Kotłownia

Kiedy byłam małą dziewczynką, pod schodami wiodącymi do piwnicy szarego, niewielkiego bloku, w którym mieszkałam, znajdowałam szare, niewielkie drzwi. Zawsze zamknięte. Drzwi tajemnicze, intrygujące. Za nimi zawsze coś się działo, choć dźwięki nie były wyraźne. Dochodził stamtąd ostry zapach dymu papierosów, słychać było stukania i szuranie, a nieraz odgłosy ożywionej dyskusji. Była to kotłownia. Kotłownia, która najwyraźniej żyła dzień i noc, rytmicznie zaludniając się postaciami w kufajkach. Mężczyźni mieli tam jakieś swoje arcyważne sprawy, niezwiązane z życiem klatki schodowej, podwórka, mieszkań. Kiedy dom zasypiał, zza drzwi kotłowni wciąż dochodziły oznaki życia. Można było spać spokojnie. Kotłownia czuwała.

Niedawno odwiedziłam spółdzielnię mieszkaniową mieszcząca się w środku mojego osiedla w innym mieście. Na dole, pod schodami wiodącymi do piwnicy, ukryte zostały małe drzwi, spoza których dochodził głos męskiej debaty i zapach papierosów. Mają kotłownię! A to szczęściarze. Czy jestem normalna? Raczej nie. Czterdzieści lat życia w komunie to nie jest pyłek, który strząsa się ot, tak, z ubrania.

Śpijcie spokojnie, wielki brat czuwa… Zwłaszcza gdy jesteście z jakiegoś powodu smutni. Czuwa nad waszymi dowcipami i nad waszymi potrzebami. Jest dyskretny, opiekuńczy. I bezlitosny. Sebastian i Manuela, gwiazdy programu znają go od kołyski. Czy u nich w domu też krył się, przygarbiony, przykurzony, ale zawsze bystry, zawsze gotowy, w kotłowni? Może miał swój cichy kącik na strychu, w takiej całkiem miłej norce, gdzie dobiegał zapach suszącego się prania lokatorów bloku?

Ale była jeszcze inna kotłownia. Kotłownia, z której wnętrza nie przedostawał się przez szparę w drzwiach nawet najsłabszy blask zupełnie słabej żarówki, cień zapachu dymu, nie widać było nigdy przez uchylone drzwi skulonych ciał robotników i pana kierownika. Ta kotłownia była zapieczętowana. Nie widziano, by ktoś tam wchodził. Nikt więc nie zwracał uwagi na stalowe drzwi pokryte ołowianą farbą olejną. Dokoła trwało wielkie ożywienie. Ostatni już strajk w Stoczni Gdańskiej; był rok 1988. Korytarze biurowca pełne są robotników, przede wszystkim stoczniowców, zaaferowani doradcy wraz z Lechem Wałęsą debatują w osobnym gabinecie. Wszystko jest tak bardzo serio! Zmęczenie, niepokój, czekanie… I wreszcie finał: Strajk musi zostać zakończony, moi panowie! Idziemy na kompromis. Komitet strajkowy pragnie tylko waszego dobra, dobra, rzecz jasna, wszystkich ludzi pracy. Rozczarowanie, rozgoryczenie? Ależ jesteście naiwni!

Z czegoś bardzo serio pozostało dotkliwe uczucie wstydu, uczestniczenia w czyimś spektaklu.

Kiedy wychodziłam razem ze wszystkimi, bo na podwórzu formował się już pochód strajkujących z krzyżem – obok krzyża pan Mazowiecki – który ruszył ulicami Gdańska, rzuciłam jakoś bezwiednie okiem na zapieczętowane drzwi „kotłowni”. Po paru minutach musiałam wrócić po sweter. W biurowcu nie było już nikogo, walały się nie sprzątnięte ulotki, w powietrzu unosi się jeszcze dym papierosów. Ale oto na drugim piętrze zniknął w korytarzu ciemny prostokąt stalowych drzwi. Biła z niego jasność. W smudze światła stał na szeroko rozstawionych nogach postawny mężczyzna o stalowych oczach, niczym posąg z Placu Konstytucji; muskularne ręce miał skrzyżowane na piersiach. Nasze spojrzenia na sekundę się spotkały. Żuł gumę. Zbiegając po schodach zobaczyłam jeszcze dwie – trzy podobne postacie, nieruchome posągi o gładko ogolonych twarzach w otwartych drzwiach pozostałych, zamkniętych dotąd na głucho „kotłowni”.

Czuwali, żebyśmy mogli spać bezpiecznie. I nie narobili jakichś głupstw.

Istotnie, nie narobiliśmy. Pan Mazowiecki został wybrany. I pan Wałęsa. Wielki brat z małej dziurki w metalowych drzwiach szeptał podpowiedzi, sylabizując słowa. Szczęśliwi, aż po czubki włosów podziwialiśmy jego donośny, nawykły do wydawania rozkazów głos. Wie o czymś, czego my nie wiemy. Jak nas trzymać w szachu, jak kusić, jak mamić.

Posągi z Placu Konstytucji i te, które ozdabiają wciąż jeszcze Pałac Kultury można teraz oglądać także w kolorach i makijażu oraz w skąpych przyodziewkach. Mają ten sam tępy wzrok, a w ręku zamiast buraka, kielni lub młota dzierżą najnowszy model smartfona, jakiś batonik bądź kluczyki do samochodu. Przeniesieni z przyciężkich cokołów wysoko na płachty rozpięte na murach domów mieszkalnych, szkół, na budynkach dworców, na parkanach, ogrodzeniach autostrad.

