Kroczę zamaskowany

Posted on 28 kwietnia 2013 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Porządkowanie pojęć

Zastanawia mnie przygniatająca ilość współczesnych filmów, których akcja toczy się w identycznej, pozbawionej wyrazu scenerii. Jedne z najbardziej charakterystycznych miejsc, gdzie rozgrywa się akcja współczesnego kina to przydrożny bar, pokój hotelowy czy  pędzący samochód, którego pasażerowie nie różnią niczym od miliona takich samych osób w samochodach przesuwających się miarowo po szarym pasie autostrady.

Banalna, odhumanizowana przestrzeń odpowiada banalności sytuacji, dialogów i osobowości bohaterów dzisiejszego kina. Gdzie podziali się prawdziwi bohaterowie? Gdzie są katedry, szczyty, wynalazki, batalie o prawdę, tragedie i zwycięstwa? Gdzie są postaci wyraziste, niepowtarzalne, zdolne do zachwytu i budzące zachwyt? Gdzie jest walka o wielkie sprawy? Gdzie jest piękno, które jest prawdziwe, które nie jest tylko maską podstępu, chęci zawładnięcia drugim człowiekiem? Seryjność, miałkość, prymitywna zmysłowość to znaki rozpoznawcze kinematografii, która prezentuje człowieka zredukowanego do intelektualnego prymitywa lub osiłka imponującego siłą swojej pięści, a która zastąpiła kino potrafiące inspirować, wzruszać, zajmująco opowiadać o sprawach niebanalnych.

Alfred Wierusz-Kowalski - Dożynki

Alfred Wierusz-Kowalski – Dożynki

To nie jest kwestia braku zdolności reżyserów i scenarzystów. To zamysł. Współczesna kinematografia kreuje obraz rzeczywistości, który już na dobre umiejscowił się w kulturze. Człowiek w  nim coraz bardziej się odcieleśnia, tracąc jednocześnie swoją niepowtarzalność i duchowy kształt. Bohatera z krwi i kości zastępuje ktoś, kto tylko udaje tamtego bohatera. Ale jest kimś innym. To człowiek – cień, którego doświadczenia są nieważne nawet dla niego samego. Złowieszcza nuda i banał nie wzięły się z przypadku. Są owocem rewolucji kulturowej, która zagościła w naszej części świata, a której zatrutym owocem jest postmodernizm. Czyli czysta umowność. Język, sztuka, relacje między ludźmi tracą ciężar gatunkowy, ulatuje z nich treść. Nic nie jest jasne i do końca zdefiniowane. Rzeczywistość istnieje jako labirynt, z którego nie ma wyjścia. Droga przez jego meandry nie niesie żadnych emocji, bo nie ma dokąd dojść. Brakuje celu.

Rewolucji dokonanej w kulturze udało się narzucić wielu ludziom przekonanie, że wszystkie wybory, jakich kiedykolwiek w życiu dokonali lub dokonają, mają taką samą wartość, są jakościowo równe. Skoro nie istnieje żadna ich hierarchia, to wszystkie są miałkie, pozbawione znaczenia. Rzeczywistość zostaje zastąpiona wytworami socjolingwistyki. „Postmodernizm tworzy nowy język, którego celem jest przekształcenie tego co istnieje w tekst wymagający interpretacji”, zauważył ktoś trafnie.

A zatem to, co istnieje realnie nie broni się już samo, poprzez swoją niepowtarzalną bytowość, nie jest godne afirmacji jako takie, bo znaleźli się fachowcy, którzy ponazywali rzeczy na nowo i wmówili ludziom, że dawne pojęcia nie odzwierciedlają już tej treści, którą niegdyś im się przypisywało. Co innego znaczy dziś rodzina, co innego zdrowie, szczęście, życie, śmierć, edukacja, dialog… Jest tylko jedna wartość, jedno kryterium, które jest nienaruszalne, nadrzędne w stosunku do pozostałych i przesądza o wszystkim: wolny wybór. Całkowicie i bezapelacyjnie wolny. Wybór czegokolwiek. Uważasz, że ochrona zwierząt futerkowych przed myśliwymi i hodowcami, albo roślin  przed deptaniem jest sprawą zasadniczą,  o wiele ważniejszą niż obrona życia człowieka? Masz prawo. Nie istnieją bowiem żadne prawdy, normy i wartości obiektywne. Są tylko twoje własne normy, ustanowione zgodnie z twoją zachcianką, nastrojem, porą dnia, fobią. I każdy sąd w ogarniętym przez rewolucję kulturową kraju będzie tego prawa skutecznie bronił.

