Nie bój się, ja nikogo nie zdradzę…

Posted on 2 marca 2021 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Rycerze Wielkiej Sprawy

Nieopodal Narewki na skraju Puszczy Białowieskiej odsłonięto niedawno pomnik Danuty Siedzikówny „Inki”.  Pomnik stanął przy siedzibie Nadleśnictwa Browsk w Gruszkach, niedaleko wsi Guszczewina, gdzie „Inka” się urodziła.  Tu pracował jej ojciec, leśniczy, stąd się wywodziła ona sama.

Wychowywała się w Puszczy Białowieskiej, chadzała jej duktami, bawiła się na jej cienistych polanach, przyglądała się jej drzewom, obserwowała jej zwierzęta. Inicjatorem pomnika były Lasy Państwowe.

Ta młodziutka Polka zamordowana z zimną krwią przez oprawców komunistycznych jest wzorem nie tylko bohaterstwa, męstwa, niezłomności, wierności i patriotyzmu. Jest nade wszystko wzorem kobiecości. Jej wybór, by powrócić do kolegów, żołnierzy z leśnego oddziału – gdy po wojnie zaczęła już pracę w Nadleśnictwie w Miłomłynie; myślała być może o jakiejś formie stabilizacji życiowej, może o założeniu rodziny – był wyborem mądrej kobiety, mądrej, bo nie negującej swej natury. Mądrej, choć tak młodej. Kobiety, która wie, że mężczyźni, którzy codziennie ryzykują życiem, żyją w ogromnym napięciu, wśród skrajnego zmęczenia, potrzebują kobiecej obecności. Nawet gdyby nie trzeba było akurat opatrywać rannych, pielęgnować chorych i mieć zawsze pod ręką zestaw rzeczy, które mogą uratować czyjeś życie, potrzebna jest im sama bliskość kobiecej postaci. Sama świadomość, że jest. Z jej łagodnością, opiekuńczością, serdecznością. Gotowością, by w chwili strachu, zwątpienia po prostu wysłuchać, podeprzeć, spojrzeć w oczy, szepnąć dobre słowo. Uścisnąć rękę na pożegnanie przed akcją, obdarzyć uśmiechem, obiecać modlitwę. Niby niewiele, a tak dużo.

 

 

Kolega „Inki”, kapitan Józef Rusak, podczas uroczystości odsłonięcia pomnika, w sierpniu 2017 roku, wyjawił, dlaczego „Inka” naprawdę zasłużyła na pomnik. Wszyscy niby to wiedzą: kochała Polskę. Była odważna (i „bardzo inteligentna”, dodawał). Powiedziała mu kiedyś: „Józku, nie bój się, ja nikogo nie zdradzę. Umrę, ale nikogo nie zdradzę”. Najważniejsze było dla niego to, że dotrzymała słowa.

Oddziały bez kobiet, bez dziewcząt, zwłaszcza o twarzach tak łagodnych jak twarz „Inki”, tak uważnych  spojrzeniach, tak delikatnych uśmiechach, nie byłyby tym, czym były. Nie zabłysnęłyby takim bohaterstwem, takim refleksem, taką determinacją, takim poświęceniem. Historia oddziału „Inki” – tak jak i wielu oddziałów AK i WiN, w których trwały na posterunku przy żołnierzach kobiety – to historia  dopełniania się natur i duchowości kobiecej i męskiej w skrajnie trudnych warunkach. Natur, które bez siebie nie potrafią w pełni się rozwinąć, ukazać całego bogactwa, wszystkich możliwości. Nie potrafią nawet siebie same zrozumieć. Bez siebie pozostają do pewnego stopnia martwe.

Dlatego właśnie takim fałszem tchną niektóre dzisiejsze filmy, które wracając do tamtych wydarzeń akcentują w relacjach kobiet i mężczyzn namiętności, sprowadzają je do „seksu”. (Jeden z głośnych reżyserów tego rodzaju filmu, z którym na ten temat rozmawiałam, a który wplótł w swoje dzieło dzikie i brudne naturalistyczne sceny, które jego zdaniem zawierają „prawdę”, bez jakiej nie może obyć się dzisiaj zwłaszcza młody widz, nie był nawet skłonny, by wysłuchać argumentów, złościł się i wrzeszczał na mnie. Miał w głowie swoją wyspekulowaną wizję. Szczerze wierzył, że człowiek to zwierze, tylko inteligentne).

