Jelenie nadziewane, ciasta sążniste, okrutne baby…

Posted on 25 kwietnia 2019 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Porządkowanie pojęć

Jeśli komuś wydaje się, że pomiędzy posiłkiem a sprawami religii, nie ma związku, jest w błędzie. Polacy w swojej kulturze i obyczajach potrafili ten związek ujawnić celebrując zjawisko kulturowe, które określamy mianem świątecznego stołu.

Szczodrość i artystyczna malowniczość wielkanocnego stołu oraz wielka logistyczna operacja jaką w tradycyjnych domach polskich było zawsze sprzątanie przed Świętami Zmartwychwstania Pańskiego bywały dostatecznie często w różnych współczesnych felietonach wyśmiewane, by nie zastanowić się nad tą nutą czcigodnej przesady, a w istocie przekory polskiego katolickiego żywiołu wobec kultury protestanckiej. Kultury, która nawet świętować Wielkanoc i Boże Narodzenie nakazywała smutno, oschle i bojaźliwie. Jakby tylko jednym rąbkiem umysłu i serca, ukradkiem. W Polakach zaś dochodziły do głosu hojność, żar, fantazja i polot; świętowaliśmy zawsze całym sercem.

 

 

„Wojewoda Sapieha w Dereczynie*) wspaniałe wyprawiał Święcone, na które zjechało się co niemiara panów z Litwy i Korony. Na samym środku był baranek z chorągiewką, wyobrażający »Agnus Dei«; ten dawano tylko domom, senatorom, dygnitarzom i duchownym. Stały cztery ogromne dziki, to jest tyle, ile części roku. Każdy dzik miał w sobie szynki, kiełbasy, prosiątka. Kuchmistrz wielką pokazał sztukę w upieczeniu całkowitem tych odyńców. Stało dwanaście jeleni, także całkowicie pieczonych, ze złocistymi rogami, nadziane były rozmaitą zwierzyną. Te jelenie wyobrażały dwanaście miesięcy. Naokoło były ciasta sążniste, tyle, ile tygodni w roku, to jest cudne placki, mazurki, żmudzkie pierogi, a wszystko wysadzane bakalią. Za niemi było 365 babek, to jest tyle, ile jest dni w roku”.**) Kronikarz, Łukasz Gołębiowski wylicza to wszystko (przypominając, że i czeladź była tu nakarmiona, przypadło też jej 8 760 kwart miodu, „tyle, ile godzin w roku”), by uprzytomnić jak nasi przodkowie potrafili podziw dla Pana Czasu wpleść w uroczyste świętowanie Zmartwychwstania Chrystusa. Symbole, wymowa liczb miały uczynić gościnę świąteczną w magnackim pałacu – tak jak i w dworku szlacheckim – wielowymiarową, poważniejszą niż tylko przeganianie potężnego głodu równie potężną ucztą, po zmaganiach w Wielkim Poście.

 

Włodzimierz Tetmajer – Dwór w Bronowicach

 

Ta rozrzutność – w oczach kalwinów i lutrów – jak zauważa autor „Roku Bożego”,  trwonienie wysiłku, czasu i pieniędzy na okazałość zewnętrznej formy święta religijnego przy stole, jest przejawem specyficznie polskiej otwartości wobec ludzi, gościnności, radości z powodu spotykania się z bliźnimi pod rodzinnym dachem. Cechy coraz mniej dziś w świecie popularnej i docenianej. A jest to coś arcychrześcijańskiego. Coś subtelnie duchowego.

Dzień Wielkanocy jest wciąż w Polsce dniem „wesołym”, czyli rzeczywiście najradośniejszym w roku, bo ludzie wierzący w Chrystusa uświadamiają sobie, że oto dokonało się coś przejmującego do szpiku kości niewysłowioną głębią i tajemnicą: odkupienie świata przez samego Boga.

Grób Zbawiciela w kościołach tonie w nieprzebranym morzu kwiatów.  „Gdzie kamień, gdzie straż, gdzie pieczęć, gdzie śmierć?” Wszystko pierzchło! „Niechaj drżą i rozpaczają ci, którzy nie wierzą w Chrystusa!”**).

