Krótka historia globalnej wioski

Posted on 23 stycznia 2021 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Porządkowanie pojęć

Mam sąsiada, który zawsze z uroczystą miną zasiada przed telewizorem, gdy są na świecie kataklizmy, trzęsienia ziemi, tajfuny i powodzie. A także napady i zamachy. Wybuchy bomb i spadające samoloty. Poza tym telewizja go nie ciągnie. Ale patrzeć, jak gdzie indziej wszystko się wali – a tu u nas, proszę bardzo: domy stoją jak stały, ściany się nie rozpłaszczają, sufity nie pękają jak skorupki od jajek, drzewa i samochody nie fruwają nad głową – to jest coś! Sąsiad czuje przyjemne mrowienie w plecach i zasypia z błogim uśmiechem na ustach. 

Życie przekonało go, że jest wielkim teatrem, a on skromnym widzem. Tkwi w tym teatrze gdzieś na odległej galerii przez nikogo nie niepokojony. Tu, w tłumie na widowni czuje się doskonale. Nie ma wpływu na nic, wszystko, co się dzieje się wokół – rzeczy ważne i mniej ważne – przebiega bez jego udziału. On nie ma pretensji do niczego, nikt też nie upomina się o niego. Taki spektakl, który ogląda sobie zupełnie za darmo wywołuje raczej przyjemne emocje.

Mój sąsiad nie wie być może, że dla niektórych wielkich ludzi tego świata jest kimś ważnym; choć jest tylko fragmentem wielkiego tłumu. Nie ma twarzy. Jest atomem. Mało przydatnym na co dzień, ale można z tego atomu wycisnąć wiele w momentach specjalnego napięcia, o którego wzrost przecież zawsze można się postarać. Tłum to nie to samo co lud czy naród. Jest idealnym narzędziem w ręku nawigatorów sterujących przypływami i odpływami ludzkich mas. Łatwo przekształca się w motłoch. Potrafi rosnąć, pączkować i potężnieć w oczach. Potrafi grzmieć i wymierzać ciosy, podatny na epidemie złudzeń, którymi sensacyjne media karmią mieszkańców dzisiejszych miast, jak by powiedział Chesterton.

Panowie (ostatnio też i panie), którzy mimo, że ich ubrania, fryzury i samochody są nienaganne, przerzucają się okrzykami wziętymi z gwary więziennej, gdy chcą poruszyć sprawy ważne dla świata i Europy – dla „szczęśliwej i pokojowej przyszłości ludzi” (ludzkości), tak właśnie wyobrażają sobie idealne społeczeństwo. Każdy z nas dla nich jest – a w każdym razie powinien być – typem sąsiada, który lubi oglądać trzęsienia ziemi i zagryzać kanapką. Dlatego i oni są spokojni. I oni zagryzają kanapką – czymkolwiek by ona nie była – nie tylko wydarzenia, które stanowią sens istnienia mediów i poruszają wyobraźnię milionów ludzi, ale i te, które wywołują prawdziwe trzęsienia ziemi w gabinetach i w redakcjach. Big Tech ma dla tych ostatnich zawsze świeże propozycje i nieustannie czuwa. Wychowuje pracowicie te masy. Gdy więc od czasu do czasu beznamiętny spokój „atomów” przekształca się w dziką furię, gdy okazują się oni być amatorami współczesnych igrzysk, jak szturm na Kapitol, uliczne samosądy i podpalenia, rabunki, gwałty, ataki na policję – rodzi to beztroski spokój i dobry humor ludzi w drogich garniturach i na najważniejszych w naszym świecie posadach. Tych, którzy podejmują decyzje.

 

Jean-Charles Maissonier – Wiejski festyn

Prawdziwe utrapienia

Ludzie w typie mojego sąsiada nie przystępują zwykle do wyborów. Szkoda im czasu na analizowanie czegokolwiek. Korowód postaci, jakie przesuwają się przed ich oczami na ekranie i na szpaltach gazet, nie interesuje ich specjalnie. Wszystkie są do siebie podobne jak dwie krople wody. Nuda, aż zęby bolą. Chyba, że zdarzy się ktoś w rodzaju kobiety z brodą, czy mężczyzny przebranego za kobietę (jest ich jednak coraz więcej i nie stanowią już atrakcji). Piesek sąsiadki nasiusiał na wycieraczkę, to ich boli. Nad ich głową nie fruwają jeszcze drzewa i dachy domów, ale śmieciarz nie opróżnił kubłów, czego wynikiem była mała apokalipsa na całym podwórku.