Zatykają sobą wszystkie dziury i robi się coraz ciaśniej. Mało powietrza.

Niedługo postacie z hamburgerem w pysku, z kolczykiem w nosie, w skąpej bieliźnie pojawią się w każdej wsi.

Chodzi o to bowiem, gdyby ktoś nie był doinformowany – i o to troszczy się przede wszystkim dziś nasza niezastąpiona opozycja w parlamencie i poza nim – żeby nikt już nie był zabijany strzałem w tył głowy. Ma być humanitarnie jak nigdy dotąd. Nikt nie zobaczy w sądzie wynędzniałego oblicza człowieka, którego torturowano, bo nienawidził komunizmu. Nikogo nie wyrzucą z pracy za przekonania, bo przekonań już nie będzie. Będzie spokój.

O to przecież walczyli nasi dzielni sołdaci. Nasi wspierający ich lokatorzy kotłowni. No i nasi wspaniali nobliści. A któż może wątpić w wartość poezji naszych sław literackich, madame Szymborskiej (towarzyszki przecież tylko do 1963 roku!, tej, która nogą tupała w 1953 r., by księża z Kurii krakowskiej zostali uśmierceni bez fałszywej litości, bo są „szpiegami”), fantastycznego gościa, monsieur Miłosza (nikt nie budował tak kunsztownych zastrzeżeń wobec Pana Boga, nikt nie miał tak eleganckich pretensji do Kościoła, jego niezliczone „tak, ale” brzmi jak kosmiczna symfonia, jego zakochanie się w sobie to przykład prawdziwego uduchowienia, jego wytworne otrząsanie się z obrzydzenia na przaśność polskiego katolicyzmu powinny być wzorem dla wszystkich, którzy chcą uchodzić za intelektualistów…)?. A teraz także – w wartość budujących opowieści pani Olgi, nauczycielki z karnego przedszkola dla brudnych katolickich dzikusów, damy z włosami upiętymi á la pogańskie boginki. Przynajmniej wiadomo, co znaczy kulturalna resocjalizacja. Pozbycie się tego, co Stalin tak genialnie nazwał „polskim brudem”.

O to troszczy się przecież w pocie czoła cały komitet noblowski od lat, od dziesiątek la! Cały świat kulturalny wstrzymuje oddech, gdy ma zapaść werdykt, kto będzie w tym roku – i na przyszłe pokolenia – świecił  nam na firmamencie niczym czerwona gwiazda.

Więc śpijcie spokojnie, drogie dzieci. Może przyśni się wam dawny raj. Ciepła kotłownia, małe drzwi pod schodami.

W tych drzwiach staje teraz, z filozoficznym uśmiechem i dobrotliwymi żartami na każdy temat, przyobleczony w biel człowiek z Ameryki Południowej. Łagodnie przestrzega: chodzi o to, by w kotłowni było ciepło, ale nie zanadto. Kotłownia nie może być nigdy przegrzana, bo kotłownia musi sprawnie kontrolować codzienny dobrostan zwierząt, roślin i minerałów. I wody wraz z mikrobami! Wszystko, co składa się na naszą prawdziwą matkę – Ziemię. Musimy służyć bez wykrętów Ziemi i wszystkim naszym „braciom mniejszym”, gdyż to oni dają nam przykład naturalnej i zdrowej hodowli życia. Dzięki nim przetrwamy – jako jeden z gatunków. To oni są najbardziej „bio”!

Nie myślcie, że ktoś tu żartuje. Włodarze kotłowni to ludzie całkowicie serio. Oni nie udają, oni nie są na próbie generalnej. Walczą, prężąc muskuły, nie dosypiając i nie dojadając.

Jeśli coś ich niepokoi, jeśli czegoś im brak, to tylko tego, by wszyscy, zupełnie wszyscy uznali, że poza nimi, poza gospodarzami cichej, niezmordowanej kotłowni, która czuwa, by spać mógł ktoś, nie istnieje żaden inny absolut. W zamian obiecują szczęście, spokój, zdrowie. Brak wojny, wodę i jedzenie.  Nawet uprawianie w spokoju naszych malutkich poletek. Będą się nam przypatrywać z zadowoleniem.

 

mal. Marek Maruszewski

P.S.

Romano Amerio:

„W świetle wiary katolickiej istnieje jedna, jedyna pewność co do przyszłych wydarzeń – że mianowicie całe stworzenie i bieg spraw poddane są Bożej Opatrzności, zaś ich celem jest chwała Boża. Mimo to sens ewolucji świata nie jest nam dany na każdym zakręcie historii. Wynika on dopiero z sumy zdarzeń – toteż nie może zostać w pełni odkryty, póki toczy się historia, a więc póki wszystko nie osiągnęło swego eschatologicznego, docelowego punktu…

Nie ma w człowieku innego korzenia niż ten, z którego wyrasta jego byt stworzony, i w który wpisany jest wymiar nadprzyrodzony. A zatem niemożliwa jest jakakolwiek radykalna zmiana. Nie ma w człowieku innej nowości, niż ta, którą w nim sprawia Boża łaska, i jest ona zawsze wzrastaniem ku rzeczywistości eschatologicznej. To pierwszy, a zarazem ostateczny status człowieka. Pod naszym niebem, na tej ziemi, nie będzie nowego nieba i nowej ziemi.

 

Jeśli mamy powody, by czuć na sobie czyjś wzrok, to jest to tylko spojrzenie Odkupiciela.

 

 

rys. Gustave Doré

 

 

_______

 

 

 

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.