 

Stanisław Kamocki – Łąka

 

Prof. Léo Moulin, belgijski uczony (autor pracy poświęconej europejskiej historii gastronomii) wykazał, że najlepsza kuchnia w Europie jest kuchnią katolickiej Polski. Czymś w tej dziedzinie bezapelacyjnie najgorszym jest natomiast „kuchnia luterańskich Niemiec Wschodnich” (było to jeszcze przed zjednoczeniem Niemiec w 1990 roku). „Jak to możliwe,” pyta Vittorio Messori w jednym ze swoich esejów, „zważywszy, że klimat i surowce są jednakowe u Polaków i Niemców?  Zresztą wszędzie w świecie kuchnia katolików jest lepsza od kuchni protestantów, i nawet ważniejszą rolę odgrywa w ich życiu…”. Brzmieć to może zagadkowo i trochę jak przechwałka. Ale Messori dorzuca jeszcze do tych rozróżnień powiedzenie popularne we Włoszech: Piekło to miejsce, gdzie kucharzem jest Anglik. Sprawa nie jest wcale płytka ani banalna. Léo Moulin następująco wyjaśnia tę zagadkę: „Faktem jest, że protestantyzm stłumił w człowieku radość życia: wierzący jest sam przed Bogiem, musi ponosić pełną odpowiedzialność za swoje czyny, włącznie z wyrzeczeniem się grzesznego »pożądania« pożywienia. Katolik jest bardziej wolny i mniej zakompleksiony, wie bowiem, że do pomocy ma całą gamę czynników mediacyjnych, kulturalnych i eklezjalnych. Przede wszystkim spowiedź, w jej wyzwalającym przebaczeniem. Tragedia protestantyzmu polega na tym, że zrzuca on na człowieka nieznośny ciężar. Mówiąc mu: »Twoje zbawienie jest tylko twoją sprawą, załatwiaj je sobie sam z Bogiem«, dopuszcza, że człowiek ugina się pod straszliwym ciężarem albo też zmuszony jest udawać, nawet wobec samego siebie, cnotę, której nie może już praktykować. Stąd słynna hipokryzja”.

Niektórzy znani w świecie ludzie zwykli gromko pokrzykiwać, że i Polska i Włochy są okrutnym zaściankiem, bo nie poznały uroków Reformacji. Nieszczęściem naszych krajów miałby być fakt, że nauki Lutra i Kalwina nie przeniknęły poza nasze granice. „Ubolewają nad tym, lecz wiedzą, że zasiadając do stołu, aby smakować obiadek po włosku [lub wieczerzę wigilijną czy śniadanie wielkanocne po polsku – EPP], zaciągają dług wobec katolicyzmu. Inaczej mówiąc – jedliby pudding lub hamburgery, albo największy przysmak – w dni świąteczne – kurczaka z frytkami”. Taka jest opinia cenionego historyka sztuki kulinarnej.

Jeżeli więc świętowanie Wielkanocy tak często przebiega u nas „wokół stołu” nie znaczy to, że jesteśmy tacy puści i zmysłowi, lecz że dajemy naszej wewnętrznej radości także wyraz zwyczajnie ludzki, nie zapominając, Kto jest Dawcą tych wszystkich dóbr, które układamy kunsztownie na stolach. Jest to także hołd złożony Bogu za Jego dary, zwłaszcza, gdy świątecznemu posiłkowi towarzyszy modlitwa przed i po jedzeniu, wbrew pozorom, niezwykle doniosła.  „…oto w samym założeniu świata widzialnego jest jakby pewien układ między człowiekiem a resztą stworzenia nie obdarzoną rozumem. Wszystko poddane jest pod stopy człowieka (Ps 8,7), cały świat mu służy i jest do jego dyspozycji, ale za to on ma temu światu pomagać wracać do Boga i szerzyć Jego chwałę. On ma w imieniu świata wypełniać to, czego wszystkie stworzenia świata nie są w stanie uczynić… Na tym polega głęboki symbolizm modlitwy przed i po jedzeniu. W czasie posiłku całe stworzenie, przedstawione przez trzy królestwa: mineralne, roślinne i zwierzęce, staje do usług człowieka, aby go utrzymać przy życiu, człowiek zaś przed i po spożyciu pokarmu już nie tylko w swym imieniu, ale i w imieniu całego stworzenia składa hołd i dzięki Bogu i Stwórcy wszechrzeczy” (o. Jacek Woroniecki OP, Pełnia modlitwy, Warszawa 2018). 

 

 

Z pewnością sprzątanie domów „od piwnic po strychy”, czyszczenie, pranie i wietrzenie wszystkiego, co zalega w najciemniejszych kątach, w kufrach i szafach jest także wyrazem religijnego zapału, jaki ogarnia nas przed Wielkanocą. Podobnie wielodniowe przygotowywanie wielkanocnego stołu, by było na nim naprawdę „bogato”, a zarazem artystycznie i kolorowo.

„Na obu końcach stołu siadły szerokie, przysadziste, jakby tej spiżarni gospodynie, dwie okrutne baby. Ach! bez nich cóżby całe Święcone znaczyło? Na ich ogorzałych obliczach gęsto wysypane czerwone garby, a ze środka czerniawa, lepka wysączona masa upewniała wprawne znawcy oko, że mimo straszne pozory, wewnątrz i zewnątrz smacznymi były. Garnitur pierogów i placków rozmaitego kształtu i nazwania zapełniał zdarzane między półmiskami przerwy, a wszystko razem gajem zielonego bluszczu zarosłe, troje razem zmysłów, widzenia, smakowania i powonienia, nęciło (Ignacy Chodźko, Dworek mojego dziadka).

