Kto tu rządzi? Od Kogo pochodzi „wszelka władza”?

Posted on 18 listopada 2016 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Porządkowanie pojęć

Istnieje obiektywna konieczność „oddania Bogu, co boskie” – wspólnie przez Kościół i państwo. Nasi biskupi i nasi rządzący docenili tę konieczność. Bo pochodzenie państwa nie jest  „ludzkie”. 19 listopada 2016 roku biskupi polscy wraz z przedstawicielami najwyższych władz RP dokonali w Krakowie, w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia  Jubileuszowego Aktu Przyjęcia Jezusa za Króla i Pana.

Niedoskonałość bywa pociągająca. Dziś jednak żyjemy pod silną presją, wymusza się na nas byśmy byli chodzącymi doskonałościami. Czy jednak doskonałość ludzka – przynajmniej ta zewnętrzna, wizualna – nie jest nudna, sztywna i nieprawdziwa? Ile wysiłku wkładają dziś kobiety, by ich cera, włosy, paznokcie, garderoba były „bez skazy”. Tymczasem interesujące naprawdę są te postaci, w których można dostrzec jakiś brak. Wolę sto razy szczery uśmiech człowieka, który nie ma wszystkich zębów, albo niektóre krzywe, niż perfekcyjnie wykonany grymas zwany uśmiechem gębą pełną zębów, białych jak śniegi Kilimandżaro. Człowiek, który pokazuje jakieś swoje braki – fizyczne czy intelektualne – jest nam bliższy, łatwiej z nim się utożsamiamy. Wiemy, że jest podobnie ułomny jak my. Co do tego, że jesteśmy ułomni, nikt z nas się nie myli.

Łatwo jednak zapomnieć, że doskonałość może być prawdziwa, nie podrabiana. Że jest Ktoś doskonały – Bóg. A skoro zapominamy, to także wnioski płynące z tego faktu pozostają niewyciągnięte.

Jaka była Rozalia Celakówna (1901-1944), krakowska pielęgniarka, która otrzymała tuż przed drugą wojną liczne objawienia Chrystusa, a w nich naglące wezwanie – wszystko szczegółowo przebadane i uznane przez Kościół – że w Polsce trzeba przeprowadzić Intronizację Jezusa Chrystusa?

Niziutka, drobna, krępa, ciemnowłosa, o wypukłym czole, wielkich oczach i małych ustach. Żadna piękność, ale urok dziecka. Rozalia miała horyzonty intelektualne wiejskiej rezolutnej dziewczyny, ale duchowo była jak św. Jan od Krzyża, jak św. Teresa z Avilla. Intronizacja miała oznaczać, że władze państwa, na równi z władzami Kościoła, uznają Jezusa jako Pana i Władcę. Tego, który ma prawo w Polsce nie tylko odbierać najwyższy kult, ale po prostu rządzić.

S.B. Rozalia Celakówna

S.B. Rozalia Celakówna

Władza – rzadko pojęcie to w dobie „partnerstwa”, „dialogu”, „braterstwa” i „równości” kojarzymy z niepodważalną pozycją ojca rodziny, kapitana statku, sternika, pierwszego pilota, czy dyrygenta orkiestry symfonicznej, dowódcy armii albo pociągu pancernego. Z kimś kto nie odpoczywa, zanim nie wypełni swojej misji i obowiązku do końca, kto dźwiga brzemię odpowiedzialności, kto ma przeświadczenie i pewność, że od niego wiele zależy. Komu inni muszą być podporządkowani – nie może być inaczej, bo inaczej wszystko się rozsypie. A już bardzo rzadko – z Kimś, w czyje ręce można złożyć całe swoje istnienie, wszystkie dobra, majątek i przyszłość, i czuć się pewnie i bezpiecznie. Rozalia rozumiała, że istnieje władza, której całkowite poddanie się jest największym szczęściem człowieka – rzecz dla dzisiejszego człowieka niemal niewyobrażalna. Władza duchowa i królewska zarazem. Ta prosta dziewczyna rozumiała, że Bóg ma prawo do władania nie tylko jej duszą, zarządzaniem wszystkimi jej dobrami materialnymi – miała ich dwie walizki raptem – i jej decyzjami, ale także prawo do sprawowania władzy nad całym państwem, nad wszystkimi wymiarami jego życia. Krakowska pielęgniarka nie myślała kategoriami „państwa wyznaniowego” tylko prawa, jakie Bóg ma do człowieka, którego stworzył i odkupił na krzyżu, a zatem i do całej społecznej rzeczywistości, w której człowiek żyje i się porusza. Prawa, które nie może być niczym ograniczone. Żadnymi liberalnymi dwuznacznościami.

