Kwestia indywidualna?

Jest na pewno głębszy powód, dla którego normalni Polacy, zwykli ludzie, zachowujący największy swój skarb, wiarę katolicką, musieli w ostatnich tygodniach uczestniczyć w upokarzającym spektaklu.

Urzędujący prezydent Rzeczypospolitej, człowiek wielkich zasług, prezentujący wybitną klasę moralną i polityczną, otoczony wielkim szacunkiem zwykłych Polaków, poczuwających się do swojego obywatelstwa Rzeczypospolitej, musiał wykonać morderczą pracę, jeździć po Polsce i prosić, błagać wręcz, by inni Polacy oddawali na niego glosy w wyborach, podczas gdy jego przeciwnik, człowiek, który oprócz nachalnego poparcia międzynarodowego lobby i jego finansów oraz wspierających je mediów nie ma nic do zaproponowania, i zupełnie nic, co uwiarygodniałoby go w oczach uczciwych ludzi, mógł swobodnie i bezkarnie drwić z suwerennych polskich władz, szydzić, grozić, kłamać, prezentować bezczelną butę – i spokojnie patrzeć jak rosną słupki jego popularności. Gdziekolwiek się pojawił towarzyszył mu entuzjazm znacznych grup ludzi młodych. Entuzjazm połączony z manifestacją pogardy wobec rządzących naszym krajem.

Dziwny, zaiste i przerażający w swej wymowie spektakl.

A jednak stał się on naszym udziałem. Choć tego rodzaju zabieganie o wyborcze zwycięstwo nie ma nic wspólnego z uczciwą konkurencją, bo druga strona wykorzystuje niezliczone tricki socjotechniczne, rozpala najprymitywniejsze emocje i odruchy, których uczciwy polityk i jego wyborcy po prostu się brzydzą i musieliby zadać sobie gwałt, by coś podobnego zaakceptować, w tak skonstruowanym systemie politycznym, gdzie ważną stroną życia publicznego okazują się medialne przedstawienia, nie sposób od tego całkiem uciec. I mimo wysiłków nie można się także od śledzenia tej morderczej, nierównej walki całkowicie odizolować.

Trzeba więc zapytać: jaki jest sens tego spektaklu? Dlaczego musieliśmy to wszystko przeżyć?

Odpowiedź jaka narzuca się człowiekowi wierzącemu jest następująca:

Spektakl ten był lekcją poglądową. Pokazywał, w jaki sposób odrzucenie autorytetu przez znaczną część społeczeństwa sprawia, że staje się ona [ta część] masą dryfujących jednostek. Ich umysłami może z łatwością zawładnąć każde, najbardziej fantastyczne kłamstwo, o ile wystarczające pobudzone zostaną ich emocje.

Kontrkandydat  Andrzeja Dudy w drugiej turze wyborów mógł w tej kampanii mówić cokolwiek. Bez żadnych negatywnych dla siebie konsekwencji. Mógł przeczyć sobie, opowiadać rzeczy absurdalne, dawać obietnice bez pokrycia. Akceptowano to, bo umysł jego popleczników najpierw został „uwolniony” od zależności, która obowiązuje w każdej normalnej społeczności. Każda normalna społeczność posiada i respektuje hierarchię. Taka jest zasada prawa naturalnego. W każdej społeczności musi być ktoś, kto jej przewodzi. W sposób naturalny, gdy bierze na siebie ciężar przywództwa – ojciec w rodzinie, tak samo prezydent, premier – bierze on zarazem na siebie polityczną i moralną odpowiedzialność za tę wspólnotę. Odpowiada za nią przed Bogiem, otrzymuje status i przywilej autorytetu. Gdy umysły członków tej wspólnoty zostają „skolonizowane” i podburzone do buntu, w ich mentalności nie mieści się już pojęcie autorytetu. W miejsce prawdziwego przywódcy może pojawić się zatem dowolna podstawiona postać: aktor komediowy, zawodowy łgarz i kłamca, człowiek o najgorszej reputacji. I zostanie on z aplauzem i szczerą sympatią przyjęty. Stanie się upragnioną atrakcją. Więź między przywódcą, nosicielem autorytetu, a społecznością, została zerwana. Ten właśnie proces, rozpisany na niezliczone epizody w mediach, w salach Parlamentu, na ulicach, ćwiczyliśmy w Polsce od 10 kwietnia 2010 roku. Chodziło w nim o to, by jak największa część społeczności Polaków znalazła się w mentalnym stanie, który pozwoliłby jej zakwestionować samą zasadę przywództwa politycznego, jego autorytet. A wcześniej jeszcze – zakwestionować autorytet Kościoła. Tego, który posiada prawdę.

Ludzie, którzy odrzucają autorytet rządzących sami siebie skazują na status nie obywateli a niewolników. Stają się całkowicie uzależnieni od swoich emocji, którymi tak łatwo się steruje, od indywidualnych mniemań, wyspekulowanych, oderwanych od rzeczywistości ocen. U takich osób niezwykle łatwo daje się wywołać agresję, nienawiść, złość, strach. Dlatego tak często widzimy twarze, które przypominają maski.