Lęk takiego człowieka przed zawaleniem się czegokolwiek na widowni jest o wiele większy niż lęk przed trzęsieniem ziemi na scenie. Kurtyna przecież wcześniej czy później opadnie z łoskotem, aktorzy – wraz z dekoracjami gabinetów, parlamentów i organizacji międzynarodowych – zapadną się pod ziemię w kłębach dymów i na powierzchnię wyłoni się nowy ich garnitur, z olśniewającym uzębieniem, świeżym makijażem, przy akompaniamencie fanfar… Taka jest kolej rzeczy. Groźny naprawdę może być tylko przeciąg na widowni, czy kaszlący dziadek w fotelu obok.

Blaszana przykrywka dla chaosu 

„Skutkiem oddzielenia duszy od ciała nie jest ciało bez duszy, lecz rozkład”, mówił abp. Fulton John Sheen, „skutkiem oddzielenia religii od społeczeństwa nie jest zsekularyzowane społeczeństwo, lecz chaos. Historia dowodzi, że społeczeństwo, które ignoruje religię, nigdy nie staje się społeczeństwem areligijnym; staje się ono społeczeństwem antyreligijnym”.  Słowa te padły w Ameryce w latach 50. XX wieku. Nikt jeszcze nie śnił o tym, że socjalizm – tak samo jak kapitalizm i w końcu demokracja parlamentarna – przy umiejętnym zarządzaniu i sterowaniu masami ludzkimi – przemieni ludzi w niemal idealne społeczeństwo niewolników zarządzane przez klasę pieniądza. Tę lepszą kastę.

 

Martin-Amoig, – Przez wieś

 

Demokracje dzisiejsze szczycą się tym, że są tolerancyjne i otwarte. Że są państwami neutralnymi światopoglądowo. Bo też i konkordaty, jakie ich rządy zawarły ze Stolicą Apostolską w sposób jasny i dobitny o tym mówią. Nie ma religii panującej, którą państwo – otwarte, tolerancyjne, nowoczesne, popierające pokój – chciałoby wyznawać i chronić. Zwłaszcza, gdyby miała nią być religia katolicka. Ale „świecki porządek nigdy nie znajduje się w próżni; nigdy nie jest neutralny”, zauważa abp F.J. Sheen. „Jeśli obywatele danego kraju porzucają religię i obowiązek oddawania Bogu tego, co Boskie, wówczas Cezar natychmiast zaczyna twierdzić, że nawet Bóg wywodzi swoją władzę od Cezara”. Gdy patrzy się na ludzi o nienagannym uzębieniu i równie nie budzących wątpliwości krawatach – w Brukseli, Paryżu, Berlinie czy Waszyngtonie – których język nie jest językiem żadnego z prawdziwych bohaterów historii, żadnej postaci literackiej, a nawet nie przypomina języka dyplomaty czy urzędnika państwowego z II Rzeczypospolitej, nawet języka policjanta, pracownika poczty, leśnika czy kolejarza w tamtych czasach, jest językiem gładkim, zaokrąglonym i kompletnie pozbawionym treści – trudno oprzeć się wrażeniu, że scenariusz tej sztuki dotyczy dzieci przebranych za dorosłych. Dzieci, które bawią się w państwo globalne. Dziwne jest tylko to, że dzieci te rzadko się uśmiechają – o ile nie ma obok kamery czy fotoreportera – i że wyczuwa się w nich olbrzymie napięcie. Ktoś odebrał im dzieciństwo.

