„My, poddani…”, czyli powrót do rzeczywistości

Nie tylko historia liczy się, lecz także to, jak zostanie opowiedziana, przypomniał niedawno jeden z publicystów. I to opowiedziana w sposób autorytatywny, wyznaczający standardy poprawności, których naruszenie obłożone jest sankcjami. Ważne jest, kto posiada – jak to się po niemiecku nazywa – >Deutungshoheit<, czyli władzę ustanawiania obowiązującej narracji. (…) Można w takiej opowieści nadawać faktom nowe znaczenia, niemal całkowicie je odwracając. *) 
Historia „Solidarności” została w naszym kraju, dzięki obowiązującej „narracji” – rozpowszechnianej szeroko w Polsce i na świecie – przedstawiona jako okres walki Polaków o respektowanie praw człowieka. Głębsze motywacje i aspiracje, jakie towarzyszyły temu społecznemu zrywowi zostały w tej opowieści pominięte. Pascal ma racje mówiąc, że najdotkliwsze prześladowanie polega na przemilczeniu.
Stocznia Gdańska `sierpień 1980

Stocznia Gdańska `sierpień 1980

Po inauguracji prezydentury Andrzeja Dudy i po ogłoszeniu przez Episkopat Polski programu uroczystości obchodów 1050. rocznicy chrztu Polski, rozpoczyna się w naszym kraju odwrót od opowiadania własnej historii tak, by ją jednocześnie zamazać. Jest szansa na zerwanie ze sposobem ukazywania faktów politycznych, wydarzeń historii, który ukrywa rzeczywiste cele Polaków – także tych walczących w sierpniu i następnych miesiącach 1980 roku. Rozpoczyna się wielki powrót do rzeczywistości. Pożegnanie z marzeniami, złudzeniami i oszustwami epoki „praw człowieka”.

Kościół i pan Prezydent wyraźnie upominają się dziś o szanowanie nade wszystko praw Boga.

Głównym aktem obchodów rocznicy chrztu Polski będzie oddanie Polski pod władzę Jezusa Chrystusa Króla. Decyzja biskupów podjęta została krótko po zaprzysiężeniu nowego prezydenta RP. Kościół, wraz ze sprawującym najwyższy urząd w państwie Andrzejem Dudą, nie tylko upamiętnia w ten sposób datę naszego chrztu, ale nawiązuje i niejako odnawia akt oddania naszego kraju przez Mieszka I, pierwszego ochrzczonego naszego władcę, w lenno papieżowi. Akt ten oznaczał uznanie prymatu władzy duchownej nad świecką. Oznaczał uznanie społecznej władzy Chrystusa. Przypomnijmy – na wiele wieków przez powstaniem encykliki Piusa XI Quas primas (1925 r.) o Chrystusie Królu, decyzją pierwszego politycznego władcy staliśmy się – na mocy chrztu i zarazem na mocy średniowiecznego prawa – poddanymi Boga. Mieszko I udokumentował to w akcie Dagome iudex. Historycy zwracają uwagę na wyjątkowość tej decyzji. Oto w tym okresie dziejów Europy, gdy biskupi Rzymu byli niemal pozbawieni wpływu politycznego na państwa europejskie, nowoochrzczony książę nadaje  … świętemu Piotrowi w całości jedno państwo…, jak czytamy w odpisie dokumentu, z wszystkimi swymi przynależnościami .**)

Mieszko I odwołuje się do władzy Boga, rzeczy oczywistej dla człowieka wierzącego. Mówi: nie ja jestem suwerenem, jestem poddanym; nie ja będę tu sprawował władzę, tylko Bóg.

Polscy hierarchowie wraz z Panem Prezydentem dziś, po 1050 latach, zapowiadając uroczyste oddanie Polski Chrystusowi Królowi, wypowiedzieli w ten sposób podstawową dla katolików prawdę – bez całkowitego poddania się władzy Chrystusa, który ma prawo i do człowieka, którego stworzył i odkupił swoją Krwią, i do społeczeństwa, które jest także tworem naturalnym, nie sztucznym, istniejącym z woli Boga – nie możemy, jako państwo, liczyć na jakikolwiek ład, sprawiedliwość i pokój.

Sierpień 1980, Stocznia Gdańska

Sierpień 1980, Stocznia Gdańska

Dzięki decyzji biskupów nasza historia zostaje „na nowo opowiedziana”. Tym razem bez pokłonów wobec oświeceniowych bóstw rozumu, postępu i nieograniczonej wolności, bez baśni o istnieniu „praw człowieka”, dla których pożywką jest błędna filozofia – Lutra, Kanta, Hegla i ich ideowych spadkobierców.