Warto analizować sposób rozumowania ludzi, którzy są autorami tej eleganckiej, niewidzialnej pułapki i tych, którzy bezwiednie poddali się sterowaniu. Bo manipulacja może być skuteczna tylko na krótką metę. By się przed nią obronić trzeba poznać jej zasadę. Warto zrozumieć, w jaki sposób mniejszości udało się narzucić swoje zasady większości, co jest istotą każdej rewolucji.

Ta rewolucja jest cicha, rozegrała się bez rozlewu krwi, bez zamachów stanu, represji politycznych, przemocy, otwartej konfrontacji, bez naruszania zasad demokratycznych. Przeciwnie, demokracja bardzo jej sprzyjała. Było to możliwe, bowiem inżynieria społeczna od jakiegoś czasu jest  sztuką i nauką jednocześnie.

Kroczę zamaskowany (Larvatus prodeo), powiedział Kartezjusz, przypominając, że wojownik dobrze uzbrojony, to wojownik niewidzialny dla ogółu.

Pojęcia, które podsuwa nam rewolucja są jednak puste. Siłą rozumu nieskrępowanego przez ideologię, zdolnego do poznania Boga, siłą niezniszczalnych prawd wiary i skarbu Tradycji Kościoła oraz moralnego rozeznania, opartego na pojęciach czysto katolickich, siłą zdrowego rozsądku wreszcie, znajomości historii, a  także wypływajacą z tego wszystkiego odwagą (i świadomością, że istotnie, są rzeczy, o których filozofom się nie śniło…), bez trudu można to udowodnić.

Warto wydać walkę  tym pustym pojęciom, zaśmiecającym publiczną przestrzeń kultury, by uwolnić się od uzurpacyjnej władzy postmodernistycznej utopii.

Narracja czyli fantazja

Pamiętacie Państwo odkrycie jednego z tzw. autorytetów moralnych w trakcie pewnej publicznej dyskusji? Autorytet wykrzyknął z oburzeniem: „Pan gazet nie czyta? Nie wie pan, że istnieją fakty prasowe?”

Jak kto myśli, tak mówi. Okrzyk pana z tytułem profesorskim rozpoczął epokę faktów prasowych. Dziś miękko przechodzimy do kolejnej fazy rewolucji: do epoki narracji. Każdy fakt może być czymś  zupełnie innym niż to, co w istocie miało miejsce, w zależności od tego jak się go przedstawia. Jakim językiem się o nim opowiada. W mediach, w życiu publicznym jest coraz więcej ludzi, którzy przekonują, że wszystko – także to co na własne oczy widzimy, słyszymy, co poznajemy – jest kwestią narracji. Narracja to jak wiadomo opowiadanie, sposób opowiadania. Istota manipulacji polega tu na przyjęciu założenia, że prawda nie ma znaczenia. W ten sposób przekraczamy granicę między łacińską cywilizacją: cywilizacją jasnych pojęć, jednoznacznych definicji, precyzyjnych (określonych dawniej w Kościele przez terminy łacińskie) znaczeń, i wkraczamy w obszar innej cywilizacji. Jesteśmy w kręgu cywilizacji żydowskiej. Tutaj ważnym pojęciem jest tzw. Hagada (hebr. haggada). Słowo to oznacza opowiadanie, opowieść, sagę, i odnosi się do legend, przypowieści i opowiadań z rabinicznej egzegezy Biblii i Talmudu. Szczególna rolę odgrywa w midraszu. W niektórych słownikach haggada jest traktowana jako opowieść interpretująca i wyjaśniająca tekst biblijny, czasem zawierający fantastyczne szczegóły.