„Zorganizowany ateizm dzisiejszych czasów jest zatem projekcją nienawiści wobec samych siebie, gdyż żaden człowiek nie nienawidzi Boga nie nienawidząc najpierw samego siebie” (abp. F. J. Sheen). Obiecywany „pokój”, czyli w naszym wypadku nowy „ład demokratyczny” jest niczym innym jak permanentną wojną toczoną przeciw zasadom Ewangelii. A więc także wojną wydaną państwom i narodom. Jeśli ludzie Kościoła nie przestaną udawać, że tego nie widzą, widownia, na której tkwią, zawali się pewnego dnia z hukiem, wraz ze sceną. Udawanie zaś oznacza przyzwolenie na moralną dwuznaczność, a także brak zdecydowanego poparcia dla jedynego ugrupowania w naszym kraju, dla Prawa i Sprawiedliwości, które toczy prawdziwą – nie medialną tylko, nie propagandową i nie tę praktykowaną jedynie na ulicach – wojnę w obronie społeczeństwa, przeciw zasadom zdemoralizowanych pajaców przebranych za polityków. Naszych rodzimych i zagranicznych pajaców.

 

Szymanowski – W huculskiej chacie

Gdy wartością staje się cokolwiek

Można codziennie łkać, jak czynią to niektórzy duchowni, że jest w Polsce bardzo źle, że osiągnęliśmy dno, i jednocześnie pogłębiać pracowicie chaos w państwie, wprowadzając na scenę nic nie znaczące ugrupowania, przedstawiając je jako poważne siły, prawicę, patriotów, katolików. Wszystko w imię dialogu. Dialog to wartość sama w sobie. W krainie mgieł i obłoków, w której ludzie ci zamieszkali, a z której wyparto Boga w imię człowieka, wartością staje się cokolwiek. Przykładem rekolekcje prowadzone kilka lat temu w różnych polskich parafiach przez Szymona Hołownię.

Kryzys polityczny nie jest nigdy niezależny od kryzysu wiary. Kryzys wiary jest wynikiem zaniku myślenia o Bogu w sposób realistyczny. Także i o sobie samym i o swojej przyszłości. O tym, że oprócz doczesności, która ma swoje materialne granice, istnieje wieczność. Są rzeczy ostateczne. Lutrowi bardzo zależało, by w Europie zniknęło pojęcie Osoby Boga. W jego systemie Jehowa staje się człowiekiem. Bóstwo staje się człowiekiem. To znaczy – natura Boska staje się człowiekiem. Jeden Byt staje się drugim bytem. Ale Polacy są w większości katolikami. W Polsce nie ginie świadomość, kim jest Bóg. W Polsce nie da się tak łatwo pomieszać bytów, ośmieszyć dobra i świętości przez wymieszanie go ze złem i bezbożnictwem. Tu kłamstwo nie przechodzi bezboleśnie. Dlatego Albicla.com jest dziś takim postrachem. Może być ona bowiem nie tylko forum wolnej wymiany informacji i myśli, ale także – a może przede wszystkim – czymś na kształt dawnych zrzeszeń ludzi równych i wolnych. Wolnych, bo posiadających najmniejszą choćby własność, nawet gdyby był nią – jak niegdyś – tylko warsztat garncarski, stolarski czy tkacki. Czymś takim były cechy rzemieślnicze w średniowieczu. W naszych czasach zastąpiły je związki zawodowe, których jedynym chyba godnym przypomnienia przykładem była Solidarność. Dziś tą najmniejszą własnością może być nie tylko  warsztat, ale własność intelektualna, dorobek artystyczny, zachowana zdolność trzeźwego, krytycznego myślenia i chęć działania. Twórcze podejście do życia.