Możliwość jeszcze inna i najtrudniejsza 

Decyzją Mieszka I przyjęliśmy chrześcijaństwo nie z rąk Niemiec, co było wielkim wyłomem w ówczesnej Europie, już niemal w całości schristianizowanej. Mieszko dostrzegł bystrym okiem rezolutnego Słowianina braki, czy raczej niekonsekwencje w obrazie chrześcijańskiego kontynentu. Miał odwagę walczyć o właściwe miejsce swojego państwa w Europie, poniekąd „przeciw Zachodowi”, jak ujmuje to emigracyjny pisarz Tymon Terlecki. Historia i świadome istnienie Polski zaczyna się więc właśnie od walki o pełnię prawdy. W tym wypadku połączonej z walką o niezależność państwa.

„Ten świat [Zachodu – EPP] wielki i odległy, potężny i groźny stanął u granic Polski wcielony w grafa turyńskiego, zarządcę marchii wschodniej – Gerona. Był to rok 963 po narodzeniu Chrystusa, i w imię Chrystusa zastępy zbrojne szły z zachodu na wschód, aby odmieniać Słowian w poddanych, a ich książąt w lenników, posłusznych rzymskiemu prawu narodu niemieckiego” (T. Terlecki, Polska a Zachód. Próba syntezy, Londyn 1947).

Dla kogoś, kto przygotowywał się właśnie do przyjęcia chrztu, a myślał logicznie i analizował  trzeźwo sytuację na kontynencie, nie było tu spójności. Istniała sprzeczność.

„W tej chwili” – pisze Tymon Terlecki – „stanięcia twarzą w twarz z ideą religijną i ideą polityczną, ważył się stosunek Polski do Zachodu. Stały wtedy przed Polską co najmniej trzy możliwości:

— bez sprzeciwu przyjąć ten sprzęg idei religijnej i idei politycznej, chrześcijaństwo rozszerzane po ziemi ogniem i żelazem,

— odrzucić je w beznadziejnej walce, jakiej dali przykład Słowianie połabscy,

— wziąć wiarę w Jednego Boga ze Wschodu, jak to zrobił Rościsław wielkomorawski, kiedy dojrzał, że religia niesiona z Zachodu służy Niemcom za tytuł i pozór podboju”.

„Pierwszy Piastowiec, wezwany przez głos historii, wybrał możliwość jeszcze inną i najtrudniejszą: przyjął ideę religijną, odrzucił – choć nie od razu, nie jawnie, nie demonstracyjnie – ideę polityczną. Intuicja chyba genialna, dała mu rozeznanie, że właśnie w chrześcijańskiej idei religijnej leży jedyna możliwość obrony przed niemiecką ideą polityczną, że chrześcijaństwo zachodnie jest jedyną dostępną formą samoobrony przed germańskim Zachodem”.

W rezultacie, 1050 lat temu, na progu pierwszego millenium, „nad którym unosiła się mistyczna trwoga” – przyjęliśmy chrzest nie z rąk Niemców, jak tego oczekiwano również ze strony bizantyńskiej. Ten pierwszy gest przeciwstawienia się Zachodowi, zauważa pisarz, był zarazem, aktem potwierdzenia jego ducha prawdziwego, jaki utorował sobie drogę do umysłu naszego pierwszego władcy. „Tak w zamyśle oporu zawarła się rzeczywistość istotnego przejęcia się rdzenną treścią, zasadniczym sensem kultury chrześcijańskiej; św. Ambroży nauczał przecież, że władca jest w Kościele Bożym, a nie nad nim, a św. Augustyn rozróżniał społeczność ludzi od państwa Boga„.

Prawa człowieka nie budują wspólnoty

Rysem odrębnym polskiej historii jest to, że nigdy nie toczyła się ona zgodnie z roszczeniami pyszałków spod znaku „praw człowieka”. Ta historia do tej pory niepokoi apostołów nieograniczonej wolności człowieka. Czyni się wciąż wystarczająco wiele, by zamazać jej główne nurty i zniechęcić do jej prawdziwych bohaterów.

Polacy w swoich chwilach największych, najwznioślejszych, najbardziej heroicznych upominali się o prawa Boga. O to, by Ewangelia była podstawą życia publicznego, prawo Boże i prawo naturalne podstawą wszystkich praw. O poszanowanie tych jedynych praw godnych człowieka w państwie nad Odrą i Wisłą toczyły się dysputy, batalie, a nawet wojny. W państwie kochanym tak bardzo – i tak gorąco opłakiwanym po jego utracie – właśnie dlatego, że tu Boga i Jego naukę traktowano z największą powagą.