Wielu ludzi pracujących w mediach w tych samych kategoriach traktuje rzeczywistość Kościoła. Co tacy ludzie mówią dziś np. o ekumenizmie? Ekumenizm, powiadają, to  język. Już  nawet nie nowa doktryna, koncepcja, dążenie, ale po prostu „język, który przyjął się w świecie”, jak usłyszałam niedawno z ust osoby, która uchodzi za największego bodaj medialnego eksperta od spraw Kościoła. Zgoda, tak można by nazwać finalny produkt pseudoekumenizmu, który zresztą był niedawno praktykowany – i bywa praktykowany nadal. Przyjęty język bowiem ujawnia sposób myślenia. Ale ile ktoś, posługujący się taką definicją, zrozumiałby z prawidłowego tradycyjnego pojęcia ekumenizmu? A warunkiem tego zrozumienia jest uznanie jako podstawowej zasady, iż „Kościól katolicki posiada pełnię Chrystusa i nie potrzebuje dopełniać jej przez przyswojenie sobie jakichkolwiek elementów pochodzących z innych wyznań”. Oraz przyjęcie  do wiadomości, że  „prawdziwa jedność Kościołów możliwa jest nie inaczej, niż przez powrót braci odłączonych na łono prawdziwego Kościoła Boga”, jak przypomina prof. Romano Amerio (przywołujący encyklikę Piusa XI Mortalium animos i Instrukcję w sprawie ruchu ekumenicznego wydaną przez Święte Oficjum w 1949 roku).

Na czym polega, w ujęciu beztroskich medialnych komentatorów rozprawiających o ekumenizmie jako o języku, powrót do Tradycji w Kościele? Na „oczyszczaniu języka”. Stary, zużyty język ma zastąpić inny język. Na czym miałoby to polegać w praktyce? Jeśli na odejściu od zamazywania podstawowych  różnic między terminami (nawrócenie, powrót braci odłączonych do Kościoła to przecież coś kompletnie innego niż „dążenie do jedności”, „konwergencja”), to byłoby dobrze.  Ale do tego nie jest blisko. Wprowadzanie nowych nieprecyzyjnych określeń dla jasnych i jednoznacznych pojęć to istna epidemia. Księdza nazywa się np.„robotnikiem parafialnym”, „prezbiterem”(nie mówiąc o tym, że nie rozróżnia się między kaplaństwem szczegółowym a powszechnym). Mszę św. „wieczerzą”, „ucztą eucharystyczną”. Pełnienie władzy oraz związanych z nią godności i funkcji w Kościele „usługami”.  Generalnie zmiany te prowadzą do tego, „by wszystko, co dla religii ważne, wyzuć z istoty (czy też, jeśli kto woli, doprowadzić do zmiany natury tych rzeczy), precyzuje R. Amerio.

Zniknięcie z terminologii kościelnej takich słów jak piekło, niebo, sąd, kara, a także wola Boża, przeznaczenie, jest także niebezpieczną manipulacją. „Słowa podążają za myślą.

Jacek Malczewski - Zatruta studnia II

Jacek Malczewski – Zatruta studnia II

Nieobecność tych słów w debacie jest oznaką zanikania albo blednięcie samych pojęć – pojęć, które w tradycyjnej doktrynie były kluczowe!”, zauważa prof. Romano Amerio. Zamiast tego wprowadza się słowa, które nigdy nie były obecne np. w dokumentach papieskich albo których stosowanie było zawężone do bardzo specyficznych kontekstów. I nagle robią one zawrotną karierę. Np. dialog. „Słowo to stało się jakąś uniwersalną kategorią, opuszczając dziedzinę logiki i retoryki, do której pierwotnie przynależało. Oto wszystko nabrało cech dialogu: wszystkiemu nadano strukturę dialogu – łącznie z Kościołem, religią, rodziną, pokojem, prawdą itd.”

Jedną z propozycji nowej doktryny Kościoła, jaka z tych zabiegów się wyłania, jest, by spojrzeć na wszystko „inaczej, a przez to głębiej”. O jaką właściwie głębię chodzi?

Nowy język? Ale po co? Natura ludzka jest niezmienna i myślenie logiczne rządzi się zawsze tymi samymi prawidłami.

Język jednak może się stać narzędziem zmiany. Czymś co prowadzi do innej, zupełnie niechrześcijańskiej mentalności. Może to być narzędzie bardzo sprawne, umyślnie przygotowane, starannie dobrane, gdzie jednoznaczność zastępuje się  niedopowiedzeniami, znaczenia przenośne, opisowe wypierają definicje. Im rzecz jest ważniejsza, tym dotyczące jej zmiany w języku są bardziej niebezpieczne.