Rozalia Celakówna (druga od lewej w górnym rzędzie) z matką i rodzeństwem

Rozalia Celakówna (druga od lewej w górnym rzędzie) z matką i rodzeństwem

Rozalia nie miała w życiu żadnych innych ambicji, poza tą, by zasłużyć na niebo. Królowanie Chrystusa w Polsce było dla tej niezwykle sumiennej, choć najniższej w szpitalnej hierarchii, siostry, dziś kandydatki na ołtarze, czymś naturalnym, jak to, że dzieci się rodzą, zapada zmierzch, przychodzą pociągi. Królowanie Chrystusa, czyli panowanie osobowego Boga, źródła całego nadprzyrodzonego Ładu. Jego odzwierciedleniem powinien być ład społeczny, polityczny, rodzinny. Porządek moralny we wszystkich dziedzinach życia. Królowanie Chrystusa miało zacząć być respektowane w Polsce dzięki uroczystemu oficjalnemu aktowi Intronizacji, przeprowadzonemu wspólnie przez prezydenta, rząd i biskupów, jeszcze przed II wojną światową – a potem objąć całą ziemię.

Bezkrólewie

Wszystko zaczęło się jednak nie w Polsce, a we Francji, w czasach Ludwika XIV. W okresie monarchii absolutnej, gdy nikt nie myślał, że zaniechanie pewnej decyzji przez Króla-Słońce, zapatrzonego w gwiazdę swojego nadzwyczajnego ziemskiego powodzenia, wywoła potężny kryzys świata chrześcijańskiego.

Jedna z zasad antykryzysowych przedstawiona dwieście lat później przez biskupa Poitiers, kardynała Pie (1815-1880), który oglądał na własne oczy skutki tego kryzysu we Francji i Europie głosi, że Bóg nigdy nie pozostawia społeczności i instytucji pogrążonych w kryzysie samym sobie. Pomoc jednak przychodzi nie bezpośrednio, ale przez pośredników. Przez pojedynczego człowieka albo grupę ludzi. Narzędzie to najczęściej w ocenie postronnych jest całkowicie nieodpowiednie, słabe, niezdarne, wręcz śmieszne. A jednak Bóg sprawia, że okazuje się ono de facto silne i skuteczne. Skąd taka pedagogika? Opatrzność Boża pokazuje wszystkim, że to nie narzędzie, lecz sam Bóg kieruje biegiem wydarzeń. Oto cała tajemnica wybrania analfabetki i nędzarki w łachmanach, Bernadety Soubirous z Lourdes, pasterki Joanny D`Arc, która przywdziała zbroję i stanęła na czele francuskiej armii, dzieci z Fatimy, La Salette, czy Gietrzwałdu. Jest jednak istotny warunek. Narzędzie wybrane przez Boga musi być uległe. Nie może lekceważyć natchnień, które otrzymuje. Musi umieć słuchać i wypełniać je. Rozalia umiała słuchać. Delikatność szła u niej w parze z siłą, łagodność z bezkompromisowością.