Ludzie Zachodu z niedowierzaniem – niektórzy z lekkim rozbawieniem – przyjmowali, że polscy robotnicy u schyłku XX wieku potrafią śpiewać głośno podczas strajków w Gdańsku, Nowej Hucie, Lublinie w 1980 roku: „My chcemy Boga, my poddani…”.  Taka dosłowność, brak metafor, przenośni kojarzyła się z jakimś nieokrzesaniem, brakiem umiaru, taktu, może z jakimś nieokreślonym niebezpieczeństwem.  

Zapominano, że prawa człowieka nie budują prawdziwej wspólnoty. Nie budują żadnej wspólnoty. Wolna prasa, związki zawodowe, organizacje, dobre zarządzanie instytucjami publicznymi, rozsądne gospodarowanie podatkami i finansami państwa, wszelkiego rodzaju pomoc humanitarna, działalność charytatywna, choć ważne są tylko narzędziami służącymi poprawieniu bytu członków społeczeństwa, a nie są celem, dla jakiego istnieje z woli Boga państwo, o takiej jak nasza przeszłości. Ta prawda nie była popularna przez ostatnie 35 lat. „Solidarność” została oszukana przez złotoustych retorów korzystających ze specjalnej taryfy, ze szczególnej, subtelnie skonstruowanej i nagłośnionej pozycji, z wyjątkowego autorytetu medialnego – dzięki cichemu wsparciu komunistycznej władzy. „Autorytety moralne” nie były jednak autorytetami.

Nowa Huta 1982 - fot. Stanisław Markowski

Nowa Huta 1982 – fot. Stanisław Markowski

Podsuwanie „Solidarności” ideologii praw człowieka jako głównej idei zaprowadziło ten wielki ruch społeczny na manowce typowego ruchu związkowego. Strategia grup redukcyjnych opisana przez prof. Adriena Loubiera, potwierdzała się, można by rzec, w każdej sekundzie, w każdym detalu historii związku, gdy został już opatrzony wszelkimi pieczęciami i certyfikatami ateistycznego państwa: każdy kompromis z władzą polityczną, która ze swej istoty neguje istnienie prawdy i niepodważalnych moralnych zasad w polityce oznacza tylko równanie w dół. W tym wypadku aż do poziomu współpracujących z władzą, fasadowych związków zawodowych. Podczas stanu wojennego, a tym bardziej po podpisaniu protokołów Okrągłego Stołu, nastąpiła seria kompromitujących faktów; władza pokazywała jak dziecinnie proste jest manipulowanie przywódcami związku, który stopniowo wyrzekł się swoich ideałów.

A przecież „powołanie niezależnych związków zawodowych”, „prawo do strajku”, „ograniczenie cenzury”, „zaprzestanie represji za przekonania”, a także podwyżki płac, wolne soboty – to wszystko obiecywało tak wiele! Miało przynieść życie jak na Zachodzie! Do serii postulatów socjalnych doczepiono nieśmiało żądanie Mszy św. radiowej co niedziela. Dla władzy nie stanowiło to żadnego problemu. Osiągnęła co zamierzała korumpując przywódców związku, manewrując zręcznie rzekomo niezależnymi ekspertami z profesorskimi tytułami.

Spowiedź podczas strajku w stoczni, sierpień ` 1980

Spowiedź podczas strajku w stoczni, sierpień ` 1980

Tych, którzy byli oporni wyprawiono w stanie wojennym w trybie nadzwyczajnym za ocean, a także do Holandii, Szwecji i Francji.  

Hasła: „godność człowieka pracy”, „walka o godność pracy ludzkiej”, „filozofia praw człowieka”, „potrzebna jest praca nad pracą” i tym podobne efektowne a pozbawione treści sformułowania, które nigdy nie miały przełożenia na prawdziwe życie, bo zakładały stworzenie idealnego systemu społecznego na ziemi co jest utopią, rzucane były lekko, pod publiczkę. Bez zatroszczenia się o sens, o fundament, zasadę główną. Czyli o to, czy państwo, które te wszystkie rzekome gwarancje daje lub obiecuje dać w ogóle podziela zasady moralne, na jakie powoływała się u swego zarania „Solidarność”. Komunistów musiała cieszyć ta łatwowierność. „Porozumienia”, „protokoły” stały się szybciej niż zdołano pomyśleć stosem makulatury. Ludzie bowiem nie są nigdy, „sami z siebie” zdolni do dawania gwarancji moralnych. A tym bardziej administratorzy zależni od Moskwy, komunistyczni aparatczycy. Prawo może się zmieniać co miesiąc, co tydzień, nie ma przeszkód. Nie zagwarantuje ono, że klasa rządząca będzie się kierowała patriotyzmem, etyką bez przymiotników, zdrowym rozsądkiem opartym o fundament zasad, sprawiedliwością, solidarnością w biedzie, przyzwoitością; pozostaną one w takim państwie tylko pobożnymi życzeniami, jednostronnie wyrażanymi przez „masy związkowe”. Gdy państwo nie odwołuje się do Boga, Dobra Najwyższego, Absolutnego, wszystko to pozostaje jedynie czczą gadaniną.