 

Inka wśród żołnierzy „Łupaszki”

 

Pomnik „Inki” w Narewce, przed drewnianym budynkiem, w którym przed wojną pracował leśniczy Stefan Siedzik, jej ojciec, projektu Marka Maślańca, jest pomnikiem pięknej młodej kobiety. Inka jest piękna i kobieca pomimo partyzanckiego stroju, spodni i wysokich butów. Pomimo ciężkiej torby na ramieniu, i dynamizmu, jaki ruch jej postaci wyraża. Jest kobieca przez gest ręki wyciągniętej do pomocy rannemu, przez skupioną twarz o delikatnych  rysach. To pomnik kogoś, kto wykonuje swoją misję z przeświadczeniem, że wypełnia swoje powołanie. Tak jak kobiety, świadome skarbu, jakim dysponują z woli Boga, potrafią.

Jakby odgadując intencje autora projektu pomnika i organizatorów uroczystości, pojawiła się tego dnia na placu przed Nadleśnictwem pod Narewką piękna i godna Polska. Parę setek mężczyzn w jasnozielonych mundurach: wojsko i leśnicy, a także kombatanci. Były rodziny z pobliskich miejscowości, młodzież.  Uderzający i rzadki dziś widok: prawie wszystkie kobiety były w sukniach (niektóre w kapeluszach), mężczyźni w mundurach. To był także rodzaj hołdu złożony Danusi Siedzikownej – wyrażony przez możliwie najbardziej godny wygląd ludzi świadomych swojej misji kulturowej. Nie jesteśmy pierwszą lepszą społecznością, by hołdować modzie, która karze nam robić z siebie karykatury kobiet i mężczyzn.  Było to równie przejmujące jak krótkie przemówienia przy pomniku. Zwłaszcza te wygłaszane przez towarzyszy broni „Inki”, ale też ludzi reprezentujących władzę Rzeczpospolitej, wojsko i leśnictwo.

 

Danuta Siedzikówna z najbliższymi przed domem rodzinnym

 

Wnuczka siostry matki bohaterki z Narewki mówiła o uroku, dostojeństwie i czułości zarazem tego leśnego świata, w którym wyrastała „Inka”, docenianego i kochanego przez nią samą i jej najbliższych, trzypokoleniową rodzinę.

Gdy rozmawiałam tamtego dnia z jednym z nadleśniczych z Puszczy Białowieskiej, potwierdził, że nie ma tu żadnej przypadkowości, jest żelazna logika, według której rozgrywa się każde wydarzenie, także i to dzisiejsze, które jest świętem leśników i polskiego wojska, „bo Puszcza Białowieska to królestwo Boga”.

Wybór „Inki”, tak jak i wszystkich Żołnierzy Wyklętych – Niezłomnych, to także wybór kogoś, kto postanowił wypowiadać się w swoim życiu jasno. „Tak, tak. Nie, nie”. Ona nie mówiła: „A może…”, „Spójrzmy na to inaczej, a przez to głębiej”, „Tak, ale…”, „Poczekamy, zobaczymy”, „Jakoś żyć trzeba”,  „Bądźmy elastyczni”, co  oznaczało: „Komunizm nie musi być tak całkiem zły”, „Marks chciał dobrze, a komuniści to nasi bracia”, „Zdrajcom też można podać rękę”, „Ważny jest dialog, idźmy na kompromis”.

Kochać kogoś to znaczy nie zdradzić – i wypowiadać się jasno (o czym przypomniał w ostatnim kazaniu pasyjnym w kościele św. Krzyża w Warszawie ks. Robert Skrzypczak). „Inka” mówiła: „Uderz, Jezu, bez odwłoki w twardych serc naszych opoki!”. I została wysłuchana.

 

Danusia Siedzikówna przed domem rodzinnym, lata 30. XX w.

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.