Całym jej wykształceniem była wiejska szkoła i kursy pielęgniarskie. Nie miała o sobie wielkiego mniemania. Uznawała siebie za najbardziej ułomną moralnie i intelektualnie, najbardziej nierozumną i słabą istotę – wielokrotnie podkreśla to w swoich zapiskach, które sporządzała na prośbę spowiedników przez całe niemal dorosłe życie. Była całkowitym przeciwieństwem tych pewnych siebie istot, które nie znajdują w sobie najmniejszej skazy, a ich ideałem życia jest dbanie o to, by także ich ciało było bez skazy. Rozalia chciała być we wszystkim podobna do tej jedynej Osoby, którą uważała za wzór i sens oraz cel swojego życia. Do Osoby Boga wiszącego na Krzyżu, którego kochała. Całe życie cierpiała ponad zwykłą miarę. Kościół uznając prawdziwość jej objawień (ponad dziesięć lat temu ukończony został proces beatyfikacyjny na szczeblu diecezjalnym) potwierdził, że Jezus rozmawiał z nią, a ona z Nim. Rozalia była wielką mistyczką. Zakochana w Bogu jak Jego małe, bardzo rozpieszczone dziecko, Jego wyłączna własność. Jego stworzenie – chciane, kochane bez granic, noszone na rękach i przytulane. Jak uległe narzędzie w Jego dłoniach. Dobrzy ojcowie potrafią zrozumieć taki stan.

Rodzice Rozalii Celakówny z córkami i sąsiadem (Jachówka, lata 30. XX w.)

Rodzice Rozalii Celakówny z córkami i sąsiadem (Jachówka, lata 30. XX w.)

Pielęgniarka rodem z beskidzkiej Jachówki, spod Makowa Podhalańskiego, pracowała w szpitalu św. Łazarza na oddziale skórno-wenerycznym, ale zatrudniano ją także przy byle okazji wykorzystując jej uległość – tak dla sportu – do szorowania podłóg i wynoszenia kubłów. Nigdy nie protestowała, brała też zawsze uciążliwe dyżury nocne, gdy inni ją o to prosili. Ta dziewczyna, a potem kobieta o wrażliwości i delikatności dziecka, modląca się za swoich chorych – byli to najczęściej chorzy wenerycznie, degeneraci moralni, nierzadko prostytutki – walcząca do końca przy ich łóżku, by nikt z nich na jej dyżurze nie umarł bez sakramentów, bez pojednania z Bogiem – i zawsze zostawała wysłuchiwana – otrzymała pewnego dnia wyraźne polecenie. Polecenie niepojęte nie tylko dla niej. „Kim ja jestem…”, pisała. Mimo starań nie była w stanie spełnić tego polecenia za życia. Ani sama, ani z pomocą wieloletniego spowiednika. Było to dodatkowe wielkie cierpienie jej życia, w którym cierpień nie brakowało.

Trudno to racjonalnie wyjaśnić, ale Rozalia była prześladowana w swoim środowisku zawodowym – przykrości doznawała nawet od posługujących w szpitalu sióstr zakonnych – i tam, gdzie za marne pieniądze wynajmowała pokój przy ulicy Mikołajskiej, dzieląc go z rodzoną siostrą, która brutalnie wytykała jej dziwactwa i dewocję. Zdarzało się to także w parafii, gdzie chodziła się spowiadać. Niezrozumienie, pukanie się w czoło, śmiechy za plecami, fantastyczne wymysły na jej temat, fałszywe oskarżenia ze strony „pobożnych pań”, to był jej chleb codzienny. A potem, w miarę, jak coraz lepiej znana była jej świętość – krzyki, protesty, intrygi, publiczne wyzywanie od pomylonych, histeryczek, wariatek, odpędzanie od konfesjonałów, zniesławianie. Znęcanie się moralne i fizyczne przez chorą umysłowo kobietę, która regularnie Rozalię biła i katowała, kiedy tylko zobaczyła ją na ulicy.

Wreszcie „dobił ją” wybuch wojny. Ofiarowała swoje życie za spowiednika, o. Kazimierza Zygmunta Dobrzyckiego, paulina z tytułem doktorskim, który był jej duchowym kierownikiem i który sprawę Intronizacji Chrystusa potraktował z największą powagą; wziął ją w swoje ręce przekazując Generałowi Paulinów o. Piusowi Przeździeckiemu,. Ofiarę tę złożyła w styczniu 1944 roku, gdy Niemcy aresztowali i wywieźli do obozu o. Dobrzyckiego. Rozalia Celakówna odeszła w osiem miesięcy później, tak cicho jak żyła, nikomu, oprócz grona pracowników szpitala, paru księży i najbliższej rodziny nie znana, i chcąc do końca taką pozostać.

