Najbardziej wolni z wolnych

Patrząc na tłumy uczestniczące w ich pogrzebie można powiedzieć śmiało: zwyciężyli. Nie tylko tłumy o tym świadczą. Hołd „Ince” i „Zagończykowi” oddaje dziś państwo polskie. Ich dusze w ręce Boga składa Kościół. Pasterz Kościoła grzmi o hańbie milczenia o ich ofierze po roku 1989, w rzekomo „wolej Polsce”.

Czym jest ich zwycięstwo?

Być może najlepiej oddałyby jego zakres i blask, jego wielkość, siłę, piękno, niezniszczalność – paradoksalnie, poprzez kontrast – okoliczności odejścia do wieczności ich sędziów i oprawców. Gdybyśmy je mogli poznać ze wszystkimi detalami. Gdybyśmy ujrzeli to, co w owej chwili mieli przed oczyma ich kaci.

Religia katolicka jest istotnie religia paradoksów. Doczesność nigdy nie jest w stanie spełnić obietnic, które składa, nigdy też nie ukazuje pełni tego, co zapowiada wiara. Jedynie cień czegoś, czego kontury wciąż uciekają nam sprzed oczu, jakiś powiew, przeczucie, odległy strumień, sączący się ku naszym nizinom spadającymi z wysoka kroplami, których dźwięk budzi tęskny poryw serca. Jedynie przez wąską szczelinę ujrzeć można odblask światła, które nie ma końca.

Ale „ujrzeć” ową pełnię można także patrząc na życie tych wyjątkowych, wybranych przez Boga ludzi. Ludzi, którzy nie przyjęli narzuconych przez wrogów chrześcijaństwa reguł. Podeptali zasady odwiecznego przeciwnika Boga i ludzi.

Tych, którzy Chrystusowi uwierzyli i dochowali wierności do końca.

Wdzięczność Danucie Siedzikównie, Feliksowi Selmanowiczowi i dziesiątkom ich braci z Podziemia antykomunistycznego jest wdzięcznością za to także, że uchylili zasłony. Ukazali wspaniałość wiecznego świata, obiecanego przez Boga, który osiągnięty może zostać jedynie wtedy, gdy człowiek nie sprzeniewierzy się Prawdzie. I za nią da się podeptać. Gdy wytrwa – i w ten sposób zaświadczy, że jest ona cenniejsza niż wszelkie dobra, których można używać i cieszyć się tu, na ziemi. Cenniejsza nawet niż własne życie.

„Inka” i „Zagończyk” powiedzieli dobitnie swoją śmiercią, że między prawdą a kłamstwem nie ma nic pośredniego. Żadnej kładki, żadnej szarości. Jest przepaść bez dna.

Pogarda dla prawdy jest pogardą dla człowieka. Uznanie kłamców i zbrodniarzy za „oswobodzicieli” jest hańbą i drwiną z ludzkiego rozumu. Prawa człowieka są niczym bez praw Boga.

"Inka", Danuta Siedzikówna

„Inka”, Danuta Siedzikówna

Dlatego otacza ich oboje dziś tak wielka wdzięczność Polaków.

Przyjdzie, być może, chwila, gdy Europa uzna w nich swoich bohaterów. I Kościół potwierdzi ich świętość, tak jak uznał za świętą ich poprzedniczkę, Joannę d`Arc. Byli bowiem obrońcami christianitas, piewcami łacińskości. Gdy własną piersią ją zasłaniali, gdy umierali za braci z okrzykiem „Niech żyje Polska!”.

Jak Joanna d`Arc, która płonąc na stosie modliła się za Francję, wypełnili do końca swoją misję.

Ponieśli śmierć męczeńską w obronie jedynej w świecie cywilizacji zbudowanej na fundamencie chrześcijaństwa, gdzie „tak” znaczy tak, „nie” – nie. Z swoimi zakrwawionymi toporami zamierzyli się na nich barbarzyńcy ze Wschodu.

Być może nie będziemy długo czekali na to uznanie.

"Zagończyk", Feliks Selmanowicz

„Zagończyk”, Feliks Selmanowicz

„Świat uważa, że kraj, który broni mieczem swej materialnej własności jest rozsądny, ale że Kościół, który potępia, aż do przelewu krwi , zasady, które uważa za błędne lub fałszywe, jest nietolerancyjny i nierozsądny”, pisał w 1913 roku Robert H. Benson.  Jednak „(…) kiedy Boska prawda lub prawo są zagrożone, tutaj Kościół będzie się opierał, niesłabnący i niezniechęcony, ponieważ nie może być >miłosierny< w tym, co nie należy do niego. Tutaj Kościół sprzeda swój płaszcz i kupi miecz, który, kiedy spór dotyczył jedynie spraw doczesnych, schował z powrotem do pochwy”. 