 

Adolf-Charles Marais – Wieczorne dojenie

 

Cechy kładły kategoryczny nacisk na system równej płacy i równego traktowania. Żaden z ich członków nie mógł stać się wyzyskiwanym niewolnikiem; dziś niewolnictwo gwarantuje m.in. nierówny dostęp do informacji, nowa cenzura. Zadziwiać może jeszcze jedna właściwość społeczności cechów, wysoki poziom umiejętności fachowych. Chesterton nie wahał się stwierdzić na początku XX wieku, że dziś jeszcze można je podziwiać „w narożnikach walących się budynków i w barwach połamanego szkła. Nie ma dziś artysty ani krytyka sztuki, który by nie przyznał, bez względu na odległość dzielącą jego własny styl od gotyku, że owe czasy przejawiały uniwersalny smak artystyczny przy kształtowaniu przedmiotów codziennego użytku. Przypadek zachował  najzwyklejsze ławki i krzesła, garnki i rondle o tak wdzięcznych kształtach, jak gdyby właścicielami ich były rusałki. Rzeczy te wytwarzano bowiem w kraju niesłychanie, w porównaniu z następnymi ustrojami, fantastycznym, bo w kraju wolnym”.

 

A. Maissner – Narodziny jagnięcia

 

Znamienne, że globalizacji towarzyszy coraz większa szpetota wnętrz i fasad – przy ambicjach ich projektantów, by były prawdziwymi pomnikami pychy ich użytkowników – oraz tandetność wszelkiej sztuki. Zanik literackiego języka w mediach, wulgaryzacja mowy codziennej, brutalność komunikatów, agresja słowna.

Dlatego właśnie, że Polacy skłonni są do takich wyskoków jak  Solidarność czy Albicla,com, tyle problemów ma Unia Europejska i jej agendy, by uporządkować w naszym kraju i oczyścić scenę i widownię zarazem. Zamieszanie robi zawsze Prawo i Sprawiedliwość. Źle wykształceni Polacy głosują na PiS. Głupie kobiety modlą się w kościołach. Tępe matki bronią lekarzy, którzy nie chcą zabijać dzieci. Beznadziejni prostacy wyciągają różaniec. Głupie pielgrzymki kilometrami suną w upale na Jasną Górę.

A teraz ci cholerni głupcy jeszcze umówili się, że nie będą korzystać z Facebooka. Że mają w nosie Google i Amazona, które przecież łączą wszystkich ludzi i wyznaczają kierunek postępu. I to za nasze pieniądze! Łączą – by nikt nie myślał na własny rachunek. A najlepiej w ogóle nie myślał, bo to bywa męczące. Więc ci głupcy zakładają swoje portale, chcą się komunikować za naszymi plecami. Niewdzięcznicy. Chcą z nich uczynić swoją fortecę i wsadzić w środek Kaczyńskiego. Oni zrozumieli, że najważniejsze jest, kto narzuca stadom ludzkim narrację, kto, mówiąc wprost, prowadzi bal.

 

Wincenty Wodzinowski – Odpoczynek żniwiarzy

Big Tech nie zaknebluje świata

Jak przepowiadał abp Sheen (którego proces beatyfikacyjny został niedawno zablokowany przez zjednoczone siły postępu): „Nowożytni myśliciele niemal powszechnie uważają, że świat jest wiecznym miastem [lub globalną wioską – przyp. EPP] i celem samym w sobie, a nie środkiem prowadzącym do celu. Z uznaniem cytują okrzyk Swinburne`a: »Chwała człowiekowi na wysokościach«. (…) Ziemia [ich zdaniem] musi odzyskać swoje prawa, ponieważ ziemia jest rajem i celem człowieka”. Natomiast „ludzie, którzy przejawiają Bożą mądrość zawsze rozwścieczają tych, których mądrość jest z tego świata, ponieważ ZAWSZE postrzegają oni rzeczy z Bożego punktu widzenia. Ludzie zeświecczeni chętnie pozwolą każdemu wierzyć w Boga, lecz tylko pod tym warunkiem, że wiara w Boga nie będzie znaczyła nic więcej niż wiara w cokolwiek. Zezwalają oni na Boga pod warunkiem, że Bóg nie ma znaczenia. Lecz traktowanie Boga serio jest właśnie tym, co czyni człowieka świętym”.

Mój sąsiad, człowiek dobrotliwy i pobożny, bezgranicznie przy tym leniwy, a zarazem srogi jak lew, gdy strzec mu przychodzi swojego królestwa codziennej nudy i zapyziałości na IV piętrze bloku, broni się przed tym rękami i nogami.

______

Tłumaczenie tekstów F. J. Sheena Izabella Parowicz

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.