Św. Tomasz z Akwinu na temat fałszywie pojmowanej godności ludzkiej:  „Rzeczy skończone nie zostały stworzone przez Boga dlatego, że są godne miłości, lecz są one godne miłości dlatego, że takimi chciał je uczynić Bóg”.

O. Nicolas Grou TJ: „Wszystko, co nie jest Bogiem jest niegodne człowieka”.

Ks. Prałat Hilary Jastak wśród strajkujących stoczniowców,  Gdynia 1980.

Ks. Prałat Hilary Jastak wśród strajkujących stoczniowców, Gdynia 1980.

Zapomnieliśmy o tym w radosnej  – a tak naprawdę żałosnej – epoce „praw człowieka”.

To co dziś zdumiewa to fakt, jak bardzo brakuje po trzydziestu pięciu latach od powstania „Solidarności” w publicystyce, w wypowiedziach polityków innej retoryki, niż tylko płaska, humanistyczna, socjologiczna. Żeby opisać tamte wydarzenia, ich genezę i następstwa, nawet ich historyczni uczestnicy odwołują się do enigmatycznych „wartości”. Jadwiga Staniszkis, autorka tezy o „Solidarności” jako samoograniczającej się rewolucji pisze: „Tamta przemiana w sierpniu 1980 r. polegała na odzyskaniu godności (ryzyko dla wartości). I uruchomienie tych ostatnich do roli języka opisu świata (dobro walczące ze złem). Towarzyszyła temu obudzona wrażliwość na los innych”. To „Solidarność” dała ludziom godność? A wcześniej byli jej pozbawieni? Kto może pozbawić człowieka godności przysługującej mu z racji chrztu, godności tak wielkiej, że ma prawo nazywać się dzieckiem Bożym? Pani profesor stwierdza z dziwnie naiwnym przekonaniem: „Porozumienia sierpniowe były również wyrazem samoograniczenia strony komunistycznej. (…) Komunizm stopniowo stawał się wydmuszką wypełniona nową treścią”. Naprawdę? Na jakiej zasadzie? Skoro system i jego przedstawiciele we władzach PRL oraz ich kontynuacji w III RP nigdy nie zrezygnował z tego, co jest jego pryncypium – a mianowicie negowania istnienie bytowego Boga, Trójcy Św. i Jego praw do władania społeczeństwem? W nowej konstytucji nie nazwano Boga Jego Imieniem, nie odwołano się do Jego praw oraz do obowiązków ludzi wobec swojego Stwórcy. Zadeklarowano neutralność wobec Boga. Może tam Ktoś na górze jest, a może nie, nie wiemy, nie obchodzi nas to. Państwo ateistyczne zostało po solidarnościowej rewolucji  z lekka tylko podkolorowane. Propagandę antykościelną – dotąd prymitywną – zaczęły „profesjonalnie” uprawiać prześcigające się w atrakcyjności media. Ludzie pracy w wielu wypadkach pozostali niewolnikami, tyle, że zamiast w zakładach państwowych zaczęli pracować w wielkich koncernach lub wylądowali na bezrobociu.

