożnych życzeń., licytując się w uwielbieniu dla człowieczeństwa.

Jarosław Kaczyński, któremu zarzuca się dziś (w niektórych katolickich i konserwatywnych mediach), że nie zamierza wprowadzać dyscypliny partyjnej podczas głosowania nad zaostrzeniem prawa karnego w tej sprawie (a więc, oczywiście, „jest przeciw życiu!”), okazuje się być par excellence realistą myślącym tomistycznie, nie idealistą. Jego powściągliwa postawa wynika z poczucia odpowiedzialności polityka za państwa. Nie jest sztuką oddać władzę i narazić obywateli, współrodaków na utratę państwa lub kolejny rozdział jego systemowego osłabiania i niszczenia, w imię moralnego radykalizmu, który nikomu nie przyniesie korzyści, bo będzie tylko wykrzyczeniem dobrych intencji. Sztuką jest w imię tej ogromnej odpowiedzialności, którą Jarosław Kaczyński dźwiga na swoich barkach, dać przetrwać i rozwinąć się państwu, które jest źródłem dobra doczesnego obywateli. Troszcząc się o to dobro, pośrednio „pomaga do nadprzyrodzonego uświęcania dusz”, jak czytamy w katechizmie. „Kościół bowiem jest społecznością duchową i nadprzyrodzoną, państwo zaś naturalną i doczesną; każda z nich jest społecznością w swoim rodzaju doskonałą z największą władzą, gdyż każda z nich w sobie i przez siebie posiada środki potrzebne do osiągnięcia swego celu”, głosi encyklika Leona XIII Immortale Dei z 1885 roku (za: Katechizm Katolicki Piotr kard. Gaspari).

Dziś niektóre gazety podgrzewają atmosferę nagłówkami typu: „Życie w rękach PiS-u”, „Polska nie rozwinie skrzydeł, jeśli będzie krępowana przez kompromis aborcyjny” („Nasz Dziennik” 1. IV. 2016). Gdy widzi się takie hasła nie ma się wątpliwości: tu nie chodzi o obronę życia, ale o dość prymitywną polityczną rozgrywkę.

Zmiana postaw nastąpiłaby także i wtedy, gdyby nie tyle zaostrzono prawo, co realnie broniono lekarzy, pielęgniarek, położnych, którzy czynnie utrudniają, a wręcz nieraz uniemożliwiają na swoim terenie proceder aborcyjny. Gdyby dawano im konkretne wsparcie. Gdyby nagłaśniano bezkompromisowość tych odważnych ludzi, którzy praktycznie realizują przykazanie „nie zabijaj”, ryzykując karierą, podstawami bytu – jak prof. Chazan. Czy jak ubogie rodziny, które ani chwili nie wahają się, by przyjąć kolejne chore dziecko. Takich ludzi jest w Polsce więcej. Oni bronią życia najskuteczniej. Własnym przykładem zdobywają największą ilość umysłów i serc. Ludzie, nie ustawy. Nieocenioną rolę spełniają też prowadzone przez siostry zakonne „okna życia”.

Kamila Chojnacka - Niepokalane Serce Maryi

Kamila Chojnacka – Niepokalane Serce Maryi

To, że wszystko, co ważne osiągnie się metodą „ustaw” jest wizją nie tylko na wskroś utopijną, ale zupełnie nam obcą; praktykowali to w swoim państwie Rosjanie. Ustawa towarzyszyła nahajce, albo spełnia jej rolę. Ale my nie jesteśmy w Rosji – ojczyźnie aborcji na życzenie – o czym zapominają nagminnie zawodowi „obrońcy życia”, zawsze pokazując jedynie „zgniliznę Zachodu”. Jesteśmy w Polsce.

Jaka jest rola ludzi Kościoła w tej sprawie? Taka jak w kwestii każdego grzechu. Duchowni mają przed nim przestrzegać. Piętnować go, ostrzegać przed jego skutkami w wieczności, pomagać przezwyciężyć. A nie relatywizować jego skutki, zanim nawet dojdzie do nawrócenia jego sprawcy. Nie przekonywać, że każda „osoba ludzka” jest „święta”.

„Utrata zaś sprawiedliwości i świętości, a zwłaszcza nieskazitelności natury, była początkiem owej walki, między niższymi władzami a rozumem, o której mówi św. Paweł w liście do Galatów 5,17: Ciało pożąda przeciw duchowi, a duch przeciw ciału, bo się one sprzeciwiają sobie nawzajem. Tak zatem z winy pierwszego rodzica, naturze ludzkiej została zadana ciężka i dotkliwa rana, gdyż nad rozumem zaległy ciemności, a wola stała się skłonna do złego” (Bł .Pius IX, za : Piotr Kardynał Gasparri, Katechizm katolicki, Warszawa 1941).

„Adam zaś okazał się być nieposłusznym, a więc jako głowa i ojciec rodzaju ludzkiego sprawił, że ludzka natura zbuntowała się wobec Boga. Stąd zaś natura ludzka jest przekazywana wszystkim potomkom Adama w stanie buntu wobec Boga i pozbawiona łaski i innych darów nadprzyrodzonych” (Katechizm św. Piusa X. Vademecum katolika, Sandomierz 2006).

