Ja to mam szczęście…

Posted on 11 listopada 2019 by Ewa Polak-Pałkiewicz in Różne

…że właśnie w tym momencie, 11 listopada 2019 roku mogłam w Warszawie, stojąc w tłumie na skraju Placu Zwycięstwa, uścisnąć rękę prezydenta Rzeczpospolitej (choć byliśmy po dwóch stronach barierki). Ale jeszcze większe – że mogłam pobyć wśród ludzi roześmianych, odprężonych, szczęśliwych.

Jest taki rodzaj szczęścia, który nie wiadomo, czy jest dostępny ludziom w jakimkolwiek innym kraju europejskim. I – może – na świecie. Oto w obliczu tylu pieśni, tylu przywołań, tylu symboli – historia staje się nagle dla wszystkich tak samo jasna. Jak świeżo otwarta księga, jak strona, którą przeczytało się właśnie i można powiedzieć z czystym sumieniem: To wszystko prawda! To nie jest zbiór legend czy mitów. To nie są pobożne marzenia, to nie jest  „polityka historyczna”, to nie jest propaganda patriotyczna. Tysiąc lat z kawałkiem najprawdziwszych zmagań, najprawdziwszych zwycięstw. I wiele, wiele krwi i łez.

 

Warszawa, 11 listopada 1918

 

Byliśmy przecież 11 listopada 2019 roku wielkim, falującym, wezbranym tłumem ludzi zgromadzonym przed zbiorowym grobem… Przed Grobem Nieznanego Żołnierza. Na skraju Ogrodu Saskiego. Mając po jednej stronie gmach Zachęty, po drugiej Teatr Wielki, naprzeciw kościół Wizytek.

Prezydent Andrzej Duda mówił do Polaków w sposób bardziej bezpośredni i bardziej swobodny niż zwykle. Nie wiadomo, czy odczuł ten nastrój Warszawy: Warszawy nie sztywnej, a odświętnej, radosnej a uroczystej. Okrzyki: „Andrzej, trzymaj się”, „Panie prezydencie, zapraszamy!” „Do nas, tutaj jesteśmy! Bardziej na wschód!” , rozbrzmiewały, gdy szedł piechotą do Pałacu Prezydenckiego. I wreszcie natknął się na tą malutką panią w czarnym berecie, w okularach, z maleńką chorągiewką w ręku, która pół godziny wcześniej śpiewała, stojąc na baczność, wszystkie zwrotki „My, pierwsza brygada”, razem z wojskiem. Zamachała przyjaźnie i przytrzymała jego rękę, gdy podszedł i przywitał się z nią jak ze starą znajomą, po czym wygłosiła zwięzłe, dobrze przygotowane przemówienie, które zaczynało się od słów: „Panie prezydencie, ja bardzo pana szanuję, proszę tak czynić dla Polski dalej!”. Prezydent słuchał, nie przerywając i nie objawiając zniecierpliwienia. Było jakoś tak łatwo, swojsko, tak po prostu, jak… w domu. Jak w rodzinie.

 

Warszawa 1929. Uroczystość jubileuszu 15-lecia wyruszenia ułańskiej siódemki Beliny – Prażmowskiego na placu marszałka Józefa Piłsudskiego w Warszawie. Weterani powstania styczniowego.

 

I dobrze się komponowało z historycznymi scenkami Festiwalu Niepodległa na tej warszawskiej ulicy o dziwnej nazwie, Krakowskie Przedmieście. Z muzyką ludową, z zadzierzystymi oberkami na dziedzińcu jednego z dawnych pałaców, z młodzieżą, która hurmem się do nauki tego oberka rzuciła, z przygrywaniem ulicznych orkiestr dętych, podwórkowych kapel, kawiarnianych skrzypków i braci Golec, które napełniały dźwiękami cały Trakt Królewski, najpiękniejsze miejsce Warszawy. I z wieczornym polonezem warszawiaków, pomiędzy dwoma rzędami kamieniczek i pałacyków tej najstarszej ulicy stolicy.

Nagle zapadły się w głęboki cień te wszystkie nudne „wyciągalnie pieniędzy”, snobistyczne knajpy i knajpki; pojawiły się przytulne miejsca, gdzie pachniało dobrą kawą i rogalami marcińskimi, gdzie można było się ogrzać w ten zimny, wietrzny dzień. Dziewczyny i panie wkładały na głowy wielkie wianki z białoczerwonych bibułkowych kwiatów, nie bojąc się śmieszności, ani „przesady”; na wózkach inwalidzkich młodzi mężczyźni wieźli żołnierzy AK w mundurach wojskowych; parady zespołów muzycznych spod Żywca i Nowego Sącza ruszyły tanecznym krokiem w jazzowo-folkowym rytmie, pomiędzy Uniwersytetem a Pałacem Zamoyskich. W tłumie ustępowano sobie miejsca z uśmiechem; w kawiarniach, w kolejkach po placki ziemniaczane i oscypki nie było końca wyszukanym uprzejmościom. Najbardziej eleganckie miejsce w Europie to Warszawa.