W historii taki sam fakt miał już miejsce nie jeden raz. Pierwszym „wielkim zerwaniem” z zasadą autorytetu był bunt Lutra.

Warto przypomnieć sobie wojny religijne prowadzone przez kraje protestanckie w XVI wieku. Ze strony protestantów nie było wtedy żadnych chrześcijańskich postaw. Zginęła w nich jak sen cała rycerskość Europejczyków. Okrucieństwo w imię „nowej wiary” było równe lub czasem nawet gorsze od tego, które prezentowali poganie. Do tego dochodziła niesłychana pazerność.

Ta wiara nie była po prostu „innym wariantem chrześcijaństwa”, jak się dziś dość powszechnie uważa. Była straszliwym zafałszowaniem i zniekształceniem chrześcijaństwa. Była jego koszmarną karykaturą.

Dziś, w Polsce ` 2020 przypominają się czasy Lutra, gdy między człowiekiem a jego Stwórcą odrzucone zostało pośrednictwo Kościoła. Warto przyjrzeć się dokładnie, w jaki sposób Luter tego dokonał, bowiem wyjaśnia to także naszą sytuację.

Luter podważył system katolicki w jego istocie. W mniejszym stopniu chodziło mu o jego błędy. Znalazł punkt zero. Odrzucił zasadę, na jakiej system ów się opierał.  Jest to zasada boskiego pochodzenia autorytetu Kościoła.

Biblia i Tradycja są dla wierzącego autorytatywne wyłącznie dlatego, że Kościół »posiada Pismo« nie tylko w sensie materialnym i filologicznym, lecz posiada też właściwe znaczenie Biblii i Tradycji…” (Romano Amerio).

Luter wkładając w ręce każdego człowieka „nowej wiary” Biblię i jej znaczenie – jej interpretację –  doprowadził do tego, że odczytanie prawdy stało się kwestią indywidualną. Czymś dowolnym. Prawdą jest to, co mi się wydaje, mógł myśleć każdy protestant. Dawało mu to poczucie olbrzymiej „ulgi”, „zerwania się z uwięzi”, nieograniczonej wprost wolności. Ta wolność upajała niczym narkotyk. Nikt mi nie będzie mówił, co to jest prawda, moje prywatne osądy są miarą wszechrzeczy!. „Gdy autorytet instytucji zostaje zastąpiony doraźnością odczucia, urastającego do rangi najbardziej autorytatywnej instancji, tym samym sumienie uniezależnia się od nauczania Kościoła. Indywidualne odczucie – zwłaszcza, jeśli jest intensywne i nieodparte – staje się podstawą do artykułowania własnych przekonań. Odtąd jest to prawo ponad wszelkie prawo”.

Ja tak myślę, ja tak oceniam, tak mi się podoba – więc to jest prawda, mówi dziś każdy, kto wbrew oczywistym faktom kwestionuje zasługi dla Polski Andrzeja Dudy i polskiego rządu. Nie obowiązuje mnie żaden porządek, żaden rygor myślenia. Wolność myślenia jest wszystkim!

Ta nowa „logika” jest coraz bardziej rozpowszechniona. W czasach Lutra i tych, które nastąpiły po nim, gdy protestanci zdobyli pół Europy, „Kościół – historyczna osoba prawna ustanowiona przez Boga-człowieka – został w ten sposób pozbawiony swej natury podmiotu obdarzonego władzą”. Dziś dokładnie to samo specjaliści od rewolucji semantycznej, obyczajowej, kulturowej, czynią z suwerennym państwem. Podważają zasadę, na której się ono opiera. To już nie siły zewnętrzne, ale jego mieszkańcy, sami z upiornym chichotem, wykrzykując, że są wolni, więc nie mogą być lojalni, sprawiedliwi, uczciwi, altruistycznie nastawieni do innych, próbują to państwo zniszczyć od wewnątrz.

Żeby dobrze zrozumieć fundamentalny charakter przewrotu Lutra trzeba jeszcze dodać, że ten właśnie „intensywny charakter subiektywnego odczucia jest nazywany [przez protestantów] wiarą i traktowany jako bezpośredni dar łaski. Zasada supremacji sumienia pozbawia wszystkie prawdy wiary jakichkolwiek podstaw, gdyż prawdy te są obalane lub respektowane w zależności od indywidualnego osądu” (Romano Amerio).

Uderzenie w Kościół może się pozornie wydawać jedynie tłem dzisiejszej kampanii wyborczej w Polsce. Ale gdy jeden z kandydatów (poprzedniej tury) wzywa do całkowitego rozdziału Kościoła i państwa (powołując się zarazem na swoje „chrześcijaństwo”), a znany jest zarazem z propagowania „drogi charyzmatycznej”, drugi, ten obecny, chlubi się publicznie, że nie posłał dziecka do I Komunii, to pokazuje to wyraźnie program dokonania w Polsce totalnego zwrotu, całkowitego zanegowania także autorytetu Kościoła przez siły polityczne. Nie tylko ze względu na jego zasługi dla polskości, dla niepodległości, ale nade wszystko – ze względu na samą jego istotę.