Poza prawami człowieka – którymi można się cieszyć, ale można też dobrowolnie z nich zrezygnować, gdy szkodę miałaby ponieść ludzka dusza, która należy do Boga – są wieczne i stale obowiązujące prawa i żądania Boga. Praw tych , jak przypomina R. H. Benson, „nikt inny poza Nim nie może odrzucić”. Żołnierze Wyklęci byli tego świadomi w najwyższym stopniu. Była tego świadoma krucha nastolatka, sanitariuszka z dziecięcymi, śmiejącymi się oczami i czterdziestoletni wojak, zaprawiony w polu, prawie nie zsiadający z konia, który dziś otrzymał z rąk prezydenta RP tytuł pułkownika. Bo Bóg dal człowiekowi w posiadanie „Objawienie prawd i zasad, które, wypływając z Jego własnej natury albo z Jego woli, są tak niezmienne i wieczne, jak On sam. Właśnie w obronie owych prawd i zasad Kościół okazuje to, co świat nazywa nieprzejednaniem, a Chrystus – gwałtownością”.

Broniąc wolności i niepodległości Polski, jednego z ostatnich w latach czterdziestych ubiegłego wieku szańców katolicyzmu na Starym Kontynencie, bronili Królestwa Chrystusa, królestwa bez granic.

Ks. kan. Marian Prusak, spowiednik "Inki" i "Zagończyka", świadek ich mordu.

Ks. kan. Marian Prusak, spowiednik „Inki” i „Zagończyka”, świadek ich mordu.

Z Żołnierzami Wyklętymi największy problem mają wszyscy wyznawcy naturalizmu i racjonaliści.  Nie brakuje ich w Polsce. Stając wobec postaci takich jak „Inka” i „Zagończyk” miotają się bezsilnie, w przerażeniu, próbując za wszelką cenę znaleźć jakieś plamy, rysy na ich wizerunkach. To im jakoś pomaga w konfrontacji z ich bohaterstwem. Nie na długo. Widzą bowiem sami, że nie ma  miary, którą mogliby zmierzyć własną małość wobec ich wielkości. Należą one do różnych porządków.

„To prawda”, pisał Robert H. Benson, „że Kościół katolicki głosi moralność, która jest całkowicie poza zasięgiem ludzkiej natury pozostawionej samej sobie, że standardy Kościoła są standardami doskonałości i że woli on nawet najniższy szczebel nadprzyrodzonej drabiny niż najwyższy szczebel naturalnej”.

Ktoś musi trwać 

Dwa słowa o innych „Wyklętych”, których pogrzeby wciąż jeszcze przed nami – w prawdziwie wolnej Polsce, jakiej doczekaliśmy – które pokazują, z jakiego formatu ludźmi mamy do czynienia.

Kiedy Rotmistrz Witold Pilecki wyruszał na wojnę we wrześniu 1939 roku – spod szkoły w Krupie, w powiecie lidzkim, w której nauczycielką była jego żona, Maria – zapamiętano, że zawrócił  jeszcze na chwilę konia, by ucałować żonę i dzieci i zapewnić, że pojawi się tu za dwa tygodnie. Wracali samotnie do rodzinnego dworku w Skurczach, odbudowanego z pietyzmem przez Witolda po zniszczeniach pierwszej wojny i 1920 roku, z którego niebawem musieli uciekać.

„Dworu w Skurczach już nie zobaczył. Po wojnie komuniści zrównali go z ziemią, nie zostawili nawet kamienia ani alei ogromnych starych lip, ani wielkiej jodły, z której latem 1939 roku burza zrzuciła bocianie gniazdo z młodymi ptakami” (Joanna Wieliczka-Szarkowa). 

Może i ten krajobraz warto oczom dzisiejszych pokoleń przywrócić? Może w Skurczach ktoś z Polaków powinien zasadzić lipy, odbudować dom Witolda i Marii, by można było tam dojrzeć fragment tej Polski, której nienawiść, zazdrość i niewiara nakazywały zapaść się pod ziemię? Ale nie zniknęła, nie zapadła się pod ziemię. Powstaje. Powraca. 

