Królem być! Czyli, co robimy z wiedzą, że Bóg jest

 

Tylko Kościół, ponieważ jest Boski, nakazuje najmędrszym ludziom stać się jak dzieci u jego stóp i obdarza małe dzieci mądrością starożytnych. (Robert H. Benson) 

Byli uczonymi, pasjonatami nauki, przetrwali w Tradycji jako Królowie. Trzej Mędrcy, zwani w tradycji Królami, byli ludźmi trzeźwo myślącymi i dogłębnie analizującymi rzeczywistość, świat widzialny – streszczam kazanie, jakie usłyszałam dziś rano. – Posiadali narzędzia do poznawania świata widzialnego, mieli głęboką kulturę ludzi epoki starożytnej. Wiedzieli, że Bóg jest – tak jak wie każdy człowiek, który uważnie obserwuje świat. Widzi jego piękno, harmonię, doskonałość, życie.

Wyposażeni w wiedzę, której poszerzaniem są pasjonowali, dobrze znali się na gwiazdach. Skoro dostrzegli zastanawiający znak na niebie i pojęli jego treść, postanowili iść za znakiem, podjąć ryzyko podróży w nieznane. W obliczu znaku nie potrafili pozostać na pozycjach zachowawczych, rozkoszować się wygodnym życiem, wysoką pozycją społeczną, codziennym komfortem. Wybrali niewygody, trudy i niebezpieczeństwa dalekiej podróży.

Byli poganami, ale zarazem ludźmi czynu, mężnymi, konsekwentnymi, odważnymi. Ich umysły domagały się prawdy.

(Byli kimś w typie Krzysztofa Kolumba – dodaję to już od siebie – najprawdopodobniej zresztą Polaka, syna króla Władysława Warneńczyka – Bo Kolumb także „najpierw dowiódł, że za Atlantykiem musi być ląd, a później użył tego samego rozumu, aby zweryfikować swe odkrycie. Jednak bez najwyższego aktu wiary pomiędzy tymi dwoma procesami, bez tego niemal zuchwałego momentu, w którym pierwszy w Europie podniósł kotwicę, rozum nigdy nie wyszedłby poza spekulatywne teoretyzowanie. Wiara uczyniła dla niego realnym to, co rozum sugerował. Wiara spełniła to, o czym rozum mógł jedynie śnić.” (Robert H. Benson))

Andrea Mantegna - Pokłon Trzech Kroli

Andrea Mantegna – Pokłon Trzech Kroli

Ich przeciwieństwem jest Herod. Drobny „królik”. Choć był marionetką w ręku Cezara, posiadał zdumiewająco duże ambicje. Chciał zawsze mieć to słodkie poczucie, że jest jedyny, niepowtarzalny. Niezmiennie uwielbiany, czczony, podziwiany. Dlatego tylko, że posiadał tę odrobinę władzy. Trząsł się na myśl o odebraniu mu jej, a choćby uszczupleniu.

Uczeni w Piśmie to jego mentorzy. Do nich zwrócił się, by zweryfikować prawdziwość wieści o narodzinach Mesjasza, jakie przekazali mu Królowie ze Wschodu. Tak, jego mentorzy, religijne autorytety, posiadali wiedzę o Bogu. Pewną, gwarantowaną przez Pismo. Wiedzieli dokładnie, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Cóż z tego. Oddali się na służbę zwykłemu przebiegłemu pyszałkowi, który nie chciał znać prawdziwego Boga. Więcej, postanowił zgładzić Go, wraz ze wszystkimi Jego rówieśnikami, nowonarodzonymi. Wiedział, że to Bóg, bo wierzył Pismu i tym, którzy je wykładali. Nie ustrzegło go to jednak przed zbrodnią wynikającą z pychy. Uznał Boga za swojego konkurenta. Uwielbienie siebie było jego prawdziwą gwiazdą; jedyną, w którą był zapatrzony. 

Herod był ślepcem. Oślepiała go własna pycha. A faryzeusze i uczeni w Piśmie byli tchórzami, koniunkturalistami. Im także na nic nie przydała się wiedza o Bogu. 

