Nabici w edukację

Posted on 4 lipca 2014 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Porządkowanie pojęć

Szkoła stawia dziś rodziców przed dramatycznym pytaniem: Jak nie stracić swoich dzieci zanim jeszcze osiągną dojrzałość?

Wiele szkół odpowiada na to pytanie w sposób nie pozostawiający złudzeń: Oddajcie nam swoje dzieci, a niezawodnie stracicie je. Szkoły katolickie powinny się od nich różnić. Niestety, wiele z nich uważa, że wypełnią swój obowiązek, gdy będą zapewniać na wszelkie sposoby: U nas jest inaczej. U nas ich na pewno nie stracicie. Słowo honoru… 

Dalej jest już tak jak wszędzie. Instytucje naukowe, i nie tylko – wszystkie, które pragną zatrudniać dobrze przygotowanych do swoich profesji absolwentów szkół i uniwersytetów – biją na alarm. Poziom intelektualny, fachowe przygotowanie, wiedza tych młodych ludzi zastraszająco, z roku na rok, obniża się. Budzi zdumienie i zażenowanie pracodawców. Szkoły nie przygotowują do samodzielnej pracy umysłowej, nie wyposażają w wiedzę, powodują rozproszenie naturalnych talentów, blokują rozwój inteligencji swoich uczniów. Wypuszczają absolwentów coraz gorzej przygotowanych do studiów, do wszelkich odpowiedzialnych zadań, a ponadto zniechęconych definitywnie do dalszej nauki i coraz mniej pewnych czegokolwiek na świecie – w tym swojej wiedzy. A co za tym idzie, i co jest najważniejsze, coraz mniej pewnych siebie. To przykre przekonanie pokrywają nierzadko arogancją i tupetem, fałszywymi ambicjami, albo też wpadają w całkowitą bierność, poczucie znikomej własnej wartości. Czują się gorsi niż wszyscy.

Eduard Manet - Śniadanie. Rodzina artysty

Eduard Manet – Śniadanie. Rodzina artysty

Takie poczucie znikomej własnej wartości u młodych ludzi, które nazywa się w języku psychologów zaniżeniem samooceny, jest zawsze konsekwencją działalności dorosłych. Tych, od których ci młodzi ludzie byli zależni przez ostatnie kilkanaście lat – a czas spędzony w szkole wciąż się wydłuża.

Konsekwencja utraty wiary we własne siły i możliwości umysłu u najmłodszej części społeczeństwa ma wymiar polityczny. Jest zawsze na rękę rządzącym, którzy mają na uwadze dobro swoje – ale nie swojego kraju. Jest skutkiem systemu, który dopracowany został drobiazgowo na drodze kolejnych reform oświaty, w ramach którego funkcjonują dzisiaj szkoły w Polsce.

Z kolei według obliczeń realistycznie myślących księży, tych, którzy nie zajmują się wymyślaniem nieistniejących bytów i pocieszaniem samych siebie, że wszystkiemu winny jest liberalizm i dzisiejsza młodzież (Internet, gadżety, uzależnienia od gier itp.) 80 proc. absolwentów szkół katolickich w Polsce opuszcza te szkoły jako ludzie niewierzący.

Ogromne zaufanie rodziców do Kościoła jest tym, co decyduje o popularności szkół katolickich w Polsce. Ten kapitał zaufania został jednak na wiele sposobów w ostatnich latach roztrwoniony. Czas najwyższy przestać uprawiać propagandę sukcesu – także co do szkolnictwa katolickiego w naszym kraju – i wyciągnąć wnioski.

Rodzice powierzają swoje dzieci nauczycielom w wybranych przez siebie szkołach, widząc w nich kogoś w rodzaju rodziców zastępczych – na czas ograniczony. Na ten czas, jaki dzieci spędzają w szkole. Co to znaczy? To znaczy, że nie tylko ufają ich przygotowaniu pedagogicznemu, ale nade wszystko widzą w nich ludzi takich jak oni, katolików. Czyli osoby, które potrafią mądrze ich dzieci kochać.