Klęska „Solidarności” była tak naprawdę nieunikniona. „Wolne niezależne związki zawodowe”, „wolne wybory”, „godność człowieka pracy” (”Żeby kierownik lepiej traktował pracownika”, jak napisał w propozycji postulatów Wolnych Związków Zawodowych pracownik stoczni, Lech Wałęsa)***), „prawa człowieka”, jako przeciwieństwo ustroju totalitarnego, były w państwie takim jak Polska, o tysiącletniej historii, naiwnymi, oszukańczymi formułkami. Zostały jednak skutecznie zaaplikowane myśleniu Polaków! Robotników, stoczniowców, hutników, kolejarzy bez zmrużenia oka mamiono, że można w oparciu o nie zbudować w Polsce sprawiedliwy system społeczny. Ład, praworządność i dobrobyt. Bez Boga. Krzysztof Wyszkowski, założyciel Wolnych Związków Zawodowych, których powstanie poprzedziło wybuch „Solidarność”, przypomina dziś, że pomysł tej organizacji wywiedziony został z koncepcji ruchu robotniczego -„największej siły wolnościowej i niepodległościowej” – z koncepcji autorstwa Józefa Piłsudskiego (z czasów jego młodości, gdy był jeszcze członkiem PPS i bojowcem tej organizacji) oraz Lenina. Nie ujmując zręczności temu politycznemu scenariuszowi i chyląc czoła przed odwagą ludzi, którzy nad nim pracowali i go podjęli, czy jednak scentralizowana, jednolita struktura mogła rzeczywiście mieć siłę rażenia zdolną przeciwstawić się totalitarnemu systemowi? Być może nie było szans na żadne inne działania zmierzające do odzyskania politycznej niepodległości wobec sprawności komunistycznego aparatu bezpieczeństwa, zdolnego zinfiltrować i rozbić każdą konspirację. Ale jednak nadzieje pokładane w masowych strajkach i robotniczym związku zawodowym były chyba zbyt wybujałe. „Nowy związek… przybrał kształt tarana, który mógł skruszyć każdą przeszkodę…”, pisze Ryszard Terlecki w „Gazecie Polskiej” („Między odwagą a zwątpieniem”, „GP”, 9 września 2015). Naprawdę?

Wolne wybory są potrzebne. Ich brak w państwie jest jego prawdziwą hańbą. Ale zatrzymanie się na wolnych wyborach w niczym nie przeszkodzi ośrodkom ateizowania państwa, by mogły realizować nadal całą swoją strategię walki z wiarą, z Kościołem – skierowaną w efekcie przeciwko człowiekowi. Przeciw jedynemu celowi jego życia, jakim jest zbawienie.

Jedyny człowiek, który formułował słowa – nie wątpliwości nawet, ale faktycznego sprzeciwu, choć nie koniecznie wyrażonego wprost – wobec festiwalu  pobożnych życzeń, jakie rozbrzmiewały coraz częściej w „Solidarności” – ten, który od początku przestrzegał, że to po prostu niemożliwe, żeby się nie łudzić, bo bez fundamentu wiary, respektowania praw Boga, Ewangelii, żadna solidarność nie zaistnieje, nic się w Polsce nie zmieni – został tego głosu brutalnie pozbawiony. Przez tortury, knebel, kopanie i wreszcie wrzucenie skatowanego ciała do Wisły.

Ks. Jerzy Popiełuszko, kapelan "Solidarności"

Ks. Jerzy Popiełuszko, kapelan „Solidarności”

Wiedzieli co robią. Doprowadzili do tego, że ten kapłan, który przewidywał z całkowitą jasnością, że Polska odrodzi się dopiero wtedy, gdy wszystkie stany i grupy społeczne zegną kolana przed Jezusem Chrystusem, Bogiem, Dawcą Praw – a nie przed urzędnikiem, który zatwierdzi statut „Solidarność” – umilkł, przestał nawoływać do powrotu do rzeczywistości. Był niewygodny nie tylko dla świeckich urzędników z rosyjskiego nadania. Po jego śmierci było już tylko kwestią czasu, kiedy ostateczny kompromis z władzą komunistyczną zostanie także i przez nich – oprócz Wałęsy i doradców z KOR, którzy uczynili to wcześniej – przypieczętowany. Nastąpiło to przy Okrągłym Stole.

Jest różnica między byciem poddanym Boga, a byciem poddanym człowieka! Zwłaszcza, gdy człowiek, którego jest się poddanym walczy z Bogiem, skrycie lub jawnie. On żadnych gwarancji nie jest w stanie udzielić. On będzie tylko zwodzić i grać. Ma zawsze tendencję, by tego, nad kim sprawuje władzę czynić swoim niewolnikiem. Niezależnie od tego jakby się system sprawowania przez niego władzy nazywał: cesarstwo rzymskie, monarchia absolutna (której konstytucja głosi nietykalność króla, lecz nie Boga), dyktatura klasy robotniczej, faszystowskie państwo policyjne, demokracja parlamentarna.

Człowiek nie jest „sam z siebie” dobry, jak głoszą sentymantalne humanistyczne manifesty. Jak głosi idea braterstwa wszystkich ludzi w oparciu o ideały „światowego pokoju”.

W każdym wypadku, gdy człowiek sprawujący władzę świecką uzurpuje sobie prawa należne Bogu, a więc chce sprawować pełnię władzy nad duszą i ciałem człowieka, staje się przeciwnikiem Boga i człowieka. Wolność jest w takim kraju zagrożona; głoszenie jej jest propagandowym oszustwem.