Intronizacja Chrystusa Króla miała uchronić nasz kraj przed karą, która w przeciwnym wypadku musiała nadejść. Kardynał August Hlond znał żądanie, które zostało oznajmione Rozalii, był przychylny sprawie. Wybuch wojny, a potem nastanie komunizmu uniemożliwiły przeprowadzenie Intronizacji.

Właściwe miejsce dla Boga

Wielu ludzi ma trudności z pojmowaniem Boga tylko dlatego, że nie znajduje się On na właściwym miejscu w ich hierarchii wartości i w codziennym ich życiu. „Postrzegają Go jako dobrotliwego dziadka, który i tak wpuści wszystkich do nieba, niezależnie od tego, jakie życie prowadzą”, jak ujął to jeden z biskupów. Ma to ogromne konsekwencje. Dziś nadszedł czas triumfu Rozalii i wypełnienia jej misji. Ludzie Kościoła dobrze zdają sobie sprawę, że czas nagli, widząc kompletną ruinę utopijnego projektu geopolitycznego, w który Kościół zaangażował się po ostatnim soborze, określanego jako „cywilizacja miłości”. Człowiek wierzący w Chrystusa nie ma już oparcia w niczym, poza Nim. Nie istnieje chrześcijańskie społeczeństwo. Jedynym oparciem, jedynym miejscem, gdzie istnieje realna pomoc i ratunek dla członków rozbitych społeczeństw jest Serce Boga – Człowieka. Serce, które umie kochać i nie zniechęca się zdradą człowieka. Przebite włócznią, umierające za niego na Krzyżu. Ukazujące się jako prawdziwe żywe Ciało – tkanka mięśnia sercowego w agonii – w kościele w Sokółce, tuż przy białoruskiej granicy. Wcześniej sprofanowane. Obecne w tej samej postaci w Legnicy. Oba te wielkie cuda zapowiadały wydarzenie, które ma odbyć się 19 listopada 2016 roku w Polsce, choć niewielu ludzi w Polsce o nich słyszało.

Zanim wybuchła rewolucja we Francji, zwana „wielką” – która obróciła w ruinę tysiące kościołow i klasztorów, zgładziła ogromną część duchowieństwa, starła monarchię, zamordowała króla i jego rodzinę oraz niezliczone rzesze winne po prostu temu, że podlegały „dawnemu porządkowi” – w 1689 roku, w burgundzkim klasztorze w Paray – le – Monial, nikomu nie znana zakonnica, wizytka, córka prowincjonalnego notariusza, Maria Małgorzata Alacoque otrzymała objawienie. Sam Chrystus poprosił ją, by przekazała królowi Francji Ludwikowi XIV, aby poświęcił się Najświętszemu Sercu Jezusa. Bowiem to Serce „chce zatriumfować nad jego sercem, a poprzez nie nad sercami możnych tego świata” (z listu św. Marii Małgorzaty Alacoque).

Św. Maria Małgorzata Alacoque

Św. Maria Małgorzata Alacoque

Żądanie było jasne. Możni tego świata w samym centrum chrześcijaństwa sięgneli po wladzę absolutną, myląc swoją misję polityczną z religijną, a państwo – własność Boga, ze swoją własnością. Bóg zażądał w tym miejscu publicznego hołdu i zawierzenia Francji opiece Najświętszego Serca. Jego symbol miałl być przedstawiony na wszystkich sztandarach i na każdej sztuce broni królestwa. Król Francji miał ufundować kościół ku czci Najświętszego Serca i szerzyć prawa Chrystusa w całej Europie.

Stało się jednak inaczej. Żądanie Boga nie zostało wypełnione. Król zignorował je. Być może dlatego, że jezuici, ktrym została powierzona misja przekonania go o konieczności potraktowania objawień z największą powagą nie podjęli jej.