„Nie mogę być przecież bardziej katolicki od papieża”, mówi sobie niejeden z nas, gdy chce usprawiedliwić się przed sobą, że nie podejmuje żadnego czynu, który dyktuje ludzkie i religijne zarazem pragnienie ukazania prawdy o Bogu w Jego Kościele. Obowiązek dochowania wierności bywa trudny i niewdzięczny. Mamy alibi! Mędrcy ze Wschodu nie mieli tego problemu. Herod kazał im wrócić do siebie i opowiedzieć dokładnie o miejscu, w którym przebywa Dzieciątko – Bóg wcielony, Król Izraela. Nie uczynili tego. Zyskali skarb największy, wiarę płynącą z Objawienia. Bali się tylko Boga. 

Nie Kościół jest święty, tylko ja 

Kogoś podobnego do Heroda, ale i swoiście podobnego do uczonych w Piśmie, opisuje Vittorio Messori. Podobnego na sposób paradoksalny. Ten też wiedział, że Bóg jest. Wierzył jak najbardziej i na serio, ale miał swoją koncepcję. Swoją wizję władzy, danej mu przez Boga. Nie sprawował jej, choć było to jego obowiązkiem. Wolał marzyć. Marzyć o powszechnej sprawiedliwości, miłości bez granic i mądrości ludu, który jest tak szlachetny, że nie musi odwoływać się do żadnego autorytetu. Miłosierdzie bez sprawiedliwości, przyjęte jako dogmat, oraz mit o powszechnej równości, stały się początkiem końca jego królestwa, utorowały drogę rewolucji i rozpoczęły długi okres kruszenia cywilizacji europejskiej. 

„W następujący sposób historyk Pierre Gaxotte opisuje Ludwika XVI, tego króla, który swym odkładaniem decyzji, odrzucaniem działania zgodnie z wymogami chwili, wahaniem się między przyjęciem i potępieniem wydarzeń dopuścił do zwyrodnienia Rewolucji i skończył pod gilotyną, pociągając królestwo i całą Francję w ruinę. W gruncie rzeczy był to […] filozof na tronie, wstydzący się rozkazywać ludziom wolnym. Był tak dalece przejęty zasadami Fénelona i Rousseau, że w rok po wstąpieniu na tron zapisał się do nadwornej loży masońskiej. Ufał w dobroć ludzką i miał odrazę do środków przymusowych. Jako zaślepiony optymista, Ludwik XVI uparcie wierzył, że wszystko ułoży się samo według praw boskiej natury. Nie chciał przewidywać rzeczy gorszych i uciekać się do użycia siły, kiedy jeszcze mógł to uczynić. Jego liberalizm zaszkodził monarchii więcej niż metresy Ludwika XV i bankructwa Terraya”[1]

Joseph-Siffred Duplessis - Ludwik XVI w szatach koronacyjnych

Joseph-Siffred Duplessis – Ludwik XVI w szatach koronacyjnych

Wielu jest takich papierowych władców zachwyconych sobą, nie koniecznie świeckich. 

„To, co czuję – dodaje Vittorio Messori – jest może czymś niewłaściwym. Gdyby tak było, gotów jestem ponieść zasłużoną karę”. (Znany watykanista nie od dziś przejawia skłonność do ironizowania).

„Wydaje mi się jednak, że dostrzegam coś pokrewnego w tym człowieku, którego obowiązkiem jest sprawować władzę, a który wstydzi się rozkazywać; który ufa w dobroć ludzką; który jako zaślepiony optymista szuka przede wszystkim zgody, poklasku świata. Tego świata, którego przedstawicielami są (lub przynajmniej tak mówią) dziennikarze oraz intelektualiści.

Ależ tak, coś pokrewnego wielu współczesnym osobistościom. Niektóre z nich mają autorytet również w Kościele”.[2] 

Korona z kartonu na czole setek królów 

I trzecia możliwość, trywializowanie tej wiedzy i wiary, którą się posiadło z katechizmu, lekcji religii, domowego wychowania, przykładu rodziców, nauk głoszonych w kościołach. „Naukowe”, „profesjonalne”, nowoczesne trywializowanie to istotnie coś osobliwego. Może ono mieć postać, na przykład, hucznego, bogatego w rekwizyty i efekty teatralne ulicznego „świętowania” (Orszaki Trzech Króli).

Owszem, w czasach średniowiecza, gdy ludzie mieli bojaźń Bożą i modlili się w katedrach, nic w tego rodzaju widowiskach niestosownego z pewnością nie było, a Kościół przymykał oko na jaskrawość i przesadę ulicznych korowodów, wyrażających religijność ludu, spontaniczność i żarliwość jego uczuć.