XIX – wieczny pisarz i myśliciel, ks. Félix Sardá y Salvany –  przenikliwy znawca ideologii antychrześcijańskiego liberalizmu – wykazał, że „żadna forma życia politycznego, niezależnie od swego rodzaju, demokratycznego, czy ludowego, nie jest sama z siebie (ex se) liberalna. Forma rządu nie stanowi o jego istocie. Formy te mają charakter tylko przypadłościowy. Istota rządów zawiera się we władzy obywatelskiej, na mocy której one rządzą, czy będzie to władza w formie republikańskiej, demokratycznej, arystokratycznej czy monarchicznej; może to być monarchia elekcyjna, dziedziczna, mieszana lub absolutna. (…)”. Każda z tych form rządów mogłaby być, zdaniem tego znawcy liberalizmu „doskonale i w integralny sposób katolicka”. Jest jeden podstawowy warunek:

„Jeżeli poza własną suwerennością uznają one suwerenność Boga, jeżeli wyznają, że ich władza pochodzi od Niego, jeżeli podporządkowują się nienaruszalnym normom prawa chrześcijańskiego…”

Mieszko I uznał swoim rozumem, że jego władza pochodzi od Boga.

Stocznia Gdańska, sierpień 1980

Stocznia Gdańska, sierpień 1980

Ks. Félix Sardá y Salvany wymienia jako główny przykład „prawdziwie katolickich monarchii” – wśród bardzo zresztą nielicznych w dziejach! – elekcyjną monarchię polską – „do czasu niegodziwego rozebrania tego najbardziej religijnego królestwa”.  (Daje także jako wzór władzy żarliwie katolickiej władze republikańskie: arystokratyczną republikę wenecką, kupiecką republikę genueńską, kantony szwajcarskie).

Ten niesamowity ciąg powstań w historii naszego kraju: od Konfederacji Barskiej, przez powstania narodowe, Powstanie Warszawskie, aż do narodzenia „Solidarności” i obecnego ruchu obywatelskiego sprzeciwu wobec kłamstwa smoleńskiego oraz ruchu na rzecz praworządności, uczciwości wyborów powszechnych, świadczy o tym, że Polacy nieprzerwanie, niezależnie od tego, kto nimi rządzi, zachowują się jak ludzie wolni. Wolni na mocy chrztu i tradycji obywatelskiej zrodzonej przez chrześcijańską kulturę w państwie oddanym w lenno Głowie Kościoła – wybierają Boga i jego prawa. W imię tych praw wykonują zwykłe obowiązki chrześcijanina, m.in. walczą o prawdę w przestrzeni publicznej i o państwo, którego prawa Boga szanują. Wiedzą, że bez Chrystusa ziemskich spraw się nie uporządkuje. Gdy usuwa się kamień węgielny, walą się wszystkie wzniesione budowle i ci, którzy je wznosili giną pod ich zwałami.

Polacy nie pozwalają sobie narzucić mentalności protestanckiej – „nie ważne komu służę, byle miska była pełnia”. Ów ciąg polskich zrywów militarnych i społecznych świadczy także o tym, że w Europie wciąż istnieje naród, dla którego Osoba Boga naprawdę się liczy. W Bogu pokłada on swoją nadzieję. W Nim widzi swój najwyższy cel. Stąd właśnie wynika zdolność Polaków do czynu. Nie jest ona podszyta buntem, jak chcieliby wmówić nam ideologiczni konserwatyści, a gotowością oddawania życia za Chrystusa. I w Jego Imię za brata. Bez ofiary – dobrze pojmowanej – nie istnieje cywilizacja chrześcijańska.

Pius IX wydając w 1864 r. Syllabus, katalog błędów modernistycznych, szczególnie napiętnował polityczny fałsz liberalizmu, potępił modernistyczne tezy o wolności sumienia, bezwyznaniowości państwa, suwerenności ludu, potwierdzając raz jeszcze to, co Kościół głosił zawsze, że Chrystus jest kamieniem węgielnym społeczności ludzkiej.

„Chrystus posiada boskie prawo panowania nad rodzajem ludzkim. To jego prawo nie jest przemijające. Prawa Boże są ponad prawami ludzkimi. Wobec Chrystusa nie można się powoływać na ten czy ów artykuł konstytucji. Jest szaleństwem domagać się od Boga wolności sumienia, wolności religii, nabożeństw, słowa, zgromadzeń i prasy. Wobec Wszechmocy odwiecznej mądrości, sprawiedliwości i miłości nie istnieją w ogóle żadne prawa, tylko obowiązki. To rozumie każdy, któremu nowoczesny liberalizm nie odebrał resztek zdrowego sensu”. (Ks. Robert Mäder, założyciel Akcji Katolickiej w Bazylei w latach 20. ub. wieku) ****).