Dworzanin hetmana Tarnowskiego, Mikołaj Pszonka tak opisał swojej żonie Święcone u mieszczańskim domu krakowskim, na które przybył wraz z hetmanem:

„Na stole okrągłym, u którego i sto osób pomieścić się mogło, przykrytym w krzyż zszywanym obrusem, na sześciu misach srebrnych leżały mięsiwa wędzone wieprzowe, na drugich sześciu po dwoje prosiąt, kiełbasy dziwnie pachnące, ustrojone rzędami jaj święconych, pomalowanych w przeróżnej barwie, a najwięcej na rakowo. Stały figury z ciasta przedniego, wyobrażające dziwnie zabawne historyjki. Kajfasz wyjmował kiełbasę z kieszeni Mahometa, a wiadomo, że Turcy i Izraelici nie jedzą mięsa wieprzowego. Na środku stołu stał dziwnie piękny baranek z masła, wielkości naturalnej owieczki, oczy jego to były dwa brylanty w czarnej oprawie… Dalej srebrne łódeczki  z konfektami wszelkich owoców, jakie Pan Bóg w kraju dał. Pan Hetman zaproszony przez pana Chroberskiego na to Święcone, przybywszy wraz z dworem, długo mu się przypatrywał. (…)”

Czy można się dziwić, że tego rodzaju obyczaje, gdzie urokom stołu towarzyszyły powściągliwość i kultura bycia wywoływały furię złości u naszych sąsiadów, gdzie barbarzyństwo wkraczało także w progi domów rodzinnych, dworzyszczów i siedzib bojarskich, i nie oszczędzało czasu świątecznego? Że Rzeczpospolita Obojga Narodów, gdzie dostatkowi, potędze, sile wtórował rozum, wiara, honor, męstwo, była bolesną drzazgą w ich oku? Nie chcieli takiego sąsiedztwa, bali się takiej kultury. Wielu jednak było i takich, którzy pod wpływem polskich obyczajów przechodzili na katolicyzm i polonizowali się.

„Czas przystąpić do najważniejszych rzeczy, do kołaczów, placków, jajeczników, makowników, które okrążały jeden najpoważniejszy kołacz (…) miał w obwodzie z ośm łokci, gruby na dwie piędzi, a jakieśmy tylko weszli do izby, to nam zapachniał swojemu przyprawami. Po brzegach wokoło niego stały różne figurki: apostołowie, udani jak żywo, a to wszystko z ciasta. Ubawił mnie bardzo Judasz, rudowłosy i brzydki. Po zmówieniu zwyczajnych modlitw zaczęło się spożywanie daru Bożego”.

 

Włodzimierz Tetmajer – Święcone w Bronowicach

 

„»Święcone« Wielkanoce jest rdzennie polskim zwyczajem, nigdzie w innych krajach nie spotykanym, jest dowodem bezgranicznej gościnności Polaków, którzy w dawnych czasach nieraz setki gości spraszali, przygotowując dla nich wymyślne, zbytkowne potrawy wielkanocne”**).

Tak było kiedyś, ale przecież mamy wiek XXI!. Jesteśmy z konieczności pragmatyczni, oszczędni, powściągliwi, bowiem jesteśmy zapracowani, ambitni, aktywni, dbamy o dietę, uprawiamy sporty, łykamy witaminy. Zamiast pracochłonnych dań przyrządzanych w domu i spraszania tłumu gości wybieramy często wizytę z przyjaciółmi w przytulnej knajpce. Niewątpliwie, świąteczne ucztowanie, także świąteczne tradycje jak pisanki wytwarzane w domu, śmigus-dyngus (bez obawy o uszczerbek na zdrowiu), odwiedzanie Grobów Pańskich w Wielką Sobotę zamiast joggingu i rowerów w lasku podmiejskim, mają mało wspólnego z pragmatyzmem i zdrowym trybem życia. Katolicy jednak przez wieki rozumieli, że praktykowanie przez nich wiary w Chrystusa musi mieć także fizyczne, materialne przełożenie na ich życie – dokąd rzeczywiście panowały w ich umysłach prawdy naszej katolickiej religii, a nie mętna „religijność”. Ta ostatnia jest tylko, jak mawiał Chesterton, nieuświadomionym zabobonem i opiera się na dwóch dogmatach; po pierwsze, że ludzkość z biegiem czasu staje się bezustannie coraz lepsza; po drugie, owo ulepszenie polegać ma na coraz większej obojętności i niewierze wobec świata nadprzyrodzonego.