Dziś rzecz przedstawia się inaczej. Dziś lekceważy się dogmaty jak nigdy w nowożytnej Europie. Zniekształca się ich treść w sposób wystudiowany, „akademicki”, rzekomo w imię postępu (ewolucji) i humanizmu a la Maritain (personalizm). Zawłaszcza i poniewiera się symbole. Podkłada się pod ustalone znaczenia odmienną treść. Drwi się z prawdy bibijnej. A ponadto każe się ludziom na każdym kroku „świętować” okolicznościową konsumpcję i czcić ją jak bóstwo. Teatr zaś, film i wywoływane przez nie przeżycia i emocje brać na serio, jako udział w rzeczywistym życiu.

Słowem, dziś można być na tysiące sposobów wyprowadzonym poza rzeczywistość. „Udziecinnionym”, „wykreowanym”, i całe swoje życie, poza pracą zawodową, zamienić, za pośrednictwem reklamy i rozrywki, mody środowiskowej wreszcie, w jedno wielkie szampańskie Wesołe Miasteczko. W paradę aktrakcji. Do tych atrakcji włączyć można kolędy, szopkę i gwiazdę, jako rekwizyty niewiele więcej znaczące niż czekoladowe jajko z niespodzianką na Wielkanoc.

„Każdy z uczestników otrzymał papierową koronę, śpiewniki i naklejkę”, czytamy w dzisiejszych relacjach z Orszaku Trzech Króli. Więc ilu tych królów właściwie jest? Ilu było? Tysiąc? Dwa tysiące? Kto jest bohaterem „ulicznych Jasełek”? Rzecz niby drobna, wręczenie połyskliwych koron maluchom i ich opiekunom, zmienia diametralnie „narrację” wydarzenia. Korona, symbolizująca, zgodnie z prawdą Nowego Testamentu, władzę, pozycję Mędrców, a więc zarazem rangę historyczną hołdu złożonemu Zbawicielowi przez świat pogański, okazuje się tyle warta, co śmieszna noworoczna czapeczka. Ta w kształcie rożka, z gumką pod głowę, którą rozdaje się w czasie imprez sylwestrowych.

„Na czele trzech pochodów tworzących orszak staną Trzej Królowie, reprezentujący trzy kontynenty. To oni prowadzą wszystkich [małych „królów” – EPP] z placu Zamkowego na Plac Piłsudskiego”, informują relacje na żywo.

Prawdziwi Królowie z pewnością nie wyrażali swoim pochodem ku Betlejem „różnorodności kultur” – co w czasie Orszaku beztrosko głoszono tu i ówdzie – tylko pokorę ludzkiego rozumu, który przyjmuje Objawienie Boga.   

Ta mieszanka firmowa – zwłaszcza prezentowana w Warszawie – nie służy więc niczemu innemu jak zabawie w kolorowym tłumie. Religijny „folklor” podporządkowany zostaje regułom popkulturowego widowiska. Sacrum miesza się z profanum – tylko w imię czego? W czasach wielkiego pojęciowego zamętu, gdy poprawność polityczna paraliżuje myślenie wielu ludzi wierzących i utrudnia trzeźwe oceny, także polityczne, usłyszeliśmy w jednej z relacji z warszawskiego Orszaku: „Wykonano m.in. kolędę Jezus Malusieńki ze zmienionym tekstem, który nawiązuje do sytuacji w ogarniętej wojną Syrii”. Hmm… Sięgnąć po tradycyjną kolędę, utrwalony wiekami poetycki przekaz treści doktrynalnej o Bożym Narodzeniu, by przedstawić własną wizję zadymy politycznej w arabskim kraju? Cóż, takie są reguły Wesołego Miasteczka, można pomieszać wszystko ze wszystkim. Brak tylko gabinetu luster.

Jeden z Czytelników napisał: „Wydaje się im się, że już następnym razem porwą tłumy dla Jezusa kolejnym koncertem albo jarmarkiem. U nas w parafii np. rozdaje się np. krówki osobom wychodzącym z Mszy… Widać wyraźnie, że nie rozumiemy po co odzyskujemy te katolickie święta, jak Trzech Króli. Gubimy po drodze istotę na rzecz akcydensów, albo na rzecz praktyczności. Jesteśmy powoli jak papież, który wzywa do głoszenia Chrystusa, ale nawrócenie kogokolwiek nazywa najgorszą zbrodnią”.