Dziś biskupi polscy dali upragnioną odpowiedź na pytanie, czy można zbudować jakikolwiek ład, sprawiedliwość społeczną, dać prawdziwa gwarancję wolności i suwerenności państwa – bez uznania społecznego panowania Chrystusa. Nie, nie można!, brzmi ta odpowiedź. „Prawa człowieka”, humanistyczna ideologia zrodzona w dobie rewolucji francuskiej, rozpropagowana w latach 70. XX wieku przez organizacje międzynarodowe, narzucona nam jako rzekome antidotum na komunizm, sowiecki totalitaryzm, okazała się drogą do społecznej utopii, głoszonej w pompatycznych manifestach o wątpliwej jakości intelektualnej. Drogą donikąd. Przyjęto ją tylko dlatego, że wcześniej z „prawami człowieka” wystąpili na Soborze Watykańskim II hierarchowie oczarowani marksizmem i uwiedzeni fenomenologią, filozofią, która z myślą chrześcijańską nie ma nic wspólnego. I osiągnęli wielki sukces.

19 listopada 2016 roku, w Święto Chrystusa Króla, w 1050 rocznicę chrztu Polski nasze państwo ma być oddane Chrystusowi Królowi, jak zapowiada Episkopat Polski. Jest to świadectwo, że biskupi polscy rozumieją i podzielają sens walki narodu o to, by nikt nie bronił mu oddawać czci prawdziwemu Bogu – swoim życiem – i śmiercią. Bogu, któremu ten naród powierzył pierwszy nasz ochrzczony władca. A oddawanie czci Bogu to jest pierwszy obowiązek ochrzczonego człowieka i jego jedyne zaszczytne prawo.

„Granica z mieczy… Sława w Krzyżu”

Skoro 19 listopada 2016 Polska ma być oddana Chrystusowi Królowi Wszechświata, to czy trzeba dodawać, że w takim państwie, które szanuje prawa prawdziwego Boga, którym jest Trójca Św., wszyscy, także przybysze wyznający np. inne religie – o ile mają czyste intencje, co nie jest jasne – mogą znaleźć miejsce? Nie może to być jednak takie samo miejsce jak miejsce ludzi ochrzczonych. Bo takie państwo jest konsekwentne. Bóg jest tu na pierwszym miejscu. Jest też przewidujące. Będą oni mogli zatem wybrać – albo nawrócenie, albo korzystanie z praw ograniczonych. Pierwszeństwo mają prawa katolickiej społeczności. Przybysze nie mogą w żadnym wypadku ich naruszać. Zgodnie z pojmowaną po katolicku zasadą porządku miłości i prawdziwej tolerancji. Państwo jest od tego, by tej zasady, prawidłowo rozumianej, strzec. Tolerancja to nie równość praw. Nie ma bowiem czegoś takiego jak „wolność religijna”, „równość religii”, „wolność sumienia” (czyli: jestem sam sobie sędzią) w państwie, które nie chce, by jego prawo przypominało farsę, było instrumentem manipulowania ludźmi i niszczenia cywilizacji.

Multikulturowość jest odzwierciedleniem prymitywnie pojmowanego ekumenizmu – jednoczmy się, mieszajmy się, módlmy się razem, wszystkie religie są tyle samo warte. „Jedność” oparta o powszechne braterstwo jest najważniejsza! Tego typu nonsensy nie mają większych szans w Polsce, gdzie nigdy nie było „wielokulurowości” w znaczeniu, jakie jej się obecnie im nadaje. Katolicyzm był zawsze kulturowo i politycznie dominujący.

Prawo państwa, które szanuje Boga wyraża zawsze jasno rację stanu, jaka przyświecała temu państwu przez wieki, od czasu jego ustanowienia. W naszym przypadku aktem konstytutywnym, założycielskim był chrzest Mieszka I i wynikające z głębokiej wiary tego władcy, wyrażające jego sensus catholicus, duchową intuicję i świadomość prawdy, oddanie w opiekę ziem, którymi władał, „świętemu Piotrowi”, jak zapisano w Dagome iudex, czyli prawowitemu następcy „Piotra, czyli Skały”.

0000 christus rex

Mieszko był po prostu tęgim łbem. Dla ludzi myślących, którzy przyjmują do wiadomości fakt, że Chrystus jest Bogiem, Stwórcą wszechrzeczy, jasne są konsekwencje tego faktu: „Stwórca wszechrzeczy jest ich właścicielem. Właściciel wszechrzeczy jest ich panem. (…) Jeżeli jednym wyrazem chce się określić stosunek religii do polityki, to tym wyrazem może być tylko – teokracja” (Ks. R. Mäder). Mieszko I był wytrawnym politykiem i prawdziwym budowniczym cywilizacji.  Cywilizacja łacińska polega przede wszystkim na tym, że czynimy użytek ze swojego rozumu.