Oto np., jak sygnalizuje prof. Amerio, zastępuje się w jakimś ważnym dokumencie zdania podrzędnie złożone trybem oznajmiającym. Stwarza się w ten sposób wrażenie, iż  stwierdza się tu osobne fakty, zamiast ciągu faktów. Ukrywa się w ten sposób związki przyczynowo – skutkowe, a tym samym ignoruje się prawa zakorzenione w ontologii i metafizyce. Metafizyka to nauka, której przedmiotem są pryncypia (pierwsze zasady strukturalne) bytu.

Św. Tomasz podkreślał pierwszeństwo metafizyki wśród wszystkich nauk opartych na poznaniu naturalnym, wskazując m.in. na ujęcie poznawcze tego, co zupełnie niematerialne. Przede wszystkim Boga. W ramach nowej mentalności, mentalności antymetafizycznej, którą tworzą takie pozornie niewinne językowe zmiany, próbuje się negować istotę rzeczy i bytów.

Narracja to nic innego jak wypieranie rzeczywistości. Legenda, anegdota, czyjaś opowieść, czyjś prywatny wymysł, zrodzona w czyjejś głowie idea podchwycona przez autorytet medialny czy instutucjonalny i nagłośniona, próbuje stanąć na  równi z prawdą. A  następnie wypiera ją stopniowo – w świadomości odbiorców – i wreszcie zastępuje. Uważajmy więc na narrację. Kolejnego konia trojańskiego, który ma za zadanie skruszyć prastary gmach Prawdy. Bowiem „zabawa słowami”  nigdy nie jest tak niewinna jak chcieliby to przedstawić pocieszni kuglarze z estrad świata. „Próba nowego zinterpretowania prawd wiary – do czego niektórzy otwarcie dziś dążą” – przestrzegał jeszcze u schyłku lat 80. ubiegłego wieku prof. Amerio – „polega przede wszystkim na zastępowaniu jednych słów innymi słowami.  Ale ponieważ słowa nie są po prostu znakami czy >pustymi haczykami<, pod które można podczepić różne myśli, nieuchronnie następuje wówczas przejście od jednej idei do drugiej. A więc: od prawdy do zanegowania prawdy”.

 Nie deptać języków

Ton polszczyźnie nadają dziś media ze swoim drewnianym językiem ni to oficjalnym, ni to poufałym, jakim zwykło się rozmawiać w biurze,  w firmie i na ulicy. Ten szpetny język międzyludzkiej komunikacji masowej, czasem przymilny i protekcjonalny, czasem bezceremonialny i brutalny, prawdziwa nowomowa, w której ważne jest sto kilkadziesiąt podstawowych słów i zwrotów, ma kształtować podstawową tkankę kulturową, której obecności w naszym życiu zawdzięczamy fakt, że dobrze czujemy się w skórze Polaków.

Z codziennej polszczyzny nie tylko wyparowują  bezpowrotnie  tysiące określeń, które znamy z literatury, a których sensu często nie potrafimy już odgadnąć, ulatują także krajobrazy, sytuacje i zdarzenia, które można opisać tymi słowami, a  znaczenia pojęć zawężają się niebezpiecznie i rozmywają. I dotyczy to zarówno spraw wielkich, o historycznym znaczeniu, jak i realiów codziennego dnia. Kto dzisiaj w Polsce na przykład domyśliłby się, że „abraduki”, „skrydle”, „szpekuchy”, „szwilpiki”, „kekory”, „mizgutia”, czy „skiłłądź” to nazwy  bardzo prostych, wcale nie wymyślnych potraw, które jeszcze sto lat temu jadało się w powszednim dniu  na wsiach w okolicach Nowogródka i Kowna? Królowała tam soczysta, przebogata polszczyzna z wileńskim zaśpiewem, a życie przyrody, rytm pór roku –  tak odmiennych w pracach i odpoczynku – splatał się z życiem ludzi, dostarczając coraz to nowych inspiracji słowotwórczych.