 

Hetman Jan Tarnowski

 

„Pan Hetman ochoczo prosił, aby mu wolno było gospodarzyć sobie podług woli. Jadł wszystkiego potroszę,napił się miodu, wina nie chciał. Podał Imć Pan Hetman święconego jajka każdemu. My czekaliśmy z wielkim uszanowaniem, aż Pan Hetman pozwoli nam przysunąć się bliżej stołu. Po niedługim czasie rzekł: Używajcie Waszmości Panowie hojności gospodarza, a skromnie i honeste[1]. Sam pokłoniwszy się, pożegnał wszystkich łaskawie i odjechał na zamek. (…) W otwartości i ochocie staropolskiej odbyliśmy tę biesiadę. Każdy położył, co chciał, nikt nie przebrał miary. Po wesołym »alleluja« rozeszliśmy się wszyscy i dosiadłszy konia, ruszyli na zamek, gdzie była radość ze zmartwychwstania Pańskiego. Wszyscy dworzanie J.K. Mości i panów pospołu w dolnych izbach pili i jedli, a pamiętając na uroczystość święta Bożego, zbytku się strzegli”. ****)

Malownicze i bogate, a nawet wymyślne tradycje polskiej Wielkanocy potwierdzają, że w umysłach Polaków przez wieki królowały prawdy po stokroć przekraczające możliwości ogarnięcia ich myślą aż do końca, ale za to jakże inspirujące, jak wiele pola do popisu dające ludzkiej wyobraźni! Bo całkowicie przekraczające nasze ludzkie doświadczenie, zaprzeczające pospolitej logice doczesności – jak to Wydarzenie, które jest głównym dogmatem naszej wiary: że prawdziwy Bóg zstąpił na ziemię, stał się Człowiekiem, umarł na Krzyżu, by odkupić nasze grzechy. I choć umarł w okrutnej męce, na oczach świadków – po trzech dniach zmartwychwstał! Czy można nie szaleć wprost z radości, gdy pojęło się – choćby w niewielkiej tylko części – ów zamysł Stwórcy co do człowieka? I jego skutki sięgające wieczności, dla każdego z wierzących w prawdziwego Boga?

 

Krzysztof Michalski – Kazimierz Dolny

 

Jak słusznie zauważył Chesterton, ludzie wróciliby do tradycyjnej religii i moralności, gdyby tylko umieli wystarczająco poszerzyć swoje umysłowe horyzonty.

Dlatego pieczone prosię na półmisku z jabłkiem w pysku, w otoczeniu połaci jarmużu i setek malowanych jaj, nie jest wcale przykładem festiwalu obżarstwa w wielkanocny poranek, typowej dla Sarmatów „przesady” w dogadzaniu sobie i imponowaniu zaproszonym gościom wystawnością i fantazją, lecz czegoś zgoła odmiennego: nieumiarkowania w nadziei, dziecięcego wprost i fanatycznego zachwytu, jaki przystoi katolikom. Zachwytu dla Boskiej hojności, z jaką człowieka obdarował dobrami doczesnymi i wiecznymi. Odrywania się myślą i czynem od codziennej siermięgi, od pospolitości, od dźwigania ciężarów zwykłego dnia, by okazać Bogu – ale i objawić ludziom obok żyjącym – swoje oczarowanie, olśnienie, pokorę i wdzięczność.

 

 

______

 

*) Dereczyn – wieś (niegdyś miasteczko, a wcześniej miasto magnackie) w rejonie zelwieńskim obwodu grodzieńskiego Białorusi, położona na północ od Różany nad rzeką Zelwą. w powiecie słonimskim województwa nowogródzkiego. Niegdyś własność Kopoczewiczów, Połubińskich oraz Sapiehów, którzy mieli tutaj swój pałac zbudowany w 1786 r. W 1629 roku Konstanty Połubiński i jego żona, Zofia z Sapiehów ufundowali w Dereczynie kościół i klasztor dominikanów. Po upadku powstania listopadowego wyposażenie pałacu, łącznie ze wspaniałymi obrazami, bogatą biblioteką i obszernym archiwum zostały wywiezione przez Rosjan do Petersburga, skąd już, jak większość zrabowanego Polsce dziedzictwa kultury, nigdy nie powróciły. Podobnie poczynione ze zbiorami w pobliskiej Różanie, gdzie straty dla kultury polskiej były jeszcze większe. [za Wikipedia.org]

**) Cyt. za Rok Boży, Katowice, 1932

***) Tamże

****) Tamże

 

[1] honeste (łac.) – uczciwie, godziwie, sprawiedliwie

Możliwość komentowania jest wyłączona.