Na to wskazuje także dziwna korelacja między kalendarzem wyborczym, a intensywnością „walki z pedofilią” w Kościele, nie przebierającą w środkach, w wielkiej mierze operującą ogólnikami i oskarżeniami na wyrost. Nigdy jeszcze w naszej publicystyce, także tej prawicowej, nie pojawiło się tyle tekstów podsumowujących obraz duchowieństwa polskiego jako „spalonej ziemi”, moralnej pustyni, ekstraktu zepsucia. Jakie to ma konsekwencje – nie tylko dla wiary, choć to sprawa podstawowa – ale także konsekwencje polityczne i wprost przekładające się na wyborcze decyzje? Ile osób ulegnie niszczącej sile tego obrazu, ile zaufa znanym z prawicowych portali nazwiskom „publicystów katolickich” i odwróci się z niechęcią, z odrazą od swoich duszpasterzy? Tak właśnie realizowany był scenariusz irlandzki. Ci, którzy przed nim przestrzegali, sami dziś go z dziwną satysfakcją tworzą. Ile osób uzna, że prezydent Andrzej Duda, który nie afiszuje się z antyklerykalizmem, nie potępia publicznie duchowieństwa, w dodatku „ułaskawił pedofila”, jak ogłosiła brukowa niemiecka prasa „dla Polaczków”, to zakłamany typ, kabotyn. Tak myśli niestety już spora część młodzieży. Iście machiaweliczny plan.

Pokazuje on zarazem, gdzie jest istota sprawy, w co uderzają wrogowie Polski: w związek idei państwa z zasadą wiary, w pośrednictwo Kościoła między człowiekiem a Bogiem. Jeśli damy sobie wejść na głowę tym, którzy chcą rozsadzić państwo propagując i rozniecając ślepy bunt, i zarazem próbują ludzi ochrzczonych zamienić w niewolników swoich obsesji, strachu, podejrzliwości, pychy, poszukiwania totalnej wolności, z pewnością przegramy. Przegramy wybory, przegramy też swoje dusze. Uwięzimy je na własne życzenie w kordonie oderwania się od rzeczywistości, w ułudzie wolności bez granic, wolności od autorytetu.

Zakwestionowanie teologicznej zasady boskiego autorytetu – i będącego jego odbiciem autorytetu ojca czy przywódcy państwa – prowadzi w prostej linii do odrzucenia autorytetu rozumu.

Luter, który wzywał swoich wyznawców, by nie lękali się „odważnie wyznawać cokolwiek wydaje się być prawdziwe”, jest prawdziwym ojcem politycznego kłamstwa, ojcem rewolucji, patronem wszelkiego, w tym najbardziej irracjonalnego buntu. Taki bunt wobec władzy mogliśmy obserwować na własne oczy podczas dramatycznych ostatnich tygodni, tak upokarzających dla osób wierzących, gdy siłą rzeczy musieliśmy się konfrontować z rzeszą kierującą się nieustająco odruchem buntu, z ludźmi, którzy czują fizyczną niemal odrazę wobec autorytetu.

Takie jest także tło nadzwyczajnego powodzenia wśród młodego pokolenia rzucanych beztrosko przez tęczowego kandydata haseł dotyczących przywilejów prawnych dla sodomitów. Skoro odrzucony został autorytet Kościoła, także autorytet prawowitej władzy, kwestionuje się jej sprawiedliwość, dobrą wolę, cel, jakim jest dobro wspólne, to wszystko – cały porządek moralno-prawny – ma się opierać na wartościach „ludzkich, niezależnych, samoistnych…” Nie ma żadnej wyższej racji lub miary. Dlaczego więc nasz kraj nie miałby być rajem dla homoseksualistów?

Oby było to wszystko lekcją otrzeźwienia. Oby przyniosło zwycięstwo Polsce, która od czasu swego Chrztu opierała całą swoją potęgę na miłości prawdy objawionej przez Boga, a która nie istnieje bez szacunku wobec Boskiego autorytetu.

 

Włodzimierz Tetmajer – Królowa Polski

 

Przeciwniczka wszystkich herezji, nasza Królowa, została brutalnie odrzucona przez protestantów, Jej kult był zakazany. Nierzadko karany był śmiercią (np. w krajach skandynawskich). A Ona jest Obozem warownym i Twierdzą niezwyciężoną, Wieżą Dawidową. W Jej najczcigodniejsze ręce złóżmy naszą walkę. Obronieni tarczą, którą jest Jej Niepokalane serce zwyciężymy.

 


cytaty za: Romano Amerio, Iota unum, Komorów

 

 

 

 

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.