Dialog usłyszany dziś w Polskim Radio.  – A więc zostaliście Świętą Rodziną? – Tak. To jest Dzieciątko, na imię ma Krzyś… Jest też Rodzina Zastępcza.

„Piękna nowa tradycja w wielu miastach. Piękna jest ta szopka ponoworoczna, podobna do noworocznej w TVP”, napisał ktoś z internautów.  

Z obawy przed wiarą, z lęku przed rozumem

Robert H. Benson był konwertytą z anglikanizmu. Wcześniej pastor, po nawróceniu ksiądz katolicki. Był człowiekiem trzeźwego rozumu i gorącego serca. Gdy angażował się w obronę wiary, nie miał oporów przed używaniem  wielkich słów, ale wraz z nimi prostych, jasnych, i w swej prostocie głębokich, logicznych argumentów, które dziecko zrozumie. W Paradoksach katolicyzmu, jednej z najważniejszych swoich książek, zauważył całą grozę wzniosłości, wielkość i dramat, kryjące się w przyjściu na świat Zbawiciela. Wydarzenia, które dziś specjaliści od kultury masowej, pozbawieni subtelności właściwej katolicyzmowi, próbują przedstawić na modłę banalnego komiksu dla istot wyzutych z rodzimej kultury, którym trudno jest pojąć doniosłość prawd wiary. A prawdziwa kultura katolicka pełna jest właśnie nieznanych innym kulturom odcieni subtelności.

Robert Hugh Benson

Robert Hugh Benson

 

„Przyszedł, jak teraz wiemy, Boski Nauczyciel z nieba, aby dokonać Objawienia od Boga. Przyszedł mianowicie, aby żądać od ludzi najwyższego aktu wiary w Niego samego. On sam był bowiem wcieloną mądrością i dlatego żądał, jak nikt inny nie może tego żądać, najwyższej akceptacji Jego prawa. Zatem żaden postęp w Boskiej wiedzy, jak On sam nam mówi, nie jest możliwy bez tego początkowego aktu. Kto nie przyjmie królestwa Bożego jako dziecko, ten nie wejdzie do niego (Mk 10,15). Każda dusza, która ma otrzymać to nauczanie w Jego całości, musi najpierw przyjąć Nauczyciela i siąść u Jego stóp. Jednak nie przedstawił tego roszczenia wyłącznie na podstawie własnego, niepopartego niczym, słowa. Przedstawił, by tak rzec, Swoje listy uwierzytelniające. Wypełnił proroctwo. Czynił cuda. Zaspokajał poczucie moralności. Wierzcie Mi – mówił – przynajmniej ze względu na same dzieła (J 14,11). Zatem zanim zażądał fundamentalnego aktu wiary, od którego musi zależeć przyjęcie Objawienia, podjął trud uczynienia tego aktu wiary rozumnym. >Spójrzcie co czynię – powiedział faktycznie – obserwowaliście Moje życie, słowa i czyny. Teraz, czyż nie jest zgodne z rozumem, abyście uznali Moje roszczenia?<” 

W takiej sytuacji znajdujemy się my, katolicy w Polsce, po 1050 latach, jakie upłynęły od momentu Chrztu naszego państwa. Naprawdę, głupie są usiłowania, by uczynić z nas dzieci specjalnej troski, jak próbują to robić przeniknięci marksistowską drętwotą myśli teologowie, czy reżyserzy ulicznych Jasełek w stylu cyrkowo-operetkowym.

Mozaika z VI wieku w Bazylice St.. Apollinari Nuovo w Rawennie - Pokłon Trzech Króli

Mozaika z VI wieku w Bazylice St.. Apollinari Nuovo w Rawennie – Pokłon Trzech Króli

 

Tak, bogactwo Kościoła, w które wyposażył go sam Chrystus może być zbyt przytłaczające dla „głów pychą nadętych”, pozostających w odrętwieniu z powodu samouwielbienia lub przeciwnie, oddających się igrzyskom, by jakoś „zabić” ciążący im jak głaz czas, który jest od Boga.

„Czy to dziwnie”, mówi Benson, „że świat uważa zarówno wiarę, jak i rozum Kościoła, za zbyt skrajne? Albowiem wiara Kościoła wyrasta z jego Boskości, a rozum – z jego człowieczeństwa. A taki potok Boskości i takie wymowne człowieczeństwo, taka wspaniała ufność w Objawienie Boga i taka niestrudzona praca nad zawartością tego Objawienia są zupełnie niewyobrażalne dla świata, który w rzeczywistości obawia się zarówno wiary, jak i rozumu”. 