W rezultacie nastąpiła epoka „królowania” niebywałej pychy człowieka, który poczuł się bogiem i zaczął wykrzykiwać pod niebiosa swoje „prawa”. Epokę upadku rozumu i moralności jak na ironię nazwano oświeceniem. Zakon Jezuitów został rozwiązany, ogromny majatek przejęty – wyjątkiem było terytorium Rosji, gdzie jezuici mogli względnie spokojnie prowadzić swoją działalność; Katarzyna II potrafiła z wielką zręcznością wykorzystać ich do swoich celów. Kryzys ogarnął całą Europę.

Gdy w Polsce rozpoczęły się rozbiory Francja spłynęła krwią. Nastała era rewolucji trwająca, z niewielkimi przerwami, do dziś. W roku 1789, gdy wybuchała rewolucja we Francji, upłynęło dokładnie sto lat od czasu, jak Chrystus Pan skierował swoje orędzie, za pośrednictwem francuskiej zakonnicy do Króla Słońce.

Uznanie Boga za Króla. Podporządkowanie się państwa Jego prawu. Dziewięć piątków, Pięć sobót. Modlitwa, pokuta, jałmużna i post. Pan Bóg nie wymaga od nas niczego ponad nasze siły. Tylko swoich wybranych prowadzi drogą cierpienia, czasem niewyobrażalnego, by zbliżyć ich jak najbardziej do Siebie. Z miłości, którą pojmują tylko nieliczni, czystego serca.

0000-aaaaa-aaaaa-chrystus

Promulgując 11 grudnia 1925 roku encyklikę o społecznym panowaniu Chrystusa Króla Quas primas Pius XI zdefiniował „główny powód problemów, z jakimi zmaga się ludzkość”. Jest nim, zdaniem papieża fakt, że większość ludzi wyrzuciła Jezusa Chrystusa i „Jego święte prawo” ze swojego życia, nie ma dla nich miejsca ani w ich prywatności ani w życiu publicznym. Dokąd jednostki i państwa będą prawo to lekceważyć, mogą rozstać się z nadziejami na trwały pokój. Papież powtarza: „musimy szukać pokoju Chrystusa w Królestwie Chrystusa – PAX Christi in regno Christi”. Jest to fundamentalna prawda naszej wiary, dziś zapomniana jeszcze bardziej niż w początkach XX wieku.

Pius XI ustanowił także święto Chrystusa Króla widząc, że narody katolickie w swoich konstytucjach i systemach prawnych zdecydowały się na apostazję. Zmiana dokonana po ostatnim soborze – przesunięcie w Kalendarzu liturgicznym święta Chrystusa Króla na koniec roku liturgicznego oznaczała, że i w Kościele stwierdzono, iż uznanie panowania Chrystusa nad całym porządkiem społecznym nie jest wymogiem chwili, nie jest obowiązkiem katolików, ale ma się dokonać dopiero „na końcu czasów”. Zmiana konkordatów państw katolickich – dokonywana po soborze na wniosek Stolicy Apostolskiej – i usunięcie z nich gwarancji państwa dla chronienia wiary katolickiej, dopełniło dzieła.

Dla współczesnego człowieka wychowanego – nawet jeśli jest katolikiem – na „prawach człowieka”, „godności człowieka”, „wolności religijnej”, czyli przekonaniu, że „wszystkie religie są równe” – nawet, jeżeli nazywa się to obecnością w każdej z nich „ziaren prawdy” – jako kwintesencji najwyższego dobra moralnego i cywilizacyjnego, wszystko to jest dość abstrakcyjne. Dla jakiej przyczyny człowiek i społeczeństwo poddani są władzy Chrystusa Króla? Dlaczego mówi się o „społecznym panowaniu Chrystusa”? Łatwo dziś zapomnieć, że Bóg jest Stwórcą – teoria ewolucji wciąż jest uprzywilejowana i całkowicie dominuje w edukacji, jej zwolennicy brylują w nauce i mediach nie napotykając na żaden opór, na zdecydowane kontrargumenty – a między Stwórcą a stworzeniem muszą panować właściwe relacje. Nie jakiekolwiek relacje. Tu nie ma miejsca na „partnerstwo”, ani na mgliste nadzieje, że Panu Bogu prawdopodobnie „jest wszystko jedno”.