Ks. prof. T. Guz mówi, że Kościół ma „uwrażliwiać” sumienia. Zgoda. Ale czy – nade wszystko – nie ma   n a u c z a ć   o konsekwencjach grzechu (wiecznych! – gdy grzech nie jest przez Kościół rozgrzeszony)? Odmawiać rozgrzeszenia, gdy nie są dopełnione wszystkie warunki zerwania z grzechem? Odmawiać Komunii św., gdy nie ulega wątpliwości personalna odpowiedzialność osób publicznych za czynne szerzenie największego zła, sianie publicznego zgorszenia. Nie bać się używać ekskomuniki – dla dobra wierzących. Czy to także nie są podstawowe obowiązki ludzi Kościoła?

Z czym mamy tymczasem do czynienia? Ze specjalnymi warunkami, by grzeszący w tej dziedzinie mieli coraz lżejsze sumienia! Bo najważniejsze jest, jak się dziś mówi, by grzesznik pozbył się strachu przed Bogiem, który jest nieskończenie dobry, nieskończenie miłosierny. Ale to nie strach jest tu problemem. Raczej jego brak. Problemem jest fałszywy obraz Boga. I rezultat tego zafałszowania: powszechność najcięższych grzechów.

Władza polityczna ma z kolei tworzyć warunki, by jasne, nie złagodzone przez poprawność polityczną, zbawienne dla człowieka nauczanie Kościoła było jak najszerzej znane, szanowane, rozumiane, akceptowane. Na tym polega współpraca z Kościołem. Nie może natomiast Kościoła wyręczać, łudząc siebie i innych, że ustawodawstwo wypleni grzech.

W sytuacji, jaką mamy dziś w Polsce, gdy tylko dwadzieścia procent dorosłych Polaków faktycznie popiera obecną władzę, stawianie jej warunków: zaostrzcie ustawę, inaczej będziecie wrogami Pana Boga, dzieci i kobiet, i spadnie na was całe odium bezbożników, ma tylko jeden cel: usunąć tę władzę jak najprędzej, a nie zapewnić ochronę życia. To, co słyszymy ze strony różnych wpływowych, bliskich Kościołowi mężów, wygląda tak, że trudno traktować to jako religijne czy nawet moralne wezwania; są to czysto polityczne hasła głoszone z obłudną miną „zatroskanych” o publiczną moralność. I służą wprost, bez niedomówień, obaleniu rządu Prawa i Sprawiedliwości.

Można to przedstawić na następującej modelowej sytuacji. Wyobraźmy sobie, że katolicy zdobyli jakimś cudem władzę polityczną w państwie zamieszkałym przez muzułmanów (tych łagodnych); muzułmanów jest osiemdziesiąt procent. Radykalny działacz katolicki pisze w gazecie tekst, gdzie żąda od władzy: albo wprowadzicie Katolickie Państwo Narodu Polskiego, albo ogłosimy, że jesteście zdrajcami. Efekt? Ekipa katolicka ulega i błyskawicznie traci władzę. W taki sposób, pod pozorem postulatów religijnych formułuje się postulaty polityczne i doprowadza do przewrotu.

Tymczasem ludzie, którzy obecnie znajdują się przy władzy nie tylko doskonale rozumieją wagę problemu obrony nienarodzonych przed aborcją, w przeciwieństwie do swoich poprzedników; oni dosłownie uwijają się jak w ukropie, żeby wprowadzić jak najszybciej jak najwięcej korzystnych dla społeczeństwa zmian, naprawić państwo, postawić tamę wszelkim nadużyciom, zapewnić obywatelom bezpieczeństwo i utrzymać – w trudnych warunkach zewnętrznych i wewnętrznych – władzę. Towarzyszy im niestety brak zaufania podatnej na manipulację większości! Ciągle większości. W tym bardzo wielu katolików. A co będzie, gdy ludzie Prawa i Sprawiedliwości utracą władzę? Nastąpi ostateczny kres wszelkich marzeń o wszelkiej prawnej obronie życia. Niektórzy złotouści retorzy i moraliści dopiero wtedy się obudzą; usłyszą też wreszcie, co mówili, zobaczą z kim i o co walczyli.

Nawet św. Jan Paweł II, uznawany powszechnie za patrona obrony nienarodzonych, nie sprzeciwiał się temu, co nazywa się dziś pogardliwie „kompromisem aborcyjnym”. Mówił, że polityk, w ramach swej odpowiedzialności za państwo, musi osiągać to, co możliwe, jeśli nie jest możliwe osiąganie tego, co pożądane.

Przypomnijmy sobie jaką postawę zajmowały polityczne środowiska „radykalnie stojące przy życiu”, gdy już znalazły się przy władzy. Ile inicjatyw ustawodawczych w tej dziedzinie miała AWS, czy LPR? Żadnej. „Obrona życia” była traktowana czysto instrumentalnie.