Czego pouczającą próbkę, dodajmy, okraszoną wieloma atrakcjami, migającymi gwiazdami, melodiami i wielbłądami, mieliśmy dziś na ulicach niektórych większych polskich miast.

Obawa, dodajmy, jest w pełni uzasadniona. Wiara jest potęgą, która jeszcze spaja ten świat. Jeżeli ktoś uważa, że obecność wiary na ziemi jest obojętne dla istnienia świata, jest w błędzie.

„Mędrcy, zwani też Magami, czyli Uczeni, którzy studiowali prawa przyrody i patrzyli w gwiazdy, dzięki mądrości, wiedzy, umiejętności obserwowania zjawisk astronomicznych dochodzą do wniosku, że we wszechświecie, w przyrodzie wydarzyło się coś absolutnie niezwykłego. Zawieszone zostały jej prawa (coś podobnego wydarzyło się sto lat temu w Fatimie: Cud Słońca). To coś może oznaczać tylko jedno: na ziemię zstąpił jej Stwórca.

Rozum dyktuje człowiekowi, który to odkrył jedyną możliwą postawę: skoro przyszedł Bóg, przed Bogiem trzeba się ukorzyć. Oddać Mu hołd. Pogańscy myśliciele wędrują setki kilometrów, by dokonać aktu uniżenia swoich umysłów przed Bogiem – Prawdą, i ofiarować Mu cenne dary. Są mądrzy, czyli pokorni. Mądrzy tak dalece, że nie peszy ich Postać tego Boga, który zstąpił na ziemię, widzą bowiem maleńkie Dziecko leżące wśród całkowitej nędzy. Jest nagie, ogrzewają Je tylko ramiona Matki i oddechy zwierząt. Uznają w Nim jednak prawdziwego Króla, który przybył na ziemię, >którego panowanie ogarnia nie tylko wszystkie narody, ale i cały wszechświat<. Klękają przed Nim, zdejmują z głów swe korony na znak, że wobec Niego są nikim i uderzają w ziemię czołem. Istotą wydarzenia jest ich pokłon. Wymowa tych gestów nie powinna być przez katolików zapomniana i rozmieniona na drobne emocje. To nie są dumni przywódcy ludu, czy jacykolwiek inni wodzireje ludzkości przekonani o swojej genialności. To nie są groteskowi władcy w aksamitnych butach na wysokich obcasach, z kokardą pod brodą. Mędrcy, którzy przybywają, według tradycji chrześcijańskiej, ze Wschodu, są pierwocinami narodów pogańskich. Za nimi w bramy Kościoła Chrystusowego wchodzą coraz to nowe ludy. W ten sposób spełnia się proroctwo Izajasza, jak mówi Mszał Rzymski z 1963 roku.

Ta zapowiedź jest jasna: na wiarę w Chrystusa nawrócą się wszystkie religie, wszystkie ludy. Jakkolwiek bylibyśmy skonfundowani dzisiejszą agresją politycznych sił w barwach islamu, czy zwłaszcza kryzysem Kościoła – taka jest kolej rzeczy. Mędrcy – Królowie symbolizują ludzkość, która używając rozumu rozpoznaje swojego Boga.

Na Imię Jezusa zegnie się każde kolano.” (Ten ostatni fragment przepisuję z mojego wpisu z 2015 roku).

 


W pierwszych sześciu akapitach (poza akapitem w nawiasie) streszczono fragment kazania, które wygłosił ks. Konstantyn Najmowicz FSSPX


Zachęcam do zapoznania się z interesującym tekstem:   http://przedsoborowy.blogspot.com/ 
(choć nie ze wszystkimi szczegółowymi tezami Autora jestem się w stanie zgodzić).


[1] Joseph Marie Terray – generalny kontroler finansów w czasach Ludwika XV

[2] Vittorio Messori, Przemyśleć historię. Katolicka interpretacja ludzkiego losu, Kraków 1992

Możliwość komentowania jest wyłączona.

  • Kalendarium wpisów

    Grudzień 2017
    N P W Ś C P S
    « lis    
     12
    3456789
    10111213141516
    17181920212223
    24252627282930
    31