„Bez Niego nie istnielibyśmy. Zawdzięczamy Mu wszystko, a On nie zawdzięcza nam niczego. Stworzenie ma absolutny obowiązek kochać swojego Stwórcę i okazywać Mu posłuszeństwo”, przypomina amerykański publicysta Michel Davies. „Ten obowiązek jest bezwzględny; nie można mówić o żadnym prawie jakiegokolwiek człowieka do wstrzymywania się kiedykolwiek od jego wypełniania”. Jak ten fakt wyjaśnić współczesnym? Potrzebna jest głębsza refleksja o naturze państwa i naturze władzy. „Kościół zawsze zwracał uwagę na fakt, że państwo, posiadając pewna autonomię i dążąc do doczesnego dobra wspólnego, musi jednak zawsze prowadzić do osiągnięcia najwyższego dobra, którym dla każdego jest zbawienie i oglądanie Boga”. Stąd konieczność troszczenia się przez państwo „o świętość i całość religii, która człowieka z Bogiem jednoczy”, jak ujął to Leon XIII.

Nie skądinąd, tylko od Boga

Papież ten w encyklice Immortale Dei wyjaśnia sens twierdzenia, że wszelka władza pochodzi od Boga: „Wrodzoną jest człowiekowi rzeczą żyć w społeczeństwie, w odosobnieniu bowiem nie może on zaspokoić niezbędnych potrzeb życiowych, ani umysłu i serca odpowiednio wykształcić; z Bożego więc rozporządzenia rodzi się do uspołecznienia rodzinnego i także państwowego, w którym dopiero wszystkie wymagania ludzkiego życia zupełne znajdują zaspokojenie. A że nie może istnieć społeczność bez jakiegoś zwierzchnika, który by wszystkich skutecznie i jednakowo do wspólnego zadania kierował, wynika stąd, że polityczna społeczność ludzi wymaga zwierzchniej władzy i ta przeto, równie jak sama społeczność, z natury, a więc i od Boga pochodzi. Stąd wynika, że władza polityczna jako taka jest jedynie od Boga. Bóg jeden albowiem jest prawdziwym i najwyższym wszechrzeczy Panem, któremu wszystko, co istnieje podlegać musi, a przeto ci, którzy jakąkolwiek posiadają władzę, nie skądinąd, tylko od Boga, najwyższego Władcy ją mają. Nie masz zwierzchności, jeno od Boga”.

Takie są faktyczne źródła autorytetu władzy. Chrystus jest źródłem wszelkiego autorytetu na ziemi. Jesteśmy jednak bardzo podatni, by ten obowiązek służenia Bogu, tak przez państwo, jak i przez jednostki lekceważyć, odrzucać, a wręcz wyśmiewać. Zamiast myślenia kategoriami państwa i jego racji stanu przyjmuje się wygodniejszą, nie wymagającą od człowieka wiele, perspektywę postrzegania „rodziny ludzkiej”, „ludzkości”, „społeczności międzynarodowej” jako czegoś wyższego i godniejszego większego wysiłku niż chrześcijańskie społeczeństwa i narody. Kiedy ludzie sprawujący władzę porzucają obowiązek „oddawania Bogu co boskie” pojawia się chaos i nieporządek, „chaos i nieporządek zaprowadzony po raz pierwszy przez Lucyfera, jedno z najwspanialszych Bożych stworzeń, który, zwyciężony przez pychę, chlubił się: Nie będę służył”. Obrona państwa to także obrona wiary jego społeczności, na przykład przed atakami islamu, co zdają się dobrze rozumieć nasze obecne władze polityczne.