Szkoła w Polsce niepodległej była uważana za instytucję społecznego zaufania. Kwiaty, jakie wręcza się nauczycielom na zakończenie roku symbolicznie wyrażają zaufanie. Daje się je nauczycielom z tego samego powodu, z jakiego kwiaty należą się mamie, ojcu, czy babci.  Nauczyciela kocha się podobnym rodzajem miłości. Nauczyciela – nie funkcjonariusza systemu.

Wandalin Strzałecki - Skrzypek

Wandalin Strzałecki – Skrzypek

Rodzice i uczniowie znajdowali zawsze w polskich szkołach kogoś, komu należało i pragnęło się dać kwiaty. Od czasów komunistycznych trwa jednak wymyślony przez marksistowskie łby i sztucznie podsycany konflikt między szkołą a rodzicami.  Przypomniał tę pomijaną przez naiwnych optymistów prawdę dr Jakub Wójcik z UKSW, tomista, uczeń prof. M. Gogacza, nauczyciel z 45-o letnim stażem, na konferencji „Szkoła w rękach reformatorów”.

W czasach PRL  trąbiło się wszędzie o „konflikcie pokoleń”. Wygodna dla komunistów formułka miała zamaskować walkę wydaną rodzinom, władzy rodzicielskiej przez instytucję państwa; walkę  toczoną perfidnie i konsekwentnie w szkołach. Także na obozach harcerskich i koloniach. Wszędzie, gdzie państwo korzystało z monopolu szkolnego. Dzieci miały zostać wyzute z rodzicielskiego systemu wartości; to tutaj przede wszystkim odbywać się miała „pieriekowka dusz”. Czy coś się od tego czasu istotnego zmieniło?

Rodzina ma posłannictwo

O potencjalnym niebezpieczeństwie tkwiącym w założeniach każdej świeckiej szkoły mówił Pius XI w swojej encyklice „Divini illius Magistri. O chrześcijańskim wychowaniu młodzieży” z 1929 roku, jeszcze zanim pojawiły się w naszym obszarze geograficznym szkoły komunistyczne. Papież akcentował prawo i obowiązek rodziców do przeciwstawiania się systemowi, o ile godzi on w naturalny ład ustanowiony przez Boga, na straży którego stoi Kościół i rodzina, „…ponieważ i Kościół i rodzina pochodzą od Boga, w sposób bardzo do siebie zbliżony. (…) Zatem rodzina ma bezpośrednio od Stwórcy posłannictwo, a stąd też i prawo wychowania potomstwa, prawo którego zrzec się nie można, ponieważ nierozdzielnie łączy się ono ze ścisłym obowiązkiem, prawo wcześniejsze od jakiegokolwiek prawa ludzkiej społeczności, czy państwa, a stąd nietykalne ze strony jakiejkolwiek ziemskiej władzy” (z rozdziału „Prawo rodziny. Prawo wcześniejsze od prawa państwa”).

Jeżeli w stosunku nauczycieli do uczniów nie ma miłości – miłości, która jest aktem woli, nie uczuciem – to skutkiem jest zawsze porażka szkoły jako takiej, czyli klęska prawdziwego wychowania. W czasach PRL-u przed totalną klęską wychowawczą broniła szkoły państwowe grupa ludzi mocnego charakteru, przedwojennych nauczycieli, wychowanków Polski niepodległej – i ich uczniów, pedagogów z powołania. A dziś, gdy ludzi z charakterem, rozumiejących czym jest system i potrafiących przed nim bronić dzieci, brakuje, tak często w miejsce mądrej wymagającej miłości wobec wychowanków pojawia się rozpaczliwa – tyleż nieudolna, co i brutalna – próba wtłaczania uczniom do głowy chaotycznego śmietnika zamiast wiedzy. Zgodnie z nowymi wytycznymi edukacyjnymi, dla których inspiracją jest neomarksizm. Śmietnik zamiast wiedzy uporządkowanej logicznie, z całą szlachetnością charakterystyczną dla zasad kultury europejskiej, takiej jaką była. Jej cechą jest odsłanianie istoty zjawisk i porządku stworzonego świata. Wiedza ta podana musi być w sposób jasny, klarowny, zachęcający dla psychiki dziecka, by mogło podjąć wysiłek, zgłębić ją i przyswoić.