Odzyskana wreszcie…

 

Warszawa 1925, Krakowskie Przedmieście, policjant pomaga starszej pani przejść przez jezdnię.

 

„…bo żyć mi przyszło w kraju nad Wisłą…”. Kto mógł tego dnia, w tym miejscu, być nie w sosie, udręczony, zagubiony, zgorzkniały? Na Plac Zwycięstwa, by oddać hołd bohaterom, słuchać prezydenta i podziwiać wojsko polskie, i na Trakt Królewski, by beztrosko świętować, wyległy zgodnie całe familie. Ojcowie z dziećmi „na barana” i matki z niemowlętami w wózkach, młodzi ludzie z rodzicami i dziadkami; chmary rodzin warszawskich, mazowieckich.

Te rodziny nie oddadzą nikomu Polski. Można powiedzieć, że najpierw terror, a potem chaos w ustroju społecznym, jaki zafundowali nam komuniści, a później autorzy transformacji, miał – w oddalonym historycznie czasie –  efekt ozdrowieńczy. Naturalne struktury uległy wzmocnieniu. Zyskały na sile.

Prezydent Polski nie bez powodu przypomniał o opiece Matki Boskiej nad państwem polskim. Sztuczne twory duszące normalne życie rodzin muszą wcześniej czy później ulec rozpadowi. I ten właśnie fakt – nie tylko obecny porządek i ład w strukturach administracyjnych, gospodarczych, militarnych państwa – może być źródłem nadziei i otuchy zarówno zwykłych Polaków jak i rządzących. Z uwagą, że ci ostatni wiedzą dzisiaj lepiej niż kiedykolwiek w historii, że ładu w Polsce nie obroni się w żaden sposób nie broniąc zarazem rodzin – przed demoralizacją płynącą z zewnątrz: neomarksizmem kulturowym, czyli plugawą rozróbą w kulturze, mediach, oświacie.

Taniec, śpiew, muzyka – udział w tym wszystkim setek rozpromienionych młodych ludzi – i dobre maniery na Trakcie Królewskim w dniu Święta Niepodległości pokazują Polskę, która rozumie to neobolszewickie zagrożenie. Rozumie, że odbudowując, krok po kroku, kulturę materialną i sprzyjając odrodzeniu kultury duchowej, prawdziwie wzmocnimy nasze państwo. By było nie do zdobycia. By było dla innych wzorem, budziło nadzieję, by dawało dobry, najlepszy przykład. Państwo będzie żyło i kwitło, gdy żyć i kwitnąć będą rodziny. Taki jest naturalny porządek rzeczy, taki jest zamysł Stwórcy wszelkiego ładu.

 

Wojciech Weiss – Krzyż o zachodzie

 

„Przez całe wieki nie wymyślono żadnego lepszego systemu politycznego, ponieważ Bóg nakreślił kształt nadprzyrodzonego, chrześcijańskiego społeczeństwa, odwołując się raz jeszcze do modelu prywatnego domu. Był to dom w Nazarecie, należący do cieśli Józefa i jego małżonki Maryi. La Politique, oui, mais La Maison d`abord (polityka – tak, ale najpierw dom)”.*)

Prawdziwie wolne państwo nie jest demokracją a monarchią, bo na czele nie może być „lud”, a jednostka, ciesząca się szacunkiem i autorytetem. Tak jak rodzina nie jest nigdy demokracją. Hierarchia jest podstawą wszelkiego ładu. Wrogowie Polski dobrze o tym wiedzą i chcą zniszczyć przede wszystkim szacunek do władz państwa oraz normalną rodzinę (nawet – ci z prawej – pod hasłem „powrotu do monarchii”!).

Gdy dobrze się przyjrzeć obchodom Święta Niepodległości w 2019 roku zauważymy wszystkie cechy, jakie łączą „lud” z oddanym mu „monarchą”, którego reprezentują dzisiejsze suwerenne władze państwowe. Ten zbiorowy „monarcha” nie musi się posługiwać żadnymi środkami przymusu wobec wolnych obywateli, którym zagwarantował równe prawa. Liczy na ich lojalność, bo respektuje prawa Boże.

Taki jest „przypadek Polski”, wolnego kraju w środku zdziwaczałego, zdziczałego cokolwiek świata liberalnych demokracji.

_______________

*) Solange Hertz, Manifest matki. Dlaczego pierwszym etapem Rewolucji musi być zniszczenie rodziny, tłum. Tomasz Maszczyk

Tekst ukazał się w wydaniu Gazety Polskiej Codziennie z 14 listopada br.

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.