Władysław Podkowiński - Mokra wieś

Władysław Podkowiński – Mokra wieś

A kto odgadłby, że delikatne i śpiewne „płonki”, „sztetynki”, „gołąbki”, „kogutki”, „michy”, „rzepiki”, „pąsówki”, „złotki kwidzyńskie”, ”kantówki gdańskie”, „oliwki inflanckie”, to nic innego jak nazwy dawnych odmian jabłoni? Jeszcze pięćdziesiąt lat temu można było je znaleźć bez większych trudności w wielu starych sadach chłopskich. Wyparowują słowa, a wraz  z nimi smaki, zapachy i kolory polskiego krajobrazu. Czy należałoby zatem powołać dla ich przechowania jakieś muzeum języka polskiego? I zaglądać tam od święta odczytując słowa, brzmiące tak  niezwykle na tle szarej polszczyzny lat dwutysięcznych?

O wiele skuteczniejsze jest otaczanie się w rodzinach – niby murem obronnym – całkiem innymi słowami, niż te słyszane na ulicy, w biurze czy telewizji. Świadome, wykalkulowane wręcz odejście od prymitywizmu zunifikowanego języka publicznej komunikacji, może zaowocować nieoczekiwaną radością. W codzienności odkryje się urok tajemnicy, którą da się  dostrzec choćby przez nazwanie odmiennym słowem światła poranka i światła zmierzchu, a dzieciom wyrosną nagle skrzydła u ramion, gdy zachęci się je do poszukiwań na własną rękę językowych „smaków”. Taka rodzinna twórczość kultywowana z dnia na dzień rozrośnie się pewnego dnia w imponujący, wiecznie kwitnący krzew, który będzie najlepszą osłonę przed zachwaszczaniem naszej mowy przez nieudane podrzutki, wysmażone w podrzędnych kuchniach redakcyjnych, na ulicy pełnej kurzu, znudzonej samą sobą i szczerzącej do wszystkich kły.

Prymitywizm języka to także jego brutalność, to wtargnięcie całej litanii niecenzuralnych słów do języka kobiet i dzieci, i bezrefleksyjne używanie ich w ramach pewnej konwencji, czy zabawy, bez świadomości, że niszczy się w ten sposób duchowe życie rodziny. Warto przyjąć postawę świadomą i racjonalną. Język ma wyrażać konkretnego człowieka, odmiennego od innych. Istotę, która ma swój nadprzyrodzony cel. Nie powinien więc naśladować języka, jakim posługują się gremia, które traktowane są jako opiniotwórcze, tylko dlatego, że mają przystawiony do ust mikrofon.

Najprostszy sposób na odświeżenie języka, to wspólne czytanie dobrej literatury, zwłaszcza poezji. Domowa głośna lektura przy stole i nastrojowych światłach, wprowadzona jako rodzinny zwyczaj, może rozbić niejedną banię  ze sztucznym i drętwym językiem potocznym, nacechowanym  pogardą dla naszej rodzimej kultury, i wprowadzić w to miejsce bogactwo języka, bogactwo przeżyć – bo rzeczy nienazwane ulatują! – bogactwo odcieni we wzajemnych relacjach. Z czasem spostrzeżemy, że rzeczywistość, którą da się opisać przy pomocy daleko większej ilości słów, zmienia swe odpychające oblicze, staje się milsza, ciekawsza, bardziej złożona, pociągająca lub odstręczająca nie „tak  w ogóle”, ale z jakiegoś konkretnego powodu. W końcu – dzięki cierpliwemu prowadzeniu przez dużą ilość różnorodnych słów i pięknie zbudowanych zdań – odkryjemy, że żyjemy w ciekawych czasach, że mamy na ten temat coś do powiedzenia i dużo do zrobienia!

Uprawiajmy zatem języki jak najbardziej indywidualne, po to, byśmy byli dla siebie i innych lepsi – i ciekawsi. I by nie można było tak łatwo, za pomocą paru prostych, wręcz prymitywnych chwytów językowych, wmówić nam coś, w co nigdy  – jako znawcy i koneserzy polszczyzny błyszczącej swym bogactwem jak kosztowna perła – nie uwierzylibyśmy.

Józef Pankiewicz - Wóz z sianem

Józef Pankiewicz – Wóz z sianem

Cytaty prof. Romano Amerio za: „Iota unum”, wyd. Antyk-Marcin Dybowski, Komorów

Możliwość komentowania jest wyłączona.