Tak naprawdę najistotniejsza jest tu kwestia rozeznania celu. Co jest celem ludzkiego życia? Dlaczego istniejemy? Co jest celem istnienia państwa? Społeczne panowanie Chrystusa nie może stać się faktem bez współpracy państwa i Kościoła, bo oba te podmioty istnieją z woli Boga i mają konkretne zadania, które wykraczają poza horyzont doczesności. Dziś, w roku Rocznicy Chrztu Polski prawda ta staje się powoli oczywista zarówno dla najwyższych politycznych władz naszego państwa jak i dla biskupów. Wydaje się, że wielu ludzi wierzących intuicyjnie czuje tę konieczność. Źródłem władzy nie jest bowiem lud. Głosi to dobitnie nauka Kościoła. ”Omnis potentat a Deo – wszelka władza pochodzi od Boga”. To rewolucjoniści ogłosili, że wszelka władza ma źródło w woli ludu. Bardzo długo, popadając w wiele tragicznych błędów, wynajdując wiele zręcznych wykrętów i wybiegów, zapuszczając się w ślepe uliczki ideologii materialistycznej, liberalizmu i naturalizmu społeczność katolicka oczekiwała na chwilę, gdy fałsz ten zostanie publicznie odwołany.

Pewność co do miłości

Każdy rozsądny człowiek wie, że by normalnie funkcjonować, wypełniać swoje zadania, nie potrzeba wcale posiadać dużo rzeczy (dziś chcemy mieć bardzo dużo rzeczy). Potrzebny jest natomiast lad, porządek w rzeczach. Ułożenie ich tak, by nie wpychały się do naszej codziennej życiowej przestrzeni jedna przez drugą, by można było łatwo z nich korzystać. Podobnie jest z władzą. Ona też musi być „dobrze ułożona”. Człowiek wierzący nie może zapominać o hierarchii. Nie można udawać, że nie istnieje szczyt tej hierarchii i tam, na górze „nie ma nikogo”, lub „nie wiadomo, kto tam jest”. To naiwne, krótkowzroczne, infantylne. To drwina z umysłu człowieka.

Jesteśmy jako Polacy szczęśliwym krajem. Mamy przed sobą szalone perspektywy. Bo mamy Ojca i Matkę, o których wiemy, że kochają. Dzieci, które mają rodziców, którzy nie potrafią ich kochać, nie są szczęśliwe. Wciąż chcą udawać kogoś innego. Źle czują się we własnej skórze, usiłują zasłużyć sobie różnymi sztuczkami na miłość. Udowodnić, że na nią zasługują. Czasem robią tysiące głupstw, żeby tylko ktoś, kogo mają za ojca i matkę ich pokochał, lub choćby zwrócił na nie uwagę. Zauważył, że istnieją. Jaki to okropny ból, gdy rodzice nie kochają dzieci, lub kiedy nie potrafią im tego okazać i gdy one sądzą, że nie są kochane.

Z Polakami jest inaczej. Oni – nie wszyscy zapewne, ale wciąż duża grupa – co do miłości mają pewność. Ich Ojciec to Bóg. Ich Matka to Matka Boga. Czy dlatego, że Polacy są lepszymi katolikami niż inni? Nie, nie są lepszymi. Ale nie dali w sobie zabić wiary w Boga, który jest Trójcą, trzema Osobami Boskimi, które łączy miłość. Wiara w Boga osobowego uskrzydla człowieka. Wiara w boga bezosobowego, boga tożsamego z Kosmosem, materią, wiara w zimny absolut, który nie ma twarzy, nie ma serca, który nie potrafi kochać, który ewoluuje i stanie się kiedyś „doskonały”, to nieszczęście. Przytrafia się to nieszczęście różnym pobożnym mędrkom.

Chrystus Król

Chrystus Król

Skoro zadaniem Kościoła jest wspierać państwo – także broniąc prawdy w polityce, bo nie jest ona przecież zamknięta w sferze ezoterycznej – tak jak zadaniem państwa jest wspierać Kościół, czynnie broniąc praw ludzi wierzących, trzeba włożyć nieco pracy w uporządkowanie podstawowych pojęć dotyczących państwa. W tej dziedzinie panuje bowiem po dziesięcioleciach komunizmu wyjątkowy zamęt. Zarówno prezydent, jak szef rządu, minister Obrony Narodowej, Antoni Macierewicz próbują to nieodzowne porządkowanie pojęć na różnych polach w naszym kraju przeprowadzać. Czasem nawet wobec „jedynych czysto polskich i katolickich” instytucji.