W Powstaniu  Warszawskim Witold Pilecki był dowódcą 2. Kompanii 1 Batalionu Zgrupowania AK „Chrobry II”, który bohatersko bronił nigdy nie zdobytej przez Niemców reduty na Woli, nazwanej „Redutą Witolda”. Minęło 59 lat i w budynku przy pl. Starynkiewicza sąsiadującym z redutą wmurowano pamiątkową tablicę, obwieszczającą, że podczas Powstania dom ten był „redutą wolnej Rzeczypospolitej”.

Wspominając swojego dowódcę żołnierze Powstania mówili, że Rotmistrz Pilecki nie tylko był wybitnym oficerem, świetnym talentem wojskowym, ale „jeśli się czymś naprawdę wyróżniał, to zawsze uwidaczniającym się uczuciem opiekuńczym. Jakby instynktem ojcowskim. W gronie najbliższych nazywaliśmy go Tata”.

W konspiracji antykomunistycznej także zachowywał się nietypowo. Między innymi „otrzymał (…) raport o funkcjonowaniu resortu bezpieczeństwa i zbrodniczych poczynaniach jego pracowników, z propozycja zlikwidowania najbardziej okrutnych oprawców, której jednak nie zaakceptował”.

Był rycerzem. Rycerz nie jest skrytobójcą. Jego wrogowie nigdy tego nie byli w stanie zrozumieć.

A jednocześnie nie podporządkował się rozkazowi gen. Andersa z połowy 1946 roku natychmiastowego wyjazdu z kraju, gdy był w sposób ewidentny zagrożony aresztowaniem. Powiedział: „Ktoś musi trwać bez względu na konsekwencje”.

Jego najbliżsi, z którymi od wybuchu wojny spotykał się niezwykle rzadko, zaledwie parę razy w roku, zapamiętali, że po pobycie w Oświęcimiu, gdzie głód zabijał więźniów, pozostał mu nawyk przechowywania w kieszeni skórek chleba i żucia ich. 

Rotmistrz Witold Pilecki podczas procesu pokazowego, na krótko przed zamordowaniem

Rotmistrz Witold Pilecki podczas procesu pokazowego, na krótko przed zamordowaniem

 

Najgorsza ze wszystkiego jest zdrada 

Kapitan Stanisław Sojczyński, „Warszyc”, nauczyciel języka polskiego, twórca Konspiracyjnego Wojska Polskiego, w 1945 roku poszukiwany przez NKWD, ukrywający się w Pile, pisał do swojego adiutanta, komentując rozwiązanie AK: „Faktycznie doznaliśmy nowych rozczarowań, tak straszliwych, że osiwieć można ze zmartwień. Ale widocznie droga do prawdziwej wolności i szczęścia musi być aż tak ciężka. Im więcej najokropniejszych tragedii przeżyjemy (…) tym prawdopodobnie mniej przykrych niespodzianek doznamy w Niepodległej Polsce”.

Był zdecydowany walczyć dalej z „czerwonym hitleryzmem”, jak mówił.

Po ogłoszeniu w 1945 roku „amnestii” przez komunistów i po deklaracji płk. Jana Mazurkowicza „Radosława”, która wzywała żołnierzy AK do ujawnienia się i uznania komunistycznego rządu za prawowity napisał list otwarty „Do Pana Pułkownika Radosława”.

„Za co i w jakiej sytuacji usiłuje nas Pan, Panie Pułkowniku, sprzedawać? Nawet nie poczuwa się Pan do najelementarniejszej wdzięczności w stosunku do podwładnych. (…) A poza tym, Panie Pułkowniku, niech Pan wybije sobie z głowy i niech Pan wytłumaczy czerwonym uzurpatorom, że będziecie nas kiedykolwiek wprowadzali w prawa obywatelskie przez amnestie i łaskawe przebaczanie nam”.

Podpisując się pod listem swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem dodał : „W imieniu Oficerów, Podoficerów i Szeregowców wiernych ideologii AK”.

Stanisław Sojczyński, "Warszyc" na ławie oskarżonych podczas komunistycznego procesu

Stanisław Sojczyński, „Warszyc” na ławie oskarżonych podczas komunistycznego procesu

„Nie lękam się niczego, z wyjątkiem zdrady”, mówila Joanna d`Arc w czasie, gdy jedno za drugim wspaniałe militarne zwycięstwo otwierało jej bramy kolejnych francuskich miast uwolnionych spod panowania Anglików.