Paul Navez - Śniadanie

Paul Navez – Śniadanie

Dziś nawet niektórzy księża, nazbyt rozkochani w swoich dziełach, do jakich nierzadko zaliczają założone (względnie finansowane) przez siebie szkoły, są ślepi na tę prawdziwą tragedię szkoły i jej wychowanków. Ignorują ideologiczny fałsz narzuconego jej systemu nauczania. Nie pojmują, skąd tyle żalu i rozczarowań ze strony rodziców i dzieci zderzających się w ” ich szkołach” z bezużytecznością i szkodliwością tego systemu, a przy okazji z bezdusznością, bezwzględnością, elementarną niekompetencją, a nieraz i ze złośliwością nauczycieli, zmuszonych (nieraz wbrew sobie, co ich jednak nie usprawiedliwia), by ten chory system ten praktykować. A zatem – co szczególnie przykre – duchowni ci prezentują  całkowite niezrozumienie roli szkoły w świetle niezmiennej nauki Kościoła, który jest wszak twórcą szkolnictwa.

Realna prawda, realne dobro

Tymczasem zrozumieć to nie jest trudno. Żeby to jednak uczynić trzeba na powrót stać się Polakiem.

Polacy w swej historii zawsze bezbłędnie odkrywali zagrożenia dla swoich dzieci płynące ze strony systemu politycznego i potrafili na nie niezwłocznie reagować.  Zabierali dzieci ze szkół, organizowali szkolnictwo alternatywne. Podczas zaborów, podczas okupacji uczyli dzieci w domach. W czasach komunistycznych zakładali latające uniwersytety.

Żeby tę postawę oporu wobec systemowego zła docenić trzeba przez chwilę zastanowić się, o co chodzi w edukacji? Jest ona przede wszystkim wychowaniem – przypominał tę odrzuconą dziś prawdę dr Wójcik. Wychowanie zaś, to jest wiązanie człowieka z realnymi osobami. Przede wszystkim z Bogiem. Stąd absurd >neutralności światopoglądowej szkoły<”. Wychowanie musi być uzupełnione kształceniem – to jest właśnie istota edukacji . Po to, byśmy mogli wybrać prawdę i dobro. Realną prawdę, realne dobro.

Zmorą dzisiejszej szkoły jest to, że uczniom próbuje się wtłoczyć do głowy gotowe poglądy. W rezultacie szkoły opuszczają roboty operujące pojęciami, młodzi ludzie, którzy przyswajają sobie całe zwroty z poszczególnych dziedzin, pozostając czystymi ignorantami… Naukę wyłącznie pamięciową – bo śmietnika zrozumieć się nie da – tak charakterystyczną dla szkół jezuickich w najgorszym okresie ich istnienia (bo miały one niezaprzeczalnie okresy świetności), ale także dla szkół pruskich, rosyjskich z XIX w., sprzęgnięto z postmodernistycznym dogmatem, w myśl którego prawdy nie ma, bo nie da się jej poznać. Nie ma też prawa i żadnych kryteriów. Wszystko jest wątpliwe, wszystko do podważenie, wszystko jest mało realne, bo jest snem, złudzeniem lub dziełem chwili. Ktoś sobie coś myśli, to wszystko, co można powiedzieć o „rzeczywistości”. Hegel się kłania.

W taką wiedzę, ogólnie rzecz biorąc, wyposażają młodego człowieka dzisiejsze szkoły w Polsce. Szkoły katolickie nie są tu niestety, jakże często – ku ogromnemu rozczarowaniu rodziców – wyjątkiem. Samo zestawienie wyobrażeń jest marzeniem, powoduje zatrzymanie się w rozwoju, odrywa od rzeczywistości, podsumowuje ten system dr Wójcik, zalecając jego całkowite odrzucenie, dla dobra dzieci i przyszłości kraju.  Nie ma dyskusji z idealizmem, bo on operuje fałszywymi pojęciami.