Pełne kościoły podczas rekolekcji przed Świętami Wielkanocnymi, kilometrowe kolejki przed konfesjonałami, ludzie na kolanach przed Bogiem… Czy to wszystko jest bez znaczenia dla życia publicznego w naszym państwie? Wiara sobie, polityka sobie? Nie, politycy, którzy są katolikami także wiedzą, że wiara to nie sentymenty, nie uczucia, przeżycia i nastroje. Mamy Ojca, mamy Matkę. Jesteśmy kochani. Nasz Ojciec jest Bogiem. Nasz Bóg jest Zbawicielem świata. Nasz Zbawiciel jest prawdziwym Królem. Tym, którego nie chcieli Izraelici, którego wyszydzili, zdradzili i ukrzyżowali.

Mamy Matkę, która jest Królową. Zapominamy o tym w chwilach wielkiej udręki. Mało kto być może dziś przypomina sobie, że dziesięć lat temu hołd tej Królowej, w Katedrze Lwowskiej, przed ołtarzem, gdzie modlił się Jan Kazimierz i przyjmował Ją uroczyście jako Królową Polski – dzielił się z Nią swym królestwem – złożył prezydent Lech Kaczyński. Odnowił śluby Jana Kazimierza wobec kardynała Mariana Jaworskiego. Było to 1 kwietnia 2006 roku, w 350. rocznicę Ślubów Lwowskich króla Jana Kazimierza w tej samej katedrze.

Kiedy się ma Ojca i Matkę, gdy Oni są Królem i Królową, i gdy się o tym wie, jest się szczęśliwym narodem. Wielu cudzoziemców tak nas właśnie postrzega, jako ludzi szczęśliwych. Dlatego właśnie, że w Polsce wciąż istnieje, oparte o tę świadomość, poczucie celu życia oraz sensu wysiłku – podejmowanego także na rzecz państwa – hierarchowie porzucają 19 listopada ideologie, które przyplątały się w ostatnich czasach do Kościoła. Radykalnie odpierają pokusę filozoficznego idealizmu. Rozliczają się z ideologicznym potworkiem praw człowieka ignorujących prawa Boga i zarazem z potworkiem nacjonalizmu, skrywającym upodobanie do tradycji bez Boga, do pierwotnego sacrum bez Boga. Można mieć też nadzieję, że niektóre rozgłośnie katolickie w końcu przestaną straszyć i zanudzać słuchaczy tym, że wokół panuje zgnilizna, i jest tak źle, tak beznadziejnie, że nigdy już dobrze być nie może. (Inteligencja zdradziła, politycy zdradzili…) Te zaklęcia w Polsce brzmią fałszywą nutą.

Kościół, który odrzuca posoborowe miazmaty uczy wiernych lojalności wobec państwa. Wiara katolicka daje gwarancję, że miłość do ojczyzny nie będzie czystym sentymentem, a poświęcenie dla państwa nie będzie tylko poświęceniem dla poprawy bytu materialnego, czy godnych warunków życia. Dobre ułożenie hierarchii spraw i celów jest podstawą dla nadziei, która sięga dalej niż codzienne poczucie bezpieczeństwa i pełna miska. Jeśli państwo wspiera misję Kościoła, oddaje Bogu to, co należy do Boga.

Intronizacja Chrystusa w Polsce – czyli przyjęcie Jezusa Chrystusa za Króla i Pana – jest właśnie wypełnieniem tej misji. Nasi rodacy już w 1791 roku, pisząc Konstytucję 3 Maja, nie mieli żadnych problemów ze zrozumieniem tego zaszczytnego obowiązku.


Tekst opublikowany w tygodniku Plus Minus (19. XI. 2016 ).

Możliwość komentowania jest wyłączona.