Stanisław Sojczyński szkalowany był m.in. przez Zbigniewa Nienackiego (używającego pseudonimu Ewa Połaniecka w komunistycznej prasie) za zdobycie w wielkim stylu Radomska w kwietniu 1946 i uwolnienie prawie sześćdziesięciu więźniów politycznych z komunistycznego aresztu. Obsypany nagrodami p. Nienacki jest autorem oczerniającej „Warszyca” powieści „Worek Judaszów”, na podstawie której znany komunistyczny reżyser, Jerzy Passendorfer zrobił film „Akcja Brutus” (za J. Wieliczką-Szarkową). Podobnie zniesławiano „Inkę” po jej śmierci.

Zamordowano go w Łodzi, 9 lutego 1947, zaledwie trzy dni po ogłoszeniu kolejnej „amnestii”.

Ten mord, podobnie jak wszystkie pozostałe wykonane na Żołnierzach antykomunistycznego Podziemia, torował drogę współczesnemu pomieszaniu sposobu myślenia o rzeczywistości Boskiej i ludzkiej, która doprowadziła w Polsce Ludowej do zmieszania prawdy i kłamstwa, do odrzucenia przez wielu ludzi zasad, według których zawsze żyli i działali polscy katolicy, gdy nie chcieli zdradzić swego chrztu, wyrzec się Boga, paktować z diabłem. 

Świat zasad, które zostały wtedy odrzucone wraca dziś triumfalnie. To nie tylko ciało Danuty Siedzikówny i Feliksa Selmanowicza jest wiezione przez ulice Gdańska w triumfalnym pochodzie, ale odzyskany skarb, wierność Bogu, honorowi, Ojczyźnie witany jest z radością przez Polaków. Dzięki niemu prawo Boga w wolnym państwie polskim będzie zachowane w nienaruszonym stanie. Ludzie Kościoła nie wyrzekną się tej jedynej rzeczy, której domaga się Bóg – uznania, że to On jest Królem, i nawet natarczywie, w sposób nieprzejednany, gwałtowany będą o to zabiegać we wszystkich ludzkich sercach i umysłach.

„Inko”, Zagończyku”, „Łupaszko”, „Orliku”, „Warszycu” i wszyscy Żołnierze Wyklęci – utorowaliście swoimi ciałami, padającymi w celach śmierci, szeroki trakt do tego zwycięstwa.

Tak naprawdę, to nie wy umarliście. Żyjecie. W świecie, który dzisiaj otwiera szeroko swe bramy, byśmy mogli zagłębić się weń na krótką chwilę pełnym tęsknoty spojrzeniem.

„Żyję zatem, jak może powiedzieć doskonały katolik, a czego nie może powiedzieć nikt inny, kiedy przestaje być sobą. I już nie ja, ponieważ straciłem swój indywidualizm. Już nie roszczę sobie prawa do żadnego działania we własnym imieniu, już nie domagam się prawa do kształtowania własnych opinii, podążania za własnym sumieniem, z dala od owego sumienia, które przekazuje mi to, co pochodzi od Boga, ani życia moim własnym życiem.

Jednak tracąc swój indywidualizm, zyskałem moją indywidualność, ponieważ znalazłem w końcu moje prawdziwe miejsce”.

Czasem tym prawdziwym miejscem, jedynym miejscem właściwym, by ocalić siebie, jest tylko cela śmierci. O tym nie wie lepiej nikt od Polaków, którzy tak wspaniałomyślnie szafowali własną krwią.  Nie z powodu romantyzmu. Z powodu umiejętnosco posługiwania się rozumem.

Mieli pewność, że ciało podarowane im przez Boga jest śmiertelne. Ale oprócz ciała mają także duszę, która jest nieśmiertelna. Dlatego, choć cierpieli ponad miarę, nie bali się umierać.

Straciłem cały świat? Tak, na tyle, na ile ten świat jest oddzielony od woli Bożej lub wrogo wobec niej nastawiony, ale zyskałem własną duszę i zdobyłem nieśmiertelność. Ponieważ już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. (Ga, 2,20)” (Robert H. Benson).

.

Możliwość komentowania jest wyłączona.

  • Kalendarium wpisów

    Listopad 2017
    N P W Ś C P S
    « paź    
     1234
    567891011
    12131415161718
    19202122232425
    2627282930