Idealistyczne wyobrażenie, że może istnieć idealne ustawodawstwo, idealnie realizowane i respektowane przez wszystkich członków społeczeństwa jest charakterystyczne dla sposobu myślenia środowisk narodowych. Pisał o źródłach tego zjawiska celnie Adam Mickiewicz w swoich paryskich wykładach. To przeświadczenie zbudowane jest na typowo protestanckim braku zaufania wobec ludzi, z jednej strony, z drugiej, na negowaniu skażonej grzechem natury ludzkiej. Na negowaniu grzechu jako takiego.

Czy ci najgłośniejsi dziś w mediach obrońcy życia są więc naiwni? Nie, nie są naiwni. Istnieją natomiast poważne obawy, że niektórzy z nich mają pewne poważne rachuby polityczne.

Z tego właśnie powodu nie podpiszę listu dziennikarzy w sprawie zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej.

Protest dziennikarzy przeciwko dopuszczalności aborcji w trzech sytuacjach nie ma dziś wiele wspólnego z obroną nienarodzonych. Ma on podwójnego adresata: opinię publiczną i władzę polityczną. Dla społeczeństwa fakt, że grupa dziennikarzy zebrała się razem i mówi, że jest przeciwko dopuszczalności aborcji, w trzech sprecyzowanych przez obecną ustawę wypadkach, to rzecz bez znaczenia. Poglądy tych dziennikarzy są przecież znane z ich publikacji.

(Zostałam wyrzucona z pracy, jeszcze w latach 80. – z pisma jak najbardziej „katolickiego” – za tekst o działalności pierwszej w Polsce organizacji pro life, założonego przez ks. Stanisława Małkowskiego stowarzyszenia „Gaudium vitae”, które było wzorem oddolnej organizacji zaangażowanych, ideowych społeczników, obywających się bez żadnych dotacji – nie było ono na rękę władzom kurii. Nie był na rękę ks. Małkowski. Z nim zawsze same tylko kłopoty. Ci, którzy korzystają z mediów bardziej świadomie i śledzą losy wypowiadających się na te tematy publicystów, znają te fakty).

Władze polityczne także dobrze wiedzą, jakie poglądy mają ludzie czynni w mediach. O co więc tu chodzi? Skąd protest? Chodzi w nim o wywarcie nacisku, który będzie miał skutki polityczne, to jasne. Dlatego list dziennikarzy pozostanie wyjątkowo bez mojego podpisu.

Warto na koniec zapytać, co właściwie znaczy „obrońca życia”? Czy nie wystarczy powiedzieć ”rzymski katolik”? Taki, który nie relatywizuje, nie rozmiękcza Dekalogu, nie usprawiedliwia zła okolicznościami? Dlaczego specjalnie celebruje się dziś w Kościele postawę, która na to naprawdę nie zasługuje, ponieważ jest zwykłym, elementarnym obowiązkiem każdego katolika? I dlaczego wydziela się ją ze światopoglądu katolickiego, czyli z całego systemu zapatrywań i postaw człowieka wierzącego?

John Everret Millais -Jezus w domu rodzinnym (fragment)

John Everret Millais -Jezus w domu rodzinnym (fragment)

 

Podsłuchana niechcący rozmowa na targu dwóch kobiet, matek dorosłych dzieci; córka jednej z nich otrzymała właśnie akt uznania jej małżeństwa za zawarte w sposób nieważny, choć przyszło na świat dwoje dzieci. „To jest chore!”, mówią mocno zdenerwowane kobiety. Tak, chore jest, gdy uznaje się małżeństwo za niebyłe, chociaż wszyscy wokół wiedzą, jak z tym małżeństwem jest. Gdy pod błahymi pretekstami zwalnia się młodych ludzi z przysięgi małżeńskiej (mówią potem, nie bez dumy: „Załatwiliśmy sobie rozwód kościelny”), gdy uznaje się sakrament za nieważny (tak jak po Soborze uznawało się za „nieważne” święcenia kapłańskie dziesiątek tysięcy księży i zakonników, tylko dlatego, że tłum nasłanych do klasztorów i plebanii „głębokich psychologów” wmawiał im, że przyjmując święcenia „nie byli w stanie” podjąć w pełni świadomej i wolnej decyzji na całe życie), gdy uczy się ludzi w ten sposób duchowego rozmemłania, nieustannego analizowania swojego wnętrza, grzebania w swojej jaźni, kwestionowania swoich najważniejszych życiowych wyborów, by pozbyć się odpowiedzialności za nie, skrajnego egoizmu i egotyzmu, szukania wciąż łatwiejszych rozwiązań, wygodnictwa – zamiast pomagać w kształtowaniu cnót: wiary, nadziei., miłości. Męstwa, wytrwałości, cierpliwości. Umiejętności wybaczania sobie nawzajem. Wybaczania wszystkiego. Zawsze.

Walki o swoją duszę i o powierzonych sobie przez Boga ludzi: żony, męża, dzieci.

A także walki o swoje państwo. Ile by to nie kosztowało.


Możliwość komentowania jest wyłączona.