„Prawa człowieka” dziś z wolna ustępują – w głowach ideologów od „światowego ładu” – „prawom zwierząt”, „ochronie środowiska”, „ochronie Matki – Ziemi” – za wszelką cenę, nawet za cenę życia człowieka. Zamienić ziemię w ogród przypominający Eden, oto plan. Bez śmieci – i bez „zbędnych” ludzi. Chorzy, nienarodzeni, starzy, czy z innych powodów nie nadający się na dobrych niewolników, traktowani są w tej wizji jako zanieczyszczenia. Proces oczyszczania z ludzi i sterylizacji globu ziemskiego nazywany jest dziś nadal „realizacją praw człowieka”; „praw” zrodzonych z antychrześcijańskiej gnozy (prawo do dobrej śmierci, prawo do własnego brzucha, prawa dziecka etc., prawo do zrobienia sobie dziecka, prawo do oddychania świeżym powietrzem…); towarzyszy mu wykwit tysięcy pomysłów na szampańską zabawę jaskiniowców (wśród których jedną z bardziej staromodnych i nobliwych są narkotyki i wolna miłość).

W Polsce ` 2015 – tak jak zawsze u nas – jest inaczej.

Dzisiaj jednak, w czasach, gdy w naukach społecznych dominuje konstruktywizm (…) nie trzeba faktów usuwać ze świata, wystarczy je inaczej opowiedzieć (prof. Zdzisław Krasnodębski). Tym bardziej musimy trzeźwo patrzeć na to, co się wokół nas dzieje. Tym bardziej powinna liczyć się dla nas nasza historia. Tym bardziej, im większe są wysiłki, by potraktować ją jako „tekst do interpretacji”, niezobowiązującą legendę, baśniową fantazję, mit.

Biskupi polscy powiedzieli właśnie, że znają historię naszego państwa i traktują ją poważnie.

Dzięki ich decyzji nastąpi, można mieć nadzieję, prawdziwy koniec wielkiego mitu, koniec epoki „praw człowieka”. Będzie to również opóźniona odpowiedź na dramatyczne wołanie Polaków o prawdę, jakie wybrzmiało w lipcu i sierpniu 1980 r. i rozlegało się przez następne dekady pośród brutalnych prześladowań komunistycznego państwa. Ofiara z życia ks. Jerzego Popiełuszki, kilku innych kapłanów i wielu dziesiątków naszych braci z „Solidarności”, nie została oddana na próżno.

Dziś potwierdza to sam Bóg dokonując dwóch wspaniałych cudów – uznanych jednogłośnie przez świat medyczny za fakty niewytłumaczalne z punktu widzenia nauki – u nieuleczalnie chorych, którzy modlili się za wstawiennictwem Księdza Jerzego. 

Na mocy dogmatu o Świętych Obcowaniu i tradycyjnej nauki Kościoła dotyczącej kanonizacji – gdzie obowiązują bardzo ścisłe rygory i wyjątkowe skrupulatne badania – droga do uznania ks. Jerzego Popiełuszki świętym Kościoła katolickiego stoi otworem. 

Sutanna Bł. ks. Jerzego Popiełuszki (fot. Erazm Ciołek)

Sutanna Bł. ks. Jerzego Popiełuszki (fot. Erazm Ciołek)

 

__________________ 

*) Zdzisław Krasnodębski, Niemcy zmądrzały. Liczymy na więcej, „Do Rzeczy” nr 36/135

**) Według Galla Anonima, taką samą decyzję powziął także książę Bolesław Krzywousty. W Kronice Galla Anonima zapisano, że władca ów podczas węgierskiej pielgrzymki (1113r.) „(…) mimo że sprawował rządy nie nad jakimś księstwem, lecz nad wspaniałym królestwem i że niepewny był pokoju, ze strony różnych wrogich chrześcijańskich i pogańskich ludów, to jednak powierzył siebie i swe królestwo w obronę potędze Bożej (…)”. Oddał wówczas pod opiekę, tak przecież odległej geograficznie Stolicy Apostolskiej należące do niego ziemie polskie.

***) Por.Krzysztof Wyszkowski, Powstanie 1980 r. „Do Rzeczy” (36/135)

****) Ks. Robert Mäder, Jestem katolikiem! Rozważania antyliberalne, Te Deum, Warszawa 2000 

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.

  • Kalendarium wpisów

    Luty 2018
    N P W Ś C P S
    « sty    
     123
    45678910
    11121314151617
    18192021222324
    25262728