Droga w kształceniu człowieka wiedzie zawsze od wniosków do zasad. Nigdy w odwrotnym kierunku, jak to się praktykuje dzisiaj. Dziecko potrzebuje odpowiedzi wskazujących mu na istotę sprawy. Gdy chce się mu na przykład powiedzieć o tym, jak przychodzą dzieci na świat, nie można prawić bajek o bocianach, ani robić medycznego wykładu.„Jeżeli matka mówi dziecku, że je nosiła pod sercem, to wskazuje na istotę sprawy”. Dziś tylko w domu usłyszymy takie słowa. Szkoła nie potrafi dziecku mówić o początkach życia nie raniąc go i nie dezinformując, czyli nie okłamując go bezczelnie. Ani nie zarzucając go naukową na wyrost, nie możliwą do przetworzenia informacją.

Nie usłyszymy w niej  też – podobnie jak w żadnym z wielkich mediów – prostego i bezpretensjonalnego wyznania jakiegokolwiek uznanego autorytetu, czy znanej osobistości, w rodzaju: Dostałem takie to a takie dary od Boga…. „W myśl holistycznej koncepcji przyrody usłyszymy co najwyżej, natura mnie obdarzyła…”

Allen Rosenboom - Teatrzyk lalek

Allen Rosenboom – Teatrzyk lalek

W ten sposób znika to, co jest wypełnianiem relacji osobowych wiążących nauczyciela z uczniem. To, co jest także istotą rodziny jako instytucji danej przez Boga. To, co ma źródło w chrześcijaństwie, co jest jego rdzeniem.

To, co zaprzeczać powinno pogaństwu i ideologii w prawdziwie katolickiej szkole. A takie szkoły istniały niegdyś!

Pułapka psychologiczna jest podstawą każdego kłamstwa. Wpada się w nią zawsze, o ile uwierzy się, że są ci, którzy wiedzą lepiej. Gdy przestanie się ufać własnemu rozumowi oświeconemu łaską Boga. A w wypadku rodziców jest nią zapomniana dziś, a tak potężna łaska stanu.

Wiedzą coś o niej rodzice polscy domagający się przez ostatnie lata od państwa umożliwienia im nie posyłania sześciolatków do szkół i ci, którzy widząc stan – a raczej: istotę – systemu oświaty postanowili zatrzymać dzieci w domu i uczyć je wedle własnych zasad.

Abp. J.F. Sheen: „Zło, aby uchodzić za atrakcyjne, musi przywdziać maskę dobra. Piekło musi być pozłocone złotem raju, inaczej ludzie nigdy nie zatęskniliby za złem…”

Dlatego tak wiele szkół prywatnych, w tym katolickich, robi wszystko co może, by zaprezentować się rodzicom w możliwie ponętnych barwach.  Na przekór jakże parcianej rzeczywistości. Pięknym kłamstwom nie ma końca, leją się jak woda z rynny podczas ulewy. Łatwo jest uwieść obietnicami rodziców, zwabić ich atrakcjami zajęć dodatkowych i zagranicznych wycieczek, zwłaszcza, gdy uwiarygodnia nas autorytet Kościoła, urzędowy autorytet dyrektora katolickiej placówki oświatowej i szacowne imię jakiegoś świętego patrona. Kto może podejrzewać, że zostanie właśnie tu brutalnie oszukany?

Nauczyciel – specjalista, czy nauczyciel – ojciec?

Szkoła, jako idealne wręcz narzędzie urabiania obywateli ze strony państwa, szkoła, która wyrzekła się być pomocą dla rodziców – choć to nawet deklaruje – i Kościoła, a stała się miejscem nowoczesnej tresury? Czy szkoła, jako miejsce, gdzie dzieci prowadzone są do Boga? Gdzie jednak takiej szkoły szukać? Co roku rodzice katoliccy stają wobec tego rodzaju pytań.

Odpowiedzi tymczasem stają się coraz mniej jednoznaczne, bo szkoły katolickie pokazują swoją całkowitą bezradność wobec ideologii idealizmu zakorzenionej w filozofii Hegla – i wobec apetytów państwa, by nowe pokolenia wykorzystać dla swoich celów, nigdy nie deklarowanych wprost.

„Szkoła katolicka – a nie >wyznaniowa< – to szkoła, w której    s p o ł e c z n o ś ci   – nie w instytucji – obecny jest Chrystus. Chrystus, który jest jedynym Nauczycielem”, ujmuje dr J. Wójcik.

Nie dajmy się zwieść. Szkoła, której społeczność nie jest przeniknięta zasadami Ewangelii nigdy nie jest szkołą katolicką. Albo – albo. Pozostaje tylko kłamliwy szyld dla zrobienia wrażenia.

Wszystko jest piekłem dla tego, kto jest na drodze do piekła. Wszystko jest niebem dla tego, kto zmierza do nieba

Nauka malowania na szkle w domowej pracowni

Nauka malowania na szkle w domowej pracowni

Tak mogłoby brzmieć motto dla całego systemu szkolnictwa. Gdyby tworzyli go ludzie wierzący w Boga, w Trójcę Świętą. Ludzie, którzy nie śmią sprzeciwić się prawom Boskim. Państwo, które rękoma swojego ministra zasądza dziś potężną grzywnę, by ukarać dyrektora szpitala, który nie chce uczestniczyć w zabójstwie nienarodzonego człowieka, oświadcza z całą mocą swego autorytetu: wyznajemy „prawa człowieka” przed prawami Boga! Nie interesuje nas prawo naturalne. Można zabijać. My jesteśmy bogiem… Czy takie państwo może stworzyć inny system edukacji?

„Historia osiągnęła punkt, w którym Piłaci świata przedstawiają tylko dwóch kandydatów: Chrystusa i Barabasza. Nadszedł dzień, w którym musimy wybierać nie pomiędzy dobrymi rzeczami, lecz między duchowymi przywódcami i duchowymi półbożkami” (Abp. John Fulton Sheen,”Der Kommunismus und das Gewissen der westlichen Welt”, 1950r.).

Szkoła nie występuje dziś otwarcie przeciw rodzicom – specjalizuje się tylko w uwodzeniu ich i w subtelnym szantażu wobec rodziców. Zmusza ich, by zaakceptowali fałszywe zasady. Tak jak minister zdrowia (zdrowia!) nie wystąpił otwarcie przeciw prof. Chazanowi, nie domagał się jego uwięzienia; kazał mu – czyli szpitalowi, którym kieruje – tylko zapłacić 70 tysięcy za „złamanie prawa”.

Istnieje pewna szokująca paralela między bestią, która budziła się w człowieku wychowanym w pogańskim państwie, w kulcie wodza, w ideologii nienawiści – w człowieku takim jak kapo w niemieckich obozach koncentracyjnych – a niektórymi nauczycielami w dzisiejszych szkołach. Również katolickich z nazwy. Uczeń dla takich ludzi, dla takich szkół, to nieustanny „problem”. Mają go serdecznie dość. Dla kogoś, to nie potrafi kochać, drugi człowiek to zawsze problem, przeszkoda, zawalidroga. Kamień, o który się potykają raniąc sobie boleśnie nogę. Dlatego kopią go ze złością.

Bo ktoś kto nie kocha Boga, albo wydaje mu się – jak niektórym duchownym – że kocha Boga, nigdy nie będzie umiał pokochać człowieka. Zwłaszcza tego słabszego. Zależnego od siebie, dziecka. Oto cała tajemnica dzisiejszej szkoły – także szkoły katolickiej – z nazwy. Jest ona miejscem tak wielkiego nagromadzenia patologii, jak nigdy jeszcze w dziejach szkolnictwa. Patologia zawsze wychodzi na wierzch, niczym tłusta plama na obrusie pranym w zimnej wodzie, gdy ktoś komu powierza się z całym zaufaniem ludzi słabszych od niego, zależnych w jakiś sposób, nie potrafi ich bronić. Potrafi ich tylko używać. Nie potrafi kochać tak jak uczy Ewangelia.

Nicolas Lancret - Rodzina w ogrodzie

Nicolas Lancret – Rodzina w ogrodzie

Dzieci katolickich rodziców, które są w szkołach poddawane obróbce psychologicznej i wciągane w intelektualne szalbierstwa rodem z Hegla, jakie noszą dziś niewinną nazwę politycznej poprawności, nie są kochane, a często wręcz są nienawidzone przez swoich nauczycieli. Są po prostu krzywdzone. Stają się ofiarami szkoły. Krzywdzeni są też rodzice, często wewnętrznie rozdarci, wymyślający najdziwaczniejsze argumenty, by jednak uzasadnić pozostawienie swoich dzieci w szkołach. Bo nie widzą wyjścia.

Wyjście jednak jest

Znajdują je rodzice kształcący dzieci w domu – w wielu krajach, w których istnieją tradycje wolności obywatelskich, także w Polsce i w Stanach Zjednoczonych – ci ostatni przecierali szlaki współczesnej edukacji domowej. To takie samo wyjście, jakie znajdowali patriotyczni rodzice, ziemianie polscy w czasach zaborów. I wszyscy patrioci w czasie okupacji.

Oto jak problem ten – w oparciu o własne doświadczenia – podsumowała matka siedmiorga dzieci, Polka z II połowy XIX wieku, Anna z Działyńskich Potocka, która w swych wspomnieniach apelowała do rodziców, by jak najdłużej nie wypuszczali dzieci spod opieki i wychowawczego nadzoru. Nawet do 13 – 14 roku życia.

Niech rodzice proszą Boga o światło i siłę. Niech będą mężni, niech sentymentalność odrzucą, niech w karności synów chowają, nie psując, posłuszeństwa wymagając co się zowie. A niech sobie zdają sprawę, czem jest ta wielka rzecz, która się nazywa łaską stanu. To im, stanowczo im, Bóg dawać będzie tę łaskę, jakkolwiek nie mają doktoratów z filozofii ani patentów pedagogicznych! Uczciwa wola, pokorna modlitwa, staranna praca i łaska stanu – oto, co im stanie ku pomocy. (…) Ja znajduję, że trzeba, aby mnóstwo rzeczy w chłopcu było już gruntownie przyjętych, nim go się puści z domu.            

1-mo. Zasady Wiary Świętej; inaczej pierwsza głupia rozmowa obali wszystko.            

2-do. Zasady patriotyczne: tam szczególniej, gdzie szkoła w obcym języku, niemiecka lub rosyjska.            

3-cio. Trzeba, aby zupełnie biegle i szybko umieli pisać, bo samo notowanie w szkole wymaga szybkości (…)       

 4-to. Jakaś pewna delikatność uczuć, takt i przyzwoitość w obejściu. (…) Niech z tej domowej zagrody wyjdzie już z jakiemiś zasadami społecznymi, towarzyskimi, aby w walce o byt nie…zdziczał!            

5-to. Musi mieć wpojoną rzecz wielką: obrzydzenie do brudu, do podłoty, do fałszu, do oszukaństwa; musi mieć już pewną szlachetność uczuć, pewną choć dziecinną etykę, aby go to uczyniło odpornym na wszelkie złe przykłady i namowy. Musi mieć choć trochę wyrobiony sąd i zdanie o rzeczach, aby go lada fałszywe zdanie nie zbiło z tropu… Czy tego wszystkiego przed jakimś 13-tym, 14-tym rokiem spodziewać się można? 

Evelyn Waugh z rodziną

Evelyn Waugh z rodziną

 Ta dzielna polska ziemianka nigdy nie czuła się zwolniona z własnej trzeźwej opinii i czujności wobec nauczycieli – choć przecież żyła w zaborze austriackim, nie rosyjskim, czy niemieckim – którym powierzała swoje dzieci. Wiedziała, jak niebezpieczny może być irracjonalny lęk rodziców przed nauczycielem, czy fałszywy wstyd wobec jego rzekomej „wyższości intelektualnej”, „profesjonalizmu” etc. Uważała to za nonsens, niebezpieczne wycofywanie się ze swojego posterunku.

Niechże więc czujność wasza co do dzieci nie ustawa, apelowała. Gdybyście anioła z nieba miały do dzieci, to pamiętajcie jednakże, że nie jego, ale was Bóg będzie pytał i społeczeństwo i kraj o dziecko wasze, o jego duszę, o jego cnotę, o jego zdolności zmarnowane. Odpowiedzialności więc nigdy z bark swoich nie zrzucajcie, nawet przez to niby poczciwe uczucie pokory, które matkom wystawia, że one za głupie, by się wdawać w kształcenie dzieci. Nie i nie, i jeszcze raz nie; jeżeli czujecie się niezdolne, to uzdolnijcie się, a co wam nie stanie rozumu do tego zadania, to zastąpi intuicja matkom właściwa.

Anna z Działyńskich Potocka nie była bynajmniej intelektualistką, która miała w małym palcu teorie pedagogiczne. W wyborze metod dotarcia do umysłu swych dzieci opierała się na ich obserwacji i na moralnym wyczuciu. Jej własne wychowanie w patriotycznym domu, w Kórniku pod Poznaniem, a potem w klasztornej szkole sióstr Sacré – Coeur dopełniło reszty. W istocie to ona jako matka, miała szersze horyzonty niż niejeden zawodowy nauczyciel i potrafiła błyskawicznie zorientować się w przyczynach groźnej dla młodzieży sytuacji. Oto jej obserwacja z Krakowa, z końca lat 70. XIX w.

Kiedyś do pana Englischa [szefa policji – EPP] przyszło kilku panów z obozu konserwatywnego, ogromnie przerażonych rzekomym postępem socjalizmu między młodzieżą; natarczywie się domagali energicznego dozoru i wkroczenia w te sprawy. Pan Englisch słuchał tego dość obojętnie; wreszcie odpowiedział: >Moi panowie, policja temu nie zapobieże; młodzież musi mieć jakieś ideały, jakąś ideę, dla której pracuje i poświęca się. Zabraliście naszej młodzieży ideały patriotyczne, nie dziwcie się, że innych szuka<. Dziwnie głębokie powiedzenie i dziwne, że w Krakowie trzeba było dopiero prezydenta policji, aby dowiódł tej znajomości serca ludzkiego!

Dziś te słowa można zadedykować wszystkim, którzy kierując, czy zarządzając szkołami – również nierzadko katolickimi – łatwo usprawiedliwiają własną gnuśność, brak wysiłku, brak uczciwego namysłu nad sytuacją swoich wychowanków w systemie oświaty niesprzyjającym żadnej edukacji – właściwie, po chrześcijańsku pojętej – lekceważenie zasad realistycznego myślenia. Lekceważenie nauki Kościoła wyłożonej jasno w encyklice „Divini illius Magistri. O chrześcijańskim wychowaniu młodzieży” Piusa XI. Usprawiedliwiają to wszystko – jakże płytko – rzekomymi negatywnymi cechami i niezniszczalnymi nawykami powierzonych sobie dzieci, ekspansją liberalizmu i subkultur, młodzieżową modą, uzależnieniem od Internetu.  A do tego – ingerowaniem rodziców w szkołę. Wygodne.

Cel, choćby był najszczytniejszy nigdy nie uświęca środków. Tym celem dziś tak często staje się chęć zabłyśnięcia przed innymi,  jaką to udało mi się stworzyć prężną nowoczesną placówkę oświatową, szkołę piękną jak marzenie (jako budynek) – i na pewno lepszą od innych. Pomnik własnej pychy i próżności.

Prawdziwe cele edukacji łatwo dziś umykają uwadze oświatowych aktywistów. Wtedy nieuchronnie triumfuje zarówno traktowanie wychowanków jak źle naoliwione, nieposłuszne i zacinające się maszyny, z których nie da się wycisnąć żadnej wiedzy i karności, błędna metoda pedagogiczna i wadliwy dogmat szkoły – taki, jaki założyli sobie ideolodzy idealizmu. Płacą za to rodzice i dzieci.

___________

Prelekcje wygłoszone podczas konferencji „Szkoła w rękach reformatorów”: http://fundacjamaximilianum.pl/2014/06/szkola-w-rekach-reformatorow-posluchaj/

Możliwość